GeoExplorer

Eksploracje Komisji Poszukiwania Lochów (2)

przez , Sie.01, 2018, w Pod ziemią

Komisja Poszukiwania Lochów przez kilka dni poszukiwała jakiegoś tunelu (?) ale bez skutku. Oczekiwano również odnalezienia starych przedmiotów, które to oczekiwania okazały się płonne. Jedynym cennym znaleziskiem był jeden (?!) dukat Marii Teresy. Taki efekt poszukiwań, zważywszy na siły i środki zaangażowane do całego przedsięwzięcia, groził kompromitacją nawet wobec iście tolerancyjnej zwierzchności.
Podjęto zatem decyzję o rozbijaniu murów zależnym od „widzi mi się” członków ekipy i gdzie tylko było to możliwe, a już pierwsza okazja trafiła się w tym samym kościele. Kolejny fragment sprawozdania Nowickiego:

Po dwudniowej pracy, utrudnionej wielce z powodu braku powietrza i wielkiej ciemnoty miejsca, w pobliżu podstawy sklepienia wyrąbano otwór na półtora arszyna długi, a szeroki na stopę kwadratową (arszyn to dawna rosyjska jednostka długości, będąca sumą długości łokcia i stopy, 71,11-81,5 cm. W zaborze rosyjskim (1849-1915) 0,71 m; 1m = 1,41 arszyna). Sprytny żołnierz ze straży ogniowej oświetlił wybity otwór świecą, przymocowaną do końca kilofa. Z lewej strony widać było ścianę nowej nieznanej piwnicy, na dole czerniała jakaś kupa. Teraz należało dokonać trudnego przedsięwzięcia: szło o to, by się prześlizgnąć przez wąski otwór i tym sposobem dostać się do wnętrza świeżo odkrytej piwnicy.Strażak, jako najśmielszy i ślepy wykonawca rozkazów, pierwszy przelazł przez otwór, dając dowód prawie kociej elastyczności swych muskułów. Tuż pod otworem stała trumna, na którą z głuchym trzaskiem spuścił się pierwszy badacz nieznanej piwnicy. Następnie przedostali się tam robotnicy, a w końcu powciągano i członków komisyi (…)
Ciekawą było rzeczą przekonać się, jak dawno zamurowano to podziemie i czy przypadkiem nie ma tu śladów świeżego pobytu człowieka. Wśród wielkiej gromady porozpadanych trumien, pod lewą ścianą znaleziono dobrze stosunkowo zachowaną trumnę, z napisem złożonym z gwoździków mosiężnych: „Marcin Poremski 1703-go r.”

Sądząc po trumnie Marcina, zdaje się, że pochowany on tu był jeden z ostatnich; obok Poremskiego zauważyliśmy trumnę, również dobrze zachowaną, jakiejś damy w kitajkowej, różowej sukni; ciała, tak Poremskiego, jak i owej damy, przedstawiały jeszcze formy ludzkie, jakkolwiek muskuły zmieniły się w jakąś grząską, brudną masę, a kości w pył delikatny. Z uwagi na rozmaitą wielkość trumien, jak i na szczątki ubiorów, przypuszczać należy, że tu chowano ludzi świeckich wszelkiego wieku i płci, podczas gdy w poprzednich podziemiach było miejsce spoczynku tylko dla zakonników i członków bractw religijnych.Przy oględzinach tego podziemia dwie okoliczności naprowadziły na myśl, że byli tu niedawno żywi ludzie. Niektóre bowiem trumny były otwarte i przeniesione w inne miejsce; wzdłuż ściany, naprzeciw wyrąbanego otworu, ziemia była w wielu miejscach skopana, a w kącie, tuż przy schodach, wydobyto znaczną ilość gliny. Podkopu tego nie prowadzono dalej dlatego, że ukazała się woda zaskórna, która wprawdzie w niewielkiej ilości, ale nieustannie się wydobywa. Obok podkopu dostrzegliśmy otwór w ścianie, zakryty wielkim głazem granitowym. W dalszym ciągu zbadano schody, nad którymi rozlegał się głuchy turkot wozów, jadących po ulicy Świętojańskiej.

