GeoExplorer

Legenda o Trzech Kompanach …

by on Paź.08, 2015, under Legendy

Leśniczówka GołąbekNad Borami Tucholskimi dawno już zapadł zmierzch i księżyc skąpał wierzchołki drzew w bladej poświacie. Migoczące gwiazdy odbijały swoje oblicza w płynącej leniwie Czarnej Wodzie (miejscowa nazwa rzeki Wdy), która z szumem i chlupotem obijała się o brzegi. Leśna gęstwina wypełniła się odgłosami nocnego życia, pohukiwaniem sów, wyciem wilków, szmerami i chrobotaniami oraz głośnym śmiechem, śpiewem i dźwiękami wydobywanymi z gitary w miejscu, które z daleka znaczyło się jako łuna na tle lasu. Była to grupka młodych ludzi, która nie trzymając się wyznaczonych dla turystów szlaków, zabłądziła w borze i błąkałaby się pewnie dalej, gdyby nie leśniczy, który natknął się na nich przypadkiem. Przestraszonych i zmarzniętych zaprowadził do swej leśniczej chaty, gdzie natychmiast odzyskali dobry humor. Za pozwoleniem strażnika rozpalili ognisko, rozsiedli się wygodnie na pieńkach i rozpoczęli zabawę. Leśniczy przyłączył się do nich, a wtedy młodzież zaczęła prosić swego wybawiciela o jakąś tutejszą historię.

Stary Borowiak (tak nazywa się mieszkańców środkowej części Borów Tucholskich w okolicach Tucholi i Chojnic) uśmiechnął się dobrodusznie i nie zastanawiając zbyt długo, zaczął opowiadać:
Jako, że jestem leśniczym, to opowiem wam o mym druhu po fachu, któremu dawno, dawno temu przytrafiła się przedziwna historia. Lecz dzięki swojej mądrości i przemyślności udało mu się wybrnąć z niej cało. Posłuchajcie zatem, jak to było…

Razu pewnego młody leśniczy, któremu powierzono opiekę nad leśniczówką „Gołąbek”, zgodnie ze swoimi obowiązkami wyruszył, by sprawdzić, czy w jego myśliwskim rewirze nie dzieje się nic niepożądanego. Doszedł do skrzyżowania dróg i ujrzał tam trzech mężczyzn, a byli oni ubrani w tak cudaczny sposób, że nie sposób byłoby ich nie zauważyć.
Pierwszy z nich nosił na sobie obszerny płaszcz, podarty i dziurawy, gdzieniegdzie naszyta była widoczna łata. Wiatr rozwiewał poły starego odzienia i leśniczy pomyślał, że stojący przed nim dziwak sam jest jak ten wiatr, który chłosta go i owiewa z każdej strony.
Drugi ubrany był jeszcze dziwniej, zważywszy na ciepłą pogodę, która ostatnio dopisywała w Borach Tucholskich. Miał bowiem na sobie ciepłe i białe jak mleko owcze futro, wełnianą czapę naciągniętą na uszy oraz grube rękawice. Na trzeciego zaś z towarzyszy nie dało się w ogóle dłużej patrzeć, gdyż był ubrany w szaty tak błyszczące, że aż widok ten ranił oczy.
Leśniczemu nie spodobali się ci wędrowcy i nie miał ochoty wdawać się z nimi w dysputy.

Nie wypadało jednak odejść bez słowa, toteż powiedział szybko:
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Zamierzał teraz odejść w swoją stronę, by dokończyć obchód, ale trzej dziwaczni mężczyźni zatrzymali go i nie pozwolili się oddalić.
Nie odejdziesz stąd tak prędko, panie leśniczy – powiedzieli ze zdecydowaniem.
Puścimy cię dopiero wówczas, gdy powiesz, którego z nas pozdrowiłeś w imię syna bożego.
Najsilniejszego z Was – odpowiedział prędko Borowiak, lecz podróżni nadal nie chcieli pozwolić mu odejść.
Zaczęli spierać się o to, który z nich jest tym najsilniejszym, lecz żadna kłótnia nie przybliżyła ich do rozwiązania zaistniałego problemu. Postanowili więc, że rozjemcą w ich sporze będzie leśniczy.

Ten zamyślił się głęboko, gdyż nie chciał odpowiadać zbyt pochopnie, aby nie narazić się na gniew któregoś z mężczyzn. Zrozumiał jednak, że nie uda mu się wymigać od niewygodnego zadania, odpowiedział więc tak, jak mu rozum podpowiadał:
Ten w porwanym płaszczu jest z Was najsilniejszym i do niego moje pozdrowienie kierowałem. Wygląda bowiem na najbiedniejszego z waszej trójki, a bieda nie ma potrzeb i w tym tkwi jej siła.
Nie spodobało się to jednak pozostałym wędrowcom. Najpierw na przód wystąpił ten w lśniących szatach, i spojrzał na leśniczego wzrokiem pełnym nienawiści, w którym płonął żywy ogień. Oświadczył, że Borowiak pożałuje jeszcze swojej decyzji, gdyż zignorował go. Jego, który jest Słońcem. W porywie zagroził, że gdy tylko nadejdzie lato zabije leśniczego żarem wszystkich swoich płomieni. Jednak opatulony ciepło zmarzluch nie pozwolił grozić mu zbyt długo, sam bowiem zaczął wykładać przed leśniczym swoje pretensje. Był bowiem Mrozem i w swojej urażonej dumie zapragnął tak zmrozić ciało młodzieńca, że ten umarłby niechybnie.

Trzeci zaś z nich, który okazał się zwycięzcą, z łagodnym uśmiechem uspokoił leśniczego, i kazał mu nie lękać się gróźb swych towarzyszy.
Obronię cię przed zemstą tych dwóch, jestem bowiem Wiatrem. Latem jako łagodny powiew przyniosę ci ochłodę, gdy promienie słoneczne będą prażyć twój kark, zimą zaś pozatykam wszelkie dziury w twoim ubraniu tak, że żadna igiełka mrozu nie dotrze do twej skóry.
Leśniczy był teraz rad ze swojego wyboru, i już przez nikogo nie zatrzymywany wyruszył na dalszy obchód lasu. Wiedział, że od tej pory ma silnego sprzymierzeńca pod postacią Wiatru.

Leśniczy skończył, a zasłuchana młodzież ocknęła się i podziękowała za opowieść. Noc zapadła już tymczasem głęboka i tak ciemna, że nawet Stolema (według wyobrażeń Kaszubów wielkolud, olbrzym) nie dałoby się wypatrzeć. Powyciągali więc swoje śpiwory i pokładli się spać, a świeże powietrze szybko przeniosło ich do krainy sennych marzeń. Następnego ranka zbudzili się skoro świt, posprzątali swoje obozowisko, dla pewności zalali ognisko wodą i zasypali piaskiem. Chcieli jeszcze pożegnać się ze starym Borowiakiem, który uratował ich w nocy, zastukali więc do drzwi leśniczówki. Nikt im jednak nie opowiedział. Weszli do środka, i jakże ogromne było ich zdziwienie, gdy nie zastali nikogo…
Wyszli w milczeniu przed chatę, by rzucić na nią ostatnie spojrzenie, gdy jeden z młodzieńców zauważył coś dziwnego.
Jak nazywała się tamta leśniczówka z legendy?
„Gołąbek”, bo co?
Chłopak wdrapał się na pieniek i odsłonił bluszcz zasłaniający framugę nad wejściem. Ich oczom ukazał się wyblakły, wykaligrafowany czerwoną farbą napis „Gołąbek” oraz rysunek przedstawiający białego ptaka.

Możliwość komentowania Legenda o Trzech Kompanach … została wyłączona :, , , , , , , , , , more...

Okratek australijski

by on Paź.01, 2015, under Flora i Fauna

Okratek australijskiOkratka australijskiego (Clathrus archeri) nie sposób pomylić z żadnym innym rodzimym gatunkiem grzyba. Ten gatunek grzyba z rodziny sromotnikowatych występuje również pod nazwą Kwiatowiec australijski (obydwie nazwy polskie nadali w 1983 roku Barbara Gumińska i Władysław Wojewoda).
Rozwijając się, na początku pokazuje się w postaci tak zwanego „czarciego jaja” – białoszarej, kulistej osłony (czasami stożkowatej lub gruszkowatej), zagłębionej częściowo w podłożu, otoczonej galaretowatą warstwą okrywy i cienką skórką. Jajo osiąga wysokość 3,5 – 6 cm i średnicę 2,5 – 5 cm. Następnie pęka ono, ukazując niekiedy bananowaty, na zewnątrz bladoczerwony owocnik – receptakl. Dopiero po całkowitym otwarciu (pęknięciu) i wyprostowaniu się, uwidacznia się jego fantazyjny kształt. Tworzy go 4 – 6 ramion przypominających ośmiornicę, o długości od 5 do 15 cm.

Podczas dalszego wzrostu i rozwoju okratka, ramiona stopniowo odchylają się na zewnątrz przybierając kształt rozgwiazdy.
Na stronie zewnętrznej jest on ubarwiony na intensywnie koralowoczerwony lub czerwony kolor, a siatkowato-jamkowata, nierówna, wewnętrzna strona ramion (struktura o barwie intensywnie czerwono-wiśniowej), pokrywa się śluzowatą, oliwkowobrązową masą zarodnikową o nieprzyjemnym zapachu padliny (podobnym do sromotnika smrodliwego, bezwstydnego), niekiedy z warstwą gleby. W niektórych przypadkach ramiona mogą pozostawać też złączone u góry. Miąższ jest gąbczasty i porowaty. Na poprzecznym przekroju przez ramię widoczne są 2 – 3 rurki i dwie szerokie bruzdy – globiferie. W trakcie gdy grzyb ten się starzeje, gleba zsycha się i czernieje. Do rozsiewania wąsko – eliptycznych, hialinowych zarodników (4 – 7,5 x 2,5 um) przyczyniają się muchy.
Okratek pochodzi z Azji (południowo – wschodniej) i Australii, a rozprzestrzenił się również w Nowej Zelandii, USA (Kalifornia) i Republice Południowej Afryki.Jajo okratka australijskiegoDo Europy został przywieziony wraz z ziemią i roślinami sprowadzanymi z Australii do ogrodów botanicznych. Na naszym kontynencie zaobserwowano go po raz pierwszy we Francji w 1914 roku.
W naszym kraju pierwszy raz został dostrzeżony przez mieszkańców wsi z okolic Biłgoraja w 1975 roku, a jego owocniki w początkowym okresie rozwoju („czarcie jaja”) uważano za jaja węży. Rośnie w lasach liściastych i w parkach, głównie pod bukami, a także w zaroślach na żyznych, dobrze nawożonych glebach. Znajdywany bywa również pod sosną zwyczajną, topolą osiką i brzozą brodawkowatą, a także w murawie tworzonej przez śmiałka pogiętego i darniowego. W Polsce jest rzadki, ale corocznie jego populacja się zwiększa. Najobfitsze występowanie owocników okratka znajduje się na piaszczystej podmokłej glebie pod wsią Wólka koło Biłgoraja.
Okratek o bardzo oryginalnym i egzotycznym wyglądzie jest niejadalny (choćby z powodu na odstraszający zapach padliny), a swoje owocniki wytwarza od lipca do października.

Możliwość komentowania Okratek australijski została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , more...

Sztolnie w Mieroszowie

by on Wrz.15, 2015, under Pod ziemią

Początek bocznego chodnikaProlog
Przez okres 70-ciu lat od zakończenia II wojny światowej na temat mieroszowskich sztolni i podziemi powstało wiele teorii, domysłów i spekulacji, dotyczących zarówno historii ich powstania i przeznaczenia, na docelowym wykorzystaniu kończąc.
Spekulowano na przykład o przyszłym wykorzystaniu ich na potrzeby przemysłu zbrojeniowego ściśle związanego z sowiogórskim kompleksem Riese, czy też uwzględniano często wątek ukrycia w ich rozbudowanych wnętrzach depozytu gauleitera Dolnego Śląska, Karla Hanke.
Wszystkie te teorie nieodzownie związane były z brakiem dokumentacji ich budowy i przeznaczenia.
Co tak na prawdę o nich wiadomo?
Istnienie trzech sztolni na zboczach Kościelnej Góry jest niezaprzeczalne. Ich wloty do chwili obecnej widoczne są w terenie.

Obozy pracy
Historia powstania sztolni i podziemi mieroszowskich ściśle powiązana jest z istniejącą tutaj w okresie II wojny światowej filią obozu koncentracyjnego Gross Rosen w Rogoźnicy – AL Friedland, utworzonego dość późno, bo 8 września 1944 roku, w odległości około kilometra od centrum miasta. Niewiele wiadomo na temat samego działania obozu, gdyż nie zachowało się zbyt wiele dokumentów mówiących o jego funkcjonowaniu.
Według danych z 16 lutego 1945 roku przebywało w nim 570 więźniów (mężczyzn, głównie Żydów), przewiezionych z obozu koncentracyjnego KL Auschwitz-Birkenau. Podobóz został zlikwidowany z dniem zakończenia wojny, z 8/9 maja 1945 roku. Wiadomo również, że podczas wojny w Mieroszowie funkcjonował drugi obóz, tak zwany Polenlager, będący obozem dla polskich robotników przymusowych.

W lutym 1945 roku przez Mieroszów przebiegał szlak pieszych transportów więźniów z obozu KL Riese do Czech, a docelowo do obozów KL Flossenbürg i KL Bergen Belsen. Uczestnicy tych „marszów śmierci” zatrzymywani byli na noc w AL Friedland i w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Ci, którzy zmarli zostali pochowani przez więźniów AL Friedland. Niektóre ze źródeł („Przewodnik po upamiętnionych miejscach walk i męczeństwa. Lata wojny 1939 – 1945”, Warszawa 1988, str. 776) podają, że na cmentarzu miejskim w Mieroszowie znajdują się mogiły jeńców wojennych. Można domyślać się, że również więźniów z obozu.
Wracając do AL Friedland… Więźniowie z tego obozu pracowali głównie w miejscowych zakładach koncernu VDM i „Fritz Schubert”. Wykorzystywani byli także do drążenia chodników sztolni, które zaczęły powstawać pod koniec 1944 roku.Pomik ku pamięci więźniów Gross  KL RosenDla upamiętnienia niewolniczo pracujących i tragicznie zmarłych więźniów AL Friedland, w Mieroszowie przy ul. Wałbrzyskiej ustawiono pomnik:
„AL Friedland /Mieroszów/
08.09.1945 – 09.05.1945
Pamięci 515 więźniów filii obozu Gross Rosen”,
projektu i wykonania artysty – plastyka Stanisława Olszamowskiego.

Spekulacje
Na początku lat 40-tych XX wieku produkcję zakładów przemysłowych w Mieroszowie ukierunkowano na potrzeby wojenne, a pod koniec 1944 roku rozpoczęto tu budowę jakiegoś tajemniczego podziemnego obiektu.
Różne przekazy pochodzące z wielu źródeł mówią, o kilku ukrytych wejściach do podziemi na terenie Mieroszowa, ale nikt nie wie, jak bardzo rozbudowany ma być ich kompleks, jaka jest prawdziwa długość sztolni i korytarzy.
Mówi się o drugim „podziemnym mieście Mieroszów”, w którym miano produkować samoloty myśliwskie oraz pociski typu V-1 i V-2.
Krążyły też swego czasu pogłoski jakoby Mieroszów był skażony promieniotwórczo, w związku z tajemniczymi wydarzeniami, które miały mieć w nim miejsce, w okresie dwóch ostatnich miesięcy II wojny światowej, a rejon ten zamierzano przekształcić w centrum naukowo – badawcze na wzór amerykańskiego Los Alamos.Skarpa w której znajdują się wejścia do sztolniW książce „Księstwo SS”, dr Jacek Wilczur (były pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce) przedstawił Mieroszów jako miejsce, w którym Niemcy przygotowywali się do produkcji broni atomowej i miał on stanowić część wielkiego ośrodka atomowego III Rzeszy.
Kolejny autor pozycji o kompleksie Riese, Jerzy Cera, w „Tajemnicach walimskich podziemi”, pisze o rzekomych próbach wzbogacania tu ciężkiej wody sprowadzanej z Norsk Hydro. Mariusz Aniszewski w „Podziemny świat Gór Sowich” nadmienia o „zakładach wzbogacania ciężkiej wody w Mieroszowie”. Ciężka woda czyli deuter nie wymaga wzbogacania, gdyż jest produktem końcowym. Prawdopodobnie chodziło o zakłady wzbogacania rudy uranowej.
Rozważano też możliwość budowy przez Niemców obiektów pod rozwijający się przemysł nuklearny, różnego przeznaczenia laboratoria, zakłady wzbogacania rudy uranowej czy też naukowo – techniczne schrony przeciwlotnicze.

Kościelna Góra
Zbudowana z latytów, góruje nad miastem od zachodu. W połowie XVIII wieku, w czasie gdy Mieroszów zaczął znacznie się rozwijać, została zauważona jako teren pod rekreację. Mieszkańcy, zgodnie z ówczesnymi trendami, rozpoczynają wyruszać na górskie szlaki. Prawdziwe jej ożywienie przypadło na koniec XIX wieku, gdy właściciel mieroszowskiego hotelu „Elsner” wybudował na niej restaurację. W 1894 roku wybudowano na nią drogę, zapoczątkowując jej zabudowę i wytyczanie ścieżek. Następnie przekształcono ją w piękny park, w którym mieszkańcy spędzali wolny czas.
W XVIII i XIX wieku na południowym krańcu góry funkcjonował młyn papierniczy, a po 1835 roku gdy wprowadzono do produkcji papieru maszyny, młyn traci na wartości. W 1890 roku zostaje strawiony przez pożar, zgliszcza rozebrane (do dziś widoczne są pozostałości fundamentów).Stok Kościelnej Góry w którym wydrążono sztolnieW 1918 roku po zakończeniu I wojny światowej, ku czci ofiar, na plateau ustawiono pomnik symbolizujący matkę opłakującą na swoich kolanach syna poległego w walce. Inna wersja mówi, że ma on podkreślać romantyczny charakter tego miejsca, związanego z legendą o parze nieszczęśliwych kochanków, mezaliansie. Bogaty ojciec dziewczyny miał zlecić zabójstwo jej biednego wybranka w miejscu ich potajemnych schadzek, a chwilę po, chłopak miał skonać na jej kolanach.

Okres przed wybuchem II wojny światowej był dla tego miejsca „złotym”. Górę odwiedzały setki turystów, podziwiający z przyległej do restauracji, drewnianej wieży panoramę okolicy. Widok był o wiele większy niż obecnie, gdyż wschodniego zbocza nie porastały drzewa. Cztery betonowe podstawy wieży można jeszcze odnaleźć w pobliżu fundamentów restauracji.
W czasach powojennych Kościelna Góra zaczęła tracić na swoim wyglądzie, zaczął pokrywać ją dziki drzewostan, zamieniając tym samym park w las. Plany jej rewitalizacji były różne i z różnym powodzeniem.
Obecnie jest to miejsce rekreacyjno – kulturalne Mieroszowian, z nową, drewnianą wieżą widokową, czynną od czerwca 2015 roku.

Sztolnie
Zlokalizowane są u podstawy południowego zbocza Kościelnej Góry (Kirch Berg) 545 m n.p.m.
Ich otwory znajdują się na wysokości 488 m n.p.m. (według niemieckiej Messtischblatt nr. 5363 z 1936 roku), po prawej stronie drogi prowadzącej do miejscowości Różana.
Aby do nich dotrzeć należy na skrzyżowaniu ulic Hożej i Żeromskiego skręcić w prawo (od ulicy Żeromskiego) w szutrową drogę okalającą od południa i zachodu Kościelną Górę. Po kilku metrach w zboczu uwidacznia się niewielkie wcięcie zakończone odsłonięciem skał (latytów), w którym znajduje się zawalone obecnie wejście do sztolni nr. 1. Niewielkim nakładem prac można je odgruzować, by dostać się do wnętrza, a za nim sztolnia pozostaje drożna. Idąc dalej szutrową drogą, po około 20 metrach widoczne jest kolejne wcięcie prowadzące do wlotu sztolni nr. 2, a po kolejnych 50 metrach do sztolni nr. 3. Wloty sztolni nr. 2 i 3 są również niedrożne, zlokalizowanie w zaroślach, stanowią dzikie wysypisko śmieci.Wlot sztolni nr.1Szutrowa droga okalająca Kościelną Górę (z której jest dostęp do sztolni) dawniej stanowiła trasę kolejki wąskotorowej, za pomocą której wywożono urobek ze sztolni.
Sztolnia nr. 1 ma około 25 metrów długości. Po 10 metrach od wlotu skręca pod kątem prostym w prawo.
Sztolnia nr. 2 ma długość około 75 metrów. Chodnik początkowo biegnie 10 metrów prosto, następnie pod kątem prostym skręca w lewo na 10 metrów, przez kolejne 40 metrów biegnie prosto i ponownie skręca pod kątem prostym w lewo na 15 metrów.
Wymiary wyrobisk (docelowe) to 4 metry szerokości i 2,5 metra wysokości. Na spągu zalega miejscami dużo niewydobytego urobku oraz rumosz odpadniętych ze stropu i ociosów fragmentów skał.
Należy zauważyć, że wyrobiska są obiektami nieukończonymi, pozostawionymi we wstępnej fazie ich drążenia i nie będącymi obiektami związanymi z dawnym górnictwem rud metali.
Niektóre przekazy mówią, że wszystkie wyrobiska mają się łączyć w jednym miejscu, w samym centrum góry.Sztolnia w MieroszowieEpilog
Poprzedni samorządowcy z Mieroszowa, za kadencji burmistrza Andrzeja Laszkiewicza chcieli podjąć się rozwiązania „podziemnej tajemnicy”. Przez krótki okres czasu noszono się z zamiarem udostępnienia sztolni jako atrakcji turystycznej. W planach miano podjąć się wykarczowania okolic wejść jak i odgruzowania ich, a następnie ustalenia rozległości kompleksu i opracowania planu przekształcenia go w trasę turystyczną.
Gmina zamierzała na ten cel pozyskać środki finansowe między innymi z Unii Europejskiej.
Za sprawą Bogdana Rosickiego (który realizował podobne projekty między innymi na Włodarzu i w Walimiu) zaczęto uważać, że mieroszowskie podziemia mogą być jedną z największych tego typu „konstrukcji” na świecie, większą nawet od kompleksu Riese.Sztolnia w Mieroszowie (1)Władze gminne zostały zmienione, a plan udostępnienia sztolni nie został do chwili obecnej wcielony w życie. Nie wiadomo też jakie są zapatrywania na ten pomysł obecnego burmistrza Marcina Raczyńskiego.
Aby dostać się do mieroszowskich podziemi wystarczy podnieść właz jednej ze studzienek na terenie miasta i zapuścić się do jej wnętrza. Którą? Analitycznym i spostrzegawczym poszukiwaczom odnalezienie jej nie nastręczy problemu. W okresie ostatnich kilku miesięcy (od czerwca 2015 roku) mieszkańcy mają kłopoty związane z dostawami wody do mieszkań. Borykają się z tym problemem do chwili obecnej (wrzesień 2015). Tłumaczone są one wieloletnimi zaniedbaniami sieci wodociągowej, awariami pomp, suszą, itp.
W podziemiach jest jej jednak sporo…

Możliwość komentowania Sztolnie w Mieroszowie została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Stół sądowy w Kochanowie

by on Wrz.01, 2015, under Zabytki

Stół sądowy w KochanowieKochanów (Trautliebersdorf) to niewielka, łańcuchowa wieś, położona w powiecie kamiennogórskim, w Kotlinie Krzeszowskiej, wzmiankowana już w 1292 roku, stanowiła niegdyś własność cystersów z Krzeszowa do momentu sekularyzacji ich zakonu w 1810 roku.
Na Ziemi Kamiennogórskiej zachowało się do chwili obecnej wiele pomników dawnej jurysdykcji karnej. Ich przeszłość ściśle związana jest z krzywdą ludzką, cierpieniem i śmiercią, począwszy od średniowiecza, aż po czasy nowożytne. W średniowieczu proces sądowy i wykonanie kary odbywały się w sposób jawny z udziałem zainteresowanej publiczności, mając na celu efekt potępienia dla sprawcy i przestrogi dla obserwatorów. W eksponowanym publicznym miejscu, jakim była na przykład miejscowa karczma lub kamienny stół, zbierał się i obradował sąd. Wskazywano wówczas winnego i wymierzano karę.

Najłagodniejszymi karami było wygnanie ze wsi, chłosta czy też nakaz wykucia kamiennego krzyża pokutnego zwanego również krzyżem pojednania (często za pomocą narzędzia, które posłużyło do popełnienia przestępstwa i w efekcie końcowym znajdowało się wykute na krzyżu) i ustawienie go na miejscu przestępstwa. Złoczyńcy mogli też trafić pod pręgierz, a w ostateczności na szubienicę.
System dawnego prawa karnego pozostawił po sobie osobliwe pamiątki. Na Dolnym Śląsku znajduje się kilkaset zachowanych kamiennych krzyży pokutnych, na terenie samej gminy Kamienna Góra znajduje się ich osiem, w takich miejscowościach jak Kochanów, Gorzeszów, Raszów, Pisarzowice, Krzeszów i Krzeszówek. Spotykane są tutaj również pręgierze, jak na przykład ten w centrum Krzeszowa oraz ruiny szubienic.Jedno z siedzisk przy stole sądowymInny przykład reliktów dawnego sądownictwa reprezentuje najlepiej zachowany na Dolnym Śląsku kamienny stół sądowy w Kochanowie. Zlokalizowany jest on na północ od zabudowań wsi, po lewej stronie drogi do miejscowości Grzędy (należy kierować się około 500 metrów drogą szutrową za znakami zielonymi szlaku turystycznego), na stoku dolinki, w kępie świerków, poniżej wzniesienia noszącego na dawnych mapach wymowną nazwę „Trupiej Główki” (Todten Kopf), obecnie Trębna 590 m n.p.m.
Stół sądowy został wykonany z jednolitego, solidnego piaskowcowego bloku 2-metrowej długości. Wokół niego ustawione jest osiem siedzisk również wykutych z piaskowca.
W czasach dawnego sądownictwa miejsca przy stole zajmowali: wójt, przewodniczący ławy, ławnicy i podwójt. Po zapoznaniu się z materiałem dowodowym zapadał wyrok, a oskarżony zostawał uznany za winnego zarzucanych mu czynów.

Zasądzone ustalenia były następnie trzykrotnie odczytywane przez sługę sądowego. Podczas trzeciego odczytu rozbrzmiewał tak zwany dzwonek skazańców. Wówczas odprowadzano oskarżonego do więzienia, w którym zakładano mu długi, czarny płaszcz nazywany „płaszczem skazańców”. Pisarz spisywał protokoły, wokół słychać było gwar publiczności żywo reagującej na przebieg obrad.
Stół sądowy w Kochanowie jest zabytkiem i obiektem uznawanym za unikatowy w Polsce (jedyny na Dolnym Śląsku) i na skalę europejską. Większość tego typu obiektów wykonywana była z drewna, jednakże stół kochanowski wykuto z piaskowca, dlatego jego stan i wygląd pozostał dość dobrze zachowany, prawie kompletny. Wokół znajduje się kilka rozrzuconych piaskowcowych głazów.

Możliwość komentowania Stół sądowy w Kochanowie została wyłączona :, , , , , , , more...

Legenda o stworzeniu świata …

by on Sie.15, 2015, under Legendy

Zachód słońcaNa początku Wszechrzeczy i Wszechświata istniało tylko światło oraz bezkresne morze. Istniał też wtedy bóg Świętowit, który krążył pod postacią łabędzia nad ową przepastną przestrzenią. Bogowi krążącemu nieustannie nad wodą zaczęła doskwierać samotność, jednakże po chwili dostrzegł na wodzie swój cień.
Świętowit postanowił oddzielić cień i ciało z cieniem związane. Tak oto powstali bogowie: Swaróg*  i Weles.
Swaróg uplótł ze światła łódź, w której zamieszkał i podróżował na kołyszących się falach morza. Weles zaś zanurkował w ciemne głębiny i tam spędzał większość czasu. Niedługo jednak taki stan rzeczy się utrzymywał. Bogom znudziła się monotonia morza i postanowili stworzyć stały ląd.

Swaróg namówił Welesa, aby ten zanurkował na samo dno otchłani i przyniósł mu garść piasku, a gdy już piasek ten zbierze, niech wypowie magiczne słowa, które zawierałyby ziarno współpracy. Formuła ta miała brzmieć: „z mocą Swaroga i moją”. Weles dwukrotnie nurkował w otchłań, by uchwycić garść piasku, ale nie mógł dosięgnąć dna morskiego. Dopiero za trzecią próbą uchwycił upragniony cel, lecz czy to z roztargnienia, czy z zawiści wyrzekł tylko „z moją mocą”.
Weles postanowił stworzyć ląd tylko dla siebie i ukrył kilka ziaren piasku w ustach.
Gdy Weles w końcu się wynurzył, wyciągnął ku Swarogowi otwartą dłoń. Ten wziął z niej parę ziaren piasku i rzucił przed siebie. Piasek w zetknięciu z wodą zmienił się w ląd i począł się rozrastać, jak i również ziarna w ustach Welesa. Ten wypluł je, a tam gdzie splunął powstały góry.

Wyspa stworzona przez bogów była niewielka, sami we dwójkę ledwo się na niej mieścili. Samolubny Weles uknuł plan zapanowania nad wyspą. Odczekał tylko, aż Swaróg pogrążył się we śnie. Z zamiarem utopienia swojego brata, podniósł śpiącego Swaroga i zaczął go nieś ku brzegowi, jednak gdy tylko Weles zbliżał się do brzegu, ziemia odsuwała się daleko w morze. Wyspa osiągała coraz większe rozmiary w miarę tego jak zdesperowany starał się pozbyć Swaroga. W końcu zrozpaczony Weles zrezygnował.
Kiedy Swaróg obudził się spostrzegł, że ląd jest większy niż był, a uradowany Weles poinformował go, że ziemia nadal się powiększa. Z początku obaj bogowie byli zadowoleni, ale po pewnym czasie Swaróg zaczął się obawiać, że w miarę powiększania się lądu niebo stanie się zbyt małe, by przykryć ziemię. Pomimo tego, że Swaróg podzielił się swoimi niepokojami z Welesem, ten zdawał się tym nie przejmować. Swaróg zaczął podejrzewać, że Weles ukrywa coś przed nim więc stworzył pszczołę, która wysłał, aby szpiegowała Welesa.

Ta siadła cicho na ramieniu Welesa i patrzyła, co ten wyczynia. Weles stworzył z morskich fal kozła, z którym zaczął rozmawiać. Opowiadał mu o głupim bogu Swarogu, który nie potrafi powstrzymać rozrastającego się lądu. Weles opowiedział kozłowi, że wystarczy kijem wyznaczyć wszystkie strony świata, aby ten przestał się rozrastać.
Pszczoła powtórzyła Swarogowi to co usłyszała, a ten uformował z światła kij i postąpił tak jak mówił Weles. Świat wtedy przestał się rozrastać i został takim, jakim go teraz widzimy.
Rozwiązawszy problem lądu, bogowie zaczęli wykłócać się o panowanie nad niebiosami, lecz tego nie mógł już ścierpieć Świętowit. Zawołał bogów do siebie i rozdzielił między nich władze. Weles panować miał odtąd nad Nawią – krainą zmarłych gdzie trafiają dusze Słowian, a Swaróg został zaś bogiem ziemi i ognistego słońca.

* w niektórych podaniach zamiast Swaroga występuje Perun

Możliwość komentowania Legenda o stworzeniu świata … została wyłączona :, , , , , , , , , , more...

Opowieści skarbowe (2)

by on Sie.01, 2015, under Skarby

Trzej bracia (1948 rok)Mój ojciec (1920 – 1983)
Jako jeden z nielicznych przebył szlak bojowy Lenino – Berlin. Może dlatego, że był kierowcą Studebakera i „ciągał” działo. Po wojnie raz w roku było spotkanie rodzinne trzech braci – wszyscy tak zwani „frontowcy” (zdjęcie powyżej zrobiono w 1948 roku).
Chłopaki przy kawie (?) rozmawiali głównie o wojnie (trauma wojenna). Ojciec opowiadał:
Po zdobyciu Kołobrzegu ruszyliśmy na Berlin, a tu pół samochodu wojennego dobra, około 5 kg złotych wyrobów, mnóstwo srebra i innych wartościowych rzeczy. Wszystko w skrzyniach po amunicji. Zakopaliśmy to dosyć głęboko na polanie w lesie, w kierunku na Dźwirzyno. Na drzewie zaznaczyliśmy strzałkę.

Pojechaliśmy na początku lat 70-tych. Drzew nie ma, lasu nie ma. Może 5 km w tę stronę, a może 10 km w tamtą (?) …
Teraz można to zlokalizować. Wystarczy wziąć mapę z 1940 – 1945 roku http://igrek.amzp.pl/mapindex.php?cat=TK25 pokryć ze współczesną mapą satelitarną – jak się nakłada mapy: http://www.wykop.pl/ramka/1201709/zobacz-jak-wygladala-twoja-miejscowosc- wiek-temu-w-google-earth/ – i… życzę powodzenia poszukiwaczom.

Chłopaki mieli mnóstwo szczęścia. Po rozwiązaniu ich jednostek, już prawie nad samą Łabą, cała piątka (widoczna na zdjęciu) wracała do domu. Nie będą wracali na „pusto”. Trzy wypakowane dobrem Studebakery jadą do domu. Nie dojechali. Po krótkiej walce z ruskim patrolem postanowili zawartość samochodu zakopać… Ruskich też (województwo zachodniopomorskie, powiat świdwiński, miejscowość Buślary).
Byłem tam (w 1972 roku) z całą trójką braci. Nie znaleźliśmy!

Bardzo bogaty Niemiec
Trzeba ludzi słuchać i wyciągać (czasem) wnioski. Gość po 60-tce opowiada:
Moja babcia przez całe swoje życie mówiła mi bym odszukał to, co zakopał najbogatszy Niemiec z jej wsi…
Powiedział nazwę wsi i nazwisko gospodarza. Podobno zapakował dwie skrzynie jak trumny i dziewięć kanek. W nocy wywiózł to do lasu.Odnaleziony karabinWieś jest niedaleko od mojego miejsca zamieszkania. Pojechałem sprawdzić. W parafii miejscowego kościoła widnieje takie nazwisko, czyli zgadza się. Fakt. Wieść niesie, że był bardzo, bardzo bogaty. Ksiądz pokazał mi jego byłe miejsce zamieszkania. Zrobiłem tak jak w instrukcji powyżej (linki). Widać jak do dziś rozbudowała się wieś, jak wyglądały lasy wtedy i teraz. Wytypowałem hipotetyczne miejsca i pojechałem (w maju 2015 roku). Wyszło, że „gość” opowiadał o tym nie tylko mi. Znalazłem dosyć dużo miejsc po pseudo poszukiwaczach. Byłem krótko, bo wygonił mnie deszcz. Znalazłem jedynie to (galeria zdjęć poniżej):

Koło młyńskie (jeszcze nie zabrałem) chyba tam jeszcze jest. Pewnie w najbliższym czasie pojadę tam ponownie.
Oczywiście ciąg dalszy nastąpi. Opowieści jest bardzo dużo (tych których „dotknąłem” osobiście).
Będę dalej publikował…

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Możliwość komentowania Opowieści skarbowe (2) została wyłączona :, , , , , , , , , , , more...

Opowieści skarbowe (1)

by on Lip.15, 2015, under Skarby

TalaryZanim zacznę opowieść napiszę o niezmierzonej głupocie ludzkiej i proszę tu Czytelników o sugestie – jak temu przeciwdziałać …?
To się dzieje teraz, w 2015 roku…
Zgłasza się do mnie mężczyzna pokazuje mi monetę (zdjęcie powyżej).
Czy ona jest coś warta? Na mojej posesji (w Nakle) kopałem fundament pod garaż i znalazłem garnek, w którym było takich 200, były inne, miały różne obrazki. Zeszlifowałem wszystkie te obrazki, a krążki sprzedałem na złom, dostałem „kupę” kasy, aż prawie 7 tysięcy złotych.
Takie talary ważą od 25 g do 30 g z małym haczykiem, czyli zgadza się.

Kolejny przypadek:
Czy to stanowi jakąś wartość? (gość pokazuje mi „to” na zdjęciu, wielkość 1 cm2).
Było w takim małym starym damskim pierścionku, złoto oddałem na złom (640 zł), a to mogę wyrzucić.
Szkoda, że nie wyrzucił.Zdjęcie Herbu ChludzińskiPowyżej: herb Chludziński – polski herb szlachecki, odmiana herbu Cholewa. Opis herbu: w polu czerwonym między dwiema klamrami srebrnymi, odwróconymi barkami do siebie – miecz ostrzem do góry.

Klejnot trzy pióra strusie
Chludziński / Chludziński – notowane od 1532 roku, od nazwy miejscowej Chludnie (niegdyś okolica szlachecka Chludnie; więcej dwuczłonowych wsi tej nazwy) w dawnej Ziemi Łomżyńskiej (obecnie gmina Mały Płock, powiat kolneński). Nazwisko rzadko spotykane, niemal wyłącznie na Mazowszu – w dawnej Ziemi Łomżyńskiej i dawnej Ziemi Płockiej.
Początek rodowi dało siedmiu braci, którym książę Janusz I Starszy nadał w 1413 roku wymienione Chludnie, skąd wzięli oni później swoje nazwisko. Chludzińscy, licznie rozrodzeni już w swoim gnieździe, początkowo pieczętowali się herbem Cholewa „z tą odmianą, że miecz do góry ostrzem kładą”. Wśród znaczniejszych Chludzińskich w dawnych wiekach spotykamy ponad 40 biorących w kolejnych elekcjach królów polskich w XVII i XVIII wieku. W źródłach historycznych znaleźć można kilkaset notatek na temat różnych Chludzińskich biorących udział w procesach majątkowych, dziedziczących bądź dokonujących transakcji majątkowych w XV – XVIII wieku. Chludzińscy z Chludni pieczętowali się początkowo herbem Cholewa, choć później znajdujemy też przy tym nazwisku i inne herby. Nazwisko nosi obecnie około 1550 Polaków, w powiecie wołomińskim około 15 – 20 osób.

Opowieści
W każdym rejonie Polski krążą legendy o ukrytych skarbach. Odniosę się do opowieści skarbowych dotyczących II wojny światowej. Jest ich bardzo dużo. Napiszę o skarbach, które „dotknąłem” osobiście. Trzeba też wiedzieć, że w opowieściach jest zawsze maleńkie ziarno prawdy (mój poprzedni artykuł „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”).
Znalazłem siedem dużych beczek o różnej zawartości, którą to zawartość zabraliśmy samochodem ciężarowym. Pewnie do dziś chodzi opowieść po wsi, że:
Niemcy przyjechali nocą i odkopali beczki pełne biżuterii, a ten, co był tam rano zebrał jeszcze dwa wiaderka biżuterii…
Mamy piękną opowieść. Ziarno prawdy? – Beczki były.

Trofiejny pociąg
Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku doszła do mnie informacja, że „Trofiejny pociąg” jadący z Niemiec do Rosji zatrzymał się w miejscowości Tychowo, a następnie ruszył do Bobolic.
Odcinek Tychowo – Bobolice pokonał w ciągu 48 godzin. Dlaczego?
Może obsługa chciała coś uszczknąć dla siebie? Informacja przeszła mimo uszu. Po jakimś czasie pojechałem w okolice Bobolic, by przeszukać miejsce po rozbitym niemieckim pancernym pociągu. Znalazłem tam mnóstwo niezidentyfikowanego żelastwa i skrzynkę po amunicji.Skrzynka po amunicjiOddałem ją do Izby Pamięci. Z opiekunem izby mocno się rozgadaliśmy. Mówi:
A wiecie o pociągu Trofiejnym? Z Tychowa do nas jechał ponad dwie doby. Rosjanie podstawili samochody, bo dalej tory były rozbite. Zawartość składu pociągu nie była pełna. Cała załoga została rozstrzelana. Mieszkańcy postawili im pomnik.
Odcinek Tychowo – Bobolice to tylko 25 km szosą, a koleją krócej. Do dziś ta trasa czeka na sprawdzenie.Pomnik ku pamięciLasy
Po przeczytaniu kilku książek o wspomnieniach uciekinierów (patrz „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi” wątek: Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki), pojechałem odszukać miejsca biwakowania uciekinierów.  W lasach koło (…) spotkałem leśniczego. Wywiązała się przyjacielska rozmowa i leśniczy mówi:
Pokażę panu miejsce gdzie był wyręb lasu. Po wyrębie był nasadzony nowy las. Pług leśny zrywa około 30 cm ziemi. Panie, co tam nie było!
Pojechaliśmy. Piękna leśna droga po jednej stronie młody las, po drugiej bardzo stary. Pokazuje:
To tu się ukryli, a ruskie samoloty ich zbombardowały…Waga i puzderkoWłączyłem wykrywacz i wszedłem do starego lasu. Od razu sygnał i jest – puzderko, kieszonkowa waga, a obok złote obrączki, ale… Na kościach dłoni! KONIEC poszukiwań!!! Dalej nie szukam! Uświadamiam leśniczego, co należy zrobić w takich okolicznościach (zgłoszenie do prokuratury, powiadomienie Fundacji Polsko – Niemieckiej „Pamięć” – pisałem o fundacji w moich komentarzach). Leśniczy prosi mnie bym to zachował dla siebie, bo wie ile z tego będzie problemów. Zgodziłem się. Całe szczęście, ze dziś nie potrafię odszukać tego miejsca, bo to było bardzo dawno temu.ObrączkiNa obu obrączkach widnieją te same inicjały i data „1921”.

Hrabina
Kiedyś poznałem autentyczną hrabinę (nazwisko i miejsce zamieszkania znane autorowi). Mieszka – mieszkała w pięknej starej karczmie z 1892 roku. Miała 9 lat gdy rozpoczęła się wojna i opowiada:
Byliśmy w naszej leśniczówce. Moi bracia (trzech) zapakowali do pięciu skrzynek: wszystkie srebra z leśniczówki (1), cenne książki (2), porcelanę (3), obrazy (4) i wszystkie bibeloty (5). Wynosiliśmy po kolei i zakopaliśmy w lesie obok, każdą w innym miejscu. Dopiero w 1976 roku z jednym z braci pojechałam to odszukać. Znaleźliśmy tylko skrzynkę z obrazami.
Widziałem obrazy w jej karczmie – moje wnuki nie musiałyby pracować. Oczywiście pojechałem z Panią Hrabiną do jej byłej leśniczówki. Samochód na jej prośbę zostawiliśmy dosyć daleko. Dlaczego? Mówi:
Bardzo długo sądziliśmy się z lasami o odzyskanie mojej leśniczówki, oni mnie tu dobrze znają, ale tu się zmieniło…
Pokazała na las w około. Włączyłem wykrywacz metali i idę. Niestety zostałem zauważony. Ale się działo! Niesamowita agresja i chamskie zachowanie – ich. Wzywanie policji, całe szczęście, że nie było obok Pani Hrabiny. Nie czekałem na policję – uciekłem. Czy te cztery pozostałe skrzynki tam są? Nie wiadomo. Być może teraz dałoby się to jakoś załatwić – minęło 15 lat.

Młyn
Pod koniec lat 70-tych pracowałem w jednej z telewizji kablowych, jako przedstawiciel. Chodziłem „ po ludziach” i proponowałem, by się podłączyli do „kablówki”. Podczas takiej pracy spotyka się dużo ciekawych osób. Trafiłem do bardzo starej kobiety powyżej 90-ciu lat – całkiem „kumata”. Mieszkanie bardzo skromne, biedne. Tacy starzy ludzie są bardzo ciekawi, mają piękne wspomnienia. I wojna, II wojna i wiele innych bardzo ciekawych zdarzeń. Rozmawiamy. Podpytuję ją jak pamięta wojnę itd. Ona w trakcie rozmowy mówi:
Przed wojną i podczas wojny przez 17 lat byłam gosposią u Niemca młynarza, miał dwóch synów SS-manów, którzy pracowali w obozie koncentracyjnym dla Żydów. Pomagałam mu pakować w beczki srebra, obrazy, piękną porcelanę i inne cenne rzeczy. On te beczki smołował i okręcał papą. Wszystkich beczek było 12. W trzech nie wiem co było, bo to chowali jego synowie. Beczki zakopali w gnojowicy. Młynarz powiedział – mogą leżeć nawet 100 lat, nic się nie stanie.
A gdzie ten młyn? – spytałem i wymieniła miejscowość (…). Około 15 km od tego miejsca. Mój samochód stoi przed domem. Jedziemy razem. Miejsce wygląda tak, szkic poniżej (mógłbym podać współrzędne GPS, z satelity też pięknie widać).Szkic zabudowań młynarzaByłem w tym miejscu obecnie (w kwietniu 2015 roku), nic nieruszone. Beczki chyba jeszcze są?!

