GeoExplorer

Eksploracje Komisji Poszukiwania Lochów (1)

przez , Lip.01, 2018, w Pod ziemią

Co odkryła w podziemiach Warszawy działająca w drugiej połowie XIX wieku pierwsza grupa eksploracyjna zatwierdzona pod nazwą Komisji Poszukiwania Lochów i jak przebiegały jej 8-miesięczne prace? Jakie były efekty?
Miała być konspiracja, zamach, skarby, a po… laury i tantiemy.
Były trumny, kości, a po…?
Zaczynamy…
Ubiór był niczego sobie – ciemny kaftan z szerokim skórzanym pasem, okrągła barankowa czapka i wysokie palone buty. Do tego wysokie apanaże – stała pensja 1500 rubli srebrem, rządowe pięciopokojowe mieszkanie w gmachu X Cyrkułu na Nowym Świecie i własne miejsce w teatrze. Te nieliche atrybuty łączyły się ze stanowiskiem urzędowego poszukiwacza lochów.

Człowiek, który przez pewien czas piastował tę funkcję był stosunkowo młody, bo liczył sobie zaledwie 25 lat. Jego życiorys świadczył o nie lada sprycie i umiejętności wykorzystywania nadarzających się okazji.
Kriestowski, tak się nazywał ten poszukiwacz lochów, urodził się w ziemiańskiej rodzinie w guberni kijowskiej. Podczas studiów na uniwersytecie w Petersburgu zorientował się, że różne bulwarowe romanse robią oszałamiającą karierę.
Należały do nich między innymi „Tajemnice Paryża”, których akcja rozgrywa się w tajemniczych korytarzach i zamaskowanych przejściach. Kriestowski umyślił sobie, że skoro Paryż może mieć swoje tajemnice, to czemu nie mógłby ich mieć i Petersburg (?!).Szybko napisał sensacyjną powieść „Jaskinie Petersburga”, dzięki której zaczął być uznawany nie tylko za pisarza ale także za fachowca od „spraw podziemnych”.
Równolegle w Królestwie dopalało się powstanie styczniowe. Wraz ze zniszczeniem ostatnich oddziałów zaczęto zastanawiać się nad innymi aspektami tego zagadnienia, w tym między innymi nad tym, jakim sposobem przez tak długi czas mogły ukrywać się w Warszawie placówki konspiracyjnej władzy. I tu znalazły się osoby które twierdziły, że do tego celu były wykorzystywane zapomniane lochy i piwnice pod dawną zabudową miejską.

W tym samym czasie musiano zasugerować namiestnikowi Bergowi, że niedobitki konspiratorów mogą wykorzystać nieznane przejścia podziemne i podłożyć machinę piekielną pod jego ówczesną siedzibą Zamkiem Królewskim. Czy wiązało się to ze zwykłą nadgorliwością, czy chęcią przypodobania się, czy też realnym zagrożeniem, tego dzisiaj nie wiadomo. W konsekwencji tego Berg zgodził się z tymi sugestiami i nakazał zwołać specjalną komisję. Oczywiście znaleziono bez problemu fundusze i ta operetkowa instytucja zaczęła funkcjonować. Głównodowodzącym ustanowiono ówczesnego oberpolicmajstra warszawskiego Frederiksa, który dobierając ekipę przypomniał sobie o petersburskim „fachowcu”.
Niezwłocznie Kriestowskiego ściągnięto do Warszawy i zaproponowano mu wynagrodzenie, jak na owe czasy i na taką funkcję zaskakująco wysokie. Prerogatywy również miał godne pozazdroszczenia.Kriestowski mógł wchodzić do każdego budynku w mieście, rozbijać wszystkie ściany jakie mu się podobało, kopać w piwnicach i na podwórzach, gdzie tylko zechciał. On sam nie zajmował się osobiście tymi czynnościami ponieważ szef całej komisji Frederiks przydzielił mu kilku krzepkich podwładnych – „sprytnych żołnierzy ze straży ogniowej”. Szkoda, że obecnie nikt nie wpadł na pomysł powołania komisji poszukującej starych lochów, gdyż eksploratorzy-poszukiwacze zgodziliby się robić wszelkie badania bez zapłaty i innych tantiemów, byleby tylko mogli przeszukać każde miejsce.
Komisja Poszukiwania Lochów rozpoczęła działalność 13 września 1865 roku a zakończyła ją 13 maja 1866 roku, czyli równo po ośmiu miesiącach. Wnioski i spostrzeżenia poczynione podczas tych penetracji zostały spisane na 29 stronach do których wykonano 10 planów. Wszystko to, cała dokumentacja niestety spłonęła podczas II wojny światowej w Archiwum Głównym Akt Dawnych.