Długo musiano pracować na tych schodach, wybijać cegły i kamienie i przekonano się, że było tu niegdyś wejście, które niedawno zamurowano. Potem przystąpiono do niszy w murze, która, jak przekonywał kompas, znajduje się tuż pod przedsionkiem kościoła popijarskiego. Po kilku uderzeniach kilofa jedno z zagłębień, pobliżu stosu trumien, runęło. Ukazała się nowa, pusta piwnica, zapełniona gruzem, pomieszanym pod ścianami ze staremi kośćmi ludzkimi. Z powodu niemożności oczyszczenia tego nowego podziemia od zapełniających je gruzów, musiano pełzać po kupach wapna i cegły, leżąc na grzbiecie i popychając się nogami i rękoma, przy czem wapno sypało się za kołnierz i cholewy butów, powodując najnieprzyjemniejsze uczucia”.Podsumowując poszukiwania Komisji tak było przez cały czas z identycznym skutkiem ponieważ wszystkie kościelne podziemia są do siebie podobne – o czym członkowie ekipy szybko się przekonali.
Kriestowski wpadł zatem na wspaniałomyślny pomysł aby zabrać się w końcu za piwnice Zamku Królewskiego pod pretekstem, że właśnie tam Komisja odnajdzie ślady po nieprawomyślnych poczynaniach.
Pod koniec października 1865 roku przeprowadzono penetracje pomieszczeń w pobliżu ulicy Świętojańskiej. Podziemia te były opuszczone ponieważ część z nich wychodząca na Plac Zamkowy stykała się z kanałem, z którego przedostawała się wilgoć. Jak pisze Nowicki:

„Nad opisywanymi piwnicami znajdowała się za księcia Paskiewicza kancelarya, a obecnie kwatery oficerskie. W czasie zaburzeń ostatnich piwnice te zbadali saperzy widocznie bardzo szczegółowo, bo wybili mnóstwo dziur w niszach ostatniej piwnicy, ponad którą przebiega wyżej wspomniany kanał”.

Z tego zapisu wynika dla Komisji smutny wniosek ukazujący dublowanie penetracji przeprowadzonych przez wojskowych specjalistów kilka lat wcześniej.
Następnie ekipa Komisji znalazła się na podwórzu, skąd po schodach zeszła do piwnicy, gdzie natrafić miała na podejrzaną ścianę z cegieł. Po rozbiciu jej oczom ekipy ukazała się szeroko sklepiona arkada, na której prawym boku zobaczono napisane kredą cyfry: 2031, 7, 2. Z kolei za arkadą odkryto wykopaną w piachu niszę/grotę, której środek zapadł się. Była ona na tyle obszerna, że w jej wnętrzu mogło się wygodnie pomieścić 5-6 osób. Na jej wschodniej ścianie, dość dobrze zachowanej, członkowie Komisji znaleźli ślady małej łopaty żelaznej, zatem nie budziło wątpliwości jakiego narzędzia użyto do wykopania jej.Ściana zachodnia pomieszczenia kończyła się zamurowaniem ceglanym w kształcie piramidy, tak grubej, że mógł na niej stanąć człowiek. Z groty prowadziły na bok dwa otwory – szybko skorzystano z kompasu i stwierdzono, że biegną one w kierunku Wieży Zygmuntowskiej. W niektórych pomieszczeniach cegła była stosunkowo nowa ale bez odciśniętych znaków cegielni. Równie świeże było wapno, które rozsypywało się w palcach, podczas gdy w innych pomieszczeniach dawno już skamieniało.
Postanowiono zatem przeprowadzić śledztwo, które nota bene nie przyniosło żadnych konkretnych wyników. Ustalono jedynie, że w lochach tych od dawna nikt już nie przebywał, a najstarsi mieszkańcy Zamku Królewskiego nie przypominali sobie faktu aby kiedykolwiek przeprowadzano tam roboty budowlane.