Bród przez Wisłę
W 1999 roku zmieniłem miejsce zamieszkania z Pomorza do centralnej Polski. Bardzo szybko poznałem podobnych mi pasjonatów. Tylko, że tu nie ma depozytów. Koledzy wyspecjalizowali się w poszukiwaniu monet. Bardzo dobrze poznali historię swoich okolic, ale trochę inaczej. Dokładnie określili „Szlak Bursztynowy Rzymian” i inne szlaki handlowe. Miejsca byłych zajazdów, karczm. Pól bitewnych z Krzyżakami. Pojechaliśmy do miejsca dawnego brodu przez Wisłę.Bród, miejsce znalezieniaNa tym polu w sumie znaleźliśmy gdzieś 1000 monet.
Dla mnie to niewiarygodne!
Teraz tu pewnie nic już nie ma.
Na powierzchni około 20 m2 znalazłem to (zdjęcia poniżej). To był tylko jeden „wypad”, bo w 2002 roku weszła ustawa o Ochronie Dóbr Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Do dziś tam nie byłem. W tym roku w czerwcu zmieniły się przepisy i już można. To też jest miejsce „skarbowe”.Oryginalna rzymska fibula I-IV wiek n.e.Oryginalna rzymska fibula I – IV wiek n.e.Wiele nakładających się przedmiotów na 20 m2Przedmioty, które znalazłem na powierzchni 20 m2: między innymi grot od bełta do kuszy, nożyk, część zapinki – średniowieczne.

Zakończenie
To jest tylko pierwsza część „moich opowieści”. Ilekroć zejdę do moich zasobnych piwnic, by poszukać eksponatów (tych, których nie oddałem do muzeów), odkrywam, że jeszcze mogę napisać o:
– Przedwojennym dilerze mercedesa
– Najbogatszym Niemcu rolniku ze wsi Trzesieka pod Szczecinkiem
– Drugim takim samym Niemcu spod Bydgoszczy (aktualnie się tym zajmuję)
– Odkrycie zamaskowanej piwnicy – prawdziwy skarb, dużo zdjęć
– Odkrycie złotych monet w hotelu „Pod Orłem”

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Możliwość komentowania Opowieści skarbowe (1) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Latyty z Czerwonych Skałek

by on Lip.01, 2015, under Ciekawe miejsca

Czerwone Skały. LatytyLatyty podobnie jak trachyandezyty i trachybazalty są wylewnymi lub subwulkanicznymi skałami, odpowiednikiem monzonitów i kentallenitów, ale najbardziej spośród nich spokrewnionymi z monzonitami, a z drugiej strony z trachitami, od których różni je nie tylko skład chemiczny czy mineralny, lecz również ciemniejsza barwa. Na tle skalnym zwykle dużą rolę odgrywają skalenie alkaliczne i plagioklazy. Latyty są uboższe w pirokseny. Posiadają barwę od jasnoczerwonej do ciemnoczerwonej, bordowej.
Przeciętnie w swoim składzie chemicznym latyty zawierają (w procentach wagowych) ponad 57% SiO2, 16% Al2O3, 5% CaO, 4% K2O, 4% FeO, 3,5% Na2O, 2,3%  Fe2O3 oraz poniżej 1% TiO2, H2O, P2O5 i inne domieszki.  Składają się głównie ze skalenia potasowego i plagioklazów (oligoklazu, andezynu, labradoru), rzadziej kwarcu (przeważnie zawierają do 5% kwarcu w stosunku do skaleni, a gdy kwarc stanowi do 20% składników jasnych wyróżniany jest latyt kwarcowy), piroksenów (augitu, diopsydu, hiperstenu), amfiboli (hornblendy) biotytu i oliwinu. W niewielkich ilościach występują minerały akcesoryczne takie jak apatyt, tlenki żelaza, tytanit, spinel, piryt, cyrkon, allanit i inne. Często obecne jest w nich szkliwo wulkaniczne.

Monzonity są skałami głębinowymi, których głównymi minerałami są plagioklazy, najczęściej andezyn, labrador i skaleń potasowy. Z minerałów ciemnych w ilości 10% pojawia się biotyt, augit, hornblenda oraz jej pseudomorfozy po augicie – uralit. Kwarc występuje w ilości poniżej 10%, a z minerałów akcesorycznych znaczny bywa apatyt i tytanit. Monzonity posiadają barwę szarą o niezbyt grubym ziarnie, ale niektóre odmiany bywają ciemniej zabarwione co makroskopowo upodabnia je do diorytów gabra. Wykazują strukturę hipidiomorficzną lub panksenomorficzną, teksturę bezładną, rzadko równoległą.
Latyty i monzonity tworzą formy zbliżone do form sjenitów i diorytów, są jednak bardziej rozpowszechnione od sjenitów i niekiedy tworzą większe masywy o dość jednostajnym składzie mineralnym, a ich geneza wiąże się z asymilacja skał zasadowych przez magmę granitową.Latytowa gołoborza pod Czerwonymi SkałamiLatyt i pokrewne mu skały wylewne (trachyandezyty, trachybazalty) różnią się między sobą wzajemnym stosunkiem plagioklazów do skaleni alkalicznych i minerałów ciemnych. Są to skały jasne, o strukturze afanitowej lub porfirowej z prakryształami skaleni, rzadziej amfiboli i piroksenów. Gleby powstające ze zwietrzeliny tej grupy skał są zazwyczaj gliniaste, zasobne w składniki pokarmowe dla roślin.
W Polsce latyty i pokrewne im skały wylewne występują lokalnie w Sudetach, tworząc razem ze skałami wylewnymi innych klas tak zwaną trzeciorzędową formację bazaltową. W okolicach Świerków i Głuszycy występują melafiry (trachybazalty) i towarzyszące im tufy, a w okolicach Unisławia Śląskiego i Sokołowska pojawiają się latyty augitowe (o podobnym składzie mineralnym do trachybazaltów) lecz zasobniejsze w skalenie potasowe. Występują tam także latyty anortoklazowe stanowiące przejścia do trachitów klasyfikowanych dawniej jako porfiryty. Wszystkie trachybazalty i latyty wykazują się albityzacją autometasomatyczną. W niektórych ich wylewach powierzchniowych występują odmiany o strukturze szklisto-intersertalnej.

Najlepszym przykładem ich odsłonięcia (wychodnią) są Czerwone Skałki na północnym zboczu góry Suchawa (928 m n.p.m.), drugiego co do wielkości szczytu w Górach Kamiennych i Suchych po Waligórze (934 m n.p.m.), zlokalizowane w kierunku wschodnim od miejscowości Sokołowsko. Dotrzeć do nich można niebieskim szlakiem prowadzącym z Sokołowska przez górę Włostowa (901 m n.p.m.), Kostrzyna (906 m n.p.m.) lub z umiejscowionego na Przełęczy Trzech Dolin (800 m n.p.m.) schroniska „Andrzejówka”, trawersując od południowego-zachodu zbocza góry Waligóra.
Czerwone Skałki są jednym z mniej dostępnych i rzadko odwiedzanych pomników przyrody nieożywionej w gminie Mieroszów, ustanowionym decyzją Wojewody Dolnośląskiego (19.08.2008 roku).

Stanowią one efektowne urwisko – odsłonięcie latytów, o wysokości ściany dochodzącej do 25 metrów. Geneza jego powstania najprawdopodobniej związana jest z procesami wietrzenia, a tym samym powstania osuwiska. U ich podnóża, na dość stromym stoku, znajduje się sporych rozmiarów gołoborza, najlepiej osiągalna podejściem od ruin Zamku Radosno. Widok w terenie na Czerwone Skałki jest dość mocno ograniczony, a najlepiej uwidaczniają się z oznakowanej ścieżki rowerowej biegnącej ze schroniska „Andrzejówka”. Podchodząc pod „czerwone urwisko” należy zachować ostrożność, jednakże dotarcie do niego i widok urwistych, intensywnie czerwonych skał, dostarcza niezapomnianych wrażeń. Swoim wyglądem i strukturą przypominają lewą stronę wychodni porfirów Organów Wielisławskich.

Możliwość komentowania Latyty z Czerwonych Skałek została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Legenda o Wzgórzu Wisielców …

by on Cze.26, 2015, under Legendy

Wzgórze WisielcówDzień chylił się już ku zachodowi, a ostatnie promienie słońca złociły trawę na Wzgórzu Wisielców. Widok było naprawdę przepiękny. Jednak nikt kto bywał w tamtych stronach nie dałby się zwieść. Wzgórze było owiane złą sławą, każdy znał jego historię, nikt w nią nie wątpił. W każdym razie nikt kto bywał w tamtych stronach…

Stary człowiek wyrwał się z zadumy, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi wejściowych gospody. Niechętnie oderwał wzrok od okna i majaczącego gdzieś na horyzoncie wzniesienia, by spojrzeć na przybysza. Nie rozpoznał młodego mężczyzny, stwierdził więc, że musi być on tu przejazdem. Obcy wyglądał na zmęczonego, zapewne miał za sobą długą podróż.
Wędrowiec podszedł do baru i zamówił piwo, po czym usiadł ciężko przy jednej z ław. Stary człowiek zastanawiał się chwilę, po czym podniósł własny kufel i ruszył w stronę tego mężczyzny.

Młodzian oczy miał przymknięte i wyglądał, jakby drzemał. Starzec postanowił go jednak obudzić.
Z daleka jedziesz, dobry Panie? – zapytał.
Podróżny otworzył leniwie oczy, by zobaczyć, kto mu przeszkadza.
Z Krakowa – odpowiedział, patrząc, jak stary człowiek siada naprzeciwko niego. Nie wyglądał groźnie.
Daleka więc za Panem droga, zmęczenie pewnie do gospody skierowało?
Wędrowiec nic nie odpowiedział, pokiwał jedynie głową.
Dzisiaj już chyba Waćpan nie wyrusza? Ot, słoneczko zaszło prawie, noc zapada – powiedział starzec, wskazując ręką okno, przez które sam jeszcze przed chwilą obserwował wzgórze.
Widzę – mruknął mężczyzna, i uświadomił sobie, że nie tak łatwo pozbędzie się niechcianego kompana – lecz do Zalewu już niedaleko, śpieszno mi czym prędzej podróż zakończyć.

Starzec zachłysnął się piwem, wytrzeszczył oczy ze zdziwienia i przerażenia.
Ależ Panie, nie chcecie chyba po nocy podróżować? Toż jedyna droga do Zalewu obok Wzgórza Wisielców wiedzie!
Młodzian zadarł głowę i spojrzał hardo na swojego rozmówcę.
I cóż z tego? Ja nikomu nie wadzę, a i pieniędzy już nie mam, nawet obrabować nie ma mnie z czego.
Widać, żeś nie tutejszy Panie – starzec pokręcił głową i ściszył nieco głos, jakby miał zamiar wyjawić jakąś tajemnicę – Wiedz więc, że jeszcze się taki nie urodził, co zebrałby się na odwagę, by po nocy samotnie, Wzgórze Wisielców nawiedzać.
A czegóż mam się obawiać? Czas nagli, zwlekać dłużej nie mogę. Bywaj, dobry człowieku!

Już chciał wstać, kiedy starzec chwycił go mocno za ramię, coś w jego twarzy kazało młodzianowi pozostać na miejscu i wysłuchać go do końca.
Jeśli wola taka, niech Pan jedzie, nie będę zatrzymywać. Ale najpierw niech Waćpan lepiej wysłucha pewnej historii, której skutki do dzisiaj nierozważni ponoszą. Widzisz Pan tamto wzgórze, to za którym słońce się właśnie chowa? Wzgórzem Wisielców lub też Strasznym Wzgórzem jest nazywane, nie bez przyczyny miano takie uzyskało. Dawno temu w miejscu, w którym wzniesienie owo się znajduje, stał kiedyś zamek.
W zamku tym mieszkał kiedyś bogacz, człowiek równie skąpy, co okrutny. Jego ulubionym zajęciem było gromadzenia skarbów i ciągłe powiększanie swojego majątku. Względów nie miał dla nikogo, nie znał współczucia ani łaski. Choć posiadał niemal wszystko, a jego skarbce i spiżarnie były wypełnione po same brzegi, biedniejszym od siebie pomocy nie udzielał nigdy.

Miał on jedną córkę, piękność nad pięknościami, lecz serca złego i zatwardziałego. Wdała się ona w ojca i w miarę upływu czasu stała się gorsza nawet od niego. Ona to była w posiadaniu kluczy otwierających wszystkie skarbce i spiżarnie. Cały dzień przechadzała się po zamku, a klucze przywieszone do jej paska podzwaniały wesoło. Zajmowała się również przydzielaniem jedzenia poszczególnym osobom. Panom i gościom zamku nie skąpiła niczego, jednak liczna służba cały czas cierpiała głód. Poddani, osłabieni ciężką pracą i głodowymi racjami, pomstowali często na dziedziczkę. Czasem ktoś, zebrawszy się na odwagę, szedł do pana na skargę, prosząc o jedzenia dla siebie i towarzyszy. Zawsze jednak spotykał się z odmową.
Pewnego razu, gdy panna dowiedziała się o skardze jednego ze sług, wpadła we wściekłość. Zaczęła ubliżać służbie i zagroziła, że jeśli zdarzy się to jeszcze raz to powie ojcu, że zamiast wykonywać swoje obowiązku, śpią tylko i odpoczywają.

Przy okazji następnej skargi spełniła swoja groźbę. Ojciec bez wahania uwierzył swojej córce. Poddani, którzy przyszli z prośbą o jedzenie, zostali wychłostani. Prosili o łaskę, a dziedziczka śmiała się tylko i kazała pachołkom kijów nie szczędzić. Słudzy byli bici aż do utraty przytomności. Jeden z nich, człek niemłody, który z ręki swego pana niejedno już wycierpiał, uniósł nagle prawicę do góry i straszne przekleństwo rzucił na dziewczynę i jej ojca, życząc im aby ziemia pochłonęła ich z całym majątkiem.
Wtedy niebo nagle pociemniało, mrok raz po raz rozświetlały błyskawice, a krzyk ludzi zagłuszały gromy. Wszyscy zaczęli uciekać w panice, chcąc jak najszybciej opuścić zamek. Na próżno Pan nawoływał poddanych, żaden z nich nawet się nie obejrzał. A gdy w zamku pozostał tylko on i jego córka, ziemia pochłonęła ich oboje, budowlę i cały dobytek w niej zgromadzony.

Od tego czasu znajduje się w tym miejscu wzgórze na którym rośnie drzewo. Nikt nigdy nie wyraził ochoty, aby się osiedlić w jego okolicy. Dlatego stało się ono miejscem egzekucji, od czego później wzięła się jego nazwa.
Ponoć w ciemną, burzliwą noc można czasem ujrzeć przy drzewie na szczycie piękna dziewczynę, potrząsającą pękiem kluczy i uśmiechem uwodzącą nierozważnych młodzieńców. Zjawa zwabia ich do podziemi mówiąc, że w zamku czekają na nich niezliczone bogactwa. Nikt jednak nigdy z podziemi nie powrócił, aby potwierdzić tę pogłoskę.

Wędrowiec roześmiał się, gdy starzec dramatycznym szeptem zakończył swoją opowieść.
To tylko historia przez ludzi wymyślona, aby dzieci straszyć, dobry człowieku. Jeśli chcesz wiedzieć, ja właśnie po to przybyłem, aby zdobyć skarby pod wzgórzem zaległe. A gdy będę wracać, wstąpię do tej karczmy i wyprawię ucztę, jakiej nikt jeszcze w tej mieścinie nie przeżył!
Po czym owinął się szczelniej płaszczem i wyszedł z karczmy wprost w objęcia nocy.
Od tamtej pory już nikt go nigdy nie widział.

Możliwość komentowania Legenda o Wzgórzu Wisielców … została wyłączona :, , more...

21. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych

by on Cze.15, 2015, under Galimatias

21TJW dniach 29 – 31 maja 2015 roku na terenie nieczynnego kamieniołomu „Gruszka” w Wojcieszowie odbyły się 21. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych, których corocznym organizatorem jest Speleoklub „Bobry” z Żagania, mający na miejscu swoją bazę „Dziuśkową Chatę”.
Podobnie jak w poprzednich latach na speleomistrzostwa przyjechało wielu zawodników z kilku speleoklubów. W tym roku pogoda nie była sprzyjająca, ilość przybyłych osób była mniejsza, a oprawa imprezy wydawała się być skromniejsza. Przygotowania do zawodów głównych jak i imprezy towarzyszące rozpoczęły się w piątek 29 maja, między innymi zakwaterowaniem zawodników. O godz. 19.00 tradycyjnie rozegrano mecz piłki nożnej pomiędzy drużyną grotołazów, a drużyną z Wojcieszowa.21TJ1Po raz pierwszy w historii został on wygrany przez grotołazów (wynik 7:6). W trakcie zaciętej walki kontuzjowany i zniesiony z boiska był prezes „Bobrów” Marcin Furtak, zaś bohaterem meczu okrzyknięto Marcina Wesołowicza z WKGiJ, który dzielnie obronił karnego w końcówce spotkania.
O godz. 20.30 otwarto wystawę z prelekcją pt: „Przyrodnicze Skarby Gór Kaczawskich” autorstwa Mariana Bochynka, a także wystawę Speleoklubu Bobry Żagań „Chiny: Korona Podziemi – Chińskie Giganty” (w miejscowej Sali Widowiskowej przy ul. Bolesława Chrobrego 105). W sobotę 30 maja o godz. 10.00 (po rejestracji, zamknięciu listy i odprawie zawodników), nastąpiło oficjalne otwarcie 21. Mistrzostw Polski w Technikach Jaskiniowych i rozpoczęcie zmagań. Opłata startowa przy zgłoszeniu internetowym wynosiła 20 zł, w dniu startu 30 zł + ubezpieczenie NNW.21TJ2Całość poprowadził szef Przeglądu Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju – Maciej Sokołowski. Kierownikiem tegorocznej trasy składającej się z 3 etapów (poręczowanie – na ścianie kamieniołomu, meander – rozbudowany w tym roku, autoratownictwo z udziałem partnera – w ubiegłym roku wykorzystywano 76 kg manekina „Janusza”) był instruktor PZA z WKGiJ Bartek Sierota, zaś sędzią głównym Rajmund Kondratowicz.
Mistrzostwa były techniczne i do czwartego etapu przeszli zawodnicy z najlepszym czasem oraz poprawnie wykonanymi zadaniami. Za błędy naliczane były punkty karne, możliwa też była dyskwalifikacja zawodnika. W speleomistrzostwach udział wzięło 30 zawodników, w tym 9 kobiet.21TJ3Mistrzostwom towarzyszyły Otwarte Zawody Wspinaczkowe (dla dużych i małych) na sztucznej ściance wspinaczkowej, zawody w pchnięciu kulą, miasteczko zabaw i tyrolka dla dzieci.
Na miejscu można było nabyć pamiątkowe t-shirty, literaturę górską (w tym archiwalne numery czasopisma „Grotołajzy” Speleoklubu Bobry), a na stoiskach sprzęt wspinaczkowy. Nie zabrakło również stoiska gastronomicznego.
Podczas tegorocznych mistrzostw możliwa była również klasyfikacja zespołowa. W zmaganiach wzięli udział członkowie takich klubów jak: Speleoklub „Bobry” Żagań, Speleoklub Dąbrowa Górnicza, SWL Politechniki Wrocławskiej, SKTJ Sopot, Wrocławski Klub Wysokogórski, Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego.
Zawody zakończyły się około godz. 17.00 klasyfikacją generalną i wręczeniem nagród za zajęcie poszczególnych miejsc oraz prenumerat czasopism „Jaskinie”, „Taternik”, NPM Magazyn Turystyki Górskiej” oraz karnetów na odbywający się we wrześniu Przegląd Filmów Górskich w Lądku-Zdroju im. Andrzeja Zawady.21TJ4Klasyfikacja:
Kobiety:
1 miejsce – Paulina Piechowiak (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Iza Włosek (Speleoklub Dąbrowa Górnicza)
3 miejsce – Małgorzata Borowiecka (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
W klasyfikacji zespołowej kobiet zwyciężył zespół w składzie Paulina Piechowiak i Małgorzata Borowiecka (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego). Pozostałe zespoły zostały zdyskwalifikowane.21TJ5Mężczyźni:
1 miejsce – Michał Macioszczyk (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Andrzej Żak (SWL Politechniki Wrocławskiej WKW)
3 miejsce – Krzysztof Zabłotny (Wrocławski Klub Wysokogórski)
W klasyfikacji zespołowej mężczyzn zwyciężyli:
1 miejsce – Michał Macioszczyk i Amadeusz Lisiecki (Wielkopolski Klub Taternictwa Jaskiniowego)
2 miejsce – Adam Stucki i Paweł Tomaszewski (SKTJ Sopot)
Pozostałe zespoły zostały zdyskwalifikowane.
W mistrzostwach zdyskwalifikowanych zostało 17 zawodników (5 kobiet i 12 mężczyzn).21TJ6Na sobotni wieczór po godz. 20.00 przygotowano ognisko integracyjne i imprezę za „Dziuśkową Chatą” (za którą również udostępniono pole namiotowe) oraz gorącą niespodziankę dla uczestników w postaci specjalnego „nocnego pokazu” w wykonaniu grotołażek z Wałbrzyskiego Klubu Górskiego i Jaskiniowego.
Partnerami speleomistrzostw byli: Polski Związek Alpinizmu, Komisja Taternictwa Jaskiniowego PZA, Wałbrzyski Klub Górski i Jaskiniowy, Speleoklub „Gawra”, Urząd Miasta Żagań, Gmina Wojcieszów, Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe oraz Stowarzyszenie „Sobieradzik”.
Partnerami medialnymi zaś: Gazeta Wyborcza, Taternik, Góry, Jaskinie, NPM Magazyn Turystyki Górskiej oraz portale: wspinanie.pl, climb.pl, portalgorski.pl, taternik.org, off.sport.pl, drytooling.pl, brytan.pl
Opieka medialna: Teleexpress

relacja z 20. Mistrzostw Polski w Technikach Jaskiniowych

 

 

Możliwość komentowania 21. Mistrzostwa Polski w Technikach Jaskiniowych została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Odkrycie ludzkich szczątków w Jaskini Gailenreuth

by on Cze.01, 2015, under Pod ziemią

Czaszka ludzkaDo XIX wieku potop był jedyną dopuszczalną przez kościół teorią tłumaczącą przemiany, jakim ulegała Ziemia oraz odkrywane skamieniałości dawnych organizmów. Pomimo, że zaczynały się już wielkie dni geologii i paleontologii, okres w którym te nauki wyszły z wieku dojrzewania i przeszły wręcz burzliwy rozwój, wielu badaczy nie mogło się zdobyć na zrezygnowanie z biblijnego opisu stworzenia jako źródła poznania.
Teza o potopie wywoływała wielki rozkwit kolekcjonerstwa, przyczyniając się tym samym do powstania wielu znakomitych dzieł. Równolegle jednak stawała się stopniowo coraz skuteczniejszym hamulcem dla dalszych badań. Nim jednak inne teorie i metody zastąpiły hipotezę o wielkiej powodzi, udało się pewnemu teologowi odkryć obok innych przedpotopowych istot także pierwszego prawdziwego człowieka z pradawnych czasów.
Wśród kolekcjonerów i badaczy jaskiń tamtych czasów znajdowało się wielu teologów, których musiała w szczególny sposób nęcić możliwość poznania wyglądu świadków potopu oraz przekonania się, w jakim stopniu potwierdzają oni biblijną Księgę Rodzaju.

Nawet później, gdy pogląd dyluwialistów został już dawno obalony, księża pozostali wierni badaniom paleontologicznym – teraz nie chodziło im już o powódź ze Starego Testamentu, lecz o „źródło” pochodzenia człowieka. Wielu badaczy, takich jak między innymi Bourgeois, Teilhard de Chardin, Hugo Obermaier czy Henry Breuil, zapisało się na zawsze w historii paleontologii i prehistorii.
Jeden z wczesnych poprzedników tych „badaczy w sutannach”, którzy entuzjazmowali się paleontologią, podjął się w 1774 roku eksploracji jaskini w pobliżu Gailenreuth (frankońska Szwajcaria) i zbierania w niej kopalnej kości słoniowej. Nie wiadomo do jakiego stopnia proboszcz Johann Friedrich Esper (1732 – 1781) był wiernym zwolennikiem teorii potopu, stwierdzono tylko, że gdy natknął się w jaskini na rozmaite kości, nie uznał ich od razu za szczątki zatopionych w czasie potopu zwierząt, lecz zastanawiał się nad nimi w sposób jak najbardziej racjonalistyczny. Czyżby to zwierzęta drapieżne zagrzebywały tu swoją zdobycz? A może ludzie wykorzystywali jaskinie jako miejsce gromadzenia padliny?Johann Friedrich EsperJak na duchownego były to aż nadto wystarczająco heretyckie rozważania. Ksiądz J.F. Esper od swych współczesnych różnił się ponadto jeszcze tym, że w sposób dramatyczny, ale bardzo dokładny opisywał swoje eskapady do jaskiń. Umiał wczuć się w swoistą i niepowtarzalną atmosferę podziemi jaskiń i oddać bardzo obrazowo uczucia ogarniające go, jako samotnego badacza:
Jeszcze nie dojdzie się do końca tych grobowców, a już powietrze staje się bardzo duszne. Jeśli spędzi się tu kilka godzin, nikt nie jest w stanie, mając nawet najlepszy materiał palny, rozniecić ognia. Nie wiem też, co to za szczególna woń unosi się z odzieży… Jeśli się nagle odłamie i rozbije jakąś kość, to często się zdarza, że nieprzyjemny i odurzający zapach uderza w nozdrza… Mimo to nikt, kto choć trochę jest ciekawy, nie zawraca, zanim nie dojdzie do końca„.
Esper czołgał się na brzuchu przez najwęższe przejścia w jaskiniach, wybierając wszędzie z mulistego gruntu (namuliska) kości i ich małe fragmenty.

W swej żywej fantazji wyobrażał sobie, w jaki sposób zginęły w jaskiniach te stworzenia, których szczątki odnajdywał:
Czy te gromady stworzeń żyły tu w pobliżu? Czy zginęły one w tym miejscu jedynie przez przypadek? A może to jakiś cudowny zbieg okoliczności spowodował nagromadzenie się ich szczątków we wspólnej mogile? Wyobrażałem sobie ich ostatnie chwile, myślałem o tych westchnieniach i wrzaskach, wśród których zmęczone i zbolałe oddały swe ostatnie tchnienie… Ze zgrozą myślałem o szalonym oporze tych potężnych kości przeciw temu zbiegowi okoliczności, który pozbawił je życia… Teraz na nich wszystkich ciąży ogromne milczenie„.
Im dokładniej Esper badał Jaskinię Gailenreuth, tym silniej dręczyły go stawiane samemu sobie pytania. Mówił o przypadku, o katastrofach, roztrząsał jeszcze inne różne przypuszczenia i hipotezy związane z pochodzeniem starych pokładów kości.
Początkowo sądził, że są to kości ludzkie, uważając Jaskinię Gailenreuth za starą jaskinię zbójecką, w której to zbójnicy mordowali i grzebali swoje ofiary.Czaszka pokryta polewą kalcytowąNastępnie badając dokładniej w późniejszym czasie odnajdywane kości, doszedł do wniosku i stwierdził, że ludzi o głowach i zębach tego typu nigdy nie spotykano na ziemi, zatem musiały to być (jak przez jakiś czas sądził) kości drapieżników takich jak wilki i hieny.
Czyżby jednak wilki i hieny wykorzystywały tę jaskinię jako wspólny grób? To wydawało mu się niemożliwe.
W końcu Esper stwierdził, że większość szczątków zwierzęcych w Jaskini Gailenreuth wykazuje uderzające podobieństwo do kości niedźwiedzia. Wprawdzie określił je jako szczątki niedźwiedzia brunatnego (Ursus arctos) żyjącego do dziś, podczas gdy w rzeczywistości należały one do niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus), który zamieszkiwał tereny Europy w okresie plejstocenu około 300 tysięcy lat temu, wymierając pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 28 tysięcy lat temu. Nie pomniejsza to jednak wcale jego zasługi dla tego odkrycia, gdyż do czasów Espera szczątki niedźwiedzi jaskiniowych powszechnie uważano za resztki smoków lub innych potworów.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Z genialną przenikliwością jednak ten frankoński duchowny, który w dziedzinie anatomii i zoologii był zupełnym laikiem, wydał o tych pozornych „smoczych kościach” opinię, która już była tylko o włos od prawdy.
Człowiek, który miał odwagę stawiać pytania i rozważać możliwość powstania skamieniałości dzięki jeszcze innym zjawiskom oprócz biblijnego potopu, naturalnie nie był zaskoczony, gdy wreszcie natrafił na niewątpliwe, autentyczne szczątki ludzkie (!).
Esper odkrył najpierw w namulisku Jaskini Gailenreuth żuchwę ludzką, a później ludzką łopatkę. Po długich poszukiwaniach wykopał w końcu z mieszanym uczuciem radości i przerażenia nawet dobrze zachowaną ludzką czaszkę.
Zwolennicy szkoły Scheuchzera bez wahania przedstawiliby te znaleziska jako szczątki człowieka z czasów potopu. Esper jednak zastanawiał się. Szczątki człowieka bowiem leżały wspólnie z kośćmi zwierząt, których nie był w stanie zidentyfikować.
Leży tam być może chłop i jego zwierzę, może szlachcic i jego rumak, może jakiś człowiek dyluwialny, może kapłan celtycki lub chrześcijanin… Jak długo już spoczywacie, synowie ziemi ukołysani nicością? Wydaje się, że sam Stwórca użyczył wam pokoju…

Wielką zasługą Espera jest to, że zastanawiał się i nie przyjmował bezkrytycznie panujących wówczas poglądów. W końcu jednak akceptował teorię o potopie. Z jego rąk ujrzała światło dzienne odważna publikacja pt: „Wyczerpująca wiadomość o nowo odkrytych zoolitach”, w której na wielu tablicach zamieścił dokładne ilustracje znalezisk z Jaskini Gailenreuth, pisząc w niej tak o odnalezionych kościach:
Było was zapewne wielu. Nawet legiony, które podbijały obce kraje, nie pozostawiły po sobie nigdy tylu śladów swego pobytu. Ale kimże jesteście? Wydaje się, że fale, które unosiły arkę, nasunęły na was te kamienie grobowe…
Wydaje się… – zawsze jeszcze w formie pytania, przypuszczenia, gdyż Esper był wyznawcą i kierował się prastarą mądrością, według której powątpiewanie jest źródłem poznania.
Nie wiadomo, jakie formy ludzkie udało się Esperowi wykopać, gdyż „kości z Gailenreuth” zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może były to szczątki człowieka z neolitu lub kromaniończyka z młodszego paleolitu lub nawet neandertalczyka.Szczątki zwierząt pokryte polewa kalcytowaJohann Friedrich Esper ewidentnie wskazał drogę antropologom i historykom pisząc:
Jeśli w namulisku jaskini pogrzebane są kości przedpotopowych zwierząt wraz z ludzkimi, to człowiek ten musiał żyć w tym samym czasie, co i te zwierzęta„.
Tymczasem „człowieka dyluwialnego” Scheuchzera przestaje się traktować poważnie za sprawą  powiewu nowych wiatrów w dziedzinach naukowych.
We Francji między innymi, w środowisku naukowym, zaczyna toczyć się dyskusja nad genezą różnych rodzajów skał, a Ziemię zaczyna się porównywać do innych ciał niebieskich. Zaczynają również nabierać rozgłosu pierwsze teorie ewolucyjne. Pogląd biskupa Ushera, według którego Ziemia została stworzona około 4.000 lat temu, był od dawna przestarzały. W Paryżu zaś hrabia Buffon próbował na drodze eksperymentalnej wykazać, że wiek Ziemi wynosi około 75.000 lat.
W klimacie tak gwałtownego postępu nie interesowano się specjalnie przedpotopowym człowiekiem.

W związku z powyższym książka proboszcza J.F. Espera pozostała nie zauważona. Wprawdzie w 1804 roku anatom Johann Christian Rosenmüller ponownie przeprowadził badania w Jaskini Gailenreuth zwracając uwagę fachowców na odkrycia Espera, jednak w opinii uczonych proboszcz-badacz jaskiń był jedynie dla nich dyletantem.
Przypuszczano, że odnalezione przez niego kości ludzkie obsunęły się podczas nieprofesjonalnie prowadzonych prac wykopaliskowych do jego „niedźwiedziej jaskini” z jakiegoś starszego cmentarzyska. Tym samym sprawę odkrytych kości w Jaskini Gailenreuth uznano za zakończona dla nauki.
Teoria potopu ustąpiła teraz miejsca walce dwóch szkół naukowych, z których każda na swym sztandarze wypisała imię antycznego boga.
W centrum zainteresowania znalazł się prastary problem: który żywioł – woda czy ogień – były praprzyczyną wszystkiego, co istnieje na Ziemi.

(PZP)
GeoExplorer

Możliwość komentowania Odkrycie ludzkich szczątków w Jaskini Gailenreuth została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Tajemnicza puszka

by on Maj.15, 2015, under Historia

Zdjęcie (1)Prolog

(…) Mam w przygotowaniu nowy artykuł. Teraz „zajawka”. Tytuł to „Tajemnicza puszka” (będzie na zdjęciach), w której to znalazłem mnóstwo klisz filmowych, na których jest 630 zdjęć naszych polskich żołnierzy internowanych (1939 – 40 – chyba)„…

Wstęp do tej publikacji rozpocząłem od powyższego fragmentu komentarza Gawanta pod artykułem jego autorstwa „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”, który ukazał się na stronie 3 października 2014 roku.
Ten artykuł jest nietypowy. Podczas eksploracji odkrywamy różne miejsca – nowe i stare, na nowo i po staremu… I czasami zdarza się, że jeszcze „coś” w nich ku naszemu zaskoczeniu.
Opuszczone, stare, samotnie stojace domy, niszczejące kamienice, dworki, pałace, a także „dzikie wysypiska” poza miejscowościami, w lasach… To tylko nieliczne przykłady miejsc, które zdarzają się być istnymi „kopalniami” historii, w których możemy znaleźć pamiątki z przeszłości. Przez innych niedoceniane, zakwalifikowane do niepotrzebnych im śmieci, a jakże wartościowe pod względem historycznym i dokumentalnym. Tak stało się i w tym przypadku.Zdjęcie (2)Artykuł Gawanta jest bardzo krótki ale jak sam zauważył może coś rozwiąże. Zawiera on w sobie niejako prośbę o Waszą pomoc w identyfikację znaleziska. Ze swojej strony mam nadzieję i nie ukrywam, iż liczę Drodzy Czytelnicy, że przyczynicie się do wyjaśnienia tajemnicy kasety ze zdjęciami. Niewątpliwie jest to bardzo cenne znalezisko obrazujące nam historię tamtych lat, wydarzeń, często tragicznych w swoim zakończeniu, ukazujące ludzi minionej epoki, tego jak żyli, miejsc już nieistniejących. Dzięki takim osobom jak Gawant mogą żyć „na nowo”…
Na zdjęciach jest kilka widoków okolicy. Może ktoś będzie wiedział jakiej? (…) Dużo jest zdjęć prywatnych, z dziewczynami, ślub, pogrzeb, procesja, wystawy malarstwa, bardzo dużo portretów i jeszcze jakieś„…
Do szczegółów autor odniesie się w komentarzach.
Odnaleziona puszka. Zamknięta i po otwarciu z zawartościąTajemnicza puszka

W mieście Inowrocław przy ulicy (…) jest stara kamienica przeznaczona do remontu…
Lokatorzy wysiedleni – pusta, nic się nie dzieje. Wszedłem do środka rzucić „okiem doświadczonego eksploratora”.
Na strychu tuż pod dachem, głęboko na belce stoi zardzewiała puszka (zdjęcie powyżej).
Nie mogłem jej otworzyć – lekko uszkodziłem. W środku ciasno zwinięte wywołane klisze.
Na kliszach jest 630 zdjęć.
Wszystkie zdjęcia mam na płytach CD.
Jedynie doszedłem do tego, że zdjęcia są na pewno z internowania naszych polskich żołnierzy w Rumunii.
Nie wiem w jakiej miejscowości oraz nie udało mi się nikogo zidentyfikować…
Może ktoś coś wie? Proszę o informacje.

Zdjęcia z internowania (prawie wszystkie) umieszczam w MyViMu link:  http://myvimu.com/ Muzeum Gawant. Powoli będę tam umieszczał większość moich zbiorów.

Prosimy wszystkie osoby, które mogą pomóc autorowi w identyfikacji osób, miejsc, itd. o informacje i kontakt w komentarzach lub pod adresem e-mail: geo.explorer@wp.pl (zostaną one przekazane autorowi).
Z góry dziękujemy.

tekst, zdjęcia i prawa autorskie: Gawant (AG)
GeoExplorer jako pierwszy otrzymał zgodę na publikację zdjęć

Możliwość komentowania Tajemnicza puszka została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , more...

Skamieniałości Beringera

by on Maj.01, 2015, under Historia

Opracowanie BeringeraW większości publikacji dotyczących pradziejów Ziemi przytacza się historię cieszącego się dużym poważaniem profesora Johanna Beringera (1667-1740) z Würzburga, który padł ofiarą głupiego dowcipu studenckiego (jak przypuszczano) i wkrótce potem zmarł ze zgryzoty.
Studenci mieli wytwarzać sztucznie najrozmaitsze skamieniałości wypalając je z gliny, a następnie zagrzebywali je w tych miejscach, w których profesor zwykł prowadzić poszukiwania. Beringer odnajdywał te falsyfikaty uznając je za prawdziwe skamieniałości i opisując w okazałym foliale. Gdy jednak profesor wykopał wreszcie skamielinę z wyrytym jego własnym nazwiskiem, intryga miała się wydać. Cała ta komedia przekształciła się w tragedię – Beringer nie mógł przeboleć ruiny dzieła swojego życia.
Według innej wersji fałszerzem miał być kochanek żony Beringera, który chciał w ten niecodzienny sposób skompromitować prawowitego małżonka. Później pojawiło się podejrzenie, że czynu tego nie dokonali studenci, a jezuici chcący usunąć niewygodnego uczonego. Inni kronikarze podają, że wyłącznym winowajcą był niejaki Georg Ludwig Haeber, który fabrykował nie tylko „fałszywe kamienie” zakopując je i na powrót odkopując, ale opracował nawet wątpliwej wartości księgę, chcąc tym samym oszukać swojego poważanego profesora.

Co jednak rzeczywiście rozegrało się w Würzburgu w latach 1724 – 1726 ?
Przypadek profesora Beringera, który zajmował się przede wszystkim badaniem triasowych skamieniałości występujących wokół miasta, był intrygą na wielką skalę, w której główne role odegrały wybitne osobistości, a jeszcze wybitniejsze pozostawały w cieniu. Był to skandal naukowy jaki nie zdarzył się nigdy przedtem, ani nigdy potem w żadnym czcigodnym mieście uniwersyteckim i odbił się szerokim echem w świecie naukowym.
Do najważniejszych aktorów tego spektaklu obok radcy dworu i profesora uniwersytetu Jana Bartłomieja Adama Beringera, należał znany historyk Johann Georg von Eckhart, inicjator badań nad Germanami i ojciec prehistorii niemieckiej, a także jako jedna z postaci drugorzędnych (która została uwikłana w tą sprawę) – wielki budowniczy baroku Baltazar Neumann.Johann BeringerPrzechodząc do faktów. Od 1724 roku Johann Beringer odkrywał w określonych miejscach w okolicy Würzburga niezwykłe, ale często jak najbardziej realistycznie wyglądające skamieliny osadzone w wapieniu muszlowym. Były to między innymi ptaki, żaby, ryby, jaszczurki, raki, ślimaki, robaki i kwiaty. Niektóre żaby były w trakcie kopulacji, jakiś pająk siedział w swej sieci, inny zaś łowił muchę. Z czasem zaczęły pojawiać się też inne „figury kamienne”, jak słońce, księżyc w pełni i półksiężyc, gwiazdy i komety, a nawet słowo „Jehowa” napisane w języku hebrajskim.
To nie jezuici, ani nie studenci, którzy towarzyszyli profesorowi do miejsca znalezisk i asystowali przy wykopywaniu skamieniałości, ale trzej wiejscy chłopcy ze wsi Eibelstadt nad Menem – Nikolaus Hehn, Valentin Hehn i Christian Zanger – dopuścili się tych fałszerstw. Chłopcy ci pochodzili z ubogich wiejskich rodzin, a Beringer dobrze płacił im za ich trud. Najstarszy z tych młodych współpracowników miał w początkowym okresie wykopów 16 lat, a najmłodszy 12 lat.

W tym samy czasie trzej chłopcy z Eibelstadt uprawiali równolegle świetnie prosperujący handel „kamiennymi figurami” wśród mieszkańców Würzburga. Do ich stałych odbiorców należał między innymi budowniczy Baltazar Neumann, a nawet sam arcybiskup von Hutten. Żaden z odbiorców tych osobliwości, łącznie z metropolitą, nie widzieli nic podejrzanego w dziwnych kształtach „kamiennych figur” i nikt nie podejrzewał, że może chodzić tutaj o jedną, wielka mistyfikację i fałszerstwo, a wręcz przeciwnie, do chłopców zgłaszało się coraz więcej chętnych nabywców.
W efekcie swej przebiegłości młodzieńcy stopniowo zgromadzili bardzo wysoką jak na owe czasy kwotę 300 talarów! A Beringer? Beringer bynajmniej nie pozostał osamotniony w swej naiwności i łatwowierności – praktycznie pół miasta zostało oszukane. Podczas rozprawy sądowej, która na jego prośbę miała miejsce po odkryciu fałszerstwa, udowodniono, kto był zamieszany w produkcję i dystrybucję falsyfikatów, oczyszczając Beringera z zarzutu nieuczciwości, jednak jego reputacja naukowca została nadwyrężona. Po odkryciu fałszerstwa próbował wykupić cały nakład książki, jednak bez pełnego sukcesu.Skamieniałości z opracowania BeringeraKim był Johann Beringer? Wykładał na uniwersytecie w Würzburgu nie tylko paleontologię i historię naturalną, lecz był także dziekanem wydziału medycyny i przybocznym lekarzem metropolity, arcybiskupa von Huttena, a tym samym wielce poważaną osobistością, której ze względu na liczne piastowane urzędy i stanowiska przypuszczalnie nie jeden zazdrościł. Jego ogólne wykształcenie nie było wielkie, znajomość zaś łaciny wystarczyła zaledwie do napisania (tak później osławionej) książki „Lithographia Wirceburgensis” z 1726 roku.
Współcześni podkreślali zarówno afirmowaną przez niego przynależność do chrześcijaństwa, jak i upór oraz brak krytycyzmu.
Beringer od dawna kolekcjonował z zapałem rozmaite „igraszki natury”, jeszcze na długo przed pojawieniem się fałszywych skamieniałości. Zdarzało się bardzo często, że te odłamki skalne wykazywały się dużym podobieństwem do form naturalnych – dziwacznie ukształtowane twory z metalu, rudy żelaza, margli i minerałów imitujące mchy lub małe rozgałęzione drzewa.
Cieszył się jak dziecko każdą taką nowo odkrytą osobliwą formą, łatwo zatem przewidzieć, jak ów pobożny, łatwowierny i bardzo solidny w swojej specjalności badacz odnosił się do fałszywych skamieniałości.Würzburger LügensteineW przeciwieństwie do tego, co później mu przypisywano, nie porównywał nigdy tych tworów z właściwymi skamieniałościami. Uważał je w swej skromności i naiwności za cudowne dzieła Stwórcy. Kamienie szlachetne były dla niego również niemym, lecz wymownym świadectwem doskonałości bożej. Uważał, że Bóg miał w swej wszechmocy stworzenie skamieniałości roślin, zwierząt i ciał niebieskich, a nawet podpisał je swoim imieniem, aby przypomnieć się ludziom „gdyby zapominali o swym Stwórcy”. Falsyfikaty opisane przez Beringera nazwano później kłamliwymi kamieniami (Lügensteine) i do dziś są one poszukiwanym eksponatami wielu muzeów i kolekcji. Znajdują się między innymi w zbiorach Instytutu Geologiczno – Paleontologicznego Uniwersytetu w Würzburgu i w zbiorach muzeów historii naturalnej Londynu,  Berlina, a ich reprodukcje zamieszcza wiele podręczników paleontologii, jako specyficzne ostrzeżenie przed pochopnością w badaniach naukowych.