Odpisy tych dokumentów są dzisiaj praktycznie niedostępne, a jedyne informacje na których można się oprzeć zawarte są w artykułach „Dziennika Warszawskiego” i w materiałach zebranych przez rosyjskiego historyka Mikołaja Berga, który opracowywał cały przebieg powstania styczniowego na zlecenie namiestnika Teodora Berga.
Mikołaj Berg z dużym pobłażaniem patrzył na poczynania Kriestowskiego i wyrażał się o nich bardzo krytycznie. Zresztą większość rozsądnie myślących ludzi sceptycznie zapatrywała się na różne działania młodego pseudoznawcę podziemi, który w końcu podpadł pani namiestnikowej z racji, że:

„Zboczył do prawdziwych podziemi klasztornych i zaczął rozbijać groby i otwierać trumny spoczywających tam snem wiecznym dawnych dygnitarzy, arcypasterzy i magnatów! W jednej trumnie znaleziono czaszkę przebitą gwoździem! Zakonnicy udali się do swej orędowniczki, hrabiny Berg. Ta opowiedziała mężowi o wyprawianych skandalach i profanacji grobów (…)”.Skarga hrabiny do męża była tą kroplą, która przepełniła czarę. Teodor Berg niezwłocznie rozwiązał Komisję, a Kriestowski musiał opuścić Warszawę, wrócić do Petersburga i tam uzupełnić swoje spostrzeżenia poczynione podczas penetracji w Warszawie. Według innych źródeł odbyło się to wszystko w inny sposób, niemniej jednak sam cytat stanowi perełkę literacką w historii eksploracji i poszukiwania lochów.
Jak zatem wyglądały działania Komisji?
Pierwsze prace eksploracyjne Komisji objęły podziemia staromiejskich kamieniczek. Pamiętać należy, że wszystko to działo się ponad półtora wieku temu, a wówczas budynki były nadzwyczaj zaniedbane, nie remontowane od dziesiątków lat, ich pomieszczenia bywały zasypane gruzem i różnymi odpadkami, zamurowane z powodu licznych pożarów i katastrof budowlanych gdyż nie wszystko opłacało się odbudowywać.

Piwnice wyglądały jeszcze gorzej, zejścia do nich i ściany nie były w takim stanie jak dzisiaj – wszystko tchnęło stęchlizną, wilgocią i tajemniczością, co powodowało, że bano się w nie zapuszczać. Nawet gdyby było inaczej, nie było po co się w nie zapuszczać i stąd też brały się różne legendy o wielopoziomowych lochach i przepastnych korytarzach.
Funkcyjnego szefa komisji (w odróżnieniu od nominalnego), nie lada cwaniaka, musiało mocno suszyć w gardle, bo jako pierwszy obiekt dla swojej ekipy wybrał kamienicę fukierowską. Oczywistym jest, że nie znaleźli tam nic nadzwyczajnego oprócz wspaniałej kolekcji, pokrytych pleśnią setek butelek starych win. Ile z nich zniknęło w kieszeniach członków szacownej Komisji nie wiadomo, z pewnością jednak właściciele nie protestowali, bowiem Komisja była „wysoka i urzędowa”, a szef miał specjalny mundur, co w ówczesnej carskiej hierarchii urzędniczej znaczyło wiele.Nadzwyczaj długo Komisja musiała zachwycać się podziemiami, bo zdążono stwierdzić, że są ogromne, dwupiętrowe i tylko wtedy można by mieć pojęcie o rozległości i konfiguracji piwnic, gdyby wykonano ich plan.
Najwyraźniej Kriestowski jakoś do tego się nie kwapił ponieważ nie wykonano z powyższej penetracji żadnego rysunku.
Kolejnym obiektem był dom przy ulicy Nowomiejskiej zwany „gdańską piwnicą”. Wokół niego z racji jego dawnych form architektonicznych narosła legenda, że z jego piwnic prowadzi podziemny tunel na Zamek Królewski. Wynik oględzin był adekwatny do piwnic fukierowskich. Nikt się tym nie zraził, nikt nie spieszył, a Kriestowski któremu płynęła stała wysoka pensja korzystał i pewnie gdyby mógł to poszukiwałby tych lochów przez kilkanaście lat.