Ekipie Komisji tylko jeden fakt wydał się wielce podejrzany a mianowicie wydobywania ziemi spod fundamentów budynku. Ponad grotą w owym czasie znajdowała się kuchnia jakiegoś porucznika, a dawniej, jak już wspomniano, kancelaria namiestnika. W pobliżu była też Wieża Zygmuntowska. Wniosek Komisji okazał się zatem bardzo prosty – podkopu dokonano w celu wysadzenia w powietrze fragmentu Zamku Królewskiego, z niewiadomych jednak przyczyn zamiaru tego nie zrealizowano. Jak było naprawdę trudno w chwili obecnej stwierdzić, jednakże jeżeli ktoś chciałby podłożyć bombę, nie musiałby drążyć aż tak obszernej groty. Zresztą wcale nie można być pewnym, że ową grotę nie wykopali członkowie ekipy przerażeni groźbą całkowitej porażki dla ich poszukiwań.Komisja w dalszym ciągu rozglądała się zawzięcie. Przeprowadziła penetrację wszystkich pozostałych piwnic, ogrodu zamkowego a nawet stajni dywizjonu kozaków kubańskich, którzy stacjonowali u podnóża grapy, w miejscu gdzie znajduje się taras zamkowy. W jednej z grodzi dla koni, pośrodku stajni, zauważono, że cegła znacząco różni się swoim wyglądem od ogólnej barwy ściany. Uderzono w to miejsce kilofem i wówczas rozległ się głuchy odgłos. Szybko więc przystąpiono do rozebrania muru i ujrzano coś na kształt studni wysokiej na 4,5 arszyna, czyli na około 3 metry. Sączyła się tamtędy woda, a zapach jaki się wydobywał był wielce paskudny. Niniejszym szacowna Komisja trafiła do kanału ściekowego. Jak zapisał referent Nowicki – „trzeba było nie lada odwagi, by zapuścić się w to odrażające miejsce”.

Po jakimś czasie, gdy można było już oddychać, wstawiono do studni drabinę i wówczas okazało się, że z pomieszczenia tego wychodzą dwie podziemne galerie. Jedna była dość wysoka zaopatrzona w kamienne płyty na spągu i biegła w górę ku Zamkowi Królewskiemu; druga z kolei bardzo niska poterna prowadziła w stronę Wisły. Ekipa ruszyła zatem ku górze. Loch był wysoki na ponad 2 metry, jednak jego wysokość stale się zmieniała. Spąg wyłożony był granitem, następnie cegłą, wreszcie najrozmaitszymi płytami, które po wielu, wielu latach okazały się zniszczonymi detalami architektonicznymi Zamku Królewskiego. W pewnym miejscu tunel stał się tak stromy, że z powodu śliskości kamiennych płyt poruszanie się sprawiało olbrzymi kłopot. Na końcu Komisja dotarła do kuchennego podwórza, a samo wyjście znajdowało się w pobliżu żeliwnej studni, przykryte drewnianym daszkiem.Dalej kanał biegł meandrując w stronę ulicy Świętojańskiej, gdzie się rozgałęział. Jedna z odnóg kierowała się wzdłuż Zamku Królewskiego, druga zaś prowadziła w głąb ulicy ale nikt w nią się nie zapuścił z uwagi na panujący wielki zaduch – członkowie ekipy bali się uduszenia.
Udali się więc z powrotem i postanowili zbadać kanał biegnący ku Wiśle. Poterna okazała się tak niska, że musieli pełzać na czworakach. Szerokość byłą taka sama jak w górnym odcinku, jednak na spągu leżała warstwa grząskiego błota, namuliska, a na dodatek z braku tlenu zaczęły gasnąć świece. Nowicki tak relacjonował:

„Członkowie komisji, przeszedłszy znaczną przestrzeń kanału, postanowili, że jedni zostaną na miejscu, inni zaś prowadzić będą dalej badania i kiedy niekiedy dawać będą o sobie znać za pomocą sygnałów na gwidawce i trąbce. Pozostali na miejscu po upływie kilku minut, nie otrzymawszy odpowiedzi na swe sygnały, oraz z uwagi, że świece się już dopalały, zawrócili z powrotem. Wydobyto się więc na wierzch, ażeby zabrać nowe świece i jeżeli się to okaże potrzebne, pójść za tymi, co się puścili ku Wiśle; jednego z ludzi wysłano na brzeg, by dał znać w razie ukazania się tam poszukiwaczów. Jakoż po niejakim czasie rozległ się umówiony sygnał i nasi badacze szczęśliwie dobili do końca kanału, przeszedłszy z wielkim trudem i niebezpieczeństwem całą galeryę podziemną, kończącą się nad Wisłą, w pobliżu komory rzecznej”.Bohaterami tymi byli sam Kriestowski oraz strażak o imieniu Franciszek. Końcowy odcinek kanału oszalowany był drewnem i prowadził w kierunku rzeki, gdzie kończył swój bieg między palami wysokiego, drewnianego nabrzeża, ponad którymi stała szopa składowa należąca do przystani handlowej. Obaj poszukiwacze nie mogli jednak wyjść w tym miejscu na górę, ponieważ zmurszała cegła kruszyła się im pod stopami.
Następnego dnia na miejsce przybył sam głównodowodzący Komisją, oberpolicmajster Frederiks, który wraz z kilkoma osobami zlustrował kanał. Stwierdził, że nie natrafił na żadne bezpośrednie połączenie tunelu z wnętrzem Zamku Królewskiego.
Namiestnik Teodor Berg poinformowany o wszystkim wydał polecenie zasypania groty w piachu i dokładnego zamurowania tego miejsca, z kolei zaś sam kanał przegrodzić żelazną kratą.

Na temat genezy tego ostatniego przejścia panowały różne wersje – jedni uważali, że był to dawny tunel fortyfikacyjny zamieniony z czasem na kanał ściekowy, inni zaś twierdzili, że natrafiono na ściek z początku XVIII wieku. Wiele lat później, w trakcie kolejnych badań, okazało się, że prawda o powstaniu tego kanału jest jednak bardziej skomplikowana.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa namiestnika Berga, efekty badań przeprowadzonych przez Komisję były wręcz znikome. Prawdopodobnie nikt nie wpadłby na pomysł wysadzenia Zamku Królewskiego, choć byłoby to możliwe.
Czy w ogóle ktokolwiek z władz powstania styczniowego brał pod uwagę taką możliwość, trudno powiedzieć.Może o jakichś podobnych zamysłach świadczyć miała tajemnicza grota w piachu, o ile zresztą byłą tak tajemnicza, jak ją opisał referent Nowicki.
Jeżeli natomiast spojrzymy na efekty archeologiczne, to wiedza o dawnej Warszawie niewiele się powiększyła. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że działanie samej Komisji przypadło na najtrudniejszy okres po powstaniu, kiedy to inne sprawy zaprzątały głowy Polaków ale taki zestaw dyletantów, jaki reprezentowała szanowna Komisja, to nawet jak na te operetkowe poszukiwania zbyt wiele.
Komisja Poszukiwania Lochów okazała się jednym wielkim nieporozumieniem i zamieszaniem. Jej działania, poszukiwania i penetracje wielkim fiaskiem oraz poruszeniem w pewnych środowiskach, natomiast największym sukcesem okazała się dla samego Kriestowskiego, który zbił niemałą fortunę z racji stałego półtoratysięcznego uposażenia w srebrnych rublach.

:, , , , , , , , , , ,

Leave a Reply

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...