Jeżeli na koniec przytoczyć poglądy światłych i mądrych ludzi dawnych epok takich jak Leonardo da Vinci, Fracastoro, Agricola, Steno, Palissy czy Baier, nawet przy porównaniu ich z poglądami dyluwialistów – Woodwarda i Scheuchzera, ukazuje się cała naiwność wiary Beringera w cuda. Niestety nie wyprzedzał on swojej epoki tak jak wspomniani, a wręcz przeciwnie, tkwił on jeszcze w średniowiecznej przeszłości. Nie należy przy tym brać mu tego za złe, gdyż wielu geologów wyznawało wówczas jeszcze daleko dziwniejsze poglądy – sądzili oni, że minerały i metale powstają z „kamiennego nasienia” – kamienie rodzą młode kamienie.
I tak Beringer, niemiecki lekarz i paleontolog, stał się znany jako ofiara jednego z najgłośniejszych oszustw w naukach przyrodniczych. Duży rozgłos falsyfikatów i liczne legendy wokół całej tej sprawy spowodowały, że w 1767 roku wydano pośmiertny reprint dzieła Beringera.

(PZP)
GeoExplorer

Możliwość komentowania Skamieniałości Beringera została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Diabelska Maczuga

by on Kwi.15, 2015, under Ciekawe miejsca

Diabelska Maczuga w GorzeszowieDiabelska Maczuga nazywana też Czarcią, to tak zwany piaskowcowy ostaniec denudacyjny wyróżniający się swoim położeniem w Gorzeszowie (Görtelsdorf) na Dolnym Śląsku. Jako samotna skała usytuowana jest po lewej stronie drogi Krzeszówek – Gorzeszów, na niemal płaskim dnie Kotliny Krzeszowskiej, wyrastając bezpośrednio z łąki w pobliżu rzeki Kochanówki i stanowi pomnik przyrody nieożywionej od 1964 roku.
Inne, wyższe i ciekawiej ukształtowane formy skalne można odnaleźć na przykład 2 km na południe od niej, to tak zwane Skałki Gorzeszowskie (rezerwat przyrody „Głazy Krasnoludków”) tworzące formy przypominające postacie, ściany, wieże, grzyby, zwierzęta, zbudowane z piaskowców i margli wyżłobionych przez wodę.
Budujący ją piaskowiec wieku górnokredowego posiada średniej wielkości ziarno około 1 mm, a ze względu na obecność w nim nie tylko ziaren kwarcu ale i dużej ilości skaleni potasowych został on sklasyfikowany przez geologów jako piaskowiec skaleniowy. Spojenie poszczególnych ziaren budulcowych jest stosunkowo luźne, a świeże powierzchnie występują w jej dolnej części.Diabelska MaczugaLuźne związanie ziaren przyczynia się do coraz większego jej rozpadu wskutek naturalnych procesów wietrzenia: wietrzenia mrozowego, rozpuszczanie spoiwa i oddzielanie ziaren przez wnikające w nie porosty (produkujące destrukcyjne związki organiczne) co wiąże się z odpadaniem pojedynczych ziarenek piasku oraz oddzielania się cienkich łusek (eksfoliacja). Diabelska Maczuga na swoim przykładzie pokazuje selektywne działanie wietrzenia gdyż każda jej część wietrzeje w innym tempie i w inny sposób. W związku z tym pojawiło się na przykład przewężenie środkowej części jej trzonu, ciągi płytkich jamek wzdłuż granic warstw piaskowca czy przecinająca trzon szpara w dolnej części.
W górnej części ostańca umieszczono tablicę pamiątkową upamiętniającą setną rocznicę Bitwy Narodów pod Lipskiem „1813 – 1913”. Nad nią rysuje się wyraźna rynna rozpoczynająca się na górnej powierzchni skały, a obok kilka podobnych ale płytszych form, których powstanie wiąże się z efektem spływania wody po jej ścianach.Diabelska Maczuga GorzeszówSzarozielone skupienia porostów nieznacznie chronią ją (okresowo) przed niszczeniem.
Sama nazwa „maczuga” nie oddaje wiernie jej kształtu gdyż nie jest zwężoną u dołu kolumną z zaokrągloną partią szczytową. Ma wydłużony zarys podstawy, w połowie wysokości jej trzon jest przewężony, ma spłaszczoną powierzchnię górną oraz w miarę równe powierzchnie boczne. Wysokość Diabelskiej Maczugi to 8 metrów, a szerokość 2 metry (dłuższy bok podstawy osiąga 6 metrów).
Niegdyś uważano ją za rzekomy ołtarz pogański. Skała została uwieczniona na jednym z fresków M. Willmanna w świątyni w Krzeszowie.
Legenda zaś głosi, że w XII wieku kiedy cystersi budowali klasztor tak to rozzłościło diabła, który zamieszkiwał tamtejsze okolice, że postanowił go zniszczyć, zrzucając na niego głaz. Musiał to zrobić w nocy, zanim pierwszy kur zapieje, bo o świcie tracił moc. Gdy leciał z głazem w stronę Krzeszowa i był już nad Gorzeszowem wtedy koguty zaczęły piać i diabeł upuścił głaz, który spadł nieopodal gorzeszowskiej karczmy. Stąd ludzie zaczęli go nazywać Czarcią Maczugą lub Czarcim Głazem.

Możliwość komentowania Diabelska Maczuga została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Gacek brunatny

by on Kwi.01, 2015, under Flora i Fauna

Gacek brunatny w locieGacek brunatny (Plecotus auritus, Linnaeus 1758) nazywany również gackiem wielkouchem za sprawą charakterystycznych długich uszu, należy do rodziny mroczkowatych (Vespertilionidae).
Występuje prawie w całej Europie z wyjątkiem północnych i południowych jej krańców – poza północną częścią Skandynawii, południem Półwyspu Iberyjskiego, południem Włoch i Grecji. Wschodnia granica jego występowania sięga po Ural. W Polsce znany jest z całego kraju.
Gacek brunatny jako gatunek osiadły (eurytopowy) występuje zarówno w lasach, jak i na obszarach zabudowanych, przy parkach i ogrodach. Latem kolonie rozrodcze spotykane są w budynkach, dziuplach, budkach. Są niewielkie, liczą od kilku do kilkudziesięciu (30) dorosłych samic, chociaż zdarzają się większe, dochodzące do 100 samic.
Chętnie korzysta też ze skrzynek lęgowych preferując skrzynki przestrzenne, a nie płaskie. Pojedyncze osobniki kryją się w bardzo różnorodnych miejscach – także pod mostami czy w podziemiach. Stwierdzono, że samce i samice z danego terenu trzymają się razem najprawdopodobniej przez całe życie, wybierając kryjówki położone w pobliżu siebie. W koloniach samic dość często spotykane są dorosłe samce. Osobniki najczęściej przez całe życie korzystają z tej kryjówki letniej, w której przyszły na świat.

Jest małym nietoperzem o długości ciała 5 – 6 cm i wadze 5 – 10 gram, z futrem na grzbiecie żółtobrązowym lub brązowym, a na brzuchu białawym. Podobny jest do gacka szarego i w związku z tym do około 1960 roku gatunków tych nie rozróżniano, używając polskiej nazwy gacek wielkouch.
Błony lotne brązowawe, ucho bardzo duże, długości przedramienia, szerokie. Uszy stykają się (nie zrastają) u nasady. W czasie spoczynku najczęściej są ukryte pod skrzydłami, a widoczne pozostają jedynie koziołki. Koziołek nożowaty, od połowy zwężony o 1/2, o długości do 18 mm. Błona skrzydłowa przyczepiona u nasady palców stopy. Ostroga sięga do połowy odległości między piętą a ogonem, czasem nieco bliżej. Płatka brak. Koniec ogona wystaje poza błonę ogonową na ok. 3 mm. Przedramię długości 35 – 43 mm.
Czaszka jest łagodnie wyprofilowana, nieco mniejsza niż u gacka szarego. Długość kondylobazalna czaszki wynosi 14 – 15,6 mm, długość żuchwy 9,4 – 11 mm, wysokość gałęzi żuchwy 2,6 – 3,2 mm. Szczęka górna zawiera 2 siekacze, 1 kieł, 2 przedtrzonowce i 3 trzonowce, a szczęka dolna 3 siekacze, 1 kieł, 3 przedtrzonowce i 3 trzonowce. Rozpoznanie płci jest możliwe tylko u osobników trzymanych w ręku – u samca wyraźnie jest widoczne prącie.Gacek brunatnyOkres godów jest bardzo rozciągnięty w czasie gdyż trwa od jesieni do wiosny, z obniżeniem aktywności w okresie zimy. Wówczas w różnorodnych podziemiach samce odbywają loty godowe, zlatując się tam nawet z kryjówek dziennych położonych w odległości kilku kilometrów. Podczas lotów emitują głosy godowe, które mają na celu zwabienie samicy. Samica rodzi jedno młode (rzadko dwa) na przełomie czerwca i lipca. Młode gacki uzyskują zdolność lotu po około 4 – 5 tygodni, a samodzielność po dalszych dwóch tygodniach. Samica i młode w kolonii bezbłędnie się rozpoznają.

Zimą występuje w bardzo różnych kryjówkach, preferując obiekty małe, najczęściej chłodne, hibernując w szerokim spektrum temperatur. Może znosić krótkotrwałe spadki temperatury do -8’C. Dominuje w małych, przydomowych piwnicach, gdzie jest zwykle najliczniejszym gatunkiem nietoperza, licznie występuje w chłodnych jaskiniach, fortach itp. Spotykany jest także w studniach, dziuplach drzew i na strychach (w dwóch ostatnich sporadycznie). Będąc gatunkiem osiadłym, sezonowe przeloty do i z zimowych siedlisk nie przekraczają kilkudziesięciu kilometrów (maksymalny przelot to 88 km). W stan hibernacji zapada między wrześniem a październikiem, z którego budzi się w marcu lub kwietniu. Podczas spoczynku, zwłaszcza zimą, mogą wisieć swobodnie uczepione stropu zimowiska i owijać się częściowo skrzydłami, tym samym upodobniają się do podkowców. Zimuje najczęściej pojedynczo, rzadko tworząc skupiska po kilka osobników.Gacek brunatny (1)Gacki brunatne żerują latając w pobliżu koron drzew i krzewów, często zbierając drobne bezkręgowce z liści czy ścian budynków, powoli i zwrotnie. Podstawowymi ofiarami są muchówki, motyle, ćmy (zwłaszcza z rodziny sówkowatych), skorki, gąsienice, chrząszcze. Atakując owada, gacek brunatny przerywa echolokację i kieruje się słuchem biernym, nasłuchując wielkimi uszami dźwięki wydawane przez ofiarę, np. trzepoczącą skrzydłami. Pozwala mu to na chwytanie motyli nocnych zdolnych do słyszenia ultradźwięków, niedostępnych jako pokarm dla innych gatunków nietoperzy z rodziny mroczkowatych.
Sygnały echolokacyjne gacków są bardzo słabe, najcichsze spośród wszystkich naszych nietoperzy, są słyszalne z odległości około 2 – 3 metrów. Gacek brunatny emituje głosy brzmiące w detektorze jak serie suchych trzasków, najgłośniej słyszalne na częstotliwości 40-50 kHz i służą im jedynie do orientacji w przestrzeni, między innymi do lokalizacji przeszkód. Podczas żerowania korzysta w mniejszym stopniu z echolokacji, często lokalizując ofiary na słuch, a także wzrokiem. Poluje w pobliżu kryjówki, zwykle w promieniu 1 km, nie oddalając się od niej na więcej niż 3 km.

Osiąga swój maksymalny wiek – 30 lat. Najdłuższy stwierdzony w Polsce to 7 lat i 3 miesiące.
Gacek brunatny objęty jest w Polsce ochroną ścisłą jako gatunek wymagający czynnej ochrony. Dodatkowo wszelkie zimowiska nietoperzy, w których w ciągu trzech kolejnych lat choć raz stwierdzono ponad 200 osobników tych ssaków, mogą mieć wyznaczoną strefę ochrony całorocznej, która obejmuje pomieszczenia i kryjówki zajmowane przez nietoperze (Rozporządzenie Ministra Środowiska z dnia 28 września 2004 r. w sprawie gatunków dziko występujących zwierząt objętych ochroną, Dz. U. nr 220, poz. 2237). Zamieszczony jest w załączniku IV Dyrektywy Rady EWG w sprawie ochrony siedlisk naturalnych oraz dzikiej fauny i flory. Wymieniony jest także w załączniku II Konwencji Berneńskiej.Gacek brunatny (2)Ponieważ Gacek brunatny i Gacek szary jako gatunki są trudne do rozpoznania, zostanie przytoczone kilka charakterystycznych cech umożliwiających odróżnienie ich, natomiast samo oznaczenie tych dwóch gatunków powinno następować na podstawie kompleksu cech. I tak najlepszymi cechami pozwalającymi odróżnić oba gatunki są:

1. Barwa ciała:
– wierzch ciała gacka brunatnego jest brązowy lub brązowożółty, u młodych osobników brązowoszary. Spód jest białawy, żółtawy lub żółtawobrązowy, z wyraźnymi ciemniejszymi plamami w okolicach piersi i ramion. U gacka szarego natomiast wierzch ciała jest szary, szarobrązowy lub szaro-oliwkowy, spód zaś jest białawy lub jasnoszary, sporadycznie z żółtawym odcieniem na piersi. Barwy grzbietowej i brzusznej części ciała są u gacka szarego bardziej skontrastowane niż u gacka brunatnego. Należy pamiętać o tym, że młode, lotne osobniki gacka brunatnego mają ciemny, szarobrązowy wierzch ciała i głowę, a także mogą mieć uszy i koziołki ciemniejsze niż zwierzęta dorosłe.
2. Kolor i kształt pyszczka:
– nieowłosione części pyszczka gacka brunatnego są najczęściej  barwy cielistej, podczas gdy u gacka szarego zawsze są ciemne, szaro pigmentowane. Pyszczek u gacka szarego jest bardziej „wydłużony” niż u gacka brunatnego, u którego wokół nozdrzy występują łatwo zauważalne fałdy skórne tzw. rozdęcia.
3. Kolor i kształt uszu/koziołka:
– Gacek brunatny ma krótsze, węższe i jaśniejsze uszy niż gacek szary. Koziołek u niego jest węższy, szerokość nie przekracza 5,5 mm, jasny, cielisty, jednak można spotkać osobniki u których koziołki są ciemno pigmentowane.
4. Wielkość brodawek nad oczami:
– Gacek brunatny posiada brodawki wielkością zbliżone do średnicy oka i są one dobrze zauważalne u hibernujących nietoperzy. U gacka szarego brodawki nad oczami są mniejsze od średnicy oka i u hibernujących osobników są słabo widoczne.
5. Długość kciuka i jego pazura:
– u gacka brunatnego długość kciuka bez pazura przekracza 6 mm, a pazur tego palca mierzy od 2,5 – 3 mm. U gacka szarego długość kciuka nie dochodzi do 6 mm, a pazura zwykle osiąga 2 mm, chociaż może nieznacznie przekraczać tę wartość.
6. Wielkość i owłosienie stóp:
– Gacek brunatny ma stopy większe o długości 9 – 10 mm i wyraźnie owłosione, natomiast gacek szary ma małe, słabo owłosione stopy o długości około 6 – 8 mm.
7. Wielkość i kształt penisa:
– penis jest szerszy u nasady i zwężający się ku końcowi u gacka brunatnego, natomiast u gacka szarego jest węższy u nasady i rozszerza się ku końcowi.
8. Wielkość górnych kłów i przedtrzonowców:
– u gacka brunatnego w szczęce górnej kły są mniejsze, a pierwsze zęby przedtrzonowe większe i wyraźnie widoczne. U gacka szarego kły są wyraźnie większe w porównaniu z pierwszymi zębami przedtrzonowymi, te ostatnie są słabo widoczne bez użycia lupy.

Możliwość komentowania Gacek brunatny została wyłączona :, , , , , , more...

Wampiry. Legendy, mity i fakty

by on Mar.24, 2015, under Galimatias

WampirCzy wiecie, że legendy o wampirach są opowieściami o samych wzniesionych?
Cała ta historia o wampirach powstała za czasów inkwizycji. Na zlecenie pewnego biskupiny katolickiego powstała pierwsza książka poruszająca ten temat, a chodziło właściwie tylko o to, by pokazać światu zakrzywiony obraz Nas, by sprawić by ludzie się Nas bali i omijali! Kolejnym powodem całej tej historii było pokazanie ludziom, że należy z Nami walczyć i był to sposób zaaprobowania i zalegalizowania tych wszystkich praktyk i sposobów, całego tego procederu jakim było wtedy palenie czarownic na stosach, całej ta inkwizycji i krucjat prowadzonych przeciwko tym, którzy znali prawdę!

Cóż… Ówczesne władze kościoła bardzo się Nas obawiały, bowiem uwalnialiśmy owieczki z pod ich niewolniczych ramion! Ludzie stawali się wolni, poznawali prawdę o samych sobie, odkrywali sekrety życia i śmierci! Między innymi odkrywali w końcu to, co tak naprawdę przechodził Jezus syn Józefa, zwany Jeszuą. Ponieważ sami przez to przechodzili!

A wiecie co się wtedy działo, gdy nagle ta cała prawda wychodziła na jaw? Ludzie odchodzili od kościoła i ściągali za sobą innych! Kościół zaś tracił władzę i kontrolę nad ludźmi, tracił swoich zwolenników i musiał wobec tego coś z tym zrobić! Tak więc stworzył mit o ciemnych, złowieszczych istotach mających podobno ściągać wszystkich naiwnych z ich jedynie słusznej dróżki prowadzącej ich do czystego, cieplutkiego nieba! Kłamstwa i cała hipokryzja kościoła bardzo szybko wychodziła na jaw i kościół musiał mocno zainterweniować, w innym wypadku jego przyszłość bladła w szarych kolorach! Wzniesieni byli dla ówczesnych władz bardzo niebezpieczni i kościół postanowił raz na zawsze się ich pozbyć. Tak rozpoczął się czarny i trudny czas dla wielu ludzi, czas wielu tortur, wielu niewinnych śmierci! A Ja postanowiłem się dziś z wami podzielić Tym, co w tych legendach jest prawdą, a co jest tylko mitem.

Dziś wykażę, że cała ta legenda o wampirach jest tak naprawdę opowieścią opowiadającą o przepięknych wręcz istotach! Na przestrzeni wieków ludzie różnie nas nazywali. Ludzie antycznego Rzymu, czy antycznej Grecji nazywali nas Słonecznymi Bogami, wschodnie kultury zwały nas Buddami i Oświeconymi. Historie o tak zwanych pożeraczach grzechów także są historiami o Nas! Jesteśmy tym, do czego zmierza życie każdego z was, celem każdego człowieka jest przemiana polegająca na integracji całej Duszy, zwana procesem ponownych narodzin. W tym procesie, każdy człowiek odkrywa w końcu swoje prawdziwe anielskie, boskie dziedzictwo i rozpoznaje prawdę o sobie, o tym kim jest, o tym skąd pochodzi i o tym dokąd zmierza. W procesie ponownych narodzin każdy człowiek staje się Mistrzem Wzniesionym, tak zwanym suwerenem, doświadcza mistycznej śmierci, która uwalnia go z koła cykli narodzin i śmierci. W końcu odkrywa całą istotę własnej istoty, własnej prawdziwej natury i w ten sposób uwalnia się z pęt iluzji, nazywanej często więzieniem z otwartymi wrotami.

Zatem, zaczynamy:
1. Picie krwi innych ludzi, czy zwierząt jest mitem! Nie odżywiamy się krwią, odżywiamy się jak cała reszta ludzi Energią! Lecz nawet Tej nie potrzebujemy ściągać od innych z zewnątrz, bowiem mamy swoje własne źródło wręcz nieskończonej energii, które znajduje się w każdym z nas! Nawet wy zwyczajni ludzie także je posiadacie, choć z niego nie korzystacie…
Przede wszystkim chcę wam opowiedzieć o tym, że nie żywimy się krwią innych ludzi. Nie mamy potrzeby poszukiwać pożywienia w taki sposób, bowiem każdy wzniesiony ma dostęp do źródła niesamowitej niewyczerpywanej energii, kryształowej, księżycowej, która zawsze jest pełna, której nigdy nam nie zabraknie! W momencie chrztu wodnego, każdy uzyskuje dostęp do studni wody żywej, która fizycznie jest w nim samym! Każdy z was ma tą studnię w sobie, tylko, że u większości ludzi jest ona zamknięta. Tak więc żaden wzniesiony nie potrzebuje poszukiwać pożywienia nigdzie na zewnątrz!

Niech to będzie w końcu jasne, krwiożercze wampiry pijące krew innych ludzi to mit!Wampir (1)Wyobraźcie sobie moi drodzy ludzie, wszyscy tak naprawdę żywimy się energią. Można czerpać ją z wielu różnych źródeł, właściwie to jest jej tu nieskończenie wiele, otacza was ze wszystkich stron, głaszcze i pieści wasze ciała. Istnieje w powietrzu, którym oddychacie, istnieje w wodzie, którą pijecie, istnieje w pożywieniu, które zjadacie. Gdy tak sobie spożywacie obiad, kolację, czy śniadanie, bez względu na to, czy będzie to owoc, roślina czy danie mięsne, w każdym z tych dań jest tej energii więcej lub mniej, oczywiście bywa, że wasze pożywienie które zjadanie jest bardzo skąpe energetycznie, bądź nie posiada jej wcale, lecz jest to tylko wynik waszego braku szacunku do waszych zwierząt, roślin, do wszystkiego, z czego przyrządzacie sobie te wasze posiłki.

Wzniesieni nie potrzebują odżywiać się w taki sposób, lecz jak najbardziej mogą w dalszym ciągu cieszyć się spożywaniem w taki dosyć fizyczny sposób. I jeśli jakiś wzniesiony cieszy się fizycznym posiłkiem, to nie robi tego z konieczności, lecz z czystej przyjemności i radości samego jedzenia! Ja sam odzwyczaiłem się już dawno od starego sposobu jadania, nie jadam śniadań, ani obiadów, ani kolacji, z reguły jest to jeden niewielki posiłek, pyszna kanapka z uwielbianym przeze mnie serem, czy pizza od czasu do czasu, a bywa też i tak, że w ogóle nie myślę o jedzeniu nawet przez parę dni… Wzniesieni nie potrzebują poszukiwać pożywienia na zewnątrz samych siebie, wręcz przeciwnie, są dosłownymi tryskającymi fontannami energii, która także dostępna jest dla innych ludzi, zwierząt, czy roślin i całego świata nas otaczającego!

Po pierwsze nie żywimy się krwią, lecz energią, co nie czyni żadnej różnicy między nami, bowiem wy wszyscy pożywiacie się właśnie energią, tylko bierzecie ją z pożywienia czy powietrza, my nie musimy nawet jeść, bowiem nasze własne studzienki tej energii wystarczają nam w zupełności, by zachować silne i zdrowe ciała, i pełną jasność umysłu!

2. Prawdą jest jednak to, że gdy rozpadają się nasze ciała, nie pozostaje po nich nawet pył! W momencie zakończenia naszego życia tutaj, nasze ciała ulegają natychmiastowej transformacji i po prostu znikają, bywa, że ulegają natychmiastowemu spaleniu. Zwał jak zwał, nie grzebiemy własnych ciał, ponieważ zabieramy je ze sobą, są częścią naszej Duszy, tak więc czemu mielibyśmy je zostawiać? No właśnie. To jest więc akurat prawdą. Lecz mitem jest to, jakby to miała być jakaś kara boska, wręcz przeciwnie, jest to Boski Dar który każdy z nas w odpowiedniej godzinie daje samemu sobie.
Ludzie, nie jesteście stąd! Wyobraźcie sobie, że jesteście niesamowitymi wysoko wibracyjnymi istotami! Świetlistymi istotami! Lecz podczas pierwszych narodzin zawsze wciela się bardzo niewielka cząstka waszego światła! Tak więc gdy kończy się wam energia i gdy wasze ciała umierają, ta niewielka cząstka waszego Ducha nie spala waszych ciał, tylko odchodzi. Pozostawiona cząstka waszej energii woła was i nie pozwala odejść. Jeśli macie szczęście, wasze ciała są kremowane i nawet ta cząstka was samych od razu łączy się z wami i wy to czujecie, odbieracie jak najbardziej! W innym wypadku, część waszej energii pozostaje po waszej śmierci na ziemi, co ściąga was tu do ponownego życia bardzo szybko!

Gdy ludzie przechodzą swoje ponowne narodziny, podczas tego procesu wciela się cała reszta światła Duszy! Tak więc my wzniesieni różnimy się od was tylko tym, że mamy do naszej dyspozycji nie tylko malutką cząstkę naszego światła, lecz wszystko! Tak ogromna ilość światła jest powodem i przyczyną tego, że w razie śmierci, nasze ciała ulegają całkowitej, momentalnej transformacji, nie pozostaje po tym nawet popiół! Nie tracimy wtedy naszych ciał, ulegają one tylko transformacji w tak zwane widmowe ciała, które dowolnie mogą się stawać mniej lub bardziej fizyczne. Tak więc dla nas śmierć nie jest końcem, ani początkiem, jest tylko przemianą w istnienie, które nie ma końca!

3. Kolejny mit, czy może niewłaściwa interpretacja: Nie boimy się światła słonecznego naszej fizycznej gwiazdy! Wręcz przeciwnie, uwielbiamy Je!
Tak więc i tu nie różnimy się aż tak bardzo, prowadzimy w zasadzie normalne życie, tak jak i wy drodzy ludzie! Kochamy światło dnia, lecz także uwielbiamy światło gwiazd na tle nocnego nieba! Tak jak i wy! Nie ma żadnej różnicy! Jedni prowadzą normalny dzienny tryb życia i w nocy odsypiają; inni odwrotnie, prowadząc tryb nocny, odsypiają za dnia, co w zasadzie nie czyni przecież z nich jakichś krwiożerczych istot, prawda? Zwróćcie uwagę na to, co napisałem punkt wyżej… o naszej świetlistej naturze, nie tylko świetlistej naturze wzniesionych, lecz świetlistej naturze wszystkich ludzi! Wszyscy jesteśmy słonecznymi Bogami! Tyle, że nie wszyscy o tym wiedzą… Nie wszyscy pamiętają…Księżyc4. Nie boimy się krzyża czy wody święconej! To jest akurat jak najbardziej MIT stworzony przez ówczesne władze kościelne, jeszcze za czasów inkwizycji i polowania na czarownice.
Bardzo dziwna właściwie jest sprawa z tym strachem przed krzyżem czy innymi kościelnymi symbolami i emblematami. Każdy nowo-narodzony, każdy wzniesiony przechodził cały proces ponownych narodzin, polegający na przechodzeniu przez kolejne etapy wzniesienia, cała ta droga to niesamowite doświadczenia, jednym z nich jest właśnie doświadczenie ukrzyżowania! Czemu więc wzniesiony miał by się bać krzyża? Przecież jest to właściwie symbol niesamowitego doświadczenia, w którym każdy wzniesiony właściwie pozostaje do samego końca życia w ludzkim ciele! A woda święcona? To także symbol, symbol energii, księżycowej energii, którą się każdy z nas pożywia, nie tylko wzniesieni! Tak więc są to mity, jak najbardziej mity! Stworzone tylko po to, by wystraszyć ludzi, by jednocześnie sprawić jeszcze większy strach i bojaźń przed piekłem i grom wie, czym jeszcze.

5. Kolejny mit, czosnek! Więc niech będzie wiadome, że czosnek jest ulubioną przyprawą i także daniem wielu, bardzo wielu wzniesionych!
A tak! Od czasu do czasu lubię sobie skrobnąć ząbek czosnku czy dwa, jest to niesamowita przyprawa występująca w wielu moich daniach! Och ten czosnek! Kochany i jakże cenny, niezastąpiony w wielu potrawach!

6. A teraz sprostowanie, po części mit, po części prawda… Wzniesieni biorą pełną odpowiedzialność za siebie, to znaczy, że płacą za wszystko co wybiorą. Ludzie właściwie nie, ale nie do końca, bo w pewnych sytuacjach i ludzie są zmuszeni wziąć odpowiedzialność za samych siebie, a tyczy się to takich sytuacji, gdy zwykły człowiek spotka na swojej drodze wzniesionego!

Wielu ludzi w zamierzchłych czasach ogromnie obawiało się wzniesionych, bowiem w momencie starcia z nimi, podobnie jak wzniesieni mają to na co dzień, musieli zmierzyć się z doświadczeniem, w którym byli zmuszani do wzięcia odpowiedzialności za samych siebie! Nic takiego się właściwie nie dzieje, gdy zwykły człowiek uderzy zwykłego człowieka, czasem jest odwet, czasem nie ma… Lecz gdy ktoś będzie miał pecha uderzyć wzniesionego, poniesie za to odpowiedzialność czy będzie tego chciał czy nie. Będzie musiał przyjąć doświadczenie zwrotne, albo się wykupić dokonując spłaty w walucie energetycznej, cała suma zostanie przelana wtedy z jego własnej energii! Wierzcie mi, doświadczenie wymiany energetycznej będzie dla niego nie lada przeżyciem! Gdy wzniesiony pozwala sobie uderzyć kogoś, jest to jak najbardziej normalne i naturalne, że oddaje wtedy pewną część własnej energii. Tak to działa! Nie ma więc żadnej różnicy w tym, czy wzniesionego uderzy inny wzniesiony, czy zwykły człowiek, odpowiedzialność będzie musiała zostać poniesiona! I ostatnia wskazówka, nie ma potrzeby szukania winnych, to co ma się stać, po prostu się stanie w taki czy inny sposób! Przed boską sprawiedliwością nikt się nie ukryje!

Podzielę się z wami jeszcze pewną ciekawostką, w tej chwili po ziemi chodzi bardzo duża ilość wzniesionych, nie idzie mi o liczby liczone pojedynczo, mowa tu o tysiącach wzniesionych, a ta liczba wciąż wzrasta! W taki sposób ziemia wchodzi w czas, w którym ludzie czy tego chcą czy nie chcą, będą zmuszeni wziąć w końcu odpowiedzialność za siebie i za swoje własne wybory! Tak zostało to pomyślane i wszyscy zainteresowani się na to zgodzili! Dzieje się to właśnie w tej chwili! Tu i teraz! W ten sposób ziemia w niedługim czasie zajaśnieje światłem i szacunkiem do wszelakiego życia, jakiego w tej chwili brakuje… Gdy człowiek stanie twarzą w twarz z własną śmiercią, będzie musiał zacząć liczyć się z tym, że ktoś inny ma prawo żyć podług własnej woli i na swój własny sposób, rozumiecie?

Wielu ludzi w ziemskiej przeszłości doświadczyło tego fenomenu i zinterpretowało to jako akt działania wampira, oczywiście zgodnie z wydaną książką o wampirach, która została wydana i rozpowszechniona na zlecenie ówczesnej władzy kościelnej… Cóż, nie dziwne, że ludzie się bali, ale prawda jest taka, że ponosili jedynie własną odpowiedzialność za samych siebie! Nic więcej! My wzniesieni ponosimy odpowiedzialność na co dzień, dla nas to jest chleb powszedni, bardzo niesamowity wręcz, bo uczy szacunku do życia! Gdy przejdziesz przez coś takiego kilka razy, w końcu zaczniesz myśleć i zastanawiać się nad własnym sposobem życia! A gdy staniesz przed wyborem: umrzeć czy żyć? Co wybierzesz? To tyle… Resztę zachowam dla siebie…

Pamiętajcie ludzie, wszystko co się dzieje we Wszechświecie jest w jak najlepszym porządku!
Tak więc żyjcie jak sami chcecie i pozwólcie na to samo innym!
Ty jesteś Bogiem także!
I tak to jest.

autor: Samuel Blog Księżycowy

Możliwość komentowania Wampiry. Legendy, mity i fakty została wyłączona :, , , , , , , , , , , more...

Legenda o Krzysztoforach…

by on Mar.16, 2015, under Legendy

KrzysztoforyPrzed laty w Krakowie w pięknej kamienicy mieszkał alchemik Krzysztof. Wtedy w piwnicach działy się podobno dziwne rzeczy, a sam właściciel gromadził w nich niezliczone skarby.
Wielu mieszkańców miasta właśnie wtedy zaczęło nazywać kamienicę Krzysztoforami, a nazwa ta przyjęła się całkowicie, gdy kilka lat później umieszczono na fasadzie budynku figurę świętego Krzysztofa.
Z czasem Krzysztofory stały się siedzibą ważnych osobistości i często odbywały się tu przyjęcia.

Na jedno z nich młoda kucharka miała ugotować rosół. Ale kogut, z którego miał zostać przygotowany obiad, wyrwał się dziewczynie z rąk i uciekł po schodach do rozległych piwnic. Kucharka ruszyła za nim, jednak klucząc wśród ciemnych korytarzy zgubiła drogę.
Aż nagle dostrzegła jakiś błysk i przed nią stanął kogut z rogami na głowie. Przelękła się ogromnie, gdyż był to sam diabeł!
– Nie bój się mnie. Za to, że mnie nie zabiłaś, dostaniesz tyle złota, ile uniesiesz. Ale jest jeden warunek, nie możesz obejrzeć się za siebie – powiedział diabeł i napełnił kucharce złotymi monetami cały fartuszek.

Rozradowana dziewczyna ruszyła w drogę. Już była przy samych drzwiach, już miała przekroczyć próg, gdy ciekawość w niej zwyciężyła i spojrzała za siebie. Wtedy ciężkie drewniane drzwi zatrzasnęły się z hukiem i odcięły kucharce piętę. Skarby jednak zostały w jej fartuszku.
W podzięce za ocalenie od diabła, dziewczyna ufundowała w kościele Mariackim kaplicę. A pozostałe skarby podobno nadal zalegają w piwnicach Krzysztoforów i czekają, aż ktoś je odkryje.

Możliwość komentowania Legenda o Krzysztoforach… została wyłączona :, , , more...

Studnia dusz

by on Mar.10, 2015, under Ciekawe miejsca

StudniaW tej historii nie ma postaci jednoznacznie pozytywnych i negatywnych. Jednak przez ostatnie kilka wieków miasto przechodziło z rak do rąk, pojawiały się i znikały budynki. Zanikała również ludzka pamięć. Jednak niektóre wskazówki zapomnianej legendy nadal pobudzają wyobraźnię i odświeżają pytanie czy Koźle to miasto przeklęte?
Spacerując w piątek po Koźlu postanowiliśmy sprawdzić, legendę związaną z założeniem tego miasta. I nie dotyczy czasów Bolesława Krzywoustego, ale jeszcze wcześniejszych, gdy na wzgórze położone w dolinie Odry przybyli Celtowie. W końcu nie jest żadną tajemnicą, że przybyli oni na tereny Śląska już w V wieku przed naszą erą.

Legenda
Legenda głosi, że na miejscu kozielskiego kościoła p.w. św. Zygmunta i św. Jadwigi Śląskiej rósł przez wiekami potężny dąb, pod którego rozłożystymi konarami założono celtycką osadę. Rozwijała się ona przez wiele lat do momentu gdy na początku X wieku na teren dzisiejszego miasta przybyli Chrześcijanie. Przez pierwsze lata egzystencja tych dwóch grup rozwijała się poprawnie. Nie zapominajmy, że i dla Słowian dęby miały magiczną moc, a wiara w nowego Boga była tak krucha, że jeszcze w XII wieku dochodziło do buntów i powstań przeciwko nowej wierze.
Tak było i w Koźlu. Jak wiemy pierwsze historyczne zapisy związane z miastem wspominają o wizycie w nim Bolesława Krzywoustego. Nie wiadomo dlaczego przyjechał. Być może, jak mówi legenda, miało to związek z buntem pogańskim, który wybuchł w Koźlu po próbie wycięcia świętego gaju. Dalsze wydarzenia, usprawiedliwiając władcę, związane były z jego troską o jedność terytorialną młodego kraju, co wówczas tożsame było z utrzymaniem religijno – państwowego monolitu.

Na wezwanie wypędzonego kleru, Bolesław Krzywousty przyjechał do Koźla, otoczył gród i dał obrońcom możliwość poddania się, wydania organizatorów buntu, wycięcie drzew i postawienie w tym miejscu kościoła – co było naturalną koleją rzeczy, ponieważ zazwyczaj nowe ośrodki kultu powstawały na starych. Jak można domniemywać spotkało się to z negatywną odpowiedzią druidów i związanych z nimi wyznawcami starych obrzędów.
Książę wziął gród siłą, a obrońców wyciął w pień. Jak wszyscy wiemy w miejscu ówczesnego gaju zbudowano kościół, w miejscu którego stoi dzisiejszy. To jednak nie koniec historii. W tym miejscu zaczyna się najciekawszy jej fragment.
Podobno umierający druid rzucił na miasto potężną klątwę, która ma mu towarzyszyć przez wieki. Że w mieście zawsze będzie czaiło się zło, które pewnego dnia zniszczy je od środka. Zło które będzie stało na przeszkodzie rozwojowi grodu, który powstał na kościach buntowników.Opis miejscPoszukiwania
Jako, że w każdej legendzie jest trochę prawdy, postanowiliśmy poszukać i zwrócić uwagę na kilka faktów, związanych między innymi z kozielską lożą masońską, miejscami kultu, grobami i pomnikami, tajemniczymi kamieniami granicznymi czy w końcu z obrazem Matki Boskiej z Koźla.
Zakładając, że przedwojenni mieszkańcy mieli świadomość istnienia klątwy próbowali cokolwiek zmienić? Okazuje się, że tak. Legenda – legendą, dopóki nie przejdziemy się kozielską starówkę. Pierwsza (no może nie pierwsza ) rzecz, która wpada nam w oko to krzyż umocowany na dachu najstarszego kozielskiego kościoła.KrzyżW jakim celu przybiera on celtycki charakter? Czy może dlatego, aby udobruchać duszę zamordowanego przed wiekami druida? W końcu kościół stoi w miejscu ściętego przed wiekami gaju. Ale to nie wszystko. Na końcu ulicy Kraszewskiego, na budynku położonym naprzeciwko muzealnej baszty znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca Archanioła Michała. Dla tych którzy chociaż trochę znają chrześcijańską mitologię wiedzą, że to właśnie on został oddelegowany przez Boga do strącenia do piekieł Lucyfera i zbuntowane pod jego wodzą anioły. Kto jak kto, ale to ten święty jest najwłaściwszą postacią, która miałaby odstraszać zło, zawsze wtedy gdyby pojawiło się nad miastem.św. MichałTylko skąd Archanioł Michał miałby wiedzieć, że nadszedł ten, a nie inny moment, aby zstąpić z niebios? W końcu zapewne ma więcej do roboty niż tkwić na ścianie budynku. Ano właśnie. Od średniowiecza na różnych budynkach, pod rożnymi postaciami, umieszczano tak zwane maszkarony (na ścianach kozielskich kamienic można ich trochę znaleźć), których zadaniem było odstraszać zło, ewentualnie je pochłaniać.

Jednak jednym z najciekawszych i najdziwniejszych jest ten znajdujący się na przeciwko budynku byłej telekomunikacji, przy ulicy Piramowicza. Na szczycie frontowej ściany byłego klasztoru znajduje się rzeźba w kształcie trójwymiarowego, przestrzennego krzyża – symbolu wyjścia poza horyzont tej rzeczywistości.MaszkaronTo on, jak się okazuje, jest kluczowy w całej tej legendzie. Położony najwyżej, nieopodal miejsca kultu skupia na sobie całe zło panoszące się po mieście. Im więcej zła, tym większy staje się maszkaron. Im większy maszkaron, tym większe prawdopodobieństwo upadku miasta.  Jak długo wytrzyma? Kiedy przepoczwarzy się w realny byt, który przyniesie zagładę temu miastu? Tego nie wie nikt, w końcu zła nie widać, a jedynie czuć jego skutki. Czy zatem nasi przodkowie zabezpieczyli się w jakikolwiek sposób?

Otóż tak. Warto zwrócić uwagę na sąsiednią kamienicę. Na jej rogu znajduje się rzeźba przedstawiająca rycerza, który przed wojną podobno zdobił klub miłośników piwa. Zastanawiającym jest to, dlaczego to właśnie rycerz? A może on wcale nie pije piwa, tylko stoi w zbroi na straży, przyglądając się w dzień i w nocy maszkaronowi z byłego klasztoru?RycerzByć może tylko on, gdy z maszkarona wypełźnie zło, otworzy wielowymiarowy portal i sprowadzi zaklętego w płaskorzeźbie Archanioła Michała. To, że zło tkwi w tym mieście od lat, przede wszystkim oddziaływając na ludzi, wiadomo nie od dziś. Zło ciągnie do blichtru, sławy, władzy i pieniędzy pozostawiając prostaczków niejako na zapas lub jako ofiary czegoś potężniejszego, oddziaływającego ponad nimi. Źródło zła znajduje się w podziemiach miasta, o których od wielu lat krążą niesamowite legendy, jednak żaden odważny nie zapuścił się jeszcze do nich, aby sprawdzić do kryją. Co jakiś czas podejmowane są próby, chociażby pod przykrywką ubiegłorocznych wykopalisk. Jednak na próżno. Raczej pewne jest to, że jeżeli zło wypełznie na wierzch, zadaniem świętego Michała będzie je na powrót strącić w otchłań.

Czy wiemy gdzie się to odbędzie? Tego nie wiedzieliśmy do ostatniego piątku i wizyty na starym kozielskim cmentarzu. Ktokolwiek na nim był wie, że jest jednym z najciekawszych i najbardziej tajemniczych na terenie miasta. Niestety również najbardziej zniszczony. Skute po wojnie napisy informują nas na większości z nich jedynie o niepełnej dacie urodzin i śmierci spoczywających tam osób. Jednak na jednym z nich znaleźliśmy wizerunek skierowanego w dół pentagramu. (za wiki: „Pentagram zwrócony jednym wierzchołkiem ku dołowi zwany jest Pentagramem Odwróconym, Czarnym, lub Pentagramem Baphometha. Pentagram Baphometha przedstawia profanum – człowieczeństwo, odzwierciedla on wyższość żądz i emocji nad rozumem, jest powszechnie uważany za znak satanistyczny, chociaż często mylony z Pentagramem Białym”)PomnikPentagram na nagrobku wraz z krzyżem? Na początku XX wieku? Nie zastanawialiśmy się nad tym, dopóty nie przypomnieliśmy sobie się, że w Koźlu do połowy XIX wieku miała swoja siedzibę loża masońska, która w 1856 roku przeniosła się go Gliwic. Praktycznie nic o niej nie wiadomo, poza faktem, że ówcześnie gromadziła ona pod swoimi skrzydłami znamienite i bogate osoby, między innymi mieszczan, kupców jak również oficerów. Być może samego komendanta twierdzy Koźle, którego grób według legendy znajduje się na wzniesieniu położonym naprzeciwko kozielskiego domu kultury.

Jaki był cel ich działalności na terenie miasta? Nie wiemy. Nie wiemy również dlaczego je opuścili pozostawiając rozsiane pamiątki. Faktem natomiast jest, że wkrótce po wyprowadzce z miasta, zapadła decyzja o likwidacji twierdzy co zapoczątkowało rozbudowę miasta w kierunku obecnego osiedla Rogi. Jakie znacznie miał dla nich kozielski cmentarz? Warto zwrócić uwagę na jedną ze znajdujących się tam kaplic. Tej której architraw zdobi wizerunek promienistego oka. Być może tam właśnie spotykali się przed laty odprawiając swoje obrzędy.KaplicaMusimy przyznać, że nie chciało nam się wierzyć w tę opowieść. Archanioł, śpiący rycerz i Celtowie. Ale tak z głupia frant nanieśliśmy na mapę wszystkie znaczące punkty z terenu Koźla.

I zaczęliśmy łączyć poszczególne punty prostymi. Okazało się, że trzy z nich łączą się na Kozielskiej wyspie w punkcie, w którym znajduje się studnia.Proste-studniaPrzypadek? Może tak – może nie. Zaczęliśmy rysować kolejne linie i sprawdzać co znajduje się na ich przecięciu. Zazwyczaj nic się nie działo dopóki, dopóty nie powyliczaliśmy grobu komendanta z synagogą, budynku z płaskorzeźbą z nieistniejącym ratuszem oraz magistratu z dębami.Lokalizacja kamieniaKu naszemu zdumieniu spacerując po kozielskich plantach trafiliśmy na fragment bardzo starej alei dębowej, na końcu której znalazł się kamień graniczny. Inny niż pozostałe na terenie twierdzy, które zazwyczaj zawierały numerację. Ten ma wykute dwie litery „L-C”.KamieńPytanie czy to zwykły kamień graniczny twierdzy, czy skrót wywodzący się od imienia upadłego anioła? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami. My jednak proponujemy ponownie spojrzeć na mapę miasta.

Łącząc skarajne punkty o numerach 1, 2, 12 oraz studnię na wyspie i kamień z literami „L-C” uzyskamy pentagram, którego środek znajduje się dokładnie na kamienicy, w której rycerz z pochodnią dzień i noc czuwa nad naszym bezpieczeństwem. Pozostaje zapytać czy zadaniem pentagramu jest osłabienie rycerza czy jego wzmocnienie? Nie potrafimy odpowiedzieć na to pytanie.PentagramWynikałoby z tego, że faktycznie studnia na kozielskiej wyspie odgrywa szczególna rolę. Czy jest poszukiwanymi wrotami piekieł, z których wypełźnie zło? Kto wie? Tak czy inaczej nikt jeszcze nie sprawdził co znajduje się na jej dnie.