Kolejnymi obiektami które Komisja wzięła na swój celownik były co starsze kościoły i klasztory – u Kapucynów na ulicy Miodowej, u Paulinów na Podwalu, u Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu, na Freta, na Senatorskiej i… prócz stosów trumien oraz kości zmarłych nie odkryła nic szczególnego, stwierdzając jedynie, że podziemia te nie przechodzą poza obręb murów. Ponadto uznano, że szczątki ludzkie znajdują się w okropnym i karygodnym pomieszaniu, a jeden z członków Komisji, Nowicki, pełniący funkcję jej referenta, zapisał szereg pseudonaukowych uwag typu:

„Podziemia warszawskie, zwłaszcza w gmachu byłego klasztoru oo. Karmelitów, zawierają mnóstwo, w większości doskonale zachowanych, czaszek ludzkich, bogatą kopalnię kraniologiczną, na którą zwracamy uwagę specjalistów”.

W kościele znajdującym się tuż przy Katedrze „ekspert” Nowicki poczynił kolejne wspaniałe spostrzeżenia:

„Można było rozróżnić trzy rodzaje kształtów: czaszki długogłowe, z grubem, wydatnem ciemieniem (musiały to być czaszki rasy teutońskiej. Jezuitów-Niemców, pierwszych założycieli tego zakonu w Warszawie), następnie czaszki o czole lekko zaokrąglonem i szerokim ciemieniu, nadającym im kształt trapezu (ten typ, z powodu zbyt wielkiej liczby trupich głów, prawdopodobnie należy do rasy czysto polskiej); trzeci typ czaszek wyrażał różnorodną mieszaninę dwóch poprzednich i jest wynikiem zmieszania się dwóch różnych ras”.Wszystkie te stwierdzenia spowodowały, że do Komisji zaczęto odnosić się z coraz większym dystansem ponieważ zadufanie i gaskonada oraz reklamiarstwo i rozwydrzenie dyletantów przekroczyło dopuszczalne granice.
Do podziemi kościoła obok katedry można było dostać się przez trzy wejścia, o których poinformowała „miejscowa zwierzchność kościelna”. Dalsza kontynuacja opisu penetracji podziemi poczyniona przez referenta Nowickiego brzmi:

„Po wąziutkich schodach, idąc jeden za drugim, spuściliśmy się w zupełnie ciemne podziemie, do którego od pół bodaj wieku nie dostał się ani jeden promyk światła i oddech świeżego powietrza. Schodki kończyły się na jakiejś małej, szczupłej przestrzeni, pełnej gruzu. Słaby blask latarni oświecił po naszej prawej ręce jakąś pustą piwnicę; było to dość wysokie, czworokątne, sklepione podziemie, na którego posadzce ceglanej leżał obficie gruz i tynk, od sklepienia odpadły; ściany były zupełnie nagie, tylko na jednej znajdował się rodzaj zagłębionej niszy.