Czy istnieje alternatywa dla tego układu? Jakaś ochronna figura, która kiedyś chroniła Koźle? Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba się udać do najstarszego kościoła. Gdy wejdziemy do środka zauważymy wiszący na ścianie obraz Matki Boskiej z Koźla, XV-wieczny wizerunek, który trafił do Koźla około 1420 roku. Nie wiadomo jak i nie wiadomo w jakim celu. Warto jednak przyjrzeć się tej ikonie z bliska. W jej centrum zobaczymy wznoszący się nad dłonią Matki Boskiej złoty diament.Obraz Matki Boskiej z KoźlaPrzypadek? To poczytajmy co on oznacza?
(…) obdarza dobrych ludzi zdolnością koncentracji, przynosi radość i szczęście, dodaje odwagi. Daje również zwycięstwo w miłości. Diament uważany jest za symbol czystości i pokoju, kamień święty. Należy chronić go przed spojrzeniem złych ludzi. Gdy w pobliżu dzieje się zło, jego blask mętnieje. Swoich właścicieli chroni i odbija krążące wokół złe myśli i słowa. Pomoże również w odnalezieniu wewnętrznego spokoju. Jego blask sprawia, że człowiek jest zdrowy i szczęśliwy. Diament zdobyty nieuczciwą drogą przynosi nieszczęście (…)„.

Coś musiało kierować osobami, które sprowadziły do miasta akurat ten obraz, akurat z tym, a nie innym elementem graficznym. Ku przestrodze, a może ku pamięci ze wskazówką iż idealny układ zapewni ochronę przed złem.

Czy ma to związek z kościołem i śpiącym rycerzem? Sprawdźmy. W XV-wiecznym Koźlu istniała zamkowa wieża oraz rynek. O reszcie nic nie wiadomo. Możemy domniemywać, że miejsca kultu zazwyczaj pozostają te same. Zatem trzy dęby rosnące nad Odrą. Łącząc te trzy punkty uzyskamy dwie ściany poszukiwanego przez nas diamentu. Brakuje nam jeszcze jednego punktu. Najbardziej prawdopodobną lokalizacją jest obecny Plac Rady Europy.

Przed wojną mieściła się tu fontanna. Łącząc wszystkie punkty uzyskamy diament, obejmujący ochroną zarówno kościół, maszkaron, jak i rycerza.DiamentNawet po wojnie komuniści nie zabudowali tego obszaru stawiając w tym miejscu „gwiazdę”. Czyżby nawet wyznawcy czerwonego kultu na wszelki wypadek woleli dmuchać na zimne? Nowi mieszkańcy miasta zaludnili okolicę, zagospodarowywali dolinę Odry i rozbudowywali je, ale za każdym razem na drodze rozwojowi miasta stawał pożar, powódź lub inne nieszczęście. W końcu na długie lata miasto zamknęło się w murach twierdzy i dopiero w końcówce XIX wieku zaczęło się rozwijać.

Obecnie, jak wszyscy wiemy, miasto chyli się ku upadkowi. Czyżby pentagram zadziałał i rycerz zaspał? Czy zło zamieszkało jeden z charakterystycznych budynków zaburzając równowagę pomiędzy punktami zła (studnia, kamień), a dobra (tablica, grób komendanta i urząd miasta)? Czy my mieszkańcy możemy jakoś temu przeciwdziałać? Wydaje nam się, że tak.

Historię tą usłyszeliśmy ponad 15 lat temu, od przypadkowo spotkanego dziadka, gdy wraz z grupą przyjaciół odprawialiśmy obrzęd Dziadów na starym kozielskim cmentarzu.

tekst i zdjęcia: Kamil Nowak  „Fundacja Wiedzieć Więcej”

Możliwość komentowania Studnia dusz została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Sztolnia w Okrzeszynie

by on Mar.02, 2015, under Pod ziemią

Początek sztolniOkrzeszyn (Albendorf) to wieś położona w województwie dolnośląskim, w powiecie  kamiennogórskim,w gminie Lubawka, w tak zwanym „Worku Okrzeszyńskim”, nad rzeką Szkło,tuż przy granicy polsko-czeskiej. Udajemy się dzisiaj do tej małej uroczej miejscowości, aby stawić czoła kolejnemu wyzwaniu – XIX-wiecznej kopalni węgla. Uważa się że była ona częścią znajdującej się w bliskim sąsiedztwie dużej  kopalni węgla ,,Neue Gabe Gottes”. Wydobycie szło tu pełną parą jeszcze w latach 20-tych ubiegłego wieku. Później na wiele lat mroczne chodniki kopalni zostały opuszczone. Wszystko zmieniło się w latach 50-tych kiedy to do wyrobisk kopalni zawitali przedstawiciele Zakładów Przemysłowych R-1 poszukujący rud uranu. Uran był potrzebny Związkowi Radzieckiemu do budowy bomby atomowej. Jednak mała ilość tego pierwiastka w złożu sprawiła, że zaniechano wydobycia. Po tym krótkim uranowym incydencie kopalnia ponownie została opuszczona i stan ten trwa do dnia dzisiejszego.Poziom 0. Chodnik głównySłowo się rzekło – jedziemy. Pakujemy do samochodu niezbędny sprzęt, trochę tak zwanego „szturmżarcia” na wypadek gdyby coś poszło nie tak…
Droga zajęła nam około 30 minut. Zostawiamy samochód na poboczu i kierujemy się do wlotu sztolni, który znajduje się blisko drogi. Tuż obok płynie rzeka Szkło przez którą się przeprawiamy i po kilkudziesięciu metrach stajemy przed dużym wejściem zapraszającym do wnętrza obiektu. Czas na zmianę garderoby, założenie kasków, sprawdzenie latarek i krótką naradę „wojenną”. Jeszcze ostatnie spojrzenie na słońce i wchodzimy. Pierwsze metry wyglądają dość stabilnie, jednakże wszystko się zmienia gdy dochodzimy do pierwszego skrzyżowania wyrobisk. Obudowa górnicza wygląda katastrofalnie, stropnice i stojaki rozleciały się zalegając na spągu krzyżując się pod różnymi kątami. Setki ton skał napierają na nas nie mając już żadnej podpory w postaci obudowy górniczej. W głowie zaczynają włączać się sygnały alarmowe jak w kokpicie uszkodzonego samolotu. To dobry znak że, instynkt samozachowawczy każe wycofać się jak najszybciej z tej mrocznej dziury. Sztuką (albo głupotą) jest wyłączyć te ostrzeżenia i brnąć naprzód, zachowując wielką ostrożność.Poziom 0Na skrzyżowaniu wybieramy chodnik idący w prawo, to on zaprowadzi nas do centralnej części kopalni. Po przedarciu się przez zniszczoną obudowę dochodzimy do miejsca w którym wyrobisko staje się szersze i wyższe. Jest nieobudowane, ale sprawia wrażenie dość stabilnego. W dali wyraźnie słychać płynącą wodę. Po chwili wszystko się wyjaśnia – woda zalewa niższy poziom kopalni. To tak zwany poziom -1. My jesteśmy na poziomie 0, niższy poziom znajduje się po prawej stronie, zalany jest po same uszy i niedostępny. Kierujemy się dalej na wprost. Przed nami duży zawał, możliwy jednak do sforsowania. Za nim znajduje się wyrobisko zalane wodą na około 40 cm. W świetle latarek widać, że sztolnia się rozwidla. Mozolnie brodząc w wodzie i mule eksplorujemy oba rozwidlenia, które kończą się przodkami z wyraźną żyłą węgla. Z jednego z nich bije małe źródełko z krystalicznie czystą wodą. Oddech staje się przyspieszony, powietrze wydaje się być jakieś gęste i ciepłe, co jest znakiem ,że atmosfera w tym miejscu nie nadaje się do oddychania. Wracamy do miejsca w którym woda zalewa poziom -1. Tam po prawej stronie biegną w górę trzy pochylnie (upadowe) wydrążone pod dużym nachyleniem i prowadzą do poziomów 1 i 2.

Ostrożnie na czworaka wspinamy się na poziom pierwszy. Nie jest to łatwe gdyż spąg pochylni jest bardzo gładki i na dodatek pokryty warstwą mokrego mułu. Wreszcie po tej karkołomnej wspinaczce docieramy na poziom 1 wydrążony równolegle do poziomu 0, jednakże z tą różnicą, że przekrój wyrobiska jest znacznie mniejszy, a długość o połowę mniejsza. Widać też wyraźnie, że stabilność chodnika pozostawia wiele do życzenia. Obudowa górnicza leży pokrzyżowana na spągu, duża ilość oderwanych odłamków skalnych ostrzega nas przed pracującym górotworem. Postanawiamy jednak eksplorować go do końca, a koniec ten to wyraźny przodek i pochylnia biegnąca w prawo do poziomu 2, która jest jednak zasypana – musiało tu ostro walnąć. Wracamy do pochylni, którą weszliśmy i nią właśnie wdrapujemy się na poziom 2. Wygląda on podobnie jak 1-ka, tyle tylko że praktycznie nie posiada obudowy, spąg sztolni usiany jest oderwanymi blokami skalnymi. Tu wszystko się sypie.

Dochodzimy do jak nam się wydawało przodka, jednak okazuje się, że to potężny zawał. Blok skalny o wadze wielu ton i o przekroju identycznym jak wyrobisko oberwał się ze stropu idealnie zagradzając nam dalszą drogę. Wygląda to niesamowicie, przypominając kamienne wrota, które zostały zamknięte z ogromną siłą przez matkę naturę. Wracamy do pochylni i na tyłkach zjeżdżamy na poziom 0. Kierujemy się w stronę wyjścia. Eksploracja zajęła nam około trzech godzin. Brudni i szczęśliwi z racji powrotu do świata żywych opuszczamy Okrzeszyn. Podsumowując naszą wyprawę mogę powiedzieć, że kopalnia jest niezwykła, wielopoziomowa – znajdziemy tu odcinki sztolni w obudowie górniczej, odcinki zalane wodą, przyprawiające o dreszczyk emocji pochylnie, relikty dawnego górnictwa w postaci chociażby świdrów górniczych. Jak długa jest kopalnia? Nie wiem, nie dotarłem do szczegółowych opisów, nie jest to też dla mnie aż tak ważne – ważne, że dostarczyła ogromnej ilości adrenaliny, a o to w tym wszystkim chodzi.

tekst i zdjęcia: Andrzej Pastuszak

Możliwość komentowania Sztolnia w Okrzeszynie została wyłączona :, , , , , , , , , , , , more...

Złoto krnąbrnych mnichów

by on Lut.23, 2015, under Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Możliwość komentowania Złoto krnąbrnych mnichów została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Kolegiata w Tumie

by on Lut.16, 2015, under Zabytki

Kolegiata w TumieOkoło 997 roku w Tumie powstaje pierwsze w Polsce opactwo benedyktynów pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny i św. Aleksego z fundacji Bolesława Chrobrego i św. Wojciecha. Najprawdopodobniej założenie to może być związane z szerszą akcją misyjną z 2 poł. XI wieku za sprawą odnowy monarchii piastowskiej za czasów Kazimierza Odnowiciela, jednakże około 1140 roku opactwo zostaje przeniesione do Mogilna, a budowla rozebrana w związku z realizacją nowego założenia.
Rozpoczęcie budowy archikolegiaty w Tumie nastąpiło najprawdopodobniej w 1149 roku z inicjatywy metropolity gnieźnieńskiego Janika, a konsekracja jeszcze nie w pełni ukończonej świątyni, w której brali udział wszyscy polscy biskupi i książęta oraz arcybiskup Janik (następca zmarłego w 1148 roku arcybiskupa Jakuba), odbyła się 21 maja 1161 roku. Kolegiata za patronów otrzymuje (po znajdującym się tutaj wcześniej benedyktyńskim opactwie) Najświętszą Marię Pannę i św. Aleksego. Odbyło się w niej 21 synodów prowincjonalnych (synodów łęczyckich), pierwszy w 1181 roku, a ostatni w 1547 roku, wiele zjazdów kościelnych i książęcych.

Kolegiata w Tumie założona w pobliżu dawnej lokalizacji wczesnośredniowiecznego grodu stanowi jeden z najlepszych przykładów sakralnej architektury romańskiej na terenie Polski. Ta romańska budowla, wzniesiona z piaskowca, kamienia polnego i granitu, prócz swojej funkcji religijnej w założeniu miała także pełnić rolę obronnej twierdzy. Między innymi oparła się najazdowi Tatarów w 1241 roku. Została zdobyta przez Litwinów pod przywództwem Witenesa w Zielone Świątki 1293 roku. Okoliczna ludność, która znalazła schronienie w świątyni, została po części wzięta do niewoli, a po części zamordowana i spalona wraz z kolegiatą. Litwini dokonali również spalenia grodu łęczyckiego (jego ślady są widoczne na południowy-zachód od kolegiaty). W 1306 roku Łęczyca przeżywa najazd zakonu krzyżackiego i następny w 1331 roku. Po tych wydarzeniach kolegiata pozostaje przez kilka dziesięcioleci w ruinie.Kolegiata w Tumie - nawa głównaProwadzone prace zmierzające do jej odbudowy zatarły częściowo dotychczasowy romański styl. Kolejnej odbudowy dokonano w 1487 roku po pożarze, który ją dotknął w 1473 roku. Wówczas to pojawiły się zachowane do chwili obecnej gotyckie ostrołukowe arkady, filary międzynawowe z cegły i sklepienia krzyżowo-żebrowe w nawach bocznych. W 1569 roku dobudowano do wejścia głównego przedsionek osłaniający romański portal (renesansową kruchtę), wnętrze otynkowano zdobiąc je freskami. Następnego zniszczenia dokonały wojska szwedzkie najeżdżające Łęczycę w 1705 roku. Z inicjatywy prymasa Łubieńskiego i kosztem biskupa Kajetana Sołtyka w latach 1765-1785 pod kierownictwem architekta Efraima Schregera kościół zostaje przebudowany w stylu klasycystycznym. Przebudowana zostaje nawa główna, wnętrze, okna, zachodnia fasada oraz wieża. Równolegle z prowadzonymi pracami powstaje nieopodal drewniany kościół św. Mikołaja. W 1818 roku kolegiata traci swoją rangę za sprawą kasaty zarządzonej przez rosyjskiego cara Aleksandra I Romanowa i do 1915 roku pozostaje kościołem parafialnym.

Kolejne poważne zniszczenia przynosi okres II wojny światowej. We wrześniu 1939 roku podczas trwającej bitwy nad Bzurą, w wieży północnej Niemcy ulokowali punkt obserwacyjny kierujący ogniem artylerii. Artyleria wojsk polskich skutecznie ostrzelała kolegiatę niszcząc tym samym wieżę i powodując pożar całej budowli. Gdy okolice Łęczycy zostają opanowane przez wojsko polskie świątynia zostaje zbombardowana przez Luftwaffe, powodując zniszczenie stropów i murów oraz pożar. Po wkroczeniu wojsk niemieckich istnieją już tylko mury, a pozostałości wyposażenia przysypanego gruzem i resztkami dachu splądrowano. Powojenną odbudowę rozpoczęto w 1947 roku (kierował nią Jan Witkiewicz-Koszyc) pomimo wcześniejszych planów rozbiórki budowli uznanej za nienadająca się do remontu. 20 lipca 1947 roku w oczyszczonych z gruzu murach ordynariusz łódzki odprawił pierwszą po wojnie mszę. W 1954 roku pod nawą główną kościoła odkryto fundamenty budowli opactwa benedyktynów.Kolegiata w Tumie - prospekt organowyPrace remontowe, które przywróciły zewnętrzny romański wygląd z gotyckimi cechami wnętrza, trwały przez kilkanaście lat, w trakcie których wykonano strop z betonu oraz stabilizujące ściany zapobiegające zawaleniu się sędziwych murów. Obecnie w nawie głównej dominuje styl romański, a w nawach bocznych gotycki. Podczas przypadającego w 1961 roku 800-lecia pierwszej konsekracji świątyni dokonano poświęcenia trzech ołtarzy, przywracając ją tym samym do funkcjonowania. Niestety na remont wnętrza nie wystarczyło środków, w związku z czym przez następne lata pozostawała ona niewykończona i dopiero w 1993 roku po erygowaniu kapituły łęczyckiej (25 marca 1992 roku parafia tumska została włączona do diecezji łowickiej i kościół podniesiono do rangi archikolegiaty) rozpoczął się kolejny, tym razem zakończony etap odbudowy.

Wejście do kolegiaty (od północy) prowadzi przez XII-wieczny bogato rzeźbiony portal. Z tego okresu pochodzi również rzeźba Jezusa wmurowana w ścianę prezbiterium, epitafium nagrobne przedstawiające rycerza znajdujące się w nawie południowej i malowidło figuralne w absydzie zachodniej. Trójnawowa budowla z dwuwieżową częścią zachodnią nawiązuje swoim planem do nieistniejącej już katedry wawelskiej z czasów Władysława Hermana. Jedną z pierwszych publikacji opisujących architekturę i historię kościoła jest „Archikolegiata Łęczycka w narodowo-królewskiej wsi Tumie” autorstwa miejscowego proboszcza Emila Gielca z 1930 roku. W kolegiacie znajduje się wykonany z brązu odlew krucyfiksu wykonanego w 1943 roku przez Józefa Gosławskiego. W 1999 roku sprowadzono tu z Gniezna relikwię św. Wojciecha upamiętniając to wydarzenie zasadzeniem dęba w ogrodzie okalającym kościółek św. Mikołaja. W trakcie obchodzonych w 2011 roku uroczystości 850-lecia konsekracji odsłonięto kamień pamiątkowy.Odciski pazurów Boruty na wieży kolegiaty w TumieZ tumską kolegiatą związana jest też legenda o diable Borucie, która podaje:
„Bogata panna była na Tumie. Boruta przyjeżdżał i chciał koniecznie się żenić. Przyjeżdżał ładnymi końmi. Jak był ostatni raz, ona na ślub się zgodziła, ale potem mówi do służby:
-Kto to może być? Jest człowiekiem, a ma kopyta. Jak ona powiedziała tej służbie, to ta służba poszła do księdza. Ksiądz przyszedł i panna mu wszystko wyznała. Ksiądz powiedział, że to diabeł. Jak miał się odbyć ślub, to ksiądz zamknął w kościele tę pannę, a sam czekał z monstrancją w jej domu i wtedy przyjechał Boruta na to wesele. Jak wjechał w podwyrko, to ksiądz wyszedł na próg do niego i oświadczył diabłu, że panny jego nie ma i że ta wieś nazywa się teraz Tum, bo przedtem nazywała się inaczej. Boruta chciał wliźć do kościoła, ale było pozamykane, więc ze złości chciał przewrócić kościół i widać te odciski palców Boruty na wieży. Odjechał ze swoją drużyną, bo swoją siłą nic nie mógł poradzić, bo kościół był poświęcany”.
Również Zbigniew Nienacki, autor książki „Pan Samochodzik i Święty Relikwiarz” podając opis fikcyjnej kolegiaty w Opornej inspirował się archikolegiatą w Tumie.

Możliwość komentowania Kolegiata w Tumie została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , more...

Sztolnia Daisy

by on Lut.09, 2015, under Pod ziemią

Autor we wnętrzu sztolniHistoria górnictwa węglowego w Wałbrzychu (Waldenburg) zaczyna się w XIV wieku. Pierwszy zachowany dokument dotyczący powstania pierwszej wałbrzyskiej kopalni węgla kamiennego pochodzi z 1366 roku. Wspaniała historia górnictwa Wałbrzycha kończy się w 1998 roku, kiedy to na powierzchnię wyjeżdża ostatni wagonik z węglem. W mrocznych czeluściach sztolni zapada cisza, której niestety zapewne nic już nie zakłóci. Natomiast historia górnictwa kruszcowego na terenie Wałbrzycha i okolic jest trochę młodsza i datowana na XVI wiek. Z tego właśnie okresu pochodzą zachowane dokumenty księstwa świdnicko-jaworskiego odnoszące się do eksploatacji żył kruszconośnych wokół masywu Chełmca. Do XVIII wieku eksploatowano tu między innymi ołów, srebro, arsen, nikiel, miedź i cynk.
Dzisiaj wybierzemy się do jednej z takich kopalń, XVIII-wiecznej kopalni srebra, zwanej Sztolnią Daisy zlokalizowanej w Lubiechowie (Liebichau), który jest dzielnicą Wałbrzycha.Wlot sztolni DaisySztolnia znajduje się na terenie Książańskiego Parku Krajobrazowego. Samochód zostawiamy w pobliżu Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej – od tego miejsca do sztolni jest około 800 m. Ale bardzo mylą się ci, którzy myślą, że sztolnie jest łatwo zlokalizować. Wchodzimy do lasu, po kilkudziesięciu metrach natrafiamy na sporą ilość niewielkich dziur wykopanych przez „biedaszybowców” – widać że chłopaki robili próbne wykopy sondując głębokość zalegania węgla. Idziemy dalej, poruszając się zygzakiem, aby skutecznie przeczesywać teren. Po godzinie trafiamy na wyróżniający się w terenie kamieniołom. No cóż,  kamieniołom to kamieniołom, nie to jest celem naszej wędrówki. Podchodzimy jednak bliżej, teraz dopiero zauważamy, że obok kamieniołomu pnie się w górę ledwo widoczna dróżka – zobaczymy gdzie nas zaprowadzi. Po kilkudziesięciu metrach dochodzimy do drugiego jak nam się wydawało kamieniołomu i nagle naszym oczom ukazuje się wytęskniony widok – dwie czarne dziury zionące chłodem. A więc jednak udało się!Sztolnia DaisyW pośpiechu zakładamy kaski, sprawdzamy latarki i wchodzimy. Wejście do dolnej sztolni ma około metra średnicy, przez które z łatwością prześlizgujemy się, a za nim wyrobisko opada ostro w dół. Powoli krok za krokiem idziemy do serca tajemniczej Daisy. Świecąc latarką na wprost sztolnia wydaje się nie mieć końca, strop majaczy gdzieś wysoko niczym sklepienie katedry. Po chwili wszystko staje się jasne – jesteśmy w środku ogromnej komory wydobywczej. Kierując strumień światła na ociosy dosłownie odejmuje nam mowę z zachwytu, gdyż naszym oczom ukazują się fantastyczne formacje naciekowe, w postaci kaskad i polew, które ciągną się na znacznym odcinku. Cała sztolnia w świetle latarki mieni się jakby była wysadzana diamentami. Ostrożnie idziemy dalej i dochodzimy do szybu transportowego, który łączy sztolnie z powierzchnią. Czujemy miły, świeży powiew powietrza, w uszach dzwoni niczym niezmącona cisza, przerywana tylko chwilami przez krople wody spadające ze stropu. Z każdym oddechem i z każdym krokiem coraz bardziej zanurzamy się w świat, w którym czas zatrzymał się w XVIII wieku.

Czuć ducha tego miejsca – tylko bicie naszego serca przypomina nam, że jesteśmy tu tylko gośćmi, a może raczej intruzami przerywającymi panujący od wieków spokój i ciszę. Po przejściu następnych kilkunastu metrów natrafiamy na niszę w ociosie – wygląda na to, że próbowano drążyć nowy chodnik, jednak z jakichś powodów prace przerwano. Dochodzimy do przodka. Pora wracać do wyjścia. Nasz drugi cel to mała sztolenka nad komorą wydobywczą. Ciężko to nawet nazwać sztolnią, gdyż jest to bardzo krótki chodniczek, dosłownie kilkumetrowej długości, który łączy się z szybem w połowie jego długości. Postanawiamy wejść na szczyt wzniesienia i zobaczyć szyb od góry. Okazuje się, że wlot szybu jest bardzo niebezpieczny, gdyby ktoś nieświadomy zagrożenia tędy przechodził, to o tragedię nie trudno. Szyb posiada co prawda ogrodzenie ale jest ono tak zniszczone, że nie stanowi już żadnego zabezpieczenia.Wlot szybu transportowegoReasumując, sztolnia jest jedyna w swoim rodzaju – bogata szata naciekowa i rozmiar obiektu sprawia, że odnosi się wrażenie przebywania w prawdziwej jaskini, a nawiasem mówiąc, sztolnia posiada też swoją drugą nazwę – Jaskinia Daisy, co w stu procentach oddaje jej wygląd. Długość wielkiej komory wydobywczej wynosi 57 metrów, przy głębokości 24 metrów, a szyb transportowy ma 12 metrów wysokości.
Muszę w tym miejscu dodać, że jest jeszcze jedno wyrobisko kilkunastometrowej  długości, którego niestety nie udało nam się zobaczyć – robiło się już późno i czas było wracać do samochodu. Ale nic straconego, na pewno tu jeszcze wrócimy.

tekst i zdjęcia: Andrzej Pastuszak

Możliwość komentowania Sztolnia Daisy została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , more...

Red Tails nad Kędzierzynem

by on Lut.05, 2015, under Historia

Red Tails nad KędzierzynemZmagania militarne podczas II wojny światowej stały się w późniejszym czasie inspiracją do powstania wielu filmów, produkcji telewizyjnych, publikacji książkowych. Czytając te publikacje lub oglądając filmy często nie zdajemy sobie sprawy, że znane wojenne historie, heroizm i groza wojny utrwalone na kliszy fotograficznej lub taśmie filmowej dotyczą wydarzeń, które często działy się nieopodal miejsc, w których żyjemy czy pracujemy. Jednym z takich przypadków są działania bojowe „czarnej eskadry”, czyli 332 Grupy Myśliwskiej USAAF.

Spośród licznych celów, będących przedmiotem ofensywy bombowej 15th USAAF, zakłady paliwowe zlokalizowane na Górnym Śląsku były grupą obiektów najbardziej oddalonych od baz w południowych Włoszech, skąd operowała 15 Armia Powietrzna Armii Stanów Zjednoczonych. Wyprawy nad rafinerie w Blachowni, Kędzierzynie, Zdzieszowicach czy Oświęcimiu były misjami wyjątkowo niebezpiecznymi i długotrwałymi. Czas dolotu nad cel i powrotu na lotniska macierzyste przekraczał 8 godzin.
Samoloty lecące nad Górny Śląsk były zagrożone zarówno przez dużą koncentrację artylerii przeciwlotniczej nad celem oraz w drodze do celu, jak i przez ataki myśliwców Luftwaffe oraz lotnictwa sprzymierzonych z III Rzeszą Węgier, w tym słynnego 101. Honi Légvédelmi Vadászrepülő Osztály, czyli 101 Skrzydła Obrony Powietrznej, powszechnie znanego jako Grupa Puma.Messerschimitt Bf-109 Grupy PumaDla obrony formacji bombowców przed myśliwcami nieprzyjaciela w obrębie 15 Armii Powietrznej utworzono 2 skrzydła myśliwskie, w skład których wchodziło 7 grup myśliwskich.
Niezbyt powszechnie znany, ale niewątpliwie warty szerszego upowszechnienia jest fakt, że jedną z tych grup była chyba najsłynniejsza jednostka myśliwska Lotnictwa Armii Stanów Zjednoczonych okresu II wojny światowej – składająca się wyłącznie z czarnoskórych lotników 332nd Fighter Group, znana także jako Red Tails (od malowanych na czerwono ogonów samolotów) lub jako Tuskegee Airmen (od nazwy miasteczka Tuskegee w Alabamie, gdzie czarnoskórzy lotnicy mieli swoją bazę treningową przed wyruszeniem na wojnę).
W tym miejscu warto umieścić kilka słów objaśnienia kontekstu historycznego. W tamtym czasie Ameryka była krajem, w którym obowiązywała segregacja i dyskryminacja rasowa, obejmująca także swoim zasięgiem służbę wojskową. Czarnoskórzy mieszkańcy USA nie byli dopuszczani do służby w Siłach Powietrznych USA w charakterze lotników. Jednakże wieloletnie starania na rzecz zniesienia dyskryminacji czynione przez wiele wpływowych osobistości zaczęły przynosić pierwsze efekty.The Tuskeegee AirmenW kwietniu 1939 roku Kongres uchwalił ustawę przyznającą finansowanie dla szkół lotniczych mających szkolić czarnych lotników. Obstrukcje oraz wygórowane wymagania stawiane przez Departament Wojny sprawiły, że program był wdrażany z olbrzymimi trudnościami. Przełomem okazało się wsparcie okazane przez Pierwszą Damę panią Eleonor Roosevelt, która w marcu 1941 roku odwiedziła Tuskegee i odbyła półgodzinny lot z jednym z czarnoskórych weteranów lotnictwa cywilnego – C. A. Andersonem, który był zatrudniony w Tuskegee jako instruktor. Po tej podniebnej przejażdżce i poparciu udzielonym przez Panią Roosevelt sprawy ruszyły szybko do przodu.
Jeszcze w tym samym roku utworzono 99 Dywizjon Myśliwski (99th Fighter Squadron), który rozpoczął cykl szkoleniowy w Tuskegee Army Airfield. Mimo bardzo dobrych rezultatów szkoleniowych Dowództwo Sił Powietrznych z powodów rasowych piętrzyło przeszkody przed skierowaniem dywizjonu do działań bojowych. Otwarcie wyraził to jeden z głównodowodzących USAAF generał Henry „Hap” Arnold mówiąc:
„Piloci Murzyni nie mogą służyć w naszym Korpusie Sił Powietrznych, gdyż rezultatem tego będzie sytuacja w której czarni oficerowie będą przełożonymi białych poborowych, co będzie społecznie nieakceptowalne”.Red TailsJednak ostatecznie w kwietniu 1943 roku 99 Dywizjon został uznany za gotowy do działań bojowych, a następnie przerzucony do Afryki, gdzie wszedł w skład 33rd Fighter Group (33 Grupy Myśliwskiej). Swój chrzest bojowy przeszedł 30 maja, atakując strategiczną wyspę Pantelleria na Morzu Śródziemnym. Ataki ponawiano aż do 11 czerwca, kiedy włoski garnizon skapitulował. Był to pierwszy w historii przypadek, gdy militarny opór przeciwnika został złamany wyłącznie przy u życiu ataków lotniczych. Za swój wyczyn Dywizjon otrzymał Distinguished Unit Citation – wyróżnienie przyznawane za wybitne męstwo na polu walki.
Pomimo bojowych sukcesów i udowodnieniu w praktyce, że nie są gorsi od swych białych kolegów, rasistowskie traktowanie było wciąż na porządku dziennym, a czarni piloci nie byli akceptowani przez białych lotników z innych dywizjonów 33 Grupy. Nie przekazywano im także jako nowicjuszom żadnych informacji i wskazówek pomocnych w wykonywaniu misji bojowych.
Tymczasem w Tuskegee szkolenie czarnych pilotów postępowało i wiosną 1944 roku kolejne grupy lotników zostały wysłane do udziału w działaniach bojowych we Włoszech. Były to myśliwskie dywizjony 100, 301 oraz 302, które w maju 1944 roku dołączyły do 99 dywizjonu. W ten sposób pierwsza składającą się wyłącznie z czarnych pilotów grupa myśliwska w USAAF – 332nd Fighter Group uzyskała gotowość bojową. Jej dowódcą został pułkownik Benjamin O. Davis Jr. Bazą macierzystą całej grupy aż do końca wojny stało się lotnisko Ramitelli niedaleko Termoli w południowych Włoszech.Col. Benjamin O. Davis Jr.Odtąd głównym zadaniem grupy stało się eskortowanie bombowców 15 Armii Powietrznej podczas rajdów na cele w środkowej i południowej Europie.
Mustangi z pomalowanymi na czerwono statecznikami pionowymi wiele razy pojawiały się na niebie wokół Blachowni, Kędzierzyna, Zdzieszowic i Oświęcimia.
Pierwsza misja eskortowa „Czerwonych Ogonów” nad Górny Śląsk miała miejsce podczas nalotu 7 sierpnia 1944 roku, kolejna w niespełna dwa tygodnie później – 20 sierpnia, tym razem atakowanym przez bombowce celem były zakłady Buna Werke w Oświęcimiu. Była to jedyna misja nad to miasto osłaniana przez 332nd Fighter Group.
27 sierpnia samoloty z białymi gwiazdami nadleciały nad Kędzierzyn i Blachownię. W drodze powrotnej do bazy piloci 332 Grupy atakując lotnisko na terenie Czech zniszczyli 22 samoloty nieprzyjaciela na ziemi. Za ten wyczyn 3 pilotów Grupy zostało odznaczonych krzyżem Distinguished Flying Cross. Byli to kapitan Dudley M. Watson, kapitan Wendell O. Pruitt oraz porucznik Roger Romine.P-51C Mustang w barwach Red Tails13 września celem bombowców były zakłady Blechhammer North, czyli obecna Blachownia Śląska (obecnie dzielnica Kędzierzyna-Koźla). „Trzynastka” okazała się pechowa dla podporucznika Wilbura F. Longa z 99 dywizjonu. Jego Mustang zapędził się nad sam cel, gdzie został trafiony ogniem Flaku – niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Lt. Long po latach tak wspominał to wydarzenie:
„…zostałem trafiony przez Flak nad celem, osłona kabiny była uszkodzona, system chłodzenia pokiereszowany, samolot miał też liczne, mniejsze uszkodzenia. Gdy tylko odzyskałem zimną krew niezwłocznie sprawdziłem stan samolotu. Sądząc, że mój Mustang nie został aż tak mocno trafiony postanowiłem, że spróbuję wrócić do bazy (…) lecz po pewnym czasie silnik zaczął zamierać więc zacząłem przygotowania do skoku ze spadochronem. Niestety, gdy próbowałem otworzyć osłonę kabiny okazało się że jest ona uszkodzona. Poinformowałem kpt. Danielsa (prowadzący por. Longa, w rzeczywistości Daniels był wówczas porucznikiem – przypis autora), że nie jestem w stanie otworzyć kabiny i muszę lądować awaryjnie. Poinstruował mnie, żebym znalazł pole na którym będę mógł wylądować „na brzuchu”. Zauważyłem pole, które wyglądało na „czyste” z dużej wysokości, lecz gdy podchodziłem do lądowania okazało się, że są tam liczne przeszkody. Przeskakując nad wierzchołkami drzew i manewrując w przesmykach miedzy nimi ostatecznie uderzyłem w ziemię i zacząłem się ślizgać. Od tego momentu nie pamiętam nic więcej z mojego lądowania.”
Porucznik Long wylądował na terenie Węgier i trafił do obozu jenieckiego Stalag Luft III w Żaganiu, a następnie do Moosburga, gdzie w kwietniu 1945 roku został wyzwolony przez oddziały US Army.The Tuskegee Airmen 332nd Fighter GroupKolejna wyprawa, dokładnie w miesiąc później, 13 października przyniosła ofiarę śmiertelną w szeregach 332 Grupy Myśliwskiej.
Myśliwce w drodze powrotnej do bazy miały za zadanie atakować zauważone cele naziemne (samoloty, pociągi, składy paliw i amunicji, barki na Dunaju itp.) ogniem swych karabinów maszynowych. Tego dnia powracający lotnicy dostrzegli lotnisko polowe w okolicach Balatonu. Grupa kpt. Jacksona przystąpiła do ataku w wyniku którego zniszczono 7 samolotów nieprzyjaciela. Niestety samolot por. Waltera D. Westmorelanda został trafiony przez obronę przeciwlotniczą i rozbił się podczas próby awaryjnego lądowania. Lt. Westmoreland zginął na miejscu. W tym samym czasie druga grupa Mustangów prowadzona przez kpt. Pruitta zaatakowała kolejową stację rozrządową, atakując lokomotywy, wagony oraz budynki. Por. Luther Smith oraz por. William W. Green trafili olbrzymi magazyn, jak się okazało wypełniony materiałami wybuchowymi. Potężna eksplozja poważnie uszkodziła obydwa Mustangi. Piloci zostali zmuszeni do wyskoczenia z uszkodzonych maszyn nad Jugosławią.Pułkownik DavisJeszcze wiele razy czarnoskórzy lotnicy latali nad Kędzierzyn, Blachownię i Zdzieszowice osłaniając Latające Fortece i Liberatory 15 Armii w tych niezwykle trudnych misjach. Z kronikarskiego obowiązku wymieńmy daty: 14 i 17 października, 20 listopada, 2, 18, 19 i 26 grudnia.
Załogi bombowców 15 Armii były niezmiernie zadowolone, gdy przydzielano im jako eskortę Mustangi z 332nd FG. Doceniali ich ofiarność, poświęcenie i to, że nigdy nie „odpuszczali” nieprzyjacielskim myśliwcom. Pomimo że przez długi czas rozpowszechniane twierdzenie, mówiące że 332 Grupa Myśliwska nigdy nie straciła żadnego osłanianego bombowca w wyniku działań wrogich myśliwców, okazało się mitem (w rzeczywistości utracono około 25 bombowców) to i tak w porównaniu z innymi podobnymi jednostkami jest to liczba znikoma, a bilans bojowy czarnych lotników jest imponujący. Wymieńmy tylko parę liczb:
– 111 samolotów zestrzelonych w powietrzu
– 150 samolotów zniszczonych na ziemi
95 pilotów odznaczono krzyżem Distinguished Flying Cross. Podczas misji nad Górny Śląsk Grupa utraciła 7 samolotów, 1 pilot poległ (KIA), 3 dostało się do niewoli (POW), 3 innych uniknęło pojmania i powróciło do macierzystej jednostki z terenu Jugosławii (EVD).

Wojenne losy czarnoskórych lotników doczekały się opisu zarówno w publicystyce naukowej jak i kulturze masowej. Powstało kilka filmów kinowych i telewizyjnych na ich temat. Najbardziej głośne to film „The Tuskegee Airmen” (w Polsce emitowany jako „Czarna eskadra” ) z 1996 roku w reżyserii Roberta Markowitza z Laurencem Fishburnem oraz Cubą Goddingiem Jr. w rolach głównych oraz „Red Tails” z 2012 roku, którego pomysłodawcą i producentem jest znany z „Gwiezdnych wojen”  George Lucas.Filmy nawiązujące do tematyki Red TailsOglądając te produkcje warto pamiętać, że przedstawiane w nich zmagania lotnicze „czarnej eskadry” miały miejsce także wokół miast południowej Polski, a lotnicy z Tuskegee wnieśli swój wymierny wkład w zwycięstwo nad III Rzeszą.

tekst: Edward Haduch, Stowarzyszenie „Blechhammer 1944”

Możliwość komentowania Red Tails nad Kędzierzynem została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Niemieckie zakłady paliwowe w rejencji opolskiej

by on Lut.01, 2015, under Historia

Współczesny widok na Zakłady Koksownicze w ZdzieszowicachTereny należące dzisiaj do miast Kędzierzyn-Koźle oraz Zdzieszowice na Opolszczyźnie były w czasie II wojny światowej wielkim placem budowy. III Rzesza przeprowadzała tam olbrzymie inwestycje, które także dzisiaj determinują charakter tych miast. W południowej części Regierungsbezirk Oppeln powstawało największe zagłębie paliwowe III Rzeszy.
Głównym powodem, który skłonił hitlerowskich planistów do wdrożenia planów budowy sieci zakładów wytwarzających paliwa syntetyczne na bazie węgla były rosnące potrzeby machiny wojennej III Rzeszy, która planując militarną ekspansję, a jednocześnie mając ograniczony dostęp do naturalnych zasobów ropy naftowej, była zmuszona zapewnić swoim siłom zbrojnym odpowiednią ilość paliw, olejów i smarów.

Bezpieczne położenie w oddaleniu od granic potencjalnych przeciwników hitlerowskich Niemiec (Francji, Anglii i ZSRR), bliskość pokładów węgla w śląskich kopalniach oraz dogodne połączenia transportowe (wodne i kolejowe) były powodem umiejscowienia aż trzech zakładów tego typu w ówczesnej rejencji opolskiej.
W promieniu kilku kilometrów rozpoczęto budowę fabryk: Schaffgotsch Benzin Werke GmbH Odertal (obecnie Zdzieszowice) Oberschlesische Hydrierwerke AG Blechhammer w dzisiejszej Blachowni oraz IG Farbenidustrie AG Werk Heydebreck w Kędzierzynie.
W pobliżu wznoszonych zakładów zaczęły powstawać liczne obozy jenieckie i pracy przymusowej – w tej liczbie podobóz niesławnego kompleksu Auschwitz, Arbeitslager Blechhammer (Judenlager). Obozy stanowiły rezerwuar taniej, a często także niewolniczej siły roboczej, niezbędnej do szybkiego przeprowadzenia tak ogromnych inwestycji.
Ocenia się, że w samych tylko obozach podległych zakładom OHW Blechhammer mogło przebywać jednorazowo do 30.000 więźniów, jeńców wojennych oraz robotników przymusowych.

Zakłady Schafgotsch Benzin-Werke Odertal
Chronologicznie pierwszą fabryką wytwarzającą benzynę syntetyczną jaka powstała w ówczesnej rejencji opolskiej były zakłady Schaffgotsch Benzin Werke GmbH Odertal (obecnie Zdzieszowice), należące do wielkiego rodu przemysłowego Schaffgotschów, właścicieli licznych kopalń oraz majątków ziemskich na terenie Górnego Śląska.
Budowę zakładów w Zdzieszowicach rozpoczęto w 1930 roku od wzniesienia pierwszej baterii koksowniczej w zakładach koksowniczych „Deschowitzkokerei der Graflich Schaffgotsch’en Werke”. W 1936 roku rozpoczęto budowę drugiej baterii, nieco później przy istniejącej koksowni zapoczątkowano prace przy budowie zakładu produkcji benzyny syntetycznej, która miała być wytwarzana metodą Fischera-Tropscha. Metoda ta wynaleziona przez niemieckich uczonych Franza Fischera oraz Hansa Tropscha polegała na mieszaniu w wysokiej temperaturze tlenku węgla i gazu syntezowego (wodoru) w obecności katalizatora. W wyniku tej reakcji powstawała mieszanina węglowodorów ciekłych i stałych – z której wyodrębniano benzynę, paliwa dieslowskie oraz parafinę.
Benzyna oraz oleje dieslowskie wytworzone dzięki tej metodzie były paliwami niskiej jakości, wykorzystywano je głównie jako domieszkę do innych paliw.

Budowa fabryki w Zdzieszowicach została ukończona w 1939 roku, pełne moce wytwórcze zostały osiągnięte w roku 1941. Z powodu wspomnianej już niskiej jakości wyrobów końcowych była ona obok zakładów Hoesch-Benzin GmbH w Dortmund ostatnią oddaną do użytku wytwórnią paliw syntetycznych działającą wg metody Fischera-Tropscha. Fabryki budowane w następnych latach wykorzystywały do produkcji metodę Bergiusa, czyli metodę uwodornienia (hydrogenizacji) węgla.Zakłady Odertal po ataku bombowców 15th USAAFMaksymalne zdolności produkcyjne zakładów w Zdzieszowicach szacowano w analizach amerykańskich na ok. 60.000-80.000 ton wyrobów paliwowych rocznie, realna produkcja nie przekraczała 40.000 ton, co potwierdzają także meldunki składane przez wywiad Biura Studiów Przemysłowo-Gospodarczych Armii Krajowej. Meldunek z października 1943 roku mówi, że „produkcja benzyny syntetycznej (…) wynosiła 2.500 ton miesięcznie”.
Zakłady Schafgottscha były bombardowane przez samoloty 15 Armii Powietrznej USA 8 razy: 7 lipca, 22 sierpnia, 13 września, 14 października oraz 2, 17, 18 i 26 grudnia 1944 roku.
Podczas tych nalotów amerykańskie Fortece i Liberatory zrzuciły około 2.125 ton bomb.

Zakłady Oberschlesische Hydrierwerke AG Blechhammer
Plany podbojów militarnych III Rzeszy spowodowały konieczność dalszej rozbudowy przemysłu paliw syntetycznych. Hitlerowscy planiści już od połowy lat 30-tych wskazywali na Górny Śląsk jako dogodne miejsce na lokalizację kolejnych zakładów tej branży.
W 1938 roku plany te zostały skonkretyzowane, ustalono też, że nowa fabryka benzyny syntetycznej powstanie w miejscowości Blechhammer (Blachownia Śląska) w powiecie kozielskim. W sierpniu 1939 roku grupa kilkunastu przedsiębiorców górnośląskich zgodziła się sfinansować znaczącą część inwestycji zawiązując spółkę akcyjną pod nazwą Oberschlesische Hydrierwerke AktienGesellschaft Blechhammer (Górnośląskie Zakłady Hydrogenizacji Spółka Akcyjna w Blachowni Śląskiej). Pod koniec 1939 roku ruszyły prace przy karczowaniu lasów, a następnie właściwa budowa zakładów.
Wokół realizowanej inwestycji powstała sieć obozów jenieckich oraz pracy przymusowej, które zapewniały dostawy znacznych kontyngentów siły roboczej. Głównym wykonawcą inwestycji była spółka Mineralölbau GmbH z Berlina z którą kooperowało kilkadziesiąt innych przedsiębiorstw z terenu całych Niemiec.

Pierwotnie planowano, że zdolność produkcyjna zakładów w Blachowni wyniesie 150.000 ton paliw, w miarę zwiększających się potrzeb gospodarki wojennej zwiększano także zakładaną produkcję docelową, najpierw do 240.000 ton, a następnie do 350.000 ton paliw rocznie.Zakłady benzyny syntetycznej w Blechhammer podczas nalotu 15th USAAFW późniejszych latach obok pierwotnie budowanego zakładu planowano budowę drugiej fabryki, zwanej roboczo Blechhammer II (która miała produkować na potrzeby Kriegsmarine i Luftwaffe) jednak już w 1942 roku plany te zarzucono, koncentrując się na ukończeniu w terminie budowy zakładu Blechhammer I, który był wyznaczony na grudzień 1943 roku. Częściowo powrócono do nich we wrześniu 1944 roku, wtedy została nawet podpisana umowa pomiędzy OHW Blechhammer, a Naczelnym Dowództwem Kriegsmarine, które udostępniło pożyczkę w wysokości 150 milionów marek na rozbudowę zakładu. W związku z amerykańską ofensywą powietrzną w 2 połowie 1944 roku i zbliżającą się od wschodu Armią Czerwoną plany tej rozbudowy nigdy nie zostały wprowadzone w życie.

Technologia produkcji opierała się na metodzie wynalezionej przez niemieckiego chemika Friedricha Bergiusa i polegała na zgazowaniu węgla w specjalnych generatorach; z otrzymanego gazu syntezowego uzyskiwano w wyniku dalszych procesów m.in. izooktan, czyli wysokooktanowe paliwo lotnicze.
Produkcja w zakładach OHW Blechhammer ruszyła w ograniczonym zakresie na przełomie stycznia i lutego 1944 roku, w kolejnych miesiącach w wyniku trapiących zakłady awarii była okresowo wstrzymywana, by z końcem czerwca 1944 roku osiągnąć poziom 5.400 ton wyrobów paliwowych miesięcznie. W rezultacie nalotów 15 USAAF w kolejnych miesiącach znacznie się zmniejszyła, co prawda w listopadzie tego roku znów osiągnęła poziom czerwcowy, lecz po kolejnych nalotach z grudnia 1944 roku zakłady zostały zniszczone w stopniu praktycznie uniemożliwiającym dalszą produkcję.Pozostałości instalacji OHW BlechhammerFabryka w Blachowni określana w nomenklaturze USAAF jako Blechhammer North była celem nalotów amerykańskich 9-cio krotnie: 7 lipca, 7, 22, 27 sierpnia, 13 września, 14 października oraz 2, 17 i 19 grudnia.

Fabryka IG Farbenidustrie AG Werk Heydebreck
Prawie równocześnie z zakładami w Blechhammer podjęto decyzję o budowie kolejnej fabryki paliw syntetycznych; inwestorem został największy niemiecki koncern chemiczny Interessen Gemeinschaft Farbenindustrie AG, znany powszechnie pod skróconą nazwą – IG Farben.
Jako lokalizację pod nową fabrykę wybrano zalesiony obszar na południe od Kędzierzyna. Po zakupieniu potrzebnego gruntu od księcia Hohenlohe z końcem 1939 roku rozpoczęto prace przygotowawcze oraz ziemne. Przy wyznaczaniu miejsca budowy wzięto pod uwagę planowany przebieg kanału Odra – Dunaj. By usprawnić transport potrzebnych materiałów Deutsche Reichsbahn wybudowała specjalną bocznicę kolejową do obsługi budowy zakładu.
Podobnie jak przy dwóch pierwszych zakładach wokół trwającej budowy w Kędzierzynie powstały liczne obozy robotników przymusowych oraz jeńców wojennych. Mimo to przez cały okres trwania budowy kierownictwo zakładu narzekało na niedobór siły roboczej, co wynikało z konieczności „dzielenia się” przymusową siłą roboczą z powstającymi nieopodal zakładami Oberschlesische Hydrierwerke. Mimo tych trudności, spotęgowanych dodatkowo brakami materiałowymi prace postępowały w imponującym tempie i już z początkiem 1944 roku przystąpiono do próbnego rozruchu zakładu.

W Kędzierzynie paliwo syntetyczne również było wytwarzane metodą Bergiusa  najważniejszym produktem był izooktan, produkowano tak że paliwa do rakiet, smary syntetyczne, glicerynę i formaldehydy wykorzystywane w produkcji materiałów wybuchowych, a także syntetyczne kleje, kauczuki oraz kwasy tłuszczowe.Zakłady IG Farben po ostatnim nalocie 26 XII 1944Docelowa produkcja w zakładach w Kędzierzynie – tak że zwiększana w miarę postępów budowy – miała wynieść około 300.000 ton paliw rocznie. Największą miesięczną produkcję – 2.500 ton paliw udało się uzyskać w czerwcu 1944 roku, w przeddzień nalotów 15 USAAF. Naloty te okazały się bardzo skuteczne, produkcja w kolejnych miesiącach drastycznie spadła, a po dewastującym nalocie z 27 sierpnia 1944 roku praktycznie aż do końca wojny nie została wznowiona w istotnym zakresie.

Mało znanym faktem związanym z zakładami IG Farben było stworzenie przy nich centrum zbornego dla rosyjskich naukowców i inżynierów przemysłu chemicznego, którzy zgodzili się pracować dla III Rzeszy. Centrum mieściło się w Bierawie, gdzie utworzono specjalny ośrodek w którym byli rejestrowani, sprawdzani przez tajne służby i rozsyłani do różnych zakładów, głównie do rafinerii w Leuna. Pierwszy transport przybył 21 kwietnia 1942 roku i liczył 165 specjalistów wraz z rodzinami, które na podstawie specjalnego zezwolenia Reichsfuehrera SS Heinricha Himmlera mogły przebywać razem z zatrudnionymi naukowcami. Ogółem przeszło przez ośrodek w Bierawie około 1.100 rosyjskich specjalistów, z których część pozostała na miejscu.Zdjęcie rozpoznawcze zakładów IG Farben w Kędzierzynie z 20.08.1943Spośród trzech omawianych wcześniej fabryk zakłady w Kędzierzynie (w nomenklaturze amerykańskiej określane jako Blechhammer South) były najczęściej bombardowane przez siły 15 Armii Powietrznej, bomby zrzucono na nie 13 razy: 7 lipca, 7, 22 i 27 sierpnia, 13 i 17 października, 17 i 20 listopada oraz 2, 12, 17, 19, 19 i 26 grudnia.

Dzisiaj w opisanych miejscach nie produkuje się już paliw syntetycznych, w warunkach pokoju jest to po prostu nieopłacalne. Zakłady jednak istnieją, produkując całą gamę różnorodnych produktów. Zakłady Schafgotscha w Zdzieszowicach należą do koncernu Arcelor-Mittal i są dużym producentem koksu. Na terenie byłego OHW w Blachowni działa wiele firm z branży chemicznej i nie tylko. Ówczesne IG Farben to obecny ZAKSA, wchodzący w skład największej polskiej firmy chemicznej – Grupa Azoty SA.

tekst: Edward Haduch, Stowarzyszenie „Blechhammer 1944”
zdjęcia: Edward Haduch, Waldemar Ociepski

Możliwość komentowania Niemieckie zakłady paliwowe w rejencji opolskiej została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Szczerbówka – złoty motyl podziemi

by on Sty.26, 2015, under Flora i Fauna

Szczerbówka ksieniEksplorując podziemia często w świetle swych czołówek dostrzegamy na ścianach sztolni i jaskiń mieniącego się od kropel wody na swych skrzydłach, pobłyskującego złotem motyla.
Ten motyl to szczerbówka ksieni (Scoliopteryx libatrix) nazywana też szczerbówką wierzbówką. Jej dwuczłonowa nazwa pochodzi od wyszczerbionych zewnętrznie skrzydeł i przełożonej klasztoru żeńskiego (ksieni).
Szczerbówka jest średniej wielkości ćmą z rodziny Erebidae, podrodzina Scoliopteryginae. Niegdyś klasyfikowana była do rodziny sówkowatych (Noctuidae), podrodziny Calpinae, podrodziny ciem odżywiających się krwią ssaków. Choć głównie są to ćmy występujące w strefie tropikalnej, również w Polsce można spotkać tego motyla-wampira. Na południu Polski (województwo Małopolskie i Podkarpackie) występuje Calyptra thalictri, którego samce od czasu do czasu uzupełniają swoją dietę krwią ssaków. Na szczęście rzadko atakują ludzi.

Szczerbówka jest gatunkiem licznie rozpowszechnionym na terenie całego kraju, bardzo pospolita i występująca głównie na terenach wilgotnych takich jak lasy łęgowe czy wilgotne zarośla, brzegi rzek i strumieni, lasy liściaste i mieszane ale nieobce są jej parki, ogrody i cmentarze. Ten piękny motyl osiąga rozpiętość skrzydeł od 40 do 45 mm. Zewnętrzne brzegi pierwszej pary skrzydeł są charakterystycznie ząbkowane, wyszczerbione. Barwa w zależności od osobnika jest brązowa lub szaro – brązowa o zmienności odcieni barw. Charakterystyczne są natomiast rdzawe plamy przypominające trochę wyglądem literę „L” w części nasadowej przedniej pary skrzydeł. Na skrzydłach znajdują się białe plamki oraz biegną dwa poziome, zygzakowate białe paski. Ubarwienie często nazywane jest „rysunkiem ognistym”.
Ciekawostka: czasowym pasożytem szczerbówek (parazytoidem) jest Pimpla rufipes składająca swoje jaja w jej ciele. Larwy żywią się jej ciałem nie pozbawiając życia przed przepoczwarzeniem.Szczerbówka ksieni (1)Ksieni prowadząca nocny tryb życia najbardziej staje się aktywna podczas pełni księżyca. Wychodząc na blask księżyca poszukuje pokarmu w postaci nektaru kwiatowego, wysysa sok z owoców i jagód, szczególnie tych opadłych, przejrzałych. Nocą odbywa się też składanie jajeczek przez samice. Do tego celu wyszukują liści wierzb, topoli bądź jarzębów. Na liściach tych drzew rozwijają się (żerują) ich, pięciocentymetrowe gąsienice. Są podłużne, gładkie, barwy zielonej, często z dwoma białymi paskami ciągnącymi się wzdłuż boków ciała. Gąsienice występują od maja do września, budując pod koniec swojego rozwoju umieszczony w oprzędzie, cienki białawy kokon. W nim przeobrażają się w dość sporą brązową lub czarną poczwarkę. W ciągu roku szczerbówka ma dwa pokolenia. Charakterystycznym elementem życia tego motyla jest sposób zimowania. Właśnie wtedy najczęściej spotykamy go licznie podczas eksploracji podziemi. Już w trakcie jesieni dorosłe osobniki (imago) tłumnie zlatują się do jaskiń i sztolni (korzystają również ze środowisk antropogenicznych takich jak bunkry, piwnice czy strychy) i stopniowo zapadają w stan owadziej hibernacji czyli tak zwanej diapauzy. Podczas tego procesu nierzadko tworzą większe skupienia na ścianach lub stropie, a ich ciała pokrywają się kropelkami wody zwracając tym samym naszą uwagę.

Możliwość komentowania Szczerbówka – złoty motyl podziemi została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Tragedia w Saint Pierre

by on Sty.19, 2015, under Historia

Zgliszcza St.PierreGórzysta wyspa Martynika leżąca w pasie wysp rozdzielających Morze Karaibskie od Oceanu Atlantyckiego, podobnie jak inne wyspy należące do Małych Antyli, jest przedłużeniem wulkanicznego obszaru meksykańskiego. Administracyjnie stanowi ona zamorski departament Francji. Od czasów jej odkrycia nie zauważono na niej większych oznak działalności wulkanicznej. W 1792 roku zanotowano słaby wybuch połączony z trzęsieniami ziemi. Niespełna 60 lat później, bo w 1851 roku, w pobliżu największego stożka wulkanicznego, w północnej części wyspy zwanej górą Pelee, odczuwano „zapach gazów siarkowych”. W 1899 roku zauważono niewielkie ilości wydobywającej się pary, co pozwoliło mieszkańcom uznać dawny wulkan za wygasły…
Stoki Mount Pelee poprzecinane malowniczymi wąwozami, pokryte bujną roślinnością z pięknym kalderowym jeziorem na szczycie, były ulubionym miejscem wycieczek ludności z pobliskiego nadmorskiego Saint Pierre. Nazwa szczytu została nadana w 1635 roku przez pierwszych francuskich osadników (z francuskiego „łysa góra”). Wiosenna sielanka 1902 roku trwała w najlepsze i żadne objawy nie wskazywały na niespodziankę, którą mieszkańcom gotowała góra Pelee. Z końcem kwietnia na szczycie dostrzeżono słup pary i pyłów, osiągający wysokość ponad 500 metrów. Dały się również odczuć pierwsze trzęsienia ziemi, które przerwały podmorskie kable prowadzące do sąsiednich wysp. Co ciekawe objawy te nie wzbudziły w mieszkańcach St.Pierre obaw, a wręcz przeciwnie – wywołały zaciekawienie i nieodpartą chęć urządzania wycieczek na górę Pelee, by z bliska obserwować to zjawisko.Erupcja Mt.Pelee w 1902 rokuW starym kraterze wulkanu powstał mały stożek, utworzony z popiołów wulkanicznych, wyrzucanych przez wulkan. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja zauważono gwałtowne podniesienie się poziomu wody w jednym ze strumieni spływających z góry, a z gęstych chmur zaczęły opadać popioły wulkaniczne.
Początek tragedii nastąpił 5 maja, kiedy to dały słyszeć się potężne odgłosy silnych eksplozji. Brzeg jeziora w kraterze Pelee zostaje rozerwany, a jego wody zmieszane z mułem runęły zboczami w dół, niszcząc wszystko co napotkały na swojej drodze. Mulista breja zalała cukrownię, w której śmierć poniosło ponad dwudziestu ludzi, a następnie zalała niżej położone ulice St.Pierre docierając do morza i wywołując falę zatapiającą dwa jachty.
Następnego dnia po raz pierwszy zauważono nad szczytem góry wydobywające się płomienie. Groźne pomruki i grzmoty trwały nieprzerwanie, a popioły zaczęły opadać na dalej położonych częściach wyspy. Wybuch wulkanu i straszną katastrofę przeczuwały już wcześniej zwierzęta, które z końcem kwietnia, po pierwszych oznakach wznowienia działalności wulkanu, zaczęły zachowywać się niespokojnie (bydło ryczało w nocy, a psy wyły) okazując niepokój i przerażenie. Dzikie zwierzęta opuściły okolice Mt.Pelee i nawet węże (których było dużo na stokach) gdzieś zniknęły, a ptaki przestały śpiewać i opuściły ten teren.
Widmo katastrofy zaczęło unosić się nad wyspą. Wielki strach zaczął dotykać też mieszkańców St.Pierre, jednak nie pomyśleli oni o własnym bezpieczeństwie i ratunku, narażając się na nieuchronną śmierć.
Nagle w St.Pierre powstaje wielka panika i pomysł ucieczki do miasta Fort de France leżącego w środkowej części wyspy. Niestety gubernator Martyniki zapewniał mieszkańców miasta, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo ze strony wulkanu Pelee i dla ich uspokojenia, sam (jak również uczeni zapewniający o braku niebezpieczeństwa) nie opuszcza swej rezydencji w mieście.
W najbliższych godzinach wypadki potoczyły się bardzo szybko.St.Pierre po wybuchu Mount Pelee8 maja 1902 roku o godzinie 7.45 następuje potężny wybuch wulkanu Mount Pelee. Po strasznej detonacji chmura dymów i rozgrzanych gazów, wlokąc bloki skalne i popioły spływa z olbrzymią prędkością, dochodzącą do 170 km/h w kierunku St.Pierre. Potężna siła lawiny wyrywa drzewa z korzeniami, przewraca wszystko na swojej drodze, niosąc zniszczenie i zagładę. To co ocalało od lawiny, zginęło od ognia obejmującego całe miasto. W przeciągu paru minut St.Pierre uległo całkowitemu zniszczeniu, a życie straciło prawie 30.000 mieszkańców! Gdyby nie to, że kilku z nich wcześniej opuściło zagrożone miasto, nie byłoby nikogo, kto mógłby cokolwiek opowiedzieć o strasznej historii zagłady i śmierci.
Badania przeprowadzone po tragedii wykazały, że ognisty strumień, który zniszczył St.Pierre, składał się z gorących i trujących gazów, które natychmiast parzyły i dusiły każdego kto je wdychał – prawie wszystkie ofiary trzymały ręce przy ustach lub też ich ciała zastygły w pozycji wskazującej na uduszenie. O szybkości spłynięcia gorącej fali gazowej świadczy relacja jednego z mieszkańców wyspy, który feralnego ranka wracał dyliżansem z Fort de France do St.Pierre. Dyliżans zatrzymano w odległości 10 km od Pelee, by obserwować zjawiskowy wybuch wulkanu.  Zobaczywszy nagle na szczycie góry formującą się i toczącą w dół kulę ognia, zeskoczył on wraz z jednym ze współtowarzyszy podróży z dyliżansu i niemal w ostatniej chwili, gdy fala ognia dochodziła do drogi, ukrył w pobliskim głębokim wąwozie, co uratowało im życie. Dyliżans z pozostałymi pasażerami i końmi spłonął doszczętnie. Temperatura chmury ognistej „nuee ardente” osiągała 800’C, co tłumaczy jej wielką, niszczycielską siłę. Po wybuchu na miasto spadły obfite deszcze pokrywając zgliszcza grubą warstwą błota.Erupcja Mount Pelee obserwowana ze statkuPo kilku tygodniach na miejsce katastrofy przybył wysłannik „Tygodnika Ilustrowanego” Ksawery Sporzyński, który tak relacjonował zastany widok:
Patrząc, dotykając, uwierzyć trudno, że to nie przedhistoryczne zabytki, że temu kilka tygodni trzydzieści tysięcy ludzi żyło tu, pracowało, bawiło się zapamiętale. Ruiny Pompei, Memfisu, nie wyglądają starzej. Jeżeli można pozostałości Saint Pierre nazwać ruiną, to chyba dla kilku murów, wystających gdzieniegdzie z piasku i popiołu. Poza tym stosy odłamków i okruchów, nic więcej, wszystko rozmieszane w masie popiołów. Zniesione mury, sproszkowane cegły utworzyły z tą masą twarde klepisko, jakby ubite, zrównane z ulicą, której bruk obok zachował się bez zmiany. Tu i ówdzie sterczy blacha, drzazga, wygląda kawałek belki lub sztaby, czerni się głownia lub bieli szkielet człowieka…

Prócz St.Pierre podobny los spotkał inne okoliczne osiedla. Ocalało jedynie nadmorskie miasteczko Le Carbet odległe o kilka kilometrów, a wulkaniczny potok zatrzymał się zaledwie na kilkadziesiąt metrów przed pierwszymi jego domostwami. Z całej ludności St.Pierre ocalał jeden człowiek – więzień zamknięty w podziemnej celi, lochach więzienia, do których nie dotarła fala gazowa. Dopiero po czterech dniach od katastrofy usłyszano jego krzyki. O dziwo czas ten przeżył pozbawiony wody i żywności przy bardzo ograniczonym dostępie powietrza. Nie wiedział nic o tragedii, gdyż cela nie posiadała okien, a o tym, że musiało stać się coś niezwykłego wywnioskował po hałasie i panującym gorącu. Gdy w czwartym dniu stracił rachubę czasu usłyszał głosy i wołał tak długo, aż go odnaleziono.
Jeszcze dwukrotnie powtórzyły się wybuchy – pierwszy w maju, a drugi w sierpniu w czasie którego, obejmującego południowe zbocza Mt.Pelee, zniszczeniu uległa wieś Morne Rouge grzebiąc około 1000 istnień ludzkich.
Wybuch Mt.Pelee i katastrofalne spustoszenie zwróciły uwagę wulkanologów z całego świata, między innymi wybitnego wulkanologa francuskiego profesora F.A.Lacroix, a także E.O.Horeya, A.Heiprina i innych.Andezytowa iglicaW sierpniu 1902 roku z krateru wulkanu zaczęła wypiętrzać się w górę potężna iglica skalna, która z początkiem listopada ukazując się na krawędzi krateru, dała górze wysokość 1343 m n.p.m., dwa tygodnie później 1495 m n.p.m., a pod koniec miesiąca 1577 m n.p.m.
31 maja 1903 roku andezytowa iglica osiąga swoją największą wysokość 1617 m n.p.m. stercząc swoimi pionowymi ścianami prawie 300 metrów nad szczytem wulkanu. Pokryta była podłużnymi bruzdami, wzdłuż których odrywały się odłamy skalne ukazujące jej głębsze części żarzące się ogniem widocznym z daleka podczas nocnych obserwacji. Od końca maja 1903 roku iglica przestała się wznosić, a poddawana działaniu wilgotnego i gorącego klimatu szybko ulegała wietrzeniu i rozpadała się w rumosz skalny.
Dwadzieścia lat później St.Pierre zostało częściowo odbudowane ale nie osiągnęło już dawnej liczby mieszkańców. Gdy w 1929 roku nastąpiło uwolnienie popiołów z wulkanu Mt.Pelee zarządzono natychmiastową ewakuację miasta, mając w żywej pamięci straszną tragedię sprzed ćwierć wieku. Przebieg tego i następnych wybuchów, trwających do 1932 roku, był łagodny, a w samym Saint Pierre założono muzeum wulkanologiczne. Obecna wysokość Mount Pelee to 1397 m n.p.m.

Możliwość komentowania Tragedia w Saint Pierre została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Legendy o diable Borucie… (2)

by on Sty.18, 2015, under Legendy

BorutaW pierwszej części zaprezentowaliśmy legendę o diable Borucie na podstawie „Klechd, Starożytnych podań i powieści ludu polskiego i Rusi” Kazimierza Władysława Wóycickiego, wydanych w Warszawie w 1837 roku.
W tej części chcielibyśmy przedstawić legendy krążące wśród ludności zamieszkującej ziemię łęczycką. Oto kilka z nich:

Popłoch w synagodze…
Żydzi też mieli wielki strach od Boruty. To był Sądny Dzień zaraz z wieczora, na jesieni, w roku 1898 czy 1899.
Na chórze w synagodze modliły się same żydówki, bo nie wolno było żadnemu mężczyźnie wejść tam, gdzie siedziały kobiety. Wejście na chór było z dworu, drzwi były zamknięte.
Nagle patrzą, a tu na murze, który był wysoki, siedzi Boruta i nogę miał aż do ziemi z tego wysokiego muru. Wlazł do bóżnicy, w ręku trzymał kruka i kobietom przytykał do nosa. Zrobił się okropny popłoch, kobiety się strachły i zaczęły uciekać. Drzwi się jednak do środka otwierały. Jak jedna spadła, to drzwi sobą zamknęła, drugie chciały otworzyć, już nie mogły, bo drzwi były ciałem tej pierwszej zaparte. 37 kobiet, niektórych ciężarnych, się zadusiło, bo się Boruty przelękło. Byłoby więcej katastrofy, tylko straż z krzyżem przyleciała i diabeł uciekł, bo by się wszyscy podusili i popalili. Niektóre kobiety siedziały na krześle i były nieżywe z przerażenia. Ani jedna nie ocalała. To był dzień bardzo smutny dla całego miasta i dla żydów i dla katolików. Takie okropne wielki nieszczęście.

Boruta z Besiekier…
Nieznany z imienia rycerz założył się z diabłem Borutą, że zbuduje od podstaw zamek bez użycia siekiery. Faktycznie – sprowadził niemieckich majstrów, którzy zamek na niewielkiej wysepce pośród sztucznego stawu, wymurowali z cegły i okolicznych kamieni. Rycerz pewnie, dzięki temu fortelowi, zakład by wygrał, gdyby nie to, że jeden z kmieciów zwożących kamienie na budowę nazwany był Siekierka. Rycerz o tym nie wiedział i zapłacił za to duszą. Zamek co prawda się ostał, a miejscowość nazwano Besiekiery, ale diabeł przypilnował tego, co do niego należało i z czasem zamek obrócił w malowniczą ruinę, w której podobno spotkać można go czasami spotkać po zmroku.

O kamieniach w Sławęcinie…
Boruta nosił kamienie na kościół w Tumie dwa razy. Drugi raz nie zdążył, bo kogut zapiał i kamienie mu upadły w Sławęcinie i góra z tych kamieni się zebrała. Boruta w złości jak chciał rozwalić kościół, to kamieniami uderzał i te kamienie są w murze z prawej strony.

Jak Boruta służył u bernardynów za parobka…
Boruta dawno przestał być zwyczajnym diabłem. Wśród ludzi się obracał i obraca, może i teraz co broi, a myślą, że to chłop, rzemieślnik, albo i kto na urzędzie.
Dawno już, ale i nie tak dawno, może za saskich czasów, Boruta przystał na parobka do bernardynów w Łęczycy. No dobrze, spodobał im się, bo co jaka robota, to mu się w rękach pali, zrobione nie wiadomo kiedy i jak, a już gotowe. Miał pojechać bernardyn – kwestarz po dworach w same żniwa. Pojechali maleńką bryczuszką. Ten nowy parobek, a był to Boruta, powoził. Zajechali na pole. Ludzie na pańskim pracują, snopki wiążą i w mendle stawiają. Ale to ponoć pszenicę sprzątali, bo sterta już jedna na polu była, widać żyta. Bernardyn Pana Boga przed dziedzicem pochwalił i o jałmużnę prosi. A ten szlachcic pyszny był, roześmiał się i powiada:
Dam, dam, czemu by nie. O tę całą stertę dam, jeżeli ojciec ją na wóz drabiniasty włoży i w buhaja, co się na łące pasie, zawiezie.
Bernardyn nie wie, co począć, tylko się uśmiecha, a tu mu parobek mówi:
Dopraszam się łaski dobrodzieja, ja tę stertę na wóz nałożę, buhaja zaprzęgnę i do klasztoru zawiezę.
Głupi, czy co? – pomyślał ojciec bernardyn, ale mówi:
Ano, spróbuj.
I co się dzieje. Boruta wóz drabiniasty pod stertę przyciągnął, ludzi zwołał, drągami ją podparł, przechylił i na wóz zwalił. Potem jarzmo na woły od jednego sprzężaju zabrał, buhaja w nie przystroił, do wozu zaciągnął i dalej – zaprzęgać. Pobrał tam, co było potrzeba, ludzie dawali, bo się zlecieli patrzeć, co będzie. Boruta z bata strzelił i jedzie. Buhaj środkiem drogi prosto cały wóz ciągnie. I tak do klasztoru wszystko przywiózł. Dziwu było, ale i strach. Ojcowie i braciszkowie zmówili się, że to tego parobka trzeba odprawić, ale jak, kiedy pracowity i posłuszny.
Ano, kazali mu studnię kopać, i w takim miejscu, gdzie woda głęboko była, nie płytko. Jak się już wkopał na łokci z pięćdziesiąt, naznosili kamieni dokoła tej dziury, zeszli się wszyscy i te kamienie wszystkie na raz zepchnęli. A tu kamienie w górę lecą z powrotem, że ledwo bernardyni pouciekali, a Boruta z dołu gniewnie woła:
Kto mi tam w oczy piaskiem prószy?
To wiedzieli, że mu nie dadzą rady.
Ale i Boruta nie chciał u nich służyć. Posłali go do lasu po drzewo. Przywiózł, na szczapy długie, na polana rozrąbał i po kątach w korytarzach i pod oknami i przy drzwiach, po całym klasztorze porozstawiał. A było właśnie święto jakieś i zjazd szlachty. W klasztorze radzili. Szlachta za karabele, a bernardyni za polana chwycili. Szlachta między sobą się rąbali, a bernardyni między sobą drewnem dyskurs zaczęli. I biedy było od tego wiele. A jak oprzytomnieli, parobka już nie było. A przecież służył im, tylko nie wiedzieli jak z nim postępować.

O spotkaniu plebana z Borutą…
Ksiądz z Łęczycy, zaproszony jadąc na obiad, w swej dorożce odmawiał pacierze poranne. Przewidując, że nie będzie miał czasu po kolacji zaczął odmawiać i modlitwy nieszporne. Właśnie gdy jechał nasypem nad wodą, wśród błota, napotkał wieśniaka, który go z rubaszną pozdrawia miną i tymi słowami się do niego odezwał:
Dobry wieczór, księże!
Zadziwiony pleban odpowiada:
A wszakże to nie wieczór, ale rano.
Ale wieśniak tak dalej mówi z szyderstwem:
Musi być wieczór, kiedy już po nieszporach!
Przelękniony pleban poznał z kim rozmawia i prędzej popędzić konia kazał. Wiedział, że to Boruta, co przybrał na się postać rubasznego wieśniaka.

Boruta ratuje króla Kazimierza…
Król jechał do Łęczycy. I koło Orszewice kareta w cztery konie zapadła się na błotach, bo król nie wiedział, że nie ma tam przejazdu i drogi do Łęczycy. Zaczęli szukać ludzi, żeby wóz i konie wyciągnęli. A była już noc. Przy trytwie, co przechodzi z Orszewic do Kuchar, mieszkał silny chłop, nazywał się Boruta. Na trytwie to kamienie ze wszystkich stron i tą trytwą owce i bydło pędzili. Boruta wziął linkę i króla z wozem i końmi sam w nocy z błota wyciągnął. Król wtedy wziął Borutę do swojej karety, zawiózł do zamku do Łęczycy i powiedział:
Po mojej śmierci będziesz tu władcą.

Jak panna nie chciała Boruty…
Stara kobieta opowiadała: bogata panna była na Tumie. Boruta przyjeżdżał i chciał koniecznie się żenić. Przyjeżdżał ładnymi końmi. Jak był ostatni raz, ona na ślub się zgodziła, ale potem mówi do służby:
Kto to może być? Jest człowiekiem, a ma kopyta.
Jak ona powiedziała tej służbie, to ta służba poszła do księdza. Ksiądz przyszedł i panna mu wszystko wyznała. Ksiądz powiedział, że to diabeł. Jak miał się odbyć ślub, to ksiądz zamknął w kościele tę pannę, a sam czekał z monstrancją w jej domu i wtedy przyjechał Boruta na to wesele. Jak wjechał w podwyrko, to ksiądz wyszedł na próg do niego i oświadczył diabłu, że panny jego nie ma i że ta wieś nazywa się teraz Tum, bo przedtem nazywała się inaczej. Boruta chciał wliźć do kościoła, ale było pozamykane, więc ze złości chciał przewrócić kościół i widać te odciski palców Boruty na wieży. Odjechał ze swoją drużyną, bo swoją siłą nic nie mógł poradzić, bo kościół był poświęcany.

Możliwość komentowania Legendy o diable Borucie… (2) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , more...

W cieniu dinozaurów

by on Sty.09, 2015, under Ciekawe miejsca

Brachrozaur - Park Wroclawski w LubiniePark Wrocławski w Lubinie powstał jako XIX-wieczne założenie parkowe, wykorzystujące fragment lasu położonego nad rzeką Zimnicą, o charakterze łęgowym i grądowym.
Łęgi są terenami leśnymi, które porasta drzewostan liściasty na podłożu okresowo zalewanym przez pobliską rzekę, gdzie gleba jest wyjątkowo żyzna, a rosnące na niej lasy są niezwykle bogate w różnorodną roślinność. W lasach łęgowych występuje około 40% polskich gatunków ptaków lęgowych, posiadając w nich sporo miejsc do gniazdowania oraz dostęp do zróżnicowanego pokarmu na niewielkim terenie. Regulacja rzek zapobiegająca okresowym zalewom stanowi zagrożenie dla łęgów jako zakłócenie normalnego funkcjonowania tego biosystemu. Obecnie w związku ze znacznym ograniczaniem terenów lasów łęgowych wymagają one ochrony poprzez zachowanie naturalnych dolin rzecznych. Dawniej znaczna część Parku Wrocławskiego podczas powodzi była czasowo zalewana, a wylewająca woda nanosiła żyzny muł, który był bogatym podłożem dla wzrostu licznych roślin poszycia i drzew.Dinozaury w Parku WrocławskimGrądy są natomiast wielogatunkowymi i wielowarstwowymi lasami liściastymi, typowymi dla terenów nizinnych, o bogatym podszyciu, z charakterystyczną sezonowością roślin – wiele spośród występujących w nich gatunków roślin zakwita nim rozwiną się liście drzew. Zagrożeniem dla tego typu lasów jest odmładzanie go poprzez wycinanie najstarszych dziuplastych drzew, prowadzące tym samym, do ograniczenia gniazdowania ptaków w dziuplach, a zespół tych ptaków w lasach grądowych jest szczególnie bogaty.
Na terenie Parku Wrocławskiego można zaobserwować drozdy, dzięcioły, czyżyki, grzywacze, grubodzioby, dzwońce, kwiczoły, kaczki krzyżówki, kosy, kowaliki, kulczyki, modraszki, pliszki, sikorki, strzyżyki, sójki, słowiki, zięby, szczygły, pełzacze, trzciniaki i wiele innych gatunków. Rośliny i zwierzęta w tych dwóch typach lasów osiągają największe zagęszczenie.

Na powierzchni ponad 14 ha dokonano rewitalizacji zaniedbanego parku, za kwotę ponad 10 mln zł, przekształcając go tym samym w Centrum Edukacji Przyrodniczej przy ul. Paderewskiego, a jego otwarcie nastąpiło 1 czerwca 2014 roku. Występuje w nim wiele cennych drzew pod względem krajobrazowym jak i pod względem swych rozmiarów. Rośnie tu między innymi buk zwyczajny o ciekawie wygiętym pniu i obwodzie 200 cm, klon zwyczajny o nietypowo ukształtowanym pniu powstałym w wyniku skręcania się drewna wokół osi podczas wzrostu czy olsza czarna o bardzo nietypowym dla tego gatunku parasolowatym, nisko-rozłożystym pokroju korony drzewa. Park porastają również lipy szerokolistne, wierzby kruche, platany klonolistne, topole czarne, robinie, modrzewie, jarzęby, brzozy, liczne krzewy ozdobne jak berberysy, rokitniki, tawuły, irgi i inne.Mieszkańcy parku - ptakiPrzez park biegnie ścieżka przyrodnicza pozwalająca zapoznać się z elementami przyrody ożywionej i nieożywionej, złożona z dwóch szlaków – czerwonego (szlak dinozaurów) i zielonego (szlak ptaków) oraz kilka stref – rekreacji (szachy, boisko), dziecka (plac zabaw z zakopanymi szkieletami dinozaurów), odpoczynku.
Przy szlaku czerwonym ustawiono kilkanaście okazałych figur dinozaurów (wraz z tabliczkami informacyjnymi) takich jak brachrozaur (największa!), diplodok, dimetrodon, iguanodon, karnotaur, kentrozaur, mamenchizaur, mastodonzaur, parazaurolof, triceratops, tyranozaur, wulkanodon.
Przy szlaku zielonym zainstalowano 12 wolier z wieloma gatunkami ptaków jak paw, modrzyk zwyczajny, żuraw zwyczajny, gęgawa, bernikla białolica i rdzawoszyja, śnieżyca cesarska, bocian biały i czarny, ogorzałka i podgorzałka, bielik, orzeł stepowy, jastrząb, puchacz, sowa uszata, puszczyk uralski, wieloszpon wietnamski, bambusówka chińska, dzwoniec, grubodziób, kulon, kuropatwa, kwiczoł, olśniak himalajski, tragopan Temmincka, czubacz hełmiasty, głuszec, błotniak łąkowy, kobuz, kruk oraz kilka gatunków bażantów – annamski, złocisty, Elliota.Infrastruktura Parku WrocławskiegoWe wschodniej części parku znajduje się również staw dydaktyczno-krajobrazowy o powierzchni 0,5 ha, którego głównym celem jest imitacja naturalnego starorzecza Zimnicy, ochrona gatunkowa i edukacja przyrodnicza. Na terenie stawu występują ptaki wodno-błotne (łyska, trzciniak, perkozek, kokoszka), płazy (traszka zwyczajna i górska, ropucha szara i zielona, żaba wodna i moczarowa), kilkadziesiąt gatunków owadów. Z roślinności wodnej i szuwarowej występują między innymi trzcina, kosaciec żółty, jeżogłówka, strzałka wodna, grzybień biały.
Nieopodal stawu znajduje się mini zoo zlokalizowane w trzech budynkach z zagrodami i dziedzińcem, w którym miejsce znalazły kozy syryjskie, kuce szetlandzkie, owce wrzosówki, osły, świnie maskowe oraz kilka gatunków drobiu. Pochodzą one z Wrocławskiego Ogrodu Zoologicznego, w którym to pracownicy Centrum Edukacji Przyrodniczej przez dwa miesiące odbywali szkolenie celem nauki profesjonalnej opieki nad zwierzętami.
W przyszłości planowane jest poszerzenie rodziny ptaków o nowe gatunki oraz montaż kolejnych figur dinozaurów. Wstęp na teren parku jest bezpłatny.

Możliwość komentowania W cieniu dinozaurów została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Skarby epoki Napoleona

by on Sty.02, 2015, under Skarby

Kampania NapoleonaNa Moskwę!
Każdemu chyba znana jest postać Napoleona Bonapartego cesarza Francuzów, dlatego nie będę przytaczał tutaj jego życiorysu i dokonań, bowiem wszystkie informacje można znaleźć bez trudu w internecie. Ważniejsze dla nas ze „skarbowego” punktu widzenia są jego wyprawy, które jak każdy zakręt historii, sprzyjał powstawaniu skarbów.
Za swego panowania Napoleon prowadził liczne wojny i kampanie, jego wojska przemierzały całą Europę. Tam gdzie wojska Napoleona dotarły dochodziło zwykle (ówczesnym zwyczajem) raz na większą, innym razem na mniejszą skalę do łupienia przeciwnika i podbitych ziem. Niektórzy marszałkowie cesarza znani byli z zapobiegliwości w gromadzeniu dóbr na podbitych ziemiach.

Zwrotnym punktem w karierze Napoleona była słynna wyprawa na Rosję w 1812 roku. Brały w niej udział również polskie wojska Księstwa Warszawskiego. Cała wyprawa pomimo zdobycia Moskwy, zakończyła się klęską i Napoleon musiał wycofać się z Rosji. Trasa odwrotu wiodła przez ziemie Księstwa Warszawskiego, Prusy, Śląsk, a więc przez ziemie obecnej Polski. Jest to ważne o tyle, że teraz padnie kilka słów na temat skarbów związanych z działalnością żołnierzy napoleońskich na ziemiach polskich. Bez wątpienia największym co do objętości (a zarazem wartości) jest „prywatny” skarb Napoleona, pochodzący z łupów z wyprawy na Moskwę. Sam Napoleon interesował się bardzo dziełami sztuki i cennymi przedmiotami zgromadzonymi zwłaszcza w najstarszym i najbogatszym muzeum kremlowskim w Moskwie – otrzymywał na ten temat raporty od szpiegów.

Rosjanie jednak przed wkroczeniem Francuzów do stolicy zdołali je bezpiecznie ewakuować. Mimo to splądrowane miasto dało obfity łup – obrabowano między innymi mennicę z wielką ilością złota i srebra, łupem padły też moskiewskie cerkwie (podobno tylko z Soboru Uspieńskiego Francuzi zabrali 300 kg złota i 5 ton srebra). Rabunki na szeroką skalę czynione w Moskwie zasiliły również prywatny bagaż cesarza, stanowiąc jego osobistą zdobycz. Znajdowały się nim w złote przedmioty, mnóstwo cennych obrazów i dzieł sztuki, wymienia się także trzy złote trumny pochodzące z cerkwi moskiewskich, jak również wielki złoty krzyż z Kremla. W drugiej połowie października 1812 roku Francuzi stopniowo opuszczają Moskwę, wywożąc ogromne łupy.

Złoty łup cesarza
Stolicę Rosji opuściła także cesarska prywatna zdobycz rozmieszczona na wozach i pomimo pospiesznego odwrotu z Rosji, bezpiecznie dociera w okolice miejscowości Supraśl. Jeden z powozów zawierający złota trumnę wypełnioną złotymi monetami, zostaje skierowany do Supraśla, gdzie konwojenci w podziemiach pobazyliańskiego zespołu klasztornego skutecznie ukrywają cenny depozyt tak, że do dzisiaj nie natrafiono na jej ślad. Pozostała część „konwoju”, dla skrócenia drogi podejmuję marszrutę przez zamarznięte Jezioro Augustowskie Długie. Mniej więcej w połowie drogi, pod ciężarem przewożonego ładunku załamuje się lód i dwie karety z cenną zawartością toną w wodach jeziora. Nie muszę chyba dodawać, że również nie odnaleziono ich do dzisiaj.

Konwój skrzyń
W okolicach wsi Bojanowo niedaleko Gdyni, na przełomie XIX i XX wieku, jeden z okolicznych mieszkańców trudniący się wydobywaniem torfu, w trakcie eksploatacji przygotowanego uprzednio terenu, wydobył skrzynię zawierająca bliżej nieokreślone kamienie oraz kawałki metalu. Zniszczoną skrzynię, kamienie oraz żelastwo wyrzucił, zachowując jeden kawałek metalu kształtem przypominający ruszt do pieca, który zaniósł do domu. Metal przeleżał zapomniany w domu znalazcy kilka lat. Dopiero potem okazało się, że bezwartościowy z pozoru kawałek metalu w formie sztabki jest czystym złotem. Sztabka trafiła następnie do Muzeum Gdańskiego.
Zachowała się informacja pochodząca z ustnego przekazu, że w grzęzawiskach istniejących wówczas pomiędzy Bojanowem i Głodowem żołnierze napoleońscy zatopili konwojowane przez siebie skrzynie, lecz co do przyczyny takiego postępowania oraz zawartości i ich ilości brak jest informacji.SkarbyKasa pułkowa
W 1813 roku mała miejscowość Płakowice w powiecie lwóweckim na Dolnym Śląsku stała się areną starcia między Rosjanami i Francuzami. Dowodzący Francuzami generał Puthod zdając sobie sprawę z możliwości okrążenia przez Rosjan i Prusaków, przyjął bitwę, która zakończyła się jego klęską i zagładą całej dywizji. I tutaj na scenę wchodzi „skarbowy” trop. Otóż podobno przed bitwą w pobliżu miejscowego pałacu, w odległości 50 kroków od małego stawu i rosnącego tam krzewu zakopano resztki pułkowej kasy w okutej skrzyni, z której uprzednio wypłacono żołnierzom podwójny żołd. Druga wersja mówi o tym, że eskorta miała wywieźć kasę w kierunku Bielanki, gdzie miało dojść do częściowego rozdzielenia kasy pomiędzy eskortujących żołnierzy, a reszta została zakopana w lesie. Trzecia wersja wspomina, że kasę zakopano na wzgórzu Jaglarz 301 m n.p.m. lub Wietrznik 291 m n.p.m. Te same wzgórza są wymieniane jako miejsca zakopania kosztowności będących własnością jednego z generałów.

Inna informacja podaje, że kasa pułkowa strzeżona stale przez batalion piechoty Westfalskiej, została jeszcze przed bitwą zakopana w beczce na jednym z okolicznych bagnisk. Sprawa może być warta zastanowienia, bo podejmowano kilkakrotnie poszukiwania, ostatnie w 1925 roku. Ponadto dowódca wojsk rosyjskich w pobitewnym raporcie wśród zdobyczy nie wymienia kasy.
Z kolei mieszkańcy nieodległego Mojesza przekazywali sobie legendę z okresu wojen napoleońskich o tym, że w pobliżu wsi oddział Kozaków zdobył podobno transport złota bądź innych kosztowności ochraniany przez konwój francuski. Z uwagi na konieczność ucieczki Kozacy w pośpiechu ukryli w okolicach wsi drogocenny łup – nie odnalezione do dziś kasy wojenne, beczki ze złotem i nie tylko.