Drzemała tu wielka cisza; powietrze było chłodne, duszne i przesycone wilgocią.
Spróbowaliśmy uderzyć w posadzkę, dosłuchując się głuchego odgłosu pustej pod nią przestrzeni, zbadaliśmy ściany, w których nie dostrzegliśmy nigdzie arkad zamurowanych, które by zdradzały istniejące niegdyś przejścia, ani też żadnych otworów. Tuż przy kończących się schodkach, któremi weszliśmy. latarnia oświetliła mały otwór, z którego patrzała na nas ponura ciemność i wiała nieprzyjemna woń odwiecznej zgnilizny. Nie ma rady, trzeba się przekonać, co to jest.Ktoś z towarzyszących nam ludzi odważył się wleźć tam pierwszy i zaraz doszedł nas głos, stłumiony, jakby wydostawał się z grobu: „sklep z trumnami”.
Stojący nad otworem nie odpowiedzieli ani słowa; wiadomość była niezachęcająca, a jednak pójść tam trzeba, bo na to jest się członkiem komisji podziemnej.
Jak tylko do mrocznego, wilgotnego sklepu dostało się nieco światła i powietrza, natychmiast, wśród głębokiej, panującej tu dotychczas ciszy, rozległy się jakieś jęki straszne, coś podobnego do przeraźliwego pisku i skomlenia.

Słuchaliśmy tego stojąc na dużej, usuwającej się pod nogami kupie gruzów: pisk rozlega się po wszystkich kątach podziemia, na oświetlanych żebrach sklepienia migocą jakieś małe, ruchliwe, czarne cienie.
To nietoperze zbudzone ze snu letargicznego; opisują one w locie długie, zygzakowate koła, przyczepiają się na chwilę do szarych cegieł, to znów puszczają się i rozpoczynają swój lot w różnych kierunkach, podnosząc się w górę lub spadając w dół. Czujemy na twarzach powiew wywołany przez ich skrzydła; wrażenie jest w ogóle wysoce nieprzyjemne, przykre i zabobonną budzące trwogę.

W jednym z kątów piwnicy leżał czarny stos desek, pomieszany z jakimiś nieokreślonymi, niezdecydowanymi szczątkami, które jeden z nas postanowił bliżej zbadać.
Krzepiąc się na duchu i zbawiając dla dodania sobie odwagi rozmową z otaczającymi, którzy jakoś niedowierzająco patrzyli na śmiałka, rozgarnął czarną kupę. Wśród przegniłych desek leżały pogrążone w pyle trumiennym kości ludzkie, śliskie od wilgoci kawałki materyi jedwabnej, jakaś tkanina delikatna, prawdopodobnie resztki płaszcza, krzyże na pół zbutwiałe, szczątki butów i trzewików, blacha przez rdzę zjedzona itp. (…)Podziemie to, zawierające tyle interesujących materyałów antropologicznych, kończyło się małemi drzwiami, prowadzącymi do izby, którą z powodu osobliwości budowy wzięto pierwotnie za ciemnicę, w której, w dawnych czasach, zamurowywano grzeszników niepoprawnych.
W rzeczy samej izdebka tak była mała, że w niej nie zmieściłaby się nawet trumna dorosłego człowieka. Prócz tego znaleźliśmy tu olbrzymie, żelazne haki. Całę to urządzenie mimo woli naprowadzało na myśl, że było to miejsce wiecznego zapomnienia.

Zresztą fantazya nie potrzebowała zyt długo pracować na tle poetycznego tematu, gdyż w samej izbie nie znaleziono żadnych śladów człowieka. Mimo to, kto raz zobaczył to miejsce i jego ciemnotę, mówiącą o nieskończonych cierpieniach i strasznej śmierci ofiar tu zamkniętych, a przytem jeżeli u obserwatora trzeszczały pod nogami kości, a do butów sypał się pył ciał ludzkich, ten po wyjściu z podziemia mógł odmalować wstrząsający obraz człowieka żywcem pochowanego. Dla amatorów silnych wrażeń, naturalnych lub sztucznych, pobyt w takim miejscu jest prawdziwym skarbem”.

:, , , , , , , , , , ,

Leave a Reply

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...