Gdzie?
Oto garść szczątkowych informacji dotyczących skarbów pozostawionych przez żołnierzy napoleońskich:
1. Wieś Parszywka (powiat Proszowice, woj. małopolskie) – wycofujący się żołnierze francuscy mieli na terenie wsi ukryć jakieś kosztowności. Brak dalszych informacji.
2. Wieś Solistówka (powiat Augustów, woj. podlaskie) – na łąkach niedaleko wsi miała zostać zakopana beczułka ze złotem przez żołnierzy napoleońskich.
3. Jezioro Sunowo (powiat Ełk) – na jeziorze usytuowane są dwie wyspy zwane Siedliskie Kępy, a przez ludność niemiecką nazywane Francozen Inseln (Francuskie Wyspy) – na ich terenie schronienie znaleźli maruderzy i chorzy żołnierze napoleońscy, którzy mieli tam zakopać swoje łupy.
4. Jezioro Tonka (powiat Lidzbark Warmiński) – w lutym 1807 roku żołnierze gwardii Napoleona rozłożyli się na nocleg na zamarzniętym jeziorze. W nocy pod wpływem ciepła ognisk lód załamał się i wielu żołnierzy utonęło. Najprawdopodobniej do wypadku doszło w północno-wschodniej części jeziora. Zapewne można by odnaleźć sporo z wyposażenia i majątku osobistego żołnierzy, tym bardziej, że jest to akwen zanikający (kurczące się jezioro).
5. Jezioro Kacapka (powiat Hrubieszów) – zgodnie z informacją, powracający żołnierze z kampanii rosyjskiej mieli w nim zatopić jakieś beczki. Niestety nie wiadomo co w nich było ale chodzą słuchy, że… skarby.
6. Kalisz – po przegranej bitwie w lutym 1813 roku wycofujące się wojska francuskie dokonały grabieży dworków i kościołów w Kaliszu. Łupy wieziono na wozach, z których jeden w czasie ucieczki zatonął na mokradłach w okolicach Skarszewa w rozlewiskach Swędrni, a według innej wersji w rzece Prośnie.
7. Jezioro Hańcza – w głębokich wodach tego akwenu napoleońscy żołnierze podczas ucieczki przed Kozakami mieli zatopić taczankę ze złotymi monetami.
8. Lniano (powiat Świecki, woj. kujawsko-pomorskie) – w okolicach starej lipy zwanej „Krzywą Lipą”, przy której miał odpoczywać cesarz Napoleon, z jego polecenia miała zostać zakopana kasa wojenna, która była zbyt ciężka (nieporęczna) do dalszego transportu.
9. Osiek (powiat Starogard Gdański, woj. pomorskie) – przez Jezioro Kałębie miał kiedyś prowadzić most, po którym przejeżdżał Napoleon podczas odwrotu spod Moskwy. Polecił wrzucić do jeziora skrzynię z pieniędzmi, która obciążała go podczas ucieczki.
10. Wiele (powiat Kościerski, woj. pomorskie) – miano w tej okolicy zakopać kasę wojenną, kiedy wojska francuskie pod naporem Rosjan wycofywały się. Wiele lat po wojnach napoleońskich kasy mieli szukać jacyś francuscy oficerowie jednak ich szkice odręczne nie były na tyle dokładne by ją odnaleźć.

Podsumowując
Jak sami widzicie mimo odległych już czasów od tych wydarzeń historycznych (ponad 200 lat), pamiątki po ludziach z tamtej epoki nadal są możliwe do znalezienia. Jeśli jednak szukamy skarbów to odwiedziny starych napoleońskich pobojowisk, jak na przykład te w okolicach Lidzbarka Warmińskiego (bitwa w czerwcu 1807 roku na zachód od miasta) nie jest najlepszym ku temu krokiem, gdzie można znaleźć zwykle destrukty broni, kule armatnie i resztki wyposażenia. Chociaż z drugiej strony, mieszkańcy Płakowic jeszcze przez wiele lat po bitwie znajdowali w rzece i jej pobliżu francuskie monety, złote epolety, zegarki, obrączki i duże ilości broni. I jeszcze jedna uwaga ogólna dotycząca wojen napoleońskich.

Nie tylko skarbów i skarbczyków pozostawionych przez żołnierzy cesarza należy spodziewać się ukrytych w różnych miejscach, zarówno regularnych jednostek, jak też maruderów, z których potrafiły się utworzyć kilkuset osobowego bandy rabujące wszystko dookoła. Ludność cywilna również miała coś do ukrycia – swój dorobek. Jak wynika z zapisów archiwalnych, ludzie nauczeni doświadczeniem, kupcy, urzędnicy, właściciele majątków wraz z informacją o nadchodzących armiach francuskiej i rosyjskiej oraz zbliżającej się wojnie w okolicach Lwówka Śląskiego, w pośpiechu ukrywali swój cenniejszy dobytek w okolicznych lasach, nie bardzo licząc na łagodne traktowanie ze strony zwycięzców, bowiem żołnierze obu armii dopuszczali się rabunków i grabieży. A przecież zdarzało się, że niejedna rodzina opuszczała okolicę i nie wracała bądź ginęła.

Okres wojen napoleońskich można chyba przyrównać do którejś z wojen światowych, z uwagi na ich zasięg. Przez kilkanaście lat jego podbojów i wypraw pożoga wojny zdołała dotrzeć do wszelkich zakątków Europy – od Kanału La Manche do Afryki (Egipt), od Hiszpanii i Portugalii do Rosji i dzisiejszej Chorwacji. Pamiętać też trzeba, że wszystkie te niespokojne czasy, gdy chwieją się podstawy ludzkiej egzystencji i stabilizacji, sprzyjają ukrywaniu dobytku zarówno przez bogatych, jak i biedniejszych ludzi. A głowę daje, że niejedno jeszcze ciekawe znalezisko pamiętające czasy Napoleona leży spokojnie w ziemi czekając na odkrywców – z pewnością także na terenach Polski.

Tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

Możliwość komentowania Skarby epoki Napoleona została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Dendryty

by on Gru.26, 2014, under Galimatias

Dendryt manganowy w jaspisieDendryty to charakterystyczne, finezyjne wytworzone skupienia minerałów, agregaty drobnych kryształów, krystalitów o strukturze fraktalnej, które przyjmują formę delikatnych rozgałęziających się nalotów przypominających trawy, mchy, paprocie, drzewa itp, a ze względu na podobieństwo do roślin, dendryty mineralne bywają często mylone ze skamieniałymi roślinami. Ich nazwa wywodzi się od greckiego słowa „dendron” oznaczającego drzewo. Przykładami mogą też być płatki śniegu o różnych kształtach lub lodowe kwiaty na szybach.
Dendryty powstają na skałach w wyniku szybkiej krystalizacji minerałów z roztworów infiltrujących drobne pęknięcia w skale lub płaszczyzny międzyławicowe. Tworzą je zazwyczaj tlenki lub wodorotlenki manganu i żelaza (psylomelan, piroluzyt, magnetyt, goethyt) posiadając wtedy ciemne barwy, zdarzają się jednak dendryty zbudowane z innych substancji, na przykład  złota. Najczęściej jednak można spotkać dendryty manganowe (piroluzyt – tlenek manganu), lub żelaziste.PsylomelanPiroluzyt będący tlenkiem manganu tworzy głównie skupienia proszkowe, zbite i drobnoziarniste, koncentrując się wśród skał osadowych takich jak wapienie. Tworzy również tzw. pseudomorfozy po innych minerałach manganu. Jest również końcowym produktem utleniania minerałów manganu w środowiskach wodnych. Nie rzadko pojawia się w postaci igiełkowej lub pręcikowej o barwie czarnej, stalowoczarnej z niebieskimi nalotami. W ponad 60% zawiera mangan. Występuje w Jawornie (wapienie) i Jordanowie (pseudomorfozy po kalcycie) na Dolnym Śląsku, Nakle, Tarnowskich Górach i Dąbrowie koło Bytomia.
Psylomelan jest minerałem strefy hydrotermalnej i hipergenicznej tworzącym brunatnoczarne lub czarne skupienia zbite, naciekowe i skorupowo-koncentryczne.  Jako tlenek baru i manganu (zawiera domieszki glinu, żelaza, wapnia, magnezu, krzemu, miedzi, kobaltu, cynku) jest głównym składnikiem złóż rud manganu. Występuje w Miedziance i Miedzianej Górze koło Kielc, śląsko-krakowskich kopalniach rud cynku i ołowiu, a Dolnym Śląsku znany jest ze szczelin przecinających masywy granitowe, skały metamorficzne (Góry Sowie) oraz osadowe. Większe ilości znajdują się w okolicach Pińczowa. Jest również produktem utleniania karpackich syderytów zasobnych w mangan (okolice Sanoka).Psylomelan (1)Magnetyt jako tlenek żelaza zawiera go w swoim składzie około 70%. Znany jest pod postacią żelazistoczarnych skupień ziarnistych, zbitych oraz wypryśnięć, niekiedy z niebieskimi nalotami. Obecność domieszek manganu powoduje odcień czerwonobrunatny, glinu i magnezu bardziej żółtawy, natomiast chromu zielonawy. Jest silnie magnetyczny. Występuje głównie w skałach magmowych (magmowe skały magnetytowe – ferrobolity, znane ze Szwecji), utworach kontaktowo-metasomatowych, hydrotermalnych i skałach metamorficznych (złoża związane z metamorfizmem kontaktowym), wśród których niekiedy powstaje jako produkt przeobrażenia wodorotlenków żelaza oraz osadów. Tworzy zasobne złoża eksploatowane w celu pozyskania rudy żelaza. W Polsce od średniowiecza eksploatowany był w okolicach Kowar, Kletna, Szklarskiej Poręby, znany z wystąpień w bazaltach Biegoszowa koło Złotoryi i Żerkowic koło Lwówka Śląskiego oraz w granitoidach dolnośląskich. Występuje również w piaskach bałtyckich i wydmowych.Psylomelan (2)Goethyt (wodorotlenek żelaza) zawierający ponad 60% żelaza, przeważnie występuje w postaci brunatnych (w różnych odcieniach) skupień promienistych, włóknistych, ziemistych, zbitych lub sypkich jako pseudomorfoza po innych minerałach żelaza (np. po pirycie, syderycie, hematycie), często pojawiając się jako domieszka barwiąca inne minerały i skały oraz glebę na odcienie brunatne. Tworzy się jako produkt działalności hydrotermalnej najniższych temperatur w próżniach melafirów, a także hydrotermalnych złożach sfalerytu.  Jest rozpowszechnionym produktem utleniania minerałów żelaza oraz czynnikiem barwiącym czapy żelazne, które bywają eksploatowane jako rudy żelaza. Jego górnicza nazwa to „żelaziak brunatny” (nazwa nadawana rudom zasobnym w goethyt). Gromadzi się również w utworach osadowych tworząc złoża rud żelaza pochodzenia morskiego, jeziornego, bagiennego lub tworzących się pod darnią podmokłych łąk. W Polsce jest on rozpowszechniony – jego piękne naskorupienia widoczne są na ścianie odkrywki kopalni Czerwona koło Starachowic.

Na misterne dendryty zwrócili uwagę nie tylko kolekcjonerzy minerałów i skał ale również szlifierze kamieni ozdobnych, złotnicy i jubilerzy, wykorzystując je po oszlifowaniu jako brosze i zawieszki.

Możliwość komentowania Dendryty została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , more...

Sztolnia Aurelia w Złotoryi

by on Gru.15, 2014, under Pod ziemią

Sztolnia złota AureliaHistoria wydobycia złota w okolicach Złotoryi ma swoje początki już na przełomie XI i XII wieku. Wtedy to rozwija się głównie eksploatacja złóż skał osadowych (aluwialnych), polskiego „el dorado” – złotonośnych piasków i żwirów doliny rzeki Kaczawy, jednych z najbogatszych w Europie, zawierających od 15 – 20 gramów złota na tonę. Rzeka przepływająca przez Góry i Pogórze Kaczawskie przez tysiące lat wymywała ze skał drogocenny kruszec, osadzający się pod wpływem swojego ciężaru w piaskach. Zakłada się również, że pierwszymi, którzy tu dotarli już 2000 lat p.n.e. i rozpoczęli poszukiwania złota, mogli być Kreteńczycy, a po nich w VI wieku Celtowie. Najpotężniejszymi ośrodkami górnictwa złota w średniowieczu były okolice Złotoryi i Lwówka Śląskiego, Złotego Stoku i Głuchołaz oraz Karkonosze i Pogórze Izerskie. Rocznie w okolicach Złotoryi wypłukiwano około 50 kg czystego złota.

Prymitywna i bardzo żmudna technologia pozyskiwania go, opierająca się głównie na przesiewaniu piasków i kopaniu rowów kilkumetrowej szerokości zakończonych komorami upadowymi za złotonośną warstwą, doprowadziła jednak do wyczerpywania się płytkich złóż i przybyli niemieccy górnicy zaczęli sięgać głębiej, do złóż położonych na głębokości nawet 50 metrów. Kryzys w rozwoju złotoryjskiego górnictwa przyniósł rok 1241. Po bitwie pod Legnicą, w której to uczestniczyło kilkuset kopaczy, Tatarzy wzięli ich do niewoli, a następnie trafili oni do kopalń nad Morzem Kaspijskim. Kolejnym etapem wydobycia złota było pozyskiwanie go z okruszcowanych żył w okolicznych skałach, takich jak diabazy, ryolity i łupki, poprzez ręczne drążenie w nich sztolni. W Złotoryi stało się tak w XVII wieku gdy na powrót pojawili się górnicy.AureliaSztolnia Aurelia wydrążona została ręcznie za okruszcowanymi żyłami kwarcowymi w diabazach i staropaleozoicznych łupkach, w zboczu Góry Świętego Mikołaja około 1660 roku, a jej obecna długość to ponad 100 metrów. Prawdopodobnie pierwotnie miała być sztolnią poszukiwawczą za rudami miedzi, a być może też żelaza (widoczne są wewnątrz nacieki minerałów żelaza), jednakże otrzymany w pobliskiej hucie wytop z wydobytego urobku dał nieznaczne ilości miedzi i srebra, a tym samym dalsze wydobycie uznano za nierentowne. Nie są znane też dokładne dane mówiące o ilości wydobytego w niej złota. Historia działalności Aurelii kończy się wraz z wojnami napoleońskimi. Po tym okresie kilkakrotnie podejmowano jeszcze próby wznowienia wydobycia (drążąc między innymi boczne chodniki i szybiki poszukiwawcze) ale okazało się ono nieopłacalne z uwagi na wyczerpanie złotego złoża.

Sztolnia nie była zaznaczana na starych niemieckich mapach. Z nieokreślonych powodów cześć chodników i szybów została zasypana i wysadzona przez wycofujące się w 1945 roku oddziały wojsk niemieckich, które miały coś tutaj ukrywać. Mówi się też o wykorzystywaniu jej przez pobliski zakład, w którym w czasie II wojny światowej firma Opta produkowała sprzęt radiowy na potrzeby niemieckiego lotnictwa, w tym również dla Luftwaffe. W trakcie prac eksploracyjnych w „szybie Karola” odnaleziono elementy broni, co świadczy o dostępności tego miejsca w czasie wojny. Krążą spekulacje na temat ukrycia w niej kosztowności lub elementów uzbrojenia.
Podczas „gorączki złota” w okolicach Złotoryi wydobyto około 5 ton złota. Nad sztolnią znajduje się kościół p.w. św. Mikołaja otoczony cmentarzem i dlatego niegdyś mówiono, że zmarłych chowa się tu w złocie. Między innymi też, w związku z lokalizacją cmentarza, wydobycie złota rozpoczęto tu później niż w innych miejscach w okolicy Złotoryi. Niektóre z opowieści mówią o połączeniu podziemi kościoła ze sztolnią, jednakże nigdy to nie zostało potwierdzone.Sztolnia AureliaZe sztolnią związanych jest wiele tajemnic i miejscowych legend. Jedna z nich mówi o górniku, który odkrył w sztolni złotą żyłę, jednakże nie chciał się podzielić tą wiedzą ze swoimi wspólnikami, a za zabrane złoto chciał wyprawić komunię swojej córce – Aurelii. Nie mówiąc nikomu wybrał się do sztolni, napełnił kieszenie złotem i w chwili gdy chciał ją opuścić płomień jego lampki zgasł, a on zabłądził w podziemnym labiryncie chodników pozostając w niej na zawsze. Od tej pory, w dniu pierwszych komunii w Złotoryi słychać z ciemnych czeluści sztolni szlochy i płacze błądzącego oraz stukanie kilofa. Inna z legend opowiada o chciwym mnichu pobierającym dziesięcinę od kopaczy z całego Śląska na potrzeby kościoła. Pewnego dnia górnicy mieli już dość płacenia, zbuntowali się, zwabili mnicha do sztolni, a następnie zabili. Mnich w chwili śmierci miał przekląć wszystkie kopalnie złota. Klątwa sprawiła, że całe złoto zniknęło, a czar można cofnąć gdy znajdzie się złoto w ruinach zamku na Wilczej Górze strzeżonym przez dwa wilkołaki. Teraz duch mnicha błąka się ciemnymi korytarzami sztolni i okropnie zawodzi.

Na początku lat 70-tych XX wieku górnicy z nieodległej kopalni miedzi „Lena” w Nowym Kościele podjęli prace adaptacyjne w sztolni „Aurelia” zmierzające do udostępnienia jej turystom. Sztolnię dla ruchu turystycznego otwarto w 1973 roku. Na przełomie kolejnych lat udostępniało ją też społecznie wielu eksploratorów, udrożniając część chodników, w związku z czym obecnie od głównego chodnika odchodzi kilka bocznych, odkrytych między innymi w listopadzie 2000 roku. Chodniki są niskie i wąskie, panuje w nich wysoka wilgotność, na spągu znajduje się woda infiltrująca górotwór, a temperatura wynosi około +8’C. W 1997 roku odkryty został za zawałem, pionowy 28-metrowy szyb, posiadający boczne chodniki, nazwany od jego odkrywcy Karola Pawlaczka – „Szybem Karola”. Szyb jest wykorzystywany przez kilka gatunków nietoperzy jako schronienie. Dwa lata później odkryto drugi szyb położony kilkanaście metrów od głównego wejścia do sztolni, który na głębokości 12 metrów zalany jest wodą. Niepotwierdzone informacje mówią, że chodników w sztolni jest znacznie więcej. Mają być one zawalone lub zalane wodą.Otoczenie sztolniObecną nazwę – „Kopalnia Złota Aurelia” nadano w latach 90-tych XX wieku jako promocyjną dla regionu aby tym samym przyciągnąć turystów, a ma ona nawiązywać do jednej z pierwszych XIII-wiecznych łacińskich nazw miasta – Mons Aurum z 1217 roku.
Sztolnia posiada stałe, sztuczne oświetlenie. W 2006 roku udostępniono infrastrukturę turystyczną w otoczeniu sztolni w postaci wiaty ze stołem, ławkami, murowanym grillem, placem zabaw dla dzieci, parkingiem oraz wymurowano nieckę dla rekreacyjnego płukania złota.
W przyszłości planowane jest udostępnienie odkrytego szybu dla turystów. Sztolnia czynna jest sezonowo, a wstęp płatny.
Administratorem obiektu jest Złotoryjski Ośrodku Kultury i Rekreacji, przy ul. Plac Reymonta 5.

Możliwość komentowania Sztolnia Aurelia w Złotoryi została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , more...

Kościół w Dąbrowie Górnej

by on Gru.12, 2014, under Zabytki

Dąbrowa Górna,kościółO Dąbrowie Górnej…
Dąbrowa Górna (Ober Dammer) to wieś położona kilka kilometrów na północny-wschód od Lubina, zlokalizowana na drodze ze Składowic do Ścinawy. Po raz pierwszy wzmiankowana była w 1209 roku. Jej pierwotna nazwa – Dobrava, wiązana jest z jej lokalizacją wśród dębowego lasu. Miejscowość na przełomie wieków wielokrotnie zmieniała swoich właścicieli. Pierwszym znanym właścicielem wsi był Konrad von Stosch, a kolejnymi m.in. von Munchow, von Hofstadt, von Carbath, von Kinzel, von Festenberg-Packisch, von Schickfutz, Blasius, Franz Seidler, Karst Mittnacht, Eberhard von Pannwitz, Paul Ladewig, Gustaw Mende, ostatecznie przechodząc w 1926 roku w ręce hrabiny Elfriede von Wallwitz do roku 1945. Ustanowionym zarządcą dóbr (w tym folwarku) był Julian Posern-Zieliński. Obecny zespół folwarczny pochodzi z około 1910 roku (wzniesiony powtórnie prawdopodobnie na polecenie Gustawa Mende). XIX-wieczny pałac niestety nie zachował się do czasów obecnych – po doprowadzeniu go do kompletnej ruiny został rozebrany w 1960 roku. Wieś w większości zamieszkiwali ewangelicy, a jej historia i rozwój wiąże się z hodowlą bydła oraz uprawą roli. W przeszłości funkcjonował tu również młyn wodny, cegielnia, browar, palarnia spirytusu, odkrywki torfu, żwiru i glinki szamotowej.Kościół w Dąbrowie GórnejPierwotnie kaplica cmentarna, a obecnie kościół…
Ewangelicy zamieszkujący Dąbrowę Górną obok gminnego cmentarza parafialnego założonego około 1860 roku (powiększonego w 1910 roku), zbudowali murowaną kaplicę cmentarną p.w. św.Jana. Pomysł wybudowania jej, który zrodził się w marcu 1884 roku został szybko zrealizowany i już w listopadzie tego samego roku nastąpiło uroczyste poświęcenie wzniesionej kaplicy. Prócz nabożeństw pogrzebowych, w kaplicy odbywały się regularnie, co miesięczne msze, odprawiane przez dojeżdżającego ścinawskiego pastora. Z czasem kaplica cmentarna została zmieniona w kościół, bedący obecnie kościołem filialnym parafii w Mlecznie p.w. św. Józefa Oblubieńca NMP. Msze święte odprawiane są w każdą niedzielę o godzinie 8.30. Kościół podczas ostatniej wojny nie uległ zniszczeniom.
Prostokątna bryła świątyni to niewielka neogotycka budowla zorientowana, murowana z cegły klinkierowej wzmocniona kilkoma przyporami. Posiada jedną nawę z wydzielonym, wąskim, pięciobocznie zamkniętym prezbiterium. Główny portal wejściowy oraz otwory okienne są o kształcie ostrołukowym. Pokrycie dachowe stanowi dach ceramiczny. Wnętrze kościoła jest skromne. Zachował się ołtarz pochodzący z okresu budowy oraz drewniany, malowany strop, zdobiony bogato w motywy roślinne.Zdewastowany ewangelicki cmentarzDzwonnica…
Na terenie dawnego cmentarza, w odległości kilku metrów od kościółka (za kościołem), w 1888 roku została wzniesiona drewniana dzwonnica. Wybudowano ją na ceglanej podmurówce na planie kwadratu w całości oszalowanej deskami. Bryła dzwonnicy zwęża się ku górze i zwieńcza ją dwupołaciowy daszek kryty gontem. Wejście oraz niewielkie otwory okienne są prostokątne, zaś we wnętrzu znajduje się stalowy dzwon pochodzący najprawdopodobniej z okresu budowy dzwonnicy.Drewniana dzwonnica

Możliwość komentowania Kościół w Dąbrowie Górnej została wyłączona :, , , , , , , , , , more...

Legenda o diable Borucie… (1)

by on Gru.12, 2014, under Legendy

Boruta w lochuŁęczyca, w pośród błot, nad rzeką Bzurą. Tu Boruta, to nazwa sławnego diabła, co dotąd siedzi pod gruzami łęczyckiego zamku.
Żyje on długo, bo już niemal sześć wieków. Teraz jednak już się zestarzał, gdyż wielce się ustatkował i mało o sobie daje wiadomości. Imię to było niegdyś bardzo znane i niejeden szlachcic łęczycki, Piskorzem, od tłustych i popularnych tu ryb nazywany, gdy chciał dogryźć sąsiadowi, przeklinał:
Żeby go Boruta zdusił, albo łeb ukręcił!
A diabeł, który chętnie takie złorzeczenia słuchał, dopełniał nieraz życzenia.
W pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał szlachcic niewiadomego nazwiska i herbu. Był on nad wyraz rosły i silny. Nikt z nim nie mógł się mierzyć na szable, bo od razu przeciwnikom silnym zamachem wytrącał oręż z ręki. Nawet wielu atakujących nie dało rady rębaczowi, gdy się plecami on o dom oparł.
Ponieważ szlachcic był bardzo silny i miał w sobie wielką moc sądzono, że mu sam diabeł pomaga i nazywano go Borutą, a że nosił siwy płaszcz, dla odróżnienia od prawdziwego diabła dostał przydomek Siwego Boruty.
Od tej chwili, nikt go nie zaczepiał. Każdy mijał lub ustępował mu z drogi. Nawet w gospodzie pijana szlachta, kiedy szukała zaczepki, na sam głos Siwego-Boruty, wychodziła na zewnątrz karczmy by tam między sobą wyjaśniać i rozstrzygać spory.

Siwy Boruta był bardzo zadowolony, że tak go szanują, a był to raczej strach sąsiadów, co znali moc „żylastej prawicy” niż szacunek. Pewny swego i zuchwały w przechwałkach odgrażał się także, że jak złapie prawdziwego Borutę, to mu karku nadkręci, a skarby, których pilnuje zabierze. Słyszeć się wtedy zdawało, że w piecu lub za piecem ktoś jakby szydersko się podśmiewał.
Siwy Boruta kiedy pił, a pił nie mało, bo najtężsi bracia piskorze nie mogli go przepić, zawsze jednak  pierwszą szklankę wypijał za zdrowie diabła. A wtedy słyszano odgłos, jakby gruby i przeciągły:
Dziękuję!
Siwy Boruta miał dużo pieniędzy, ale jak to w łatwym życiu bywa szybko je w hulance roztrwonił. Postanowił zatem dostać się do legendarnych skarbów i wziąć z parę mieszków złota od „swego miłego pana brata,” jak nazywał diabła Borutę.

O samej północy, z rozświetloną latarnią, zuchwały szlachcic, ufając swojej sile i szabli, poszedł do lochów średniowiecznego gmachu. Trzymając w jednej ręce wyostrzoną turecką demeszkę, a w drugiej latarnię rozświetlał ciemności dookoła panujące. Ze dwie godziny chodził po krętych schodach i lochach łęczyckiego zamczyska. Nareszcie odnalazł w murze ukryte drzwi, gdy je wybił, jego oczom ukazały się niezliczone skarby, zaś w koncie w postaci sowy z iskrzącymi oczyma, na bryle złota, siedział sam Boruta.
Na ten widok zuchwały szlachcic zbladł i zadrżał, spocił się potężnie ze strachu. Po chwili, gdy zauważył, że nie dzieje się mu krzywda doszedł do siebie i tylko wyrzekł z cicha z ukłonem i pokorą:
Mnie wielce miłościwemu panu bratu kłaniam uniżenie!
Sowa kiwnęła tylko głową, co rozweseliło nieco Siwego-Borutę. Ukłoniwszy się raz jeszcze, zaczął wypełniać siwej kapoty kieszenie i mieszki, złotem i srebrem. Tak je obładował, że zaledwie mógł się obrócić.

Już świtać zaczęło, a szlachcic nie przestawał garściami ściągać złota. Na koniec, gdy już brakło mu wszystkich kieszeni, nie mając go gdzie włożyć, zaczął w gębę sypać, a że miał niemałą, nasypał dosyć. Ponownie ukłonił się stróżowi i wyszedł z lochu.
Zaledwie stanął na progu, kiedy drzwi się same zatrzasnęły i przycięły mu całą piętę. Nawet nie krzyknął, gdyż złotem wypchane miał usta.
Kulejąc, krwią znacząc ślady kroków swoich, przeładowany skarbami, dobywając ostatki sił, ledwo doszedł do domostwa.
Upuścił na podłogę złoto i srebro, wypluł z napchanej gęby, a sam padł wysilony i słaby. Odtąd miał dużo pieniędzy, ale siłę stracił i zdrowie. Przestękał całą resztę życia. Tak z mocarza, stał się słabym człowiekiem. Tak chciwość, wyrywność i zbytnia wiara w swoją moc okazała się zgubą dla niego samego. Pewnego smutnego dnia, gdy w kłótni o miedzę wyzwał sąsiada, ten, którego dawniej jednym palcem obalał Siwy-Boruta, pokonał bogacza i zabił.
Domostwo jego pustkami zostało. Nikt tam zamieszkać nie chciał, bo sam diabeł Boruta często przesiadywał w starej wierzbie, co na podwórzu rosła. Odwiedzał izby i alkierz, pozostałe skarby przenosząc na powrót do zamku w Łęczycy.

(na podstawie „Klechd, Starożytnych podań i powieści ludu polskiego i Rusi” Kazimierza Władysława Wóycickiego, Warszawa 1837)

Leave a Comment :, , , , , , , , more...

Studniczek jaskiniowy

by on Gru.05, 2014, under Flora i Fauna

StudniczekStudniczek jaskiniowy zaliczany jest do grupy stygobiontów (troglobiontów) zamieszkujących wody podziemne.
Stygobionty są organizmami przystosowanymi do życia w wodach podziemnych, tak zwanego stygalu. Ze względu na panujące specyficzne warunki, takie jak na przykład niska temperatura i brak światła, u tego typu organizmów obserwuje się specyficzne przystosowanie utrudniające egzystowanie w innych typach wód – zanik organów wzroku czy zanik pigmentu w skórze i powłokach ciała, w wyniku czego ciało jest na ogół białe lub przezroczyste. Kolejnymi charakterystycznymi cechami tych zwierząt jest fotofobizm – unikanie światła, spowolnienie procesów metabolicznych, zanik periodyczności sezonowej w związku ze stałą temperaturą wody i brakiem wpływu pór roku oraz znaczny rozwój narządów dotyku, a tym samym narządów ułatwiających orientację przestrzenna w ciemności.

Ze względu na genealogię stygalu jedna część stygobiontów pochodzi od różnych form życia w wodach słonych (morskich), druga zaś część od form słodkowodnych. Tłumaczyć to można przetrwaniem niektórych hydrobiontów po nasunięciu się lądolodu, które mogły przystosować się do życia w wodach podziemnych. W związku z tym powstał podział stygobiontów na:
– paleostygobionty – gatunki o najstarszym rodowodzie,
– neostygobionty – gatunki o młodszym rodowodzie,
– substygobionty – gatunki, które przystosowały się do stygalu niedawno.
W Polsce stygobionty występują jedynie w górach, a przedstawicielami studniczka jaskiniowego są trzy gatunki: Studniczek podziemny (Niphargus aquilex), Studniczek tatrzański (Niphargus tatrensis) i Niphargus puteanus.

Studniczek jest gatunkiem skorupiaka z rządu obunogów, kiełża żyjacego w wodach podziemnych jaskiń, zasiedlającego potoki i rzeki przepływające przez jaskinie oraz żyły wodne. Występuje również na dnie dużych górskich oligotroficznych jezior, w głębokich studniach i źródłach mających połączenie z wodami podziemnymi.
Studniczek tatrzański (Niphargus tatrensis) to mały, długości 6-16 mm, białawy skorupiak wodny, odznaczający się zanikiem oczu lub zachowaniem ich w formie szczątkowej i brakiem pigmentu. Odkryty został w 1887 roku przez Augusta Wrześniowskiego w zakopiańskich studniach, a opisany w 1888 roku. Na terenie Tatr po raz kolejny został odnaleziony w Jaskini Miętusiej przez Kazimierza Kowalskiego w 1950 roku. Kolejne jego stanowiska występowania stwierdzono w Jaskini Zimnej, Jaskini Mroźnej, Jaskini Mylnej. Pojawia się też wypływając z wód podziemnych w źródłach Tatr na przykład w Lodowym Źródle w Dolinie Kościeliskiej, Podtatrza, Beskidów Zachodnich i jaskiniach Sudetów (np.w podziemnym jeziorku w Jaskini Radochowskiej). Ostatnio stwierdzono jego występowanie w Wywierzysku Olczyskim. Nie stwierdzono go w środowiskach antropogenicznych jakimi są sztolnie i kopalnie.
Studniczek jako jeden z przedstawicieli speleofauny uważany bywa za relikt trzeciorzędowy.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Rogaty szlachcic Boruta

by on Lis.28, 2014, under Historia

Boruta w lochuSzlachcic Boruta…
Boruta według przekazów ludowych miał być szlachcicem żyjącym w XIV wieku, którego dobra ziemskie oraz drewniany zamek miały znajdować się po zachodniej stronie zakola rzeki Liswarty, w łąkach pomiędzy ówczesnymi wioskami Ługi i Niwki (obecnie Ługi-Radły i Panoszów). Fakt istnienia zabudowań w tym miejscu potwierdziły badania archeologiczne i liczne wykopaliska.
Około 1360 roku, w trakcie gdy budowano zamek w Łęczycy, na jego wizytację miał wybrać się panujący wówczas król Kazimierz Wielki. Niestety pech chciał, że w pewnym momencie drogi kareta królewska zapadła się w podmokły grunt na mokradłach tak, że za nic w świecie nie dało jej się ruszyć. Przypadkiem na miejscu pojawił się dobrze zbudowany i silny młodzieniec imieniem Boruta, który podołał wyciągnięciu karety z bagna. Za oddaną przysługę król Kazimierz hojnie go wynagrodził oraz ofiarował mu zamek w Łęczycy.
Król jechał do Łęczycy. I koło Orszewice kareta w cztery konie zapadła się na błotach, bo król nie wiedział, że nie ma tam przejazdu i drogi do Łęczycy. Zaczęli szukać ludzi, żeby wóz i konie wyciągnęli. A była już noc. Przy trytwie, co przechodzi z Orszewic do Kuchar, mieszkał silny chłop, nazywał się Boruta. Na trytwie to kamienie ze wszystkich stron i tą trytwą owce i bydło pędzili. Boruta wziął linkę i króla z wozem i końmi sam w nocy z błota wyciągnął. Król wtedy wziął Borutę do swojej karety, zawiózł do zamku do Łęczycy i powiedział:
– Po mojej śmierci będziesz tu władcąZamek w ŁęczycyBoruta przenosząc się do zamku musiał wlec za sobą ogromny gar wypełniony po brzegi złotymi monetami, gdyż był tak ciężki, że nie był w stanie go nieść. W ślad za, w ziemi powstała głęboka bruzda, która z czasem stała się korytem rzeki Liswarta – tak głoszą okoliczne podania. Niedługo potem, pod koniec XIV wieku Boruta został kolejny raz obdarowany dobrami, tym razem przez księcia mazowieckiego, który ofiarował mu skarb, coś jednak stanęło na przeszkodzie w odebraniu ich i Boruta miał przemienić się w diabła, który od tamtej pory przebywa w podziemiach łęczyckiego zamku pilnując swoich skrzyń ze złotem.

Powstanie diabła Boruty…
Diabeł Boruta to jedna z najbardziej znanych i rozpoznawalnych postaci demonicznych występująca w podaniach, legendach i wierzeniach ludowych, znany na ziemi łęczyckiej od bardzo dawna. Na przełomie wieków jego wizerunek wielokrotnie się zmieniał. Chyba najbardziej popularnym jest postać wysokiego, przystojnego szlachcica, z długimi czarnymi wąsiskami, o czarnych oczach ale nie pozbawionego cech diabelskich – rogów i długiego ogona, które to przymioty skrywa pod szlacheckim kontuszem i czapką, stąd też nazwy – Boruta Szlachcic, Boruta Tumski, Boruta Czarny. Jego genealogia wywodzi się od mitycznego pogańskiego przodka, demona – Boruty (borowego, leszego), który miał zamieszkiwać w zalesionych i bagnistych okolicach dzisiejszego miasta Łęczycy. Jako borowy miał sprawować patronat nad lasami, leśnymi zwierzętami i myśliwymi. Samo zaś imię Boruta ma pochodzić od przeniesienia ludzkiego nazwiska na nazwę bór, w momencie uczłowieczenia postaci borowego. Imię Boruta może również pochodzić od lasu sosnowego, gdyż sosna po staropolsku to właśnie boruta.BorutaW 966 roku, po przyjęciu chrztu przez króla Mieszka I i przyjęciu wiary chrześcijańskiej, na terenie ówczesnej Polski rozpoczęły się wyprawy misyjne mające na celu chrystianizację pogańskiej ludności. Księża nawracający ludność Słowiańską utożsamiali postacie z ich wierzeń z diabłami, szatanami, demonami i duchami. Tym sposobem ludowy demon oficjalnie został nazwany diabłem Borutą.
Mimo wszystko myśliwi nadal czcili demona składając ofiary przy sosnach, po to by Boruta sprzyjał im w polowaniach.

Wcielenia diabła Boruty…
Boruta występował i ukazywał się ludziom w różnych miejscach i pod różnymi postaciami. Ludzie zamieszkujący tereny w pobliżu łąk i bagien widywali go pod postacią ptaka z ogromnymi skrzydłami (Boruta Błotny) lub błotnego stwora (Błotnik). Mieszkańcom żyjącym w pobliżu rzeki Bzury ukazywał się pod postacią ogromnej ryby obdarzonej rogami lub topielca (Boruta Topielec). Ludzie zamieszkujący wśród pól widywali Borutę pod postacią szybkiego, ogromnego, czarnego rumaka galopującego nocami (Boruta Koń). Widywano go też w lasach okalających Łęczycę pod postacią sowy z rogami (Boruta Sowa).Diabeł BorutaZnany z legend ludowych jest też Boruta Młynarz. Właściciele młynów w okolicach Łęczycy zarzekali się, że odwiedza on ich przybytki po nocach. Miał wówczas mleć ziarno, a potem potajemnie podrzucać uzyskaną przez siebie mąkę w workach do obejść ubogich mieszkańców miasta. Obecność Boruty miał zdradzać też nagle zapalający się i szybko gasnący ogień.
We wszystkich podaniach ludowych postrzegany jest on jako wielce przebiegły i nadludzko silny, przechytrzający ludzi za pomocą swych „diabelskich sztuczek”, ale również jako empatyczny dobroczyńca pomagający ubogim.

Diabeł Boruta w literaturze i dziś…
Pierwsza pisana opowieść o nim pochodzi już z XVIII wieku pojawiając się w pamiętnikach biskupa Kossakowskiego. W literaturze na stałe zapisał się jednak dzięki opublikowanej w 1837 roku książce „Klechdy” autorstwa Kazimierza Władysława Wójcickiego, który opisał w niej najbardziej znane legendy o Borucie. W drugiej połowie XIX wieku Tygodnik Ilustrowany publikuje kolejne legendy. W 1890 roku Boruta zostaje bohaterem pięcioaktowego dramatu B.Grabowskiego i baśni scenicznej Lucjana Rydla „Zaczarowane koło”. Obecnie wiele zbiorów legend i podań oraz baśni dla dzieci zawiera opowieści o łęczyckim diable. Jedną z bardziej znanych legend jest ta o śladach odciśniętych pazurów Boruty na ścianie kolegiaty w Tumie, które powstały kiedy chciał przewrócić wieżę.Kolegiata w TumieBogata panna była na Tumie. Boruta przyjeżdżał i chciał koniecznie się żenić. Przyjeżdżał ładnymi końmi. Jak był ostatni raz, ona na ślub się zgodziła, ale potem mówi do służby:
-Kto to może być? Jest człowiekiem, a ma kopyta. Jak ona powiedziała tej służbie, to ta służba poszła do księdza. Ksiądz przyszedł i panna mu wszystko wyznała. Ksiądz powiedział, że to diabeł. Jak miał się odbyć ślub, to ksiądz zamknął w kościele tę pannę, a sam czekał z monstrancją w jej domu i wtedy przyjechał Boruta na to wesele. Jak wjechał w podwyrko, to ksiądz wyszedł na próg do niego i oświadczył diabłu, że panny jego nie ma i że ta wieś nazywa się teraz Tum, bo przedtem nazywała się inaczej. Boruta chciał wliźć do kościoła, ale było pozamykane, więc ze złości chciał przewrócić kościół i widać te odciski palców Boruty na wieży. Odjechał ze swoją drużyną, bo swoją siłą nic nie mógł poradzić, bo kościół był poświęcany„.Odciski pazurów Boruty na wieży kolegiaty w TumieZ udziałem Boruty powstała niezliczona ilość legend, których nie tylko jest bohaterem ale wręcz symbolem Łęczycy, najstarszej kasztelani w Polsce. Jego wizerunek często wykorzystywany jest jako inspiracja dla rzeźbiarzy ludowych z okolic Łęczycy, których rzeźby w pokaźnej ilości zgromadzono w komnatach łęczyckiego zamku, w tym również, prócz pojedynczych figur, rozbudowane wielopoziomowe prace przedstawiające treść legend z udziałem diabła. Figurka Boruty to najczęstsza pamiątka przywożona z wycieczek do zamkowego muzeum.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Wiadrów von Reibnitzów

by on Lis.22, 2014, under Ciekawe miejsca

Pałac w WiadrowieWiadrów to niewielka wieś z bardzo stara metryką, zlokalizowana kilka kilometrów na południe od Jawora. Dokument księcia Przemka Ścinawskiego z 6 stycznia 1285 roku wymienia jako świadka Nikosza z Wedrow. Nikosz wymieniony jest jeszcze w dziesięciu innych dokumentach z tego okresu. Na dwóch kolejnych zmienia się pisownia wsi – w 1286 roku Wedderow, a w 1287 roku Wederau. Dokumenty te świadczą również o tym, że w XIII wieku Wiadrów był siedzibą rycerską ściśle związaną z rodziną von Reibnitz. Teren pierwotnie był niezalesiony, żyzny i bardzo dogodny dla osadnictwa. O przebiegu rozwoju wsi mogą świadczyć spisy ludności sięgające 1781 roku, które podają liczby mieszkańców – 1781 rok 482 osoby, 1871 rok 580 osób, 1905 rok 552 osoby. Po 1905 roku pomimo panującej tendencji do przesiedlania się ludności wiejskiej do miast oraz skutków I wojny światowej – dużej ilości ofiar, liczba mieszkańców Wiadrowa wzrastała, aż do ostatniego spisu z 1933 roku podającego 614 mieszkańców. Po II wojnie światowej wieś nosiła nazwę Wojciechów (wkrótce zmienioną na Wedrow), a ostatecznie na Wiadrów. Obecnie zamieszkuje ją około 500 osób.Kościół Podwyższenia KrzyżaWedług informacji zawartej w Grunhagen w Wiadrowie istniał pierwotnie zamek rycerski otoczony fosą. W nocy z 11 na 12 czerwca 1430 roku do wsi wkroczyli Husyci, którzy zdobyli zamek, a następnie spalili. Bracia von Reibnitz wraz ze swoją załogą stawiali desperacki opór najeźdźcom. Część załogi, około 30 osób, początkowo została zepchnięta do piwnic, tam zablokowana przez Husytów, którzy następnie podpalili zamek. Ostatni z obrońców schronili się na strychu budynku mieszkalnego i złożyli broń dopiero wtedy, gdy czeski szlachcic dowodzący oddziałami husyckimi poręczył słowem honoru, że daruje im życie. Było to kilkanaście osób, w większości rannych, które następnie zostały wzięte do czeskiej niewoli. Jak wynika ze źródeł najazd przeżył Piotr von Reibnitz, który w 1437 roku poślubił Annę von Liebenthal.
Drugim punktem oporu był miejscowy kościół, w którym pod dowództwem proboszcza bronili się miejscowi włościanie. Husyci zajęci szturmowaniem zamku nie atakowali kościoła zbyt zaciekle, ale po złamaniu oporu Reibnitzów, chcąc zapewne uniknąć równie krwawej potyczki, zgodzili się na honorową kapitulację obrońców świątyni.
Na miejscu zamkowych zgliszczy w XVI wieku wzniesiono renesansowy dwór otoczony fosą, który w XVIII wieku został poddany gruntownej przebudowie i kolejnej około 1860 roku, a następnej w XX wieku. Dwukondygnacyjny, podpiwniczony budynek został wzniesiony z kamienia i cegły (obecnie otynkowany) na planie prostokąta. Nad fosą przerzucono kamienny most prowadzący do wejścia. W fosie znajdują się obecnie zamurowane przejścia podziemne, w których znajdowała się także studnia służąca właścicielom pałacu jako czerpnia wody (w latach 60-tych podczas remontu pałacu studnia została zasypana). Obok pałacu znajduje się niewielki park założony w XVIII wieku, przekształcony z ogrodu. Obecnie pałac i okoliczne zabudowania gospodarcze należą do prywatnego przedsiębiorcy rolniczego.

Na początku XVII wieku Wiadrów przechodzi ponownie w ręce rodziny von Reibnitz. Rodzina von Reibnitz była starą szlachtą o słowiańskich korzeniach związaną z Ziemią Jaworską od połowy XIV wieku. Na początku XV wieku stali się oni właścicielami Wiadrowa i Kłaczyny dziedzicząc te wsie przez prawie 200 lat. Świadectwo temu daje, zachowana w Wiadrowie najstarsza nagrobna płyta epitafijna Gintzela von Reibnitza Starszego, zmarłego w 1572 roku, będącego panem na Wiadrowie od połowy XVI wieku. Z epitafium Gintzela Młodszego sąsiaduje epitafium jego zięcia Friedricha von Borschnitza z Piotrowic. Na przełomie XVI i XVII wieku włościami włada Jan von Reibnitz poślubiający w 1597 roku Katarzynę von Nimptsch (1548-1612).
W 1654 roku dobra przejmuje Georg Sigismund von Tschirnhaus, a następnie od jego rodziny majętność nabywa rodzina von Schweidnitz. Od 1800 roku posiadłość przechodzi w ręce Hansa Heinricha VI Reichsgrafa von Hochberg (1768-1833), w 1876 roku w ręce Emila Neumanna, a od 1905 roku (dwór i majątek o powierzchni ponad 400 ha) w ręce dr filozofii Phila Waltera Josepha. Ostatnimi właścicielami (przed II wojną światową) wiadrowskich dóbr było małżeństwo Franza i Adeli von Donat. Po wojnie folwark przekazano Państwowemu Gospodarstwu Rolnemu.Krzyż pokutnyW Wiadrowie znajduje się kamienny kościół p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego pochodzący z pierwszej połowy XIII wieku. Jego istnienie po raz pierwszy wzmiankowane było w 1399 roku. Z jego średniowiecznego wyposażenia zachowało się gotyckie sanktuarium z połowy XIV wieku znajdujące się w ścianie prezbiterium oraz piaskowcowa chrzcielnica z połowy XVI wieku. W XVI wieku świątynię przejęli protestanci, którzy następnie w 1582 roku przebudowali ją, a w 1625 roku wybudowali nową wieżę zastępując tym samym pierwotną bardzo już zniszczoną. W wieży znajduje się dzwon z 1609 roku. Von Reibnitzowie w 1614 roku ufundowali piękny manierystyczny, wielokondygnacyjny drewniany ołtarz z polichromowanymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z paschalnego misterium Chrystusa. Z tego samego okresu co ołtarz główny pochodzi renesansowa balustrada chóru.
W połowie XVII wieku kościół powraca do katolików, którzy w XVIII wieku dokonują jego przebudowy, wyposażając go m.in. w nową rokokową drewnianą ambonę, rzeźbę Madonny z Dzieciątkiem, ławki, konfesjonał, krzyże procesyjne i cynowe lichtarze. W XIX wieku na wieży zamontowano zegar. Na elewacji zewnętrznej znajduje się kilka wmurowanych płyt epitafijnych, do kościoła przylega również kaplica i cmentarz, a całość otoczona jest kamiennym murem.
Po zewnętrznej stronie muru znajduje się krzyż pokutny głęboko wkopany w ziemię. Część naziemna ma 60 cm wysokości i jest to górna część krzyża z wyraźnymi ramionami i aureolą. W jego centralnej części znajduje się okrągłe wgłębienie być może przedstawiające narzędzie zbrodni – kamień.Pozostałości kościoła protestanckiegoW 1788 roku protestanci z Wiadrowa kilkanaście metrów od kościoła katolickiego wybudowali własną świątynię. Protestanci mieli swojego pastora oraz założyli szkołę dla dzieci. W chwili obecnej kościół pozostaje w trwałej ruinie – zachowały się jedynie mury zewnętrzne, a obiekt w każdej chwili grozi zawaleniem.
W 1793 roku we wsi miały miejsce rokowania zbuntowanych tkaczy bolkowskich z przedstawicielami rządu pruskiego.
Wiadrów niegdyś jako bardzo dobrze rozwijająca się wieś, posiadał na utrzymaniu dwa kościoły, kwitło w nim życie kulturalne i towarzyskie, obok obecnej świetlicy znajdowała się karczma, w budynku nieopodal kościoła znajdował się dom kultury, istniała szkoła podstawowa, posterunek policji, dwie piekarnie, trzy młyny (po dwóch zostały zabudowania) i kuźnia. Znaczną część zabudowań stanowiły budynki mieszkalne robotników z miejscowego pałacu. Najstarszy budynek mieszkalny zachowany do dziś pochodzi z 1786 roku.
W Wiadrowie mieści się również poniemiecki cmentarz na którym pochowano ofiary z wielkiej powodzi z lat 20-tych XX wieku.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Trójgarb – zaginiony transport i inne tajemnice

by on Lis.14, 2014, under Skarby

Przedwojenny Trójgarb.Schronisko i wieża widokowaTrójgarb

Trójgarb (Sattewald) jest wyniosłym wzniesieniem górującym ponad 300 metrów nad okolicą, otoczony miejscowościami Stare Bogaczowice, Nowe Bogaczowice, Gostków, Jaczków, Witków, Jabłów, Lubomin i Struga, kilka kilometrów na północny-zachód od Wałbrzycha. Rozciągnięty stożek, o dość stromych zboczach porośniętych lasem iglastym, składa się z trzech wierzchołków (stąd nazwa) o wysokości 778, 757 i 738 m n.p.m. Krótko po II wojnie światowej nazywany był Potrójną. Partia szczytowa zbudowana jest z ryolitów – czerwonych porfirów (w karbonie górnym z głębi ziemi intrudowały kwaśne magmy), natomiast zbocza i podnóża ze skał osadowych powstałych w karbonie górnym (naprzemianległe warstwy) – zlepieńców, piaskowców i łupków, w których znajdują się pokłady węgla kamiennego. W okresie międzywojennym na Trójgarbie funkcjonowała gospoda i znajdowała się wieża widokowa.Masyw TrójgarbuNiewielki ślad

W miesięczniku „Odkrywca” Wojciech Stojak w artykule zatytułowanym „Dolnośląskie potpourri” przytacza treść listu, który w 2006 roku pod koniec działalności „Klubu Poszukiwaczy Skarbów” został przysłany do telewizji. Niepodpisany list wysłany został z miejscowości Nowe Bogaczowice. Oto treść listu: „Mając 10 lat w 1947 spotkałem dziewczynkę w wieku 13-14 lat, która była Niemką. Spotkałem ją we wsi Gostków u siostry. Byłem zdziwiony, kiedy owa Niemka odezwała się do mnie po polsku, okazało się że pochodziła z Górnego Śląska. Mieszkała u ciotki w Lubominie od 1943 r. a jej siostra u bauera w Gostkowie. Nosiła żywność z Gostkowa do Lubomina. W 1944 r. w sierpniu, wybrała się z Lubomina na grzyby, idąc w stronę góry >>Trójgarb<< od 4-go zabudowania w Lubominie od strony Jabłowa. W pewnym momencie zobaczyła, jak od Lubomina idzie polną drogą wojsko, więc się skryła. Za wojskiem jechał samochód osobowy i 2 ciężarowe. Ukryta obserwowała, co się będzie dziać, lasem poszła za nimi i zobaczyła, że samochody wjechały w >>Trójgarb<<, w tunel w górę od strony Lubomina. Zamknięto wrota zasypano ziemią i przez jakiś czas sadzono tam las świerkowy. Czekała aż do wieczora, kiedy wojsko odeszło żeby wrócić do domu. Nie wiem czy to jest prawda czy nie.” (zachowano oryginalną pisownię)Gospoda i wieża widokowa na szczycieTunel czy …

Zbocza masywu Trójgarbu nie obfitują w wielkie ilości wyrobisk i innych śladów dawnego górnictwa, jak w przypadku sąsiednich szczytów, na przykład Chełmca 851 m n.p.m. czy Krąglaka 692 m n.p.m., ale podnóża Trójgarbu nie są całkowicie ich pozbawione. Niektóre związane z dawnym górnictwem węgla kamiennego, niektóre z wydobyciem rud metali, inne to pozostałości sztolni odwadniających. Można też odnaleźć stary łom ryolitów (porfirów) wgryzający się w Trójgarb z małą infrastrukturą turystyczną w postaci palenisk i drewnianych ław. Brak jest jednak śladów i informacji o jakimkolwiek tunelu na jego zboczach. Czym miałby być ten „tunel”? Projektowanym, będącym w początkowej fazie prac tunelem kolejowym pod Trójgarbem, na wzór tego pod górą Wołowiec 776 m n.p.m. na południe od Wałbrzycha? Jakie miejscowości miałby on połączyć? Ten pod Wołowcem łączył Jedlinę Zdrój z Wałbrzychem i był „spec-przeznaczenia” dla pociągu Hitlera. Najbliższa linia kolejowa biegnie na południowy-zachód od Trójgarbu, z Marciszowa przez Sędzisław, Witków do Boguszowa-Gorce, a dalej do Wałbrzycha. Czy naziści mieli w planach „przecięcie” linią kolejową wnętrza Trójgarbu, by tym samym połączyć kwaterę Hitlera w zamku Książ – Furstenstein, ze stacją w Witkowie, a dalej z Kamienną Górą? Bo tylko takie założenie i rozwiązanie wydaje się być logicznym i uzasadnionym, wchodzącym w grę. Niestety nigdzie w materiałach źródłowych nie ma informacji o planach takiego tunelu, nie ma też jego śladów w terenie. Tak dobrze został zamaskowany? A może, 10-letnia wówczas dziewczynka, widziała wlot do sztolni, który jej małym oczom zarysował się jako tunel zamykany wrotami.Kamieniołom porfiru… sztolnia?

Wiosną 2011 roku grupa eksploratorów z SGE odnalazła na zachodnich zboczach bezimiennej góry (638 m n.p.m.) położonej na południowy-wschód od drogi łączącej wsie Jabłów i Lubomin a Lubominkiem (peryferyjna dzielnica Boguszowa-Gorce) sztolnię oraz pozostałości szybu. „Miejsce to wyglądało wręcz podręcznikowo, hałda porośnięta grubymi drzewami co wskazywało na sędziwy wiek wyrobiska, wartki wypływ wody ze sztolni i ledwo już odznaczające się na stoku zaklęśnięcie po zawalonym wylocie. Ponadto kilkaset metrów powyżej wylotu sztolni odnaleźliśmy ślady po sporym szybie a to może świadczyć, że jest to większy obiekt. Dodatkowo sprzyjający był również fakt, że sztolnia nie robiła wrażenia zawalonej a jedynie zasypanej podczas likwidacji (…)„. Całości prac eksploracyjnych prowadzonych przez SGE przytaczać tutaj nie będziemy. Po analizie dostępnych map górniczych i materiałów źródłowych okazało się, że jest to sztolnia należąca do kopalni „Emilie Anna”. Grupa przystąpiła do udrożnienia sztolni. Sztolnia okazała się być wypełniona wodą po sam strop. Pierwszej penetracji dokonał nurek jaskiniowy odkrywając kilkumetrowy, stosunkowo wąski chodnik z elementami drewnianej obudowy i podkładami torów, zakończony sporym obwałem. Następnym etapem było odwodnienie sztolni, które ukazało chodnik  szerokości 1 m i wysokości 2 m, o łukowatym stropie i śladach ręcznego urabiania o łącznej długości 43 m. Ciekawostką było odnalezienie na jednym z ociosów wykutej w skale daty – „1857”. Sztolnia, drążona w zlepieńcach i łupkach, w chwili obecnej na powrót jest niedostępna – otwór wejściowy został zawalony. Biorąc pod uwagę opis z listu tę sztolnię należy wykluczyć ze względu na jej lokalizację oraz wymiary – o ile długość byłaby odpowiednią by ukryć w niej samochód osobowy i dwie ciężarówki, o tyle szerokość definitywnie ją wyklucza.Sztolnia w LubominieInny wątek

Wiosna 1945 roku. Drogą z Jaczkowa do Gostkowa (na zachód od Trójgarbu) podąża transport ewakuujący dobra zdeponowane w majątku Hohenfriedberg… Tuż przy tej drodze, po prawej, za potokiem Cieklina nieopodal bezimiennej góry (526 m n.p.m.) znajdują się pozostałości starej kopalni w postaci dwóch szybów o średnicy około 3 metrów, oddalone od siebie o około 10 metrów. W jednym miejscu wygląda to tak, jakby zawalił się strop nad wejściem do sztolni, zawał będący wielkim, osuniętym na nie głazem. Kopalnia ta jest zaznaczona na mapie geologicznej E.Zimmermanna „Geologische Karte von Preussen und benachbarten deutschen Landern” Blatt Ruhbank, hrgs.1929. Nie leży ona na żadnym polu górniczym należącym do kopalni węgla kamiennego a najbliższa wysunięta od wschodu granica pola górniczego oddalona jest o około 1 km i pole to należało do kopalni węgla Kohlengrund.NYXJunkers Ju-52

W między czasie docierały różne inne informacje, jak na przykład ta, o rozbiciu się na stokach samolotu Junkers Ju-52, którego pozostałości odnajdywano. Pewien Niemiec, który był świadkiem tego zdarzenia, opowiedział tą historię wałbrzyszaninowi Krzysztofowi Kobusińskiemu.  Wiosną 1945 roku samolot transportowy Junkers Ju-52 lecący, z Festung Breslau dostał się w okolicach Trójgarbu w fatalne warunki atmosferyczne, we mgle pilot zboczył z kursu i uderzył w stok góry. Na pokładzie samolotu prócz załogi znajdowali się ranni niemieccy żołnierze. Katastrofę przeżyły wszystkie osoby znajdujące się na pokładzie. Wrak rozbitego samolotu pozostał na stoku z uwagi na problemy z jego usunięciem i dopiero po wojnie radzieccy żołnierze „zainteresowali” się nim wymontowując z niego części nadające się do użytku, reszta zaś trafić miała na złom. Pan Krzysztof wielokrotnie penetrował miejsce katastrofy odnajdując w ziemi różne elementy Ju-52. Samoloty te były wykorzystywane m.in. do ewakuacji rannych z Festung Breslau i dostarczania amunicji.Junkers Ju-52Na zakończenie

Lubomin to niewielka, spokojna, łańcuchowa wieś wzmiankowana już w 1305 roku, zlokalizowana w siodle pomiędzy masywami Trójgarbu i Chełmca. Pod koniec XVIII w. funkcjonowała tu niewielka kopalnia węgla „Friedrich Wilhelm”, zaś w okolicy (w różnych okresach) „Emilie Anna”, „David Zubebor”, „Erwunschte Zukunft”, a także kopalnie rud metali (w Jabłowie). Miejscowa ludność od najdawniejszych czasów znajdowała w nich zatrudnienie. Wątki nie pasujące do siebie zarówno datami jak i rejonami rozgrywania się wydarzeń. Relacja 10-letniej dziewczynki (w 1944 roku) i szczątkowa informacja o transporcie dóbr z majątku Hohenfriedberg. Brak „namacalnych” miejsc na stokach Trójgarbu wpasowujących się w temat. Brak informacji źródłowych o miejscach, które można by brać pod uwagę i rozważania. Ale czy na pewno…?Szczątki Ju-52 rozbitego na Trójgarbie (fot.ze zbiorów K.Kobusińskiego)Miejscowa ludność rozpytywana o tunel czy sztolnię na południowo-wschodnich zboczach Trójgarbu niestety nie potrafiła wskazać takiego obiektu. List do adresata nie był podpisany, wiadomo jedynie, że został wysłany z Nowych Bogaczowic zatem nawet dotarcie do osoby informującej wydaje się być niemożliwe. Od faktu uzyskania informacji przez 10-letniego chłopca do momentu jej „upublicznienia” minęło 60 lat. Czy nie zastąpił on sobie samoistnie luk w pamięci uzupełniając faktami jako dorosły już człowiek? Penetracje terenu za śladami tajemniczego tunelu zamykanego wrotami dały wynik negatywny. Pozostaje napisać, tak jak autor listu – nie wiadomo czy to jest prawda czy nie…

(źródła: „Dolnośląskie potpourri” W.Stojak /Odkrywca 12/2010/; „Odkrycie sztolni w Lubominku” Aust,SGE; „Katastrofa samolotu na Trójgarbie” A.Szałkowski)

Możliwość komentowania Trójgarb – zaginiony transport i inne tajemnice została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Legenda o Halinie z Sandomierza…

by on Lis.14, 2014, under Legendy

W XIII w. Tatarzy trzykrotnie najeżdżali Sandomierz. W czasie drugiego najazdu w 1260 r. zdobyli i spalili  miasto, ludność wymordowali, a część trafiła w jasyr. Jednym z zabitych był dowodzący obrona miasta Piotr z Krępy. Miał on córkę Halinę, którą uratował wierny sługa Boguchwał. W 1287 r. Tatarzy po raz trzeci stanęli u bram miasta. W czasie obrony zginął kasztelan Janko z Pilawy, mąż Haliny Krępianki. Obrońcy ponieśli duże straty, zginęło wielu dzielnych rycerzy i odważnych mieszczan. Sytuacja stała się krytyczna, na mieszkańców padł blady strach. Wówczas piękna Halina przygotowała fortel. Udała się do obozu wroga i opowiedziała chanowi, że wójt Witkon okrył ją hańbą, postanowiła więc się zemścić i oddać miasto w ręce Tatarów. Ci skuszeni wizją łatwych łupów i krwawej rzezi uwierzyli Halinie, która przekonywała, że otoczone murem miasto jest dobrze zabezpieczone, zdobyć je trudno, ale jest loch ukryty pod ziemią i można nim skrycie przejść do zamku. Wojownicy tatarscy ruszyli za Haliną w głąb lochów. Wówczas to ukryci sandomierzanie głazami zasypali wejście, grzebiąc napastników. Dzielna Halina poświęciła własne życie, by uratować Sandomierz, a lochy zapisały się na zawsze w dziejach miasta.

Leave a Comment :, , , , , , , , more...

Czy meteoryty stworzyły Ziemię? (2)

by on Lis.10, 2014, under Galimatias

impakt„Biblia vs Nauka”
Idea teologa Jamesa Usshera, który wyliczył na podstawie zapisu biblijnego, że Ziemia została stworzona w roku 4004 p.n.e., panowała niepodzielnie do XIX w. Ale tak naprawdę to nawet dzisiaj są tacy, którzy ignorują przytłaczające dowody naukowe i twierdzą, że biblijne legendy przekazują prawdziwą opowieść o powstaniu i historii Ziemi.
Ziemia liczy miliardy lat. Jest to pogląd obecny. Przyjmowany obecnie wiek Ziemi, równy 4,5 miliarda lat, został ustalony dopiero w połowie lat pięćdziesiątych. Precyzyjne jego określenie jest problemem bardzo skomplikowanym technicznie, lecz zasadniczo opiera się na tym, że naturalnie występujące izotopy promieniotwórcze ulegają rozpadowi ze stałą prędkością.

Izotopy
Jeżeli znane jest dobrze tempo rozpadu, można zmierzyć, ile produktu rozpadu nagromadziło się w próbce w danym czasie i w dość prosty sposób określić wiek. Warto tutaj zaznaczyć, że istnieje kilka izotopów występujących w zwykłych skałach, które mogą posłużyć do datowania. Izotopy danego pierwiastka mają te same właściwości chemiczne, lecz nieco różną budowę jądra. Nie wszystkie izotopy są promieniotwórcze, czyli nie wszystkie się rozpadają, tworząc nowe izotopy innego pierwiastka. Dwa najlepiej znane pierwiastki mające promieniotwórcze izotopy to: tor i uran. W czasie rozpadu promieniotwórczego przekształcają się one w izotopy ołowiu. Tak więc część ołowiu występującego na Ziemi, a tak naprawdę w całym Układzie Słonecznym, nie istniała w momencie powstania Ziemi, lecz została stworzona w czasie geologicznym w procesie stopniowego rozpadu toru i uranu.
Ponieważ każdy z izotopów toru i uranu przechodzi w ołów w innym tempie, próbki zawierające owe pierwiastki mają wbudowane niezależne „zegary” geologiczne, którymi można się posłużyć do określenia ich wieku. Oznacza to również, że dokładna mieszanka izotopów ołowiu w konkretnym materiale jest zwykle inna niż w pozostałych i zależy od jego wieku oraz ilości toru i uranu w nim zawartych.Meteoryty
W latach 50-tych XX w. Clair Patterson z California Institute of Technology w Pasadenie odkrył, że zarówno meteoryty, jak i próbki pochodzące z Ziemi charakteryzuje taka sama zawartość izotopów ołowiu. Używając specjalnie dobranych próbek, aby reprezentowały tak ściśle, jak to tylko możliwe, przeciętne ilości izotopów ołowiu na Ziemi, wraz z serią próbek chondrytowej grupy meteorytów, Patterson odkrył systematyczne zależności wskazujące na to, że wszystkie ciała – Ziemia i różne chondryty – musiały powstać ze wspólnej pierwotnej materii 4,5 – 4,6 miliarda lat temu.

Wiek Ziemi
Odkrycie Pattersona było niezwykle ważne dla geologii. Nie tylko pozwoliło ustalić wiarygodny wiek Ziemi, lecz również powiązać narodziny naszej planety z powstaniem innych materiałów Układu Słonecznego. Jeden z pierwszych badaczy, XVIII-wieczny arystokrata i znakomity geolog James Hutton powiedział, że nie znajduje „śladów początków ani zapowiedzi końca”. Badania Pattersona ustaliły jednak w sposób zdecydowany, kiedy nastąpił początek. I choć od lat 50-tych XX w. w dziedzinie badań izotopów promieniotwórczych odnotowano ogromny postęp techniczny, podstawowe wnioski Pattersona pozostają niepodważone.
Liczbę 4,5 miliarda lat bardzo łatwo wypowiedzieć. Ludzie, studenci i profesorowie oswoili się z nią, lecz jest to liczba ogromna, o wiele za duża, aby ja pojąć z perspektywy dostępnej człowiekowi. Zapisana z zerami daje nieco lepsze wyobrażenie o wieku Ziemi: 4 500 000 000 lat. Cztery i pół miliarda monet jednogroszowych utworzyłoby stos wysoki na około 6,5 tysiąca km – to nieco więcej niż odległość z powierzchni Ziemi do jej centrum.

Archaik i cyrkony
Pierwszą dużą jednostką czasu geologicznego jest archaik, trwający od momentu powstania Ziemi a kończący się 2,5 miliarda lat temu, czyli obejmujący w przybliżeniu 44% historii naszej planety. Choć wiemy już, kiedy powstała Ziemia, to nie znamy zapisu skalnego prawie 600 milionów lat od powstania naszej planety. Jak dotąd najstarsze próbki skał znalezione na Ziemi pochodzą z Terytoriów Północno-Zachodnich w Kanadzie. Ich wiek został określony na podstawie analizy zawartych w nich izotopów ołowiu na nieco powyżej 3,9 miliarda lat. Skały te uległy silnemu metamorfizmowi, tak że trudno jest powiedzieć cokolwiek o ich pochodzeniu. Nie różnią się jednak zdecydowanie od wielu typowych skał kontynentalnych młodszego wieku. Wiemy więc dzieki nim, że 3,9 mld lat temu istniały co najmniej pewne fragmenty skorupy kontynentalnej. To kiedy powstały pierwsze kontynenty od dawna intryguje naukowców. Nie ulega wątpliwości, że skorupa kontynentalna powiększała się i zmieniała w czasie geologicznym. Prawdopodobnie nawet przed powstaniem skał liczących 3,9 mld lat istniały jakieś małe kontynenty.
Wskazówki prowadzące do takiego wniosku są rzadkie, słabe i prawie trudne do odkrycia, lecz gdzie należy ich szukać? Używając teraźniejszości jako okna w przeszłość. Wiadomo, że produkty erozji gromadzą się na krawędziach kontynentów i nie ma żadnego powodu aby podejrzewać, że w przeszłości było inaczej. Nawet te najwcześniejsze kontynenty musiały mieć plażę. Istnieje więc pewna szansa, że jeżeli niektóre z owych bardzo starych osadów się zachowały, to mogą zawierać ziarna mineralne wyerodowane z jeszcze starszych kontynentów. Jedna z grup geologów natrafiła na właściwe źródło w piaskowcach sprzed 3,6 mld lat w zachodniej Australii. Niektóre z ziaren w owych skałach są znacznie starsze niż sam piaskowiec i wyraźnie przeszły wiele cykli erozji, osadzania, lityfikacji, wypiętrzania i ponownej erozji. William Compston i jego koledzy z Narodowego Uniwersytetu Australijskiego w Canberze stwierdzili, że niektóre ziarna odpornego na wietrzenie minerału – cyrkonu – z tych starych piaskowców liczą sobie od 4,1 – 4,3 miliarda lat.

tekst: Piotr Gall

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Czy meteoryty stworzyły Ziemię? (1)

by on Lis.07, 2014, under Galimatias

meteorytSpadki
Meteoryty są częstsze niż można sądzić. Liczba okazów w prywatnych i publicznych kolekcjach sięga tysięcy i stale przybywają nowe. Spadające gwiazdy na nocnym niebie to zwykle małe meteoroidy rozgrzane w wyniku tarcia do białości i ulegające spaleniu w czasie przelotu przez ziemską atmosferę. Niewiele z nich przeżywa tę podróż i ląduje na powierzchni. Dziesiątki tysięcy meteorytów, być może nawet 100 tysięcy, spada każdego roku na kontynenty, a jeszcze więcej wpada do oceanów. Większość z nich jest jednak bardzo mała i nigdy się ich nie znajduje. Te, które znaleziono, są najczęściej wielkości ziarna grochu, rzadziej piłki do koszykówki lub nawet znacznie większe. W miarę jak Ziemia staje się coraz gęściej zaludniona, coraz więcej spadających meteorytów natychmiast odszukuje się i rozpoznaje. Niektóre uderzały nawet w samochody i domy.

Antarktyda
Jednym z najbogatszych źródeł meteorytów do badań naukowych jest w ostatnich latach Antarktyda. Meteoryty spadające na czapę lodową grzęzną w śniegu i lodzie, w końcu przenoszone są jednak przez lodowce, sunące wolno od bieguna w kierunku morza. Początkowo strumień lodowy pogrąża je głęboko pod powierzchnią, lecz tam, gdzie lód napotyka pogrzebane grzbiety górskie, wędrują wraz z nim ponownie ku górze. W takich regionach silne suche wiatry Antarktydy dokonują ablacji lodu bardzo szybko od chwili jego pojawienia się na powierzchni. Jednakże meteoryty niesione przez lód pozostają. Te z nich, które spadły na Ziemię w ciągu tysięcy lat, w wyniku tego procesu mogą gromadzić się na małym obszarze, a ponieważ w tym morzu lodu wokół jest niewiele innych skał, łatwo je zauważyć. Naukowcy z kilkunastu krajów organizują co rok w czasie południowego lata ekspedycje na Antarktydę, aby za pomocą skutera śnieżnego lub helikoptera poszukiwać skarbów – meteorytów.
Rok 2013 – belgijska stacja badawcza Princess Elisabeth Antarctica. Ośmiu naukowców natrafiło na kamienny meteoryt, przeczesując pod koniec stycznia lodowiec Nansen Ice Field w odległości około 140 km na południe od stacji. W trakcie 40-dniowej ekspedycji znaleźli aż 425 meteoryty, ważące w sumie 75 kg. Ten największy był znaleziskiem zaskakującym, nie tylko ze względu na wagę (18 kg!) ale dlatego, że zwykle nie znajduje się tak dużych meteorytów w Antarktyce. To największy taki okaz znaleziony na Antarktydzie Wschodniej od 25 lat. Znaleziony meteoryt jest chondrytem zwykłym. Jego zewnętrzna warstwa uległa erozji, dzięki czemu naukowcy zyskali wgląd do wnętrza. Jak podaje Princess Elisabeth Antarctica, liczba znanych, odkrytych dotychczas meteorytów wynosi 56.500, z czego w samej Antarktyce było ich 38.500. Wśród tych antarktycznych tylko 30% ma masę większą niż 18 kg. W ciągu roku znajduje się około tysiąca meteorytów ważących mniej niż 10 dkg i około stu ważących do kilograma.AntarktydaChondryty
W przeszłości przypisywano meteorytom specjalną moc – jako przybywające z niebios, uważano je za wysłanników bogów. Później stwierdzono, że tak jak kamień z Rosetty, zawierają informacje o najwcześniejszej historii Układu Słonecznego. Chociaż istnieje wiele odmian meteorytów, niektóre wydają się w zasadzie nie zmienione od momentu ich powstania 4,5 miliarda lat temu, mniej więcej w tym czasie, kiedy formowała się Ziemia. Najprawdopodobniej ich skład jest bardzo zbliżony do oryginalnego materiału, z którego nasza planeta powstała w procesie akrecji. Meteoryty choć pozornie wyglądają jak zwykłe skały, nie są nimi. Przeciwnie, to zadziwiający wysłannicy z przeszłości, którzy mogą opowiedzieć nam wiele o czasach, kiedy Układ Słoneczny dopiero się tworzył.
Chondryty, bo tak nazywają się najbardziej prymitywne meteoryty, uważa się za fragmenty materiału z pasa planetoid, leżącego pomiędzy Marsem a Jowiszem. Zbudowane są głównie z minerałów częstych w ziemskich skałach, lecz zawierają również metaliczne żelazo, bardzo rzadko występujące w stanie rodzimym na powierzchni Ziemi. Żelazo topi się w temperaturze niższej niż wiele pospolitych minerałów. Większość metalicznego żelaza dostarczanego w materiałach chondrytopodobnych na tworzącą się Ziemię podczas akrecji uległa stopieniu i opadła do centrum planety, tworząc jądro.

Skład i budowa Ziemi
Ponieważ Ziemia zbudowana jest z różnych chemicznie fragmentów, takich jak jądro, płaszcz oraz skorupa i ponieważ możemy pobrać próbki tylko najbardziej zewnętrznych z nich, określenie ogólnego składu chemicznego planety było trudnym zadaniem. Chondryty jednak mogą być analizowane w laboratorium. Jeśli na prawdę reprezentują one materiał, który w wyniku akumulacji stworzył Ziemię, wówczas ich analiza pomoże nam określić skład chemiczny całej Ziemi i jest to na prawdę zdumiewająca perspektywa. Lecz czy rzeczywiście reprezentują one przeciętną materię Układu Słonecznego, która musiała być pierwotnym składnikiem Ziemi? Istnieją mocne dowody na to, że tak jest naprawdę. Dostarczają ich badania Słońca, które zawiera prawie całą masę systemu, a wiec jest z definicji przeciętnym materiałem Układu Słonecznego.
Analizując wysłane przez Słońce światło, zdołaliśmy uzyskać ogromna ilość informacji o jego składzie chemicznym. Z wyjątkiem małej liczby pierwiastków, które występują w postaci gazowej, względna ich zawartość w chondrytach jest prawie dokładnie taka sama jak na Słońcu, co stanowi dobrą wskazówkę, że owe materiały nie uległy żadnemu znaczącemu frakcjonowaniu chemicznemu. Tak więc badania meteorytów, w połączeniu z wiedzą na temat gęstości wnętrza Ziemi, uzyskaną w wyniku badań sejsmicznych, umożliwiły nie tylko określenie ogólnego składu chemicznego Ziemi, lecz nawet poznanie budowy obszarów, z których nigdy nie pobrano próbek, takich jak głęboki płaszcz i jądro.

tekst: Piotr Gall

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Odkrycia w Jaskini Niedźwiedziej

by on Paź.31, 2014, under Pod ziemią

Jaskinia NiedźwiedziaRezerwat Przyrody „Jaskinia Niedźwiedzia” w Kletnie jest niezwykle cennym obiektem z uwagi na występowanie w niej unikalnej w skali naszego kraju szaty naciekowej, a także kości zwierząt plejstoceńskich. Jaskinia Niedźwiedzia została odkryta w październiku 1966 roku w wyniku działalności świeżo założonego kamieniołomu Kletno III w jego czołowej ścianie. W 1967 roku ustanowiono ją pomnikiem przyrody, a od 1977 roku Jaskinia Niedźwiedzia i przyległy do niej teren o powierzchni 89 ha został ustanowiony rezerwatem przyrody. Celem ochrony jest zachowanie unikalnej jaskini z bogatą szatą naciekową występującą we wszystkich możliwych formach takich jak stalaktyty, makarony, stalagmity, stalagnaty, draperie, zasłony, polewy, żebra i nacieki kaskadowe, pola ryżowe, nacieki wełniste, misy martwicowe, grzybki, pizolity – perły jaskiniowe (wyjątkowych rozmiarów), heliktyty, znaleziska kostne zwierząt plejstoceńskich oraz drzewostanów z rzadkimi roślinami runa. W 1983 roku udostępniono ją do zwiedzania turystom trasą o długości 360 metrów. Prace prowadzone w niej przez dziesiątki lat pozwoliły na zinwentaryzowanie ponad 3000 metrów korytarzy i sal. W jaskini i jej sąsiedztwie prowadzone są prace eksploracyjno-poszukiwawcze oraz badania naukowe.Sala PałacowaW grudniu 2011 roku członkowie Sekcji Grotołazów z Wrocławia wspólnie z Sekcją Speleologiczną „Niedźwiedzie” z Kletna (działając za zezwoleniem Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska we Wrocławiu) dokonali odkrycia nowych partii korytarzy w Jaskini Niedźwiedziej. Prace eksploracyjne rozpoczęły się już w 2009 roku po wcześniejszym przeanalizowaniu dotychczasowych publikacji naukowych i przeprowadzeniu badań, które wskazywały na fakt, iż znana część jaskini stanowi tylko fragment niepoznanego jeszcze systemu.
Pierwsze prace rozpoczęto w Jaskini Dudnisko odkrytej w 1998 roku, wstępnie spenetrowanej – jej otwór wejściowy zawalił się i przez kilkanaście lat pozostawał niedrożny. W 2009 roku grupa grotołazów podjęła próbę odkopania otworu wejściowego z nadzieją, że system jej korytarzy będzie prowadził w kierunku góry Stromej 1166 m n.p.m. Okazało się jednak, że jaskinię tworzy tektoniczna szczelina – podobna sytuacja wystąpiła w sąsiedniej Jaskini Sądejowa Szczelina.
Równolegle prowadzone były prace eksploracyjne w Jaskini Niedźwiedziej, m.in. w Korytarzu Wodnym pod Rondem, Meandrze, Chomisiowym, Korytarzu Rafy Koralowej, Korytarzu Kalcytowego Potoku i południowej odnodze Korytarza Kryształowego.DraperiaW kwietniu 2012 roku w trakcie sprawdzania stropu Korytarza Kryształowego grupa grotołazów, po około 20 metrach niebezpiecznej wspinaczki, rozebrała zawalisko w stropie szczeliny Krasowe Urwisko udrożniając tym samym wejście do korytarza Gang Zdzicha i odkrywając nowe ciągi jaskini 120-metrowej długości z 7-metrową Studnią Strachu. Z jej dna, po kilkudziesięciu metrach odkryto kolejne partie jaskini wypełnione charakterystycznymi grzybkami kalcytowymi – Kalafiornik. Po wspięciu się na górne piętro meandra, pośród nacieków, odnaleziono wąską szczelinę z wyczuwalnym silnym przewiewem powietrza, za którą widoczny był kilkudziesięciometrowy korytarz. Szczelinę częściowo sztucznie powiększono by podjąć dalszą eksplorację.
Odkryte partie, posiadające dużo nacieków, różnobarwnych polew kalcytowych i krystalicznie czyste jeziorko, nazwano kolejno: „ciąg 27,27” i „Dzikie Plaże”. Na końcu jeziorka znajdował się zacisk, który minięto po odkuciu kilku fragmentów skalnych, trafiając do małej salki ze zwężającym się korytarzykiem, zakończonym kolejną wąską szczeliną z silnym prądem powietrza – „Gilotyną”.Jaskinia Niedźwiedzia (1)2 maja 2012 roku za Gilotyną natrafiono na kilkumetrowej średnicy salę, której ściany niemal w całości były oblane kalcytowymi naciekami. Następnie grupa grotołazów podjęła eksplorację szczeliny usytuowaną poprzecznie do ciągu jaskini, którym dotarto do tego miejsca. Podążając w górę szczeliną, doprowadziła ona do olbrzymiej sali jaskiniowej. Wejście doń stanowiła potężna wanta oderwana ze stropu tworząca swego rodzaju plateau. Odkryta ogromna komora okazała się być pełną nacieków, kaskad i draperii.
Sala wygląda trochę jak amfiteatr, gdzie w miejscu sceny wyrasta ze spągu, spływająca po ścianie, wysoka na około 15-20 metrów kaskada. Z okien w stropie wypływają kalcytowe żyrandole i ośmiornice, a większa część jej powierzchni oblana jest różnokolorowymi polewami„.
Grotołazi następnie dotarli do miejsca, w którym wspinali się na formację w rodzaju balkonu, gdzie lewa ze ścian pokryta jest kalcytowymi organami kilkunastometrowej wysokości, a 20 metrów nad nimi widoczne jest kolejne okno. Wspinaczkę kontynuowano prawą stroną, zawaliskiem z ogromnych bloków skalnych, docierając po 15 metrach na drugi balkon kończący salę.
Odkrytą komorę nazwano Salą Mastodonta. Jej długość to 140 metrów, szerokość 40 metrów, a wysokość (łącznie z kominami) sięga 30 metrów. Odkryte korytarze i sale (łącznie 400 m) znajdują się na wysokości środkowego piętra jaskini częściowo udostępnionego turystycznie. Charakteryzują się bogactwem szaty naciekowej jakiej nie można spotkać nigdzie indziej w Polsce. Dotarcie do Sali Mastodonta od pawilonu wejściowego Jaskini Niedźwiedziej trwa około 2 godzin i wymaga użycia sprzętu speleologicznego. Wielkim utrudnieniem są również zaciski w korytarzu dojściowym, w tym zacisk końcowy – Gilotyna.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Grotołazi jednakże nie poprzestali na tym odkryciu. Po wykonaniu dokumentacji, skartowaniu i sfotografowaniu, przystąpili do dalszych eksploracji – kominów znajdujących się w stropie Sali Mastodonta. Pierwszy z nich zakończony jest małą salką z pięknymi polewami kalcytowymi. W drugim i trzecim kominie znajduje się kilkadziesiąt metrów korytarzy przedstawiających możliwości eksploracyjne. Prowadzono również prace na końcu Sali Mastodonta, w najbardziej wysuniętej na południe części jaskini. Tam, na szczycie potężnego zawaliska powstałego w wyniku oderwania się od stropu wanty wielkości autobusu (20 metrów powyżej dna sali) natrafiono na szczelinę. W tym miejscu stwierdzono silny ciąg powietrza wydobywający się ze szczelin zawaliska. Zaobserwowano wylatujące z wnętrza nietoperze co było oznaką kontynuacji korytarzy. Po „przebiciu” się przez zawalisko natrafiono na kilkunastometrową studnię.
We wrześniu 2012 roku grotołazi zjeżdżają ową 12-metrową studnią na jej dno i odnajdują wśród nacieków i polew zejście do następnej, płytszej studzienki. Z niej wiedzie duży korytarz z kalcytowymi polewami, od śnieżnobiałych do czarnych oraz z gęsto wyrastającymi stalaktytami i stalagmitami. Po pokonaniu kolejnego zawaliska i zacisku uwidacznia się następny spory korytarz z dwiema studniami. Koniec korytarza to potężne zawalisko ze sterczącymi różnego rozmiaru, kształtu i koloru stalagmitami, nazwane skojarzeniowo – „Kutaśnikiem” (za nim odkryto ciąg korytarzy o długości około 100 metrów).KaskadyKolejnym etapem była eksploracja dwóch studni. Studnia „Pięknie Myta” rozpoczyna się pochylnią oblaną kalcytowa kaskadą przechodząc w pionową, kilkumetrową rurę. Na jej dnie po jednej stronie znajduje się korytarz zakończony sporych rozmiarów jeziorkiem ozdobionym naciekami i kalcytowymi grzybkami, zaś po drugiej długi korytarz doprowadzający do sporej sali zakończonej zawaliskiem i suchym piaskowym syfonem – Piaskowy Dziadek. Grotołazi po poznaniu głównego ciągu nowo odkrytego piętra jaskini przeszli do przeszukiwania poszczególnych zakamarków i szczelin, bocznych ciągów.

W Jaskini Niedźwiedziej nadal trwają prace eksploracyjne mające na celu odkrycie kolejnych korytarzy oraz prace kartograficzne i dokumentacyjne mające na celu ustalenie dokładnej długości, głębokości i deniwelacji Jaskini Niedźwiedziej. Reasumując, grotołazi odkryli ponad 1400 metrów nowych korytarzy, co w chwili obecnej daje łączną długość jaskini – ponad 4000 metrów. Perspektywy dalszych odkryć są bardzo duże. Kilka miesięcy trwać będzie eksploracja oraz dokumentowanie nowych partii i być może doczekamy się dalszych odkryć. Odkryte fragmenty wymagać będą przeprowadzenia w nich badań naukowych. Dopiero po nich możliwe będzie rozpatrzenie ewentualnego udostępnienia nowych korytarzy i sal dla turystów.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Zamek w Prochowicach

by on Paź.24, 2014, under Zabytki

Zamek w ProchowicachProchowice będące niewielkim miasteczkiem posiadają bogatą historię. Zostały założone w 1250 roku przez Piotra I z Prochowic, choć wzmianki o tym mieście znajdowane są w dokumentach z 1217 roku wymieniających miejscowe kościoły. Powstanie miejscowości wiązane jest również z istniejącym tu pierwotnie drewnianym gródkiem w pobliżu którego palatyn legnicki Iko w 1259 roku wzniósł murowany zamek. Gród po otrzymaniu w 1309 roku od książąt śląskich (Bolesława, Henryka i Władysława) licznych przywilejów zaczął się rozwijać. Do XV wieku Prochowice były miastem na prawie niemieckim noszącym nazwę Parchowicz przyjętą od pobliskiego zamku.Zamek w Prochowicach (1)Pierwszej przebudowy średniowiecznego zamku (zmieniającego wielokrotnie właścicieli) dokonał Otto Zedlitz w 1422 roku w trakcie której otoczona już wcześniej fosą budowla zyskuje dodatkowe umocnienia oraz czworoboczną wysoką wieżę o wysokości 31,5 m, grubości murów u podstawy 2 m, a w partiach górnych 1 m. Wieża spełniała kilka funkcji m.in. strzegła wjazdu, w dolnych partiach posiadała loch więzienny. Na wysokości 13,5 m zlokalizowano ciekawą konstrukcję – wydzieloną sklepieniami izdebkę do której prowadziła bardzo wąska klatka schodowa, którą z trudem mógł poruszać się jeden uzbrojony wojownik. Przypuszcza się, że miejsce to miało być ostatnim schronieniem dla właściciela zamku w przypadku zagrożenia i zdobycia zamku przez nieprzyjaciela. Kolejnej przebudowy dokonał Fabian von Schönaich powiększając plan całej budowli we wszystkich kierunkach, w tym budynek mieszkalny połączony z kaplicą zamkową, parterowy budynek bramny (w wyniku czego powstał niewielki dziedziniec przed wjazdem na zamek), budynki zostały otynkowane i otrzymały dekoracyjne szczyty, a wokół starej części wzniesiono niskie mury tworzące taras. Attykę z motywem groteski wykonał Parrow, a gmerk kamieniarski Hans Lyndener.

Od 1554 roku właścicielem zamku staje się zięć Otto Zedlitza – Oppersdorf, który wchodzi w spór z księciem Fryderykiem III, żądając od niego uznania prochowickiej posiadłości za wolną. Spór zakończył w 1567 roku cesarz Maksymilian II zarządzając na rzecz księcia Fryderyka III odszkodowanie w wysokości 20.000 dukatów od Oppersdorfa. W latach 1567-68 w zamku przebywał Henryk XI chroniąc się przed „morowym powietrzem” nawiedzającym Legnicę. Od 1568 roku właścicielem zamku jest Fabian von Schönaich dokonujący kolejnej rozbudowy (wmurowana w budynek bramny piaskowcowa tablica pamiątkowa „Pan Fabian von Schönaich rycerz 1581”) przekształcającej obronny charakter zamku w obszerny pałac. Cała budowla została otynkowana i udekorowana, pokryta sgraffitami, a na wieży pojawia się zegar.
W 1597 roku Prochowice przechodzą w ręce książąt legnickich, a zamek traci na wartości, staje się zaniedbywany i podupada. Do dawnej świetności doprowadza go dopiero Joachim Fryderyk i jego syn Jerzy Rudolf w latach 1613-1637, wzbogacając m.in. wnętrza, ozdabiając je wielkimi salami i rozszerzając zamek. Spadkobierczynią zostaje siostra Jerzego Rudolfa księżniczka Maria Zofia. Za jej rządów, w maju 1642 roku Prochowice zostają zajęte przez wojska szwedzkie, które niszczą je, w tym i zamek, a spowodowane zniszczenia są tak znaczne, że wyburzono pierwsze partie budowli.Tablica pamiątkowa Fabiana von SchönaichPo śmierci Jerzego Wilhelma (ostatni z Piastów Śląskich) Prochowice przechodzą w ręce cesarza Leopolda, a od 1740 do 1820 roku stają się własnością Hohenzollernów. Kolejnym nabywcą był hrabia Erdmann Sylvius von Pückler, po raz kolejny dokonujący przebudowy i odnowy zamku, a w XIX wieku kolejno Ernst Liman, Ernst Schlegner, Leopold Weber z Wrocławia, co nie służyło świetności budowli. Wówczas to do renesansowego budynku mieszkalnego dobudowano parterowy, prostokątny pawilon związany z ogrodem, pełniący również funkcję ogrodu zimowego. Posiadał wysoką podmurówkę przerzucona przez teren dawnej fosy, którą wcześniej osuszono. Ogród zlokalizowany był po wschodniej stronie drogi wjazdowej do zamku, od zachodu zamykała go również ta droga, od północy elewacja zamku z pawilonem, a od południowego-wschodu pozostałości ziemnych obwałowań. Główne wejście do ogrodu wiodło z zamku, z południowego budynku mieszkalnego, przez dwa gotyckie otwory drzwiowe i szerokie schody. Na dnie dawnej fosy ulokowano starannie strzyżone trawniki połączone żwirowymi ścieżkami, klomby kwiatowe z pojedynczymi drzewami, a całości ogrodzono ozdobnymi płotkami. Dokładne określenie daty powstania przyzamkowego ogrodu jest niemożliwe w związku z pojawiającymi się, coraz to innymi właścicielami, z których każdy może być uznawany za współtwórcę.Plan zamku w ProchowicachOstatniej renowacji zamku dokonano po 1906 roku gdy jego właścicielami i wszystkich dóbr stali się hrabia Kurt Strachwitz i baron Richard von Mattencloit.
Podczas II wojny światowej zamek w Prochowicach został mocno zniszczony. W latach powojennych w dalszym ciągu popadał w ruinę. W chwili obecnej jest restaurowany i na powrót odzyskuje swoją świetność. Wnętrza zamkowe nie są dostępne dla zwiedzających – można go podziwiać jedynie z zewnątrz.

Leave a Comment :, , , , , more...

Eugenika czy eksterminacja?

by on Paź.17, 2014, under Historia

Brama wejściowa do AuschwitzEugenika
Na początku XX wieku w wielu krajach na świecie, również w USA i Kanadzie, popularność zdobywa nowa teoria naukowa – eugenika. Pojęcie to zostało wprowadzone w 1883 roku przez Francisa Galtona. Galton z czasem poprawił swoją definicję, wyróżniając eugenikę pozytywną – zachęcającą do częstszego reprodukowania się najlepszych osobników i eugenikę negatywną – zniechęcającą do reprodukcji osobników mniej wartościowych. Według definicji słownikowej jest to nauka ulepszająca gatunek ludzki poprzez selektywne rozmnażanie nastawione na powielanie konkretnych cech dziedziczonych z pokolenia na pokolenie. W tamtym czasie uważano, że jeżeli nie zostaną podjęte żadne działania, osobniki o przeciętnej wartości zdominują populację, a europejska i amerykańska kultura przestaną istnieć.
Historia ta pokazuje jak bardzo nauka jest zależna od polityki i ekonomii. Nauka nigdy nie będzie istnieć bez odpowiednich środków finansowych.
W XX wieku nastąpiły czasy kiedy ludzkie życie zredukowano do numeru, a nauka ustąpiła miejsca niemoralnym poglądom politycznym…

Niemcy
W 1927 roku w Berlinie powstał Instytut Antropologii, Teorii Ludzkiego Dziedziczenia i Eugeniki im. Cesarza Wilhelma. Jego pierwszy dyrektor, profesor Otmar von Verschuer, wzywał do ustanowienia prawa nakazującego sterylizację umysłowo chorych ale żaden polityk nie chciał się tego podjąć. Verschuer habilitację uzyskał w 1927 roku z badań nad ludzkimi bliźniętami. Kontynuując prace nad bliźniętami, jednocześnie zajmował się badaniem przyczyn chorób, dochodząc do wniosku, że z bardzo nielicznymi wyjątkami wszystkie choroby mają podłoże genetyczne. Kierując swoich współpracowników do pracy w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau pozyskał setki eksponatów ludzkich, pochodzących z zabitych w tym celu więźniów. Jego doktorantem był Josef Mengele.
Wkrótce władzę przejął Adolf Hitler i partia nazistowska. Celem Hitlera było stworzenie czystej aryjskiej rasy. Zwolennicy eugeniki dostrzegli szansę realizacji swoich założeń. Nauka i polityka przemówiły jednym głosem. Naziści oznajmili, że stworzą odpowiednie przepisy jeżeli zwolennicy eugeniki zaakceptują ich antysemityzm.
W czerwcu 1933 roku, pół roku po przejęciu władzy, naziści ustanowili prawo zakazujące posiadanie potomstwa narażonego na choroby dziedziczne. Nowe przepisy nakazywały obowiązkową sterylizację osób uważanych przez zwolenników eugeniki za bezwartościowych. W wielu miejscach na świecie eugenikę stosowano jako polityczne narzędzie do szerzenia uprzedzeń. W USA wprowadzono zakaz zawierania małżeństw międzyrasowych.
W Niemczech ustanowiono szereg przepisów, które pozbawiły Żydów większości praw. Z czasem Żydzi tracili kolejne przywileje – nie mogli siadać gdzie chcieli, nie mogli nawet jeździć tramwajami i systematycznie wprowadzano kolejne ograniczenia aż w końcu zakazano im dosłownie wszystkiego. A skoro Żydzi nie mieli żadnych praw stali się bezwartościowi.
W 1938 roku naziści rozszerzyli zakres działań wobec bezużytecznej społeczności żydowskiej. Pod koniec 1938 roku minister propagandy Josef Goebels, którego do tej pory trzymano na uboczu, postanowił upomnieć się o swoją dolę i rozpoczął „Noc Kryształową”.
W ciągu jednej nocy spalono wszystkie żydowskie synagogi w kraju. Wybijano okna, rabowano sklepy.
Eksperymenty medyczne na ludziach uważanych za bezwartościowych Niemcy przeprowadzali w afrykańskich koloniach już na początku stulecia. Tysiące tubylców zamykano w obozach koncentracyjnych i zabijano. Niemiecki przemysł farmaceutyczny próbował opracować szczepionkę na śpiączkę ignorując wprowadzony w 1900 roku zakaz przeprowadzania  testów na ludziach.Richard Baer,Josef Mengele,Rudolph HoessAnioł Śmierci
Josef Mengele urodził się 16 marca 1911 w Günzburgu. W 1931 roku wstępuje do młodzieżowej przybudówki Stahlhelmu jako student wydziału filozofii i medycyny Uniwersytetu Monachijskiego. Jego nauczyciel, dr Ernst Rüdin, wspólnie z innymi lekarzami utrwala pogląd, że lekarze powinni niszczyć życie pozbawione wartości (jeden z autorów hitlerowskich ustaw dotyczących przymusowej sterylizacji z lipca 1935 roku). Mengele w karierze pomaga prof Theodor Mollison z Uniwersytetu Monachijskiego. W 1935 roku Josef Mengele otrzymał tytuł lekarza. Dzięki rekomendacji prof Mollisona od 1937 roku zostaje asystentem w zespole badawczym wybitnego genetyka europejskiego, prof Otmara Freiherra von Verschuera, w Instytucie Dziedziczności, Biologii i Czystości Rasowej Trzeciej Rzeszy na Uniwersytecie Frankfurckim. Jednym z tematów jego badań były bliźnięta.
W maju 1937 roku wstępuje do NSDAP, a rok później zostaje przyjęty do SS. W lipcu 1938 roku otrzymuje dyplom Uniwersytetu Frankfurckiego i tytuł doktora nauk medycznych. Od lata 1940 roku rozpoczyna się jego kariera wojskowa jako oficera medycznego – w sierpniu awansował na SS-Untersturmführera i został wcielony do Waffen-SS. Za zasługi na froncie wschodnim kilkakrotnie odznaczany m.in. Krzyżem Żelaznym, Czarną Odznaką Za Rany, Medalem za Opiekę Nad Narodem Niemieckim. Przebywa też w okupowanej Polsce jako pracownik ekspozytury Urzędu Genealogicznego ds. Rasy i Osadnictwa, podlegającego Himmlerowi (zespoły lekarzy SS przeprowadzały kontrolę mieszkańców zajętych przez Niemców terenów pod względem ich przyszłej przydatności rasowej).
24 maja 1943 roku, po awansie do stopnia Hauptsturmführera SS i za wstawiennictwem von Verschuera, Josef Mengele otrzymuje przeniesienie do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, wyróżniając się spośród tamtejszych lekarzy SS – jako jedyny służył na froncie i posiadał wysokie odznaczenia. Po dwóch dniach od przybycia do obozu wysyła do komór gazowych ponad tysiąc Romów chorych na tyfus. Wraz z innymi oficerami i lekarzami SS (dr Carl Clauberg, dr Johann Paul Kremer) uczestniczył w selekcji Żydów i Romów przybywających do obozu z całej Europy wskazując niezdatnych do pracy i przeznaczonych do natychmiastowej likwidacji w komorach gazowych. Od maja 1943 do listopada 1944 roku Mengele wziął udział w około 80 selekcjach na rampie, a ponadto aktywnie w selekcjach w obozowym szpitalu, wysyłając chorych na śmierć.
Nienagannie ubrany podczas każdej selekcji w biały lekarski fartuch i białe rękawiczki zyskuje przydomek „Anioła Śmierci”.Josef MengeleBliźnięta
Większość lekarzy w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau eksperymentowało na więźniach. Ale eksperymenty na bliźniętach przeprowadzano osobno. Dla Mengele bliźnięta stanowiły znakomity materiał badawczy. Jedno z bliźniąt miało być celem eksperymentów, a drugie służyło jako materiał porównawczy. Bliźnięta w Auschwitz unikały tragicznego losu innych więźniów i były umieszczane w osobnych barakach. Chłopcy i dziewczęta posegregowani według płci czekali na przybycie człowieka nazywanego w Auschwitz Aniołem Śmierci.
Mengele miał dwa doktoraty, jeden z medycyny, a drugi z antropologii. Gdyby chciał robić karierę i podjąć pracę na niemieckim uniwersytecie musiałby zrobić habilitację. Z taką myślą zbierał materiały podczas służby w Auschwitz. Współpracował z dyrektorem Instytutu Antropologii, Teorii Ludzkiego Dziedziczenia i Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, prof Otmarem von Verschuerem. Wyniki swoich badań nad bliźniętami zamierzał wykorzystać do napisania pracy habilitacyjnej, której jednak nie zdążył ukończyć.
Nagim bliźniętom mierzono każdą część ciała, porównywano kolor oczu, paznokcie i linie papilarne, badania trwały 6-8 godzin, wyniki jednego z bliźniąt porównywano z danymi z wykresów i drugim bliźnięciem, zapisywano każdy ruch badanego bliźnięcia.
Eksperymenty na bliźniętach nie ograniczały się jedynie do porównywania cech zewnętrznych. Bliźnięta kładziono na osobnych stołach i mordowano w tym samym momencie. Następnie ważono i mierzono ich organy wewnętrzne. Nigdzie indziej na świecie naukowcy nie mieli możliwości eksperymentowania na bliźniętach ani przeprowadzania autopsji w celu porównania ich narządów wewnętrznych. Bliźnięta poddawano okrutnym badaniom bez znieczulenia – wykonywano amputacje, punkcje lędźwiowe, wstrzykiwanie tyfusu, umyślne zakażanie ran, itp. Mengele wielokrotnie przeprowadzał całkowitą wymianę krwi między parami bliźniąt. W obozie miał dwie pracownie eksperymentalne (blok 10) i salę do przeprowadzania sekcji ulokowaną w jednym z krematoriów.Blok 10 w którym Mengele dokonywał eksperymentów medycznychBadania na bliźniętach w Auschwitz okazały się bezużyteczne. Lekarze poszukiwali między innymi bliźniąt o heterochromatycznych oczach. Bliźnięta zabijano i wydłubywano im oczy, które następnie wysyłano do Instytutu im. Cesarza Wilhelma w Berlinie. Te dzieci i tak miały umrzeć zatem Mengele decydował w jaki sposób oczy wysyłać do Instytutu, gdyż pracował nad opracowaniem metody zmiany koloru oczu. Na temat przyczyny prowadzenia eksperymentów krąży wiele plotek. Spekulowano, że chodziło o zwiększenie ilości ciąż mnogich lub stworzenie syjamskiego bliźniaka z żyjącego rodzeństwa. Niektórzy twierdzili, że Mengele nadzorował zapłodnienia kazirodcze, nie ma jednak dowodów, że którakolwiek z tych plotek jest prawdziwa. Badano systemy obronne organizmu i to był prawdopodobnie główny powód przeprowadzania eksperymentów. Podawano dzieciom co najmniej 5 zastrzyków trzy razy w tygodniu, które u niektórych wywoływały skutki uboczne odczuwalne naprzemiennie przez bliźnięta. Po niektórych zastrzykach dzieci poważnie chorowały, dostawały wysokiej gorączki, puchły im nogi i ręce, pojawiały się na nich bolesne czerwone plamy i w konsekwencji po tygodniu, dwóch umierały. Mengele przez cały czas obserwował przebieg postępującej choroby. Dzieciom nie podawano jedzenia, wody ani żadnych leków. Po śmierci jednego z bliźniąt Menegele zabierał drugie do laboratorium, zabijał i przeprowadzał sekcję porównawczą.
Mimo, że naziści zdawali sobie sprawę z bezsensowności swoich badań nie zaprzestali eksperymentów na bliźniętach. Mengele kontynuował badania, a Instytut im. Cesarza Wilhelma mógł pobierać fundusze od państwa. Ludzie, którzy byli zaangażowani w potworne działania żołnierzy SS, zwłaszcza więźniowie na których przeprowadzano eksperymenty medyczne, mieli bardzo niewielkie szanse na przetrwanie.
Naziści uważali, że Żydzi mają więcej enzymów obronnych zwalczających gruźlicę. Gdyby okazało się to prawdą mogliby wyizolować konkretne enzymy i wykorzystać je do produkcji leków. Byli tym ogromnie podekscytowani. Ta koncepcja narodziła się z przekonania, że Żydzi, w szczególności ci ze wschodu, są odporni na tyfus. Naziści pomyśleli, że dzięki wyizolowaniu białka będą w stanie zapobiegać chorobom zakaźnym. Ale wtajemniczeni wiedzieli, że to oszustwo, że takie enzymy ochronne nie istnieją.
Był to dla nich wyrok śmierci.Dzieci z AuschwitzEpilog
30 października 1944 roku do Auschwitz przyjechał ostatni transport więźniów.
Szacuje się, że do obozu Auschwitz-Birkenau trafiło około 3000 bliźniąt. Przeżyło zaledwie 258. Porzucone bliźnięta pozostawały w obozowym baraku do stycznia 1945 roku (część z nich żołnierze SS w styczniu 1945 roku zmusili do przemarszu z terenów Polski na tereny Niemiec) kiedy to wyzwoliła je Armia Czerwona.
SS-Hauptsturmführer dr Josef Mengele uciekł z Auschwitz w listopadzie 1944 roku, na 10 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Pod koniec wojny zamienił mundur SS na mundur zwykłego niemieckiego żołnierza, mimo to został schwytany i umieszczony w amerykańskim obozie jenieckim pod Monachium. Brak tatuażu SS (z powodu kłopotów ze zdrowiem, nie pozwolono mu na wykonanie standardowego dla SS tatuażu z grupą krwi po wewnętrznej stronie lewego ramienia, około 20 cm nad łokciem) uchronił go od aresztowania.
Pomimo rozpoczętych w całej Europie, zakrojonych na dużą skalę poszukiwań, Mengele zdołał ukrywać się przez cztery lata, by następnie przy pomocy biskupa Aloisa Hudala wyjechać do Argentyny w 1949 roku. Podczas pobytu w Argentynie na jego trop wpadają izraelskie służby wywiadowcze i Mengele w 1959 roku wyjeżdża do Paragwaju, a rok później do Brazylii.
Nigdy nie stanął przed sądem chociaż za pomoc w jego schwytaniu wyznaczono nagrodę w wysokości 10 mln marek. Zmarł 7 lutego 1979 roku w Bertiodze w Brazylii.
Otmar von Verschuer musiał zapłacić 6000 marek grzywny za powiązania z partią nazistowską (od 1940 roku w NSDAP) poza tym nie spotkała go żadna kara. Zmarł w 1969 roku w Münster jako szanowany naukowiec.
Exterminatio (łac.) – zniszczyć…
Eksterminacja jest polityką zagłady dążącą w swej chorej koncepcji do wyniszczenia określonych grup ludności z powodu ich odmienności rasowej, religijnej lub narodowościowej oraz świadomą likwidację dorobku kulturowego wspomnianych grup.
Informację oraz wyniki badań prowadzonych na bliźniętach najprawdopodobniej zostały zabrane przez Josefa Mengele jesienią 1944 roku gdy opuszczał Polskę, a następnie z pewnością przez niego zniszczone.
Do dziś wiele z tych bliźniąt cierpi z powodu problemów immunologicznych, które mogą być wynikiem eksperymentów.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Najsympatyczniejszy nietoperz?

by on Paź.14, 2014, under Flora i Fauna

Rudawka okularowaRudawka okularowa (Pteropus conspicillatus) to koczowniczy gatunek nietoperza, żywiący się owocami roślin. Nazywane bywają kalongami lub lisami latającymi.
Wiele gatunków jest zagrożonych wyginięciem, ze względu na wysoki poziom polowań w celach konsumpcyjnych, bądź medycznych. Zwierzęta są także zabijane dla sportu.
Jego nazwa pochodzi od charakterystycznego koloru futerka wokół oczów, które wyglądem przypomina okulary. Odpoczywają w dużych stadach uwieszone na gałęziach, z głową skierowaną w dół.

Gatunek ten odgrywa ważną rolę w deszczowych lasach, ponieważ rozsiewa nasiona wielu gatunków drzew. W Australii nietoperze te są postrzegane przez wiele osób jako szkodniki sadów. Utrata siedlisk oraz opinia  szkodników spowodowała znaczny spadek populacji.
Gatunki zaliczane do tego rodzaju (Pteropus, rodzaj nietoperzy z rodziny rudawkowatych – Pteropodidae) są największymi nietoperzami na świecie. Rozpiętość ich skrzydeł sięga do 170 cm (Pteropus giganteus). Do rodzaju zalicza się kilkadziesiąt gatunków.
Rudawka okularowa występuje w strefie tropikalnej i subtropikalnej Australii, na Wyspach Halmahera, w Papui Nowej Gwinei oraz na sąsiednich wyspach i Oceanii.

Leave a Comment :, , , , , , , more...

Legendy z Sichowa…

by on Paź.10, 2014, under Legendy

O tym, jak biedny rybak został panem na Sichowie…

Nieopodal Sichowa żył niegdyś biedny rybak. Woda i las dostarczały mu jednak wszystkiego, czego potrzebował do życia, a syn jego był dla niego źródłem dumy i radości. Siły młodzieńca i jego dzielność w walce z dzikim zwierzem i złymi ludźmi sprawiały, że nie było nikogo, kto by chciał mu wejść w drogę. Sława ta dotarła do uszu samego pana w Sichowie, który nie miał syna. Wezwał młodzieńca i poprosił go, by stanął do walki z rycerzem Prusic, gdyż sam, z powodu starego wieku nie poradzi sobie w walce z przeciwnikiem, który wyrządził mu krzywdę. Syn rybaka zgodził się stanąć do boju z panem Prusic. Po długiej i zaciętej walce biedny młodzieniec zwyciężył i w nagrodę osiadł na starodawnym sichowskim zamku.

O głazach na Diablej Górze…

W dawnych czasach rządzili w tych stronach diabli, których władca Kusy miał swą siedzibę na Diablej Górze, pomiędzy Sichowem a Stanisławowem. Gdy wybudowano kościół, Kusy zawrzał strasznym gniewem i postanowił go za wszelką cenę zniszczyć. Zerwała się silna burza z piorunami, a niebo pociemniało. Kusy wprzęgnął do roboty całą swoją diabelską kompanię. Diabły rzucały z Diablej Góry kamienie i głazy na kościół w Słupie, ale nie miały dość mocy, gdyż żaden kamień nie doleciał do kościoła. Wszystkie padały na okoliczne doliny i wzgórza. Dlatego też cała okolica Słupa zasiana jest kamieniami. Kusy widząc bezowocność wysiłków, zapędził całą gromadę diabłów do podziemi Diablej Góry i przywalił wejście kamieniami. Odtąd okolicznym mieszkańcom diabły nie dokuczały, jednak wszyscy wolą omijać zwały kamieni na Diablej Górze, bo nigdy nie wiadomo, czy któremuś z diabłów nie przyjdzie ochota wyjrzeć.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , more...

Borowy Jar i Perła Zachodu

by on Paź.06, 2014, under Ciekawe miejsca

Perła Zachodu (2)Na północny-zachód od Jeleniej Góry, na terenie Parku Krajobrazowego Doliny Bobru prowadzi  piękny i dobrze utrzymany szlak spacerowy Borowym Jarem. To urzekające miejsce z wieloletnią tradycją, przepełnione romantyzmem, doskonale nadaje się na odpoczynek i zadumę o czym świadczy przepiękny krajobraz, który rozciąga się w swojej całej okazałości wzdłuż Doliny Bobru. Rzeka Bóbr stanowi ukierunkowaną niemal południkową oś hydrograficzną Parku o długości 38 km i na tym odcinku oddziela Pogórze Izerskie od Pogórza Kaczawskiego oraz Gór Kaczawskich. Dolina Bobru przebiega w bardzo urozmaicony sposób, tworząc w kilku rejonach fantastyczne przełomy rzeczne, odsłaniające różnorodne i różnowiekowe formacje skalne.
Czterokilometrowy przełom wyżłobiony jest w granito-gnejsowym podłożu Pogórza Izerskiego. Rzeka przebija się przez wzgórza Wysoczyny Rybnickiej i pozostawia na północnym wschodzie samotny masyw Gap (465 m n.p.m.). Kilkudziesięciometrowa różnica wzniesień między poziomem rzeki a szczytami wzgórz podkreśla przełomowy charakter doliny. Rwący nurt Bobru wnika tu na głębokość 80-100 m w bardzo odporne skały, pocięte licznymi żyłami aplitów i diabazów. Z tego przełomu wyrastają strome zbocza o filarach skalnych sięgających blisko 20 m. Skaliste, zalesione stoki głębokiej doliny nadają jej niepowtarzalny charakter.

Na wzniesieniu zwanym Wzgórzem Bolesława Krzywoustego (375 m n.p.m), usytuowane było grodzisko datowane na przełom XII-XIII wieku. Mogło ono zostać wzniesione dużo wcześniej, jak przypuszcza się po prowadzonych badaniach archeologicznych w 1958 roku, które wykazały istnienie w tym miejscu rozległego grodu. W XIII wieku istniał tu zamek warowny zniszczony podczas najazdu husytów w 1427 roku. Ostatecznej ruiny budowli dokonali Szwedzi w okresie wojny trzydziestoletniej.
W roku 1911 dla upamiętnienia 800-lecia niegdyś istniejącego tu grodu, na Wzgórzu Krzywoustego wybudowano  istniejącą do dziś wieżę widokową o wysokości 22 m przypominającą kształtem latarnię morską. Charakterystyczna kopuła sprawiła, że osadnicy ze wschodu zaczęli nazywać ją „Grzybkiem” i ta nazwa znana jest wszystkim jeleniogórzanom. Z wieży roztacza się ładna panorama. Wzgórze Krzywoustego to wzniesienie zalesione pięknymi bukami, zbudowane ze starych gnejsów i granitów, położone u zbiegu rzeki Bóbr i Kamiennej przy górnym wylocie Borowego Jaru. Geneza wzniesienia ściśle wiąże się z powstaniem Kotliny Jeleniogórskiej. Dzisiejsze jego ukształtowanie związane jest z meandrowym biegiem wód rzeki. Strome wschodnie i północne zbocza, mogły zostać ukształtowane w wyniku różnic odporności skał na wietrzenie, a następnie wypreparowanie ich przez stopniowo zagłębiające się w podłoże wody Bobru.

Spacerując lasem przez Borowy Jar podziwiamy przyrodę oraz zastanawiamy się nad potęgą wód rzeki Bóbr, która na przestrzeni milionów lat ukształtowała piękną dolinę. Obecnie miejsce to jest ulubionym celem spacerów i przejażdżek rowerowych mieszkańców Jeleniej Góry oraz okolic. W ostatnich latach, wobec stale poprawiającej się czystości rzeki, powraca popularność tego zakątka. Na lewym brzegu wznoszą się wzgórza Lipnik (494 m n.p.m.) i Siodło (468 m n.p.m.), na którym urządzono pod koniec XVIII wieku „Ogród Muz” na podobieństwo greckiego Helikonu nadając okolicznym skałkom stosowne nazwy mitologicznych bogów – szczyt Siodła to Urania a skalisty odcinek koło Perły Zachodu to Hades. Jeszcze ponad 100 lat temu stała tu „Świątynia Apollina”. Niedaleko mostu kolejowego, przy drodze nad rzeką znajduje się Cudowne Źródełko. Właściwości tej wody wykorzystywano jako środek wywołujący prawdomówność, dlatego chętnie korzystali z jej właściwości nieufni małżonkowie. Według podań woda z tego źródła ma moc wykrywania zdrady małżeńskiej. Nieco dalej znajduje się podobne źródło o nazwie Hipokrene i skały o nazwie Trafalgar oraz Gibraltar.Most nad Jeziorem ModrymBorowy Jar skrywa w swym „wnętrzu” również perłę. Nad stromym, urwistym brzegiem jeziora Modre, w miejscowości Siedlęcin na miejscu zbudowanej w 1927 roku gospody, w roku 1950 powstało przepiękne schronisko turystyczne, gościniec PTTK, zwane Perłą Zachodu. Poniżej schroniska przez rzekę Bóbr przerzucony jest mostek o niebanalnej architekturze, przez który dojść można do malowniczej grupy skalnej zwanej Wieżycą. Bloki skalne uznane są za pomnik przyrody a sama Wieżyca ma 7 m wysokości. Skałki są dobrym punktem widokowym na Borowy Jar. Wieżyca sąsiaduje od wschodu z cyplem skalnym, który zmusza rzekę Bóbr do zakrętu.
Za zakolem dochodzimy do przepięknego Jeziora Modre, sztucznego zbiornika wodnego utworzonego w latach 1924-1925 przed zaporą na Bobrze (o wysokości 14,5 m) spiętrzającej wody na długość 1 km. Powstała tu również mała elektrownia wodna – Bobrowice III. W 1873 roku w Borowym Jarze powstały dwie fabryki papieru zniszczone podczas II wojny światowej. W pobliżu elektrowni na sztucznie utworzonej wyspie do 1945 roku istniała osada przy papierni – miejsce to nazywano „Końcem Świata”. Nieco dalej od niej wspaniałym łukiem rozpina się ponad Bobrem most kolejowy. Zbudowano go w latach 1951-54 na miejscu poprzedniego, zniszczonego przez Niemców w maju 1945 roku. Po drugiej stronie jeziora, na brzegu widoczne są duże bloki granitu z głębokimi, regularnymi kociołkami, tzw. marmity. Głazy z marmitami zalegały pierwotnie na dnie rzeki, a na obecne miejsce przeniesiono je w 1925 roku gdy w związku z budową tamy miały być zalane przez jezioro. Warto też zobaczyć Wieżę Książęcą w Siedlęcinie będącą mieszkalnym obronnym dworem rycerskim z XII wieku – potężną 4-kondygnacyjną kamienną wieżę o rozmiarach 14×20 m i 19 m wysokości, w której zachowały się piękne XIV-wieczne polichromie ścienne – najstarsze w Polsce malowidła o tematyce świeckiej.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi

by on Paź.03, 2014, under Skarby

MedalionyCelem tego artykułu jest pokazanie śladów świadczących o kulturze materialnej mieszkańców Pomorza przed 1945 rokiem, na podstawie odnalezionych (przed 2000 rokiem) skrytek tzw. „depozytów” ukrytych przez nich (patrz mapa). Pozostawili po sobie materialny ślad w postaci majątku ruchomego, z którego to możemy dowiedzieć się jak żyli i co było dla nich ważne. Przedmioty, jakie ukryli przedstawiają cały dorobek ich życia.
Można wyodrębnić trzy kategorie pozostawiania depozytów:
1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie ucieczki
2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku.
3. Przedmioty pozostawione przez Niemców, którzy zostali, a potem na podstawie ustaleń w Poczdamie zostali wysiedleni (przypis).

Ad 1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki …
W czasie ucieczki ludność zabierała z sobą prawie cały swój dobytek, który w czasie wędrówki stawał się zbyt uciążliwy i niebezpieczny. Po drodze porzucano rzeczy duże i ciężkie, a gdy była możliwość to próbowano schować przedmioty cenne lub uznane za obciążające (dokumenty, odznaczenia itp.). Po przez odpowiednią lekturę i oczywiście mapy można dokładnie poznać trasę uciekinierów. Przytoczę cytat: „ Nazwy, których nikt już nie wymienia” – Marion Donhoff, wydawca: Borussia 2001 rok, str. 37. „Między Bytowem a Kościerzyną jest miejsce, skąd rozpościera się widok na prostą drogę – trzy kilometry w przód i w tył. Na tych sześciu kilometrach ani kwadratowego metra pustej drogi, same wozy, konie, ludzie i udręka…” (podkreślenie moje). Polecam też artykuł (miesięcznik Odkrywca nr 2 – luty 2010) – „Odnaleziony depozyt biwakujących uciekinierów” – szczegóły w artykule.

Ad 2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku …
Mając czas i możliwość przygotowania miejsca ukrycia cennych dla siebie rzeczy wielu mieszkańców ziem Pomorza (tam prowadziłem poszukiwania) wymyślała różne sposoby sporządzenia tzw. skrytek. Dokumenty, zdjęcia i czasami niewielkiej wartości kosztowności typu zegarki ręczne, pojedyncze obrączki lub pierścionki znajdowałem w domach schowane w piecach, na strychach, w piwnicach, w schowkach w ścianach. Kto i jak chował swój dobytek zależało od okoliczności np. czy i co miał do schowania, czas, jaki był do dyspozycji, położenia domu (na odludziu, w środku wsi), ukształtowania okolicy (znaki, punkty charakterystyczne), dostępne środki transportu. Tuż przed ewakuacją (mój poprzedni post – szczególnie archiwa mówiące o tym jak Niemcy wstrzymywali ewakuacje do ostatniej chwili) mieszkańcy nie mieli czasu na przygotowanie skrytek, była mroźna zima, dlatego też chowano w budynkach gospodarskich pod klepiskiem w chlewikach, drewutniach, szopach, stodołach a nawet w gnojownikach.

W tych miejscach znajdowane są: kanki, skrzynie z ziarnem, ubraniami, silnikami. Trafiają się tam także pługi, brony i inny drobny sprzęt rolniczy. Praktycznie obok każdego gospodarstwa były znajdowane skrytki.
Jak je sporządzano? Na to nie ma reguły. Najczęściej na skraju i w głębi lasu, na wzniesieniach, w wąwozach, obok starych dużych drzew, głazach narzutowych, na miedzach, skarpach i w najbliższej okolicy domu, w kącie ogrodu czy studni. Bywa, że skrytki były rozrzucone po całym sadzie, zakopane w bliskiej odległości od siebie 1-3 metrów. Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby mieszkańcy ukrywali swój dobytek w jednym miejscu (dole). Dzielono dobytek na części mając nadzieję, że nie wszystko odkryje ewentualny poszukiwacz. W pobliżu zabudowań często znajdowane są weki, które zachowały się w doskonałym stanie. Zostały odnalezione w 2001 roku. Przeleżały w ziemi 56 – 57 lat. Kompoty, mięso, słonina po tak długim leżakowaniu w ziemi nadal nadawały się do spożycia.

Ad 3. Dobra pozostawione przez tych, którzy uniknęli wojennej ewakuacji, ucieczki …
Pozostało ich niewielu. Mieszkańcy którzy zostali nie mieli już czasu na przygotowanie porządnej skrytki. Nowi „sąsiedzi” („Przesiedlenie ludności polskiej z Kresów Wschodnich do Polski 1944-1947. Wybór dokumentów”, Warszawa: Neriton, 2000) patrzyli im już na ręce. Chowali rzeczy o wartości sentymentalnej. Pozostały po nich przede wszystkim dokumenty i zdjęcia zakopane w słoikach czy w zawiniątkach z płótna lub skóry. Wynoszone były w nocy i zakopywane najczęściej w głębi lasu.
W czasie wojny i krótko po wojnie szabrownicy poszukiwali głównie kosztowności a resztę niszczyli. Niestety również wiele lat po wojnie część tzw. ”poszukiwaczy” nie szanowała znalezisk i wiele przedmiotów świadczących o kulturze materialnej ludności przedwojennej bezpowrotnie i bezmyślnie zniszczyła. Przyczyną nie zawsze był stan prawny niepozwalający na poszukiwania skarbów zakopanych w ziemi. Często była nieświadomość wagi takich znalezisk. Świadom wartości odnajdywanych przedmiotów (ja po dość długim czasie), często walcząc ze swoją zachłannością, oddawałem część lub całość znaleziska do muzeum. Jednak po doświadczeniach, nie tylko opisanych w prasie (ale i osobistych) gdzie oddający do muzeum przypadkowe znalezisko został potraktowany jak przestępca i miał ogromne problemy, robiłem to anonimowo, nie podając miejsca i czasu znaleziska, tym samym bezpowrotnie tracąc możliwość opisania nie tylko tego miejsca, w którym znaleziono depozyt, ale i wyciągnięcia wniosków dotyczących ludzi, którzy tam mieszkali. Także nie dając możliwości opisania depozytów, jako zjawisko w całości.KufleTrzeba też wiedzieć jak poszukiwania wyglądają w naszym kraju pod względem prawnym. Najlepiej oddaje to artykuł, który ukazał się w gazecie „Rzeczpospolita” w dziale kultura, link – http://www.rp.pl/artykul/212825,828584-Uczciwy-poszukiwacz-skarbu-nie-dostanie-nagrody.html który mówi o:
– skarb musi trafić do muzeum…
– nie wolno samowolnie wykopywać starych rzeczy…
– chcesz poszukiwać skarbów, postaraj się o zezwolenie…
– przepisy dla uczciwych znalazców…
– na znaleźne poczekasz nawet 2 lata…
– skarby powinny należeć do znalazców…

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)
przypis autora: dalsze szczegóły w moich wpisach-komentarzach

przypis GeoExplorer: artykuł powstał jako kontynuacja i odpowiedź na publikację „Skarby zakopane-nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył ? ” część 1 i 2Mapa depozytów

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

48. Sympozjum Speleologiczne /info/

by on Paź.02, 2014, under Galimatias

48.Sympozjum SpeleologiczneW dniach 16 – 19 października 2014 roku w Kletnie na Dolnym Śląsku (Kotlina Kłodzka) odbędzie się 48. Sympozjum Speleologiczne organizowane pod patronatem Sekcji Speleologicznej Polskiego Towarzystwa Przyrodników im. Mikołaja Kopernika.
W ramach sympozjum przewidziana jest sesja referatowa i posterowa, w trakcie których zostaną zaprezentowane najnowsze wyniki z zakresu badań krasu (geologiczne, paleontologiczne, archeologiczne) i eksploracji jaskiń. Odbędą się również trzy sesje terenowe omawiające zjawiska krasowe rejonu Jaskini Niedźwiedziej, Doliny Kleśnicy i Doliny Morawy. Zostanie również omówiona kopalnia uranu w Kletnie oraz jaskinie Na Spicaku, Kontaktowa, Na Rogóżce, Radochowska i Niedźwiedzia. Podczas sesji terenowej do Jaskini Niedźwiedziej część z uczestników sympozjum  będzie miała okazję odwiedzić tzw. „Stare nowe dolne” partie jaskini oraz „Salę Mastodonta”, którą w maju 2012 odkryła grupa naukowców (speleologów i grotołazów) Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Wrocławskiego.
Więcej informacji dotyczących sympozjum:
http://www.ing.uj.edu.pl/speleo

Leave a Comment :, , , , , , , , more...

Sztolnia w Jagniątkowie

by on Wrz.26, 2014, under Pod ziemią

Obwały stropu i infiltracja wodyPołożenie i historia
Sztolnia znajduje się w Jagniątkowie przy ul. Saneczkowej (wlot tuż przy asfaltowej drodze po jej prawej stronie), w dolinie potoku Brocz, na wschodnim zboczu góry Sośnik 650 m n.p.m.
Powstała ona w trakcie prowadzonych prac poszukiwawczych za złożami uranu po II wojnie światowej. W 1954 roku, w rejonie poszukiwawczym OP-7 „Jagniątków” stwierdzono silną anomalię radiometryczną, w związku z czym rozpoczęto drążenie sztolni badawczej. Po roku prac nie dających oczekiwanych rezultatów prace górnicze przerwano a wlot sztolni zawalono poprzez odstrzelenie.

Opis sztolni
W połowie lat 90-tych XX wieku grupa eksploratorów odkopała wlot sztolni i obecnie do jej wnętrz prowadzi niewielki otwór o średnicy około 50 cm.
Pierwszy, około 40-metrowy odcinek sztolni zalany jej wodą do głębokości około 50 cm w wyniku braku grawitacyjnego odpływu wody. Podobna sytuacja występuje pomiędzy drugim bocznym chodnikiem a skrzyżowaniem chodników. Związane jest to ze znacznych rozmiarów obwałem tamującym odpływ wody – w tym miejscu, w strefie dyslokacji, ze stropu okresowo występuje intensywna infiltracja górotworu przez wodę, przybierająca czasami formę „podziemnego deszczu”.
Łączna długość chodników wynosi około 310 m (główne wyrobisko sztolni o długości 260 m i dwa 25 metrowe chodniki). Początkowy 200 metrowy odcinek biegnie prosto w kierunku północno-zachodnim, kolejne 60 m chodnika odbija pod niewielkim kątem w prawo. Na około 220 metrze wyrobiska odbijają prostopadle dwa, 25 metrowe chodniki boczne. Wcześniej, na około 165 i 205 metrze głównego wyrobiska, odbijają w lewo dwa niewielkie, zakończone przodkiem chodniki.
Wyrobisko posiada wymiary: szerokość 2,0 – 2,2 m, wysokość 1,8 – 2,2 m, a w strefach dyslokacji przekrój jest nieregularny, smukły i wysokość miejscami osiąga 6 m. Na spągu widoczne są ślady po torowisku kolejki i pozostałe gdzieniegdzie resztki drewnianych podkładów pod nią.

Promieniowanie
Poziom promieniowania:
– około 1 uSv/h w części przyotworowej,
– około 2,5 uSv/h w rejonie skrzyżowania chodników
– promieniowanie jonizujące, radon w powietrzu

Geologia
Sztolnia była drążona w granicie karkonoskim (średnio- i gruboziarnistym) poprzecinanym żyłami porfiru i aplitem. Ociosy w większości zbudowane są z porfirowatego granitu z widoczną mineralizacją w postaci skaleni (różowe i białe), kwarcu i biotytu (głównie na końcu zachodniego chodnika gdzie tworzą szeroki fałd). Około 120 m od wejścia występuje aplit i pegmatyt z kryształami kwarcu dymnego i morionu.
W sztolni można zaobserwować wiele interesujących zjawisk geologicznych, w tym m.in. kontakt dwóch podstawowych odmian granitu karkonoskiego, wewnętrzną budowę stref dyslokacyjnych oraz mineralizację (kwarcową i rudną).
Stan wyrobisk pod względem górniczym jest zmienny – dobry w miejscach drążenia sztolni w granicie, zły w strefach dyslokacji tektonicznych, o czym świadczą bloki skalne odspojone od stropu zalegające na spągu.

Sztolnia jest miejscem zimowania nietoperzy, w związku z czym obiekt ten podlega ochronie jako siedlisko zwierząt chronionych.Mieszkańcy sztolni - Nocki duże

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , more...

Dworek Marii Konopnickiej w Gusinie

by on Wrz.19, 2014, under Historia

SONY DSCGusin to niewielka wieś położona w powiecie łęczyckim, w gminie Świnice Warckie w województwie łódzkim. Spokojna, typowo rolnicza, zlokalizowana w znacznym oddaleniu od wielkomiejskich aglomeracji (do najbliższego miasta jest ponad 20 km), dróg i węzłów komunikacyjnych, nie posiadająca żadnych zabytków. Jedyną jej atrakcją, prócz sielankowego spokoju i uroków przyrody, jest związany z historią tych terenów, popadający w coraz większą ruinę, niewielki dworek stojący na uboczu wsi wśród krzaków i lasu, będący niegdyś miejscem zamieszkania rodziny Konopnickich.

Wzmianka z 1463 roku: „Tomasz z Gusina oprawił swojej żonie Katarzynie 100 grzywien posagu i wiana na połowie swych dóbr i na całym domu nowym, oraz fortalicji w Gusinie i Zaborowie

Maria Konopnicka (zd. Wasiłowska) urodziła się 23 maja 1842 roku w Suwałkach. W wieku 7 lat przenosi się wraz z rodzicami do Kalisza. We wrześniu 1862 roku, w wieku 20 lat, poślubia Jarosława Konopnickiego herbu Jastrzębiec, starszego od niej o 12 lat. Po ślubie wraz z mężem przeprowadza się i 10 września 1862 roku zamieszkuje w jego rodzinnym majątku w Bronowie koło Uniejowa (dwór zburzono w 1902 roku). Rodzina męża Marii Konopnickiej cieszyła się w okolicy popularnością. Konopniccy mieli opinię szczerych demokratów i nie robili różnicy między biedakami a gospodarzami. Jako chrzestni stawali w pary z chłopkami, byli świadkami ślubów i zgonów. Sam Jarosław lubił się procesować aż do namiętności, sprawował też tzw. opieki nad dziećmi pozbawionymi ojców, którzy polegli lub których uwięziono za udział w powstaniu. Przez taką „szczodrość” majątek się kurczył, zwłaszcza, że trzeba było wyposażyć siostry wychodzące za mąż oraz dać bratu Eugeniuszowi gospodarkę w folwarku Zalesie. Na majątku ciążyły też dziesięciny dla kościołów (także i w Poddębicach z majątku Spędoszyn), były również zapisy na wieczystą dzierżawę. Najwięcej było jednak długów. Najpierw Wawrzyńca z lat 1845-1855, potem pożyczki Jarosława, dalej braci, gdy doszli do pełnoletności. Wiele pieniędzy pochłaniały zabawy, kuligi, wyjazdy, polowania. Ów beztroski, hulaszczy tryb życia, niefrasobliwość i lekkomyślność kolejnych właścicieli Bronowa wpływały stopniowo na coraz gorszą sytuację materialną majątku. Do tego doszły represje popowstaniowe, reforma uwłaszczeniowa, waśnie w rodzinie, a także nieporadne rządy Jarosława. W związku z hulaszczym trybem życia majątek zostaje zadłużony i w 1868 roku sprzedany (akt sprzedaży sporządzono dopiero w 1873 roku) Arturowi Dzierzbickiemu, który tanio kupił piękny majątek w chwili, gdy wszyscy mieli go dość, ciążących na nim długów, ciągłych zajęć przez wierzycieli i komornika. W księgach wieczystych Bronowa istnieje zapis o jego wcześniejszej sprzedaży, gdy na mocy decyzji z dnia 4 lipca 1868 roku dobra Bronowa z przyległościami zajęte zostały na przymusową sprzedaż w dniu 10-22 maja 1869 roku. Majątek sprzedano za niską cenę 51.975 rubli (Wawrzyniec, ojciec Jarosława, prawem własności nabył dobra za sumę 161.333 złotych polskich). Maria Konopnicka w liście do A. Wodzińskiego pisze, że na majątku „były prawne długi – mimo że Towarzystwa Kredytowego nie było, a tylko żydowskie długi, ciągłe subhasty, zajęcia itp”.

Po upadku majątku rodzina Jarosława i Marii Konopnickich wraz z dziećmi przeprowadza się do zaproponowanego w dzierżawę, oddalonego o 15 km od Bronowa, 40-hektarowego dworku/majątku w Gusinie, który stanowił część dóbr donacyjnych Ambrożew hr. Sołłohuba. Dwór powstał w 1 poł. XIX w. Konopniccy w gusińskim dworku zamieszkują w latach 1872-1877. Konopnicka obciążona obowiązkami żony i matki sześciorga dzieci w obcym, często niechętnym jej środowisku, potrafiła rozwinąć swe zdolności. Tu postawiła przed sobą wysoki cel, aby przez twórczość literacką wypowiedzieć przeżycia ludzi mieszkających na wsi, tych najbardziej biednych i pokrzywdzonych. Mówić nie tylko o nich, ale także w ich imieniu. Poetka w swoich utworach szczegółowo opisywała zdarzenia, wygląd postaci, rozmowy, ale i także nastrój towarzyszący przeżytym tu chwilom. W opisach pozostawiła autentyczne nazwy miejscowości oraz prawdziwe, istniejące do dziś w tych okolicach nazwiska. Poznanie wsi z bliska oraz uczestniczenie w wielu codziennych sprawach życia chłopskiego stało się sprawą najsilniej związaną z okresem gusińskim. Tu z ręki Marii Konopnickiej powstają liczne utwory publikowane w czasopismach „Bluszcz”, „Kłosy”, „Tygodnik Ilustrowany”, m.in. poemat „W górach” przychylnie zrecenzowany przez Henryka Sienkiewicza oraz zbiór wierszy pt: „Z łąk i pól”. W 1876 roku Konopnicka podejmuje decyzję o rozstaniu z mężem i jesienią 1877 roku opuszcza dworek w Gusinie przeprowadzając się wraz z dziećmi do Warszawy. Inspirowana wydarzeniami w życiu rodzinnym i podjętą decyzją pisze tu ostatni wiersz „Przed odlotem”:

„Z jaskółką czarną rzucam gniazdo moje, Wioskę zieloną, Przede mną lecą jakieś niepokoje, Chmurką spłoszoną, Słońce mi drogę daje złotą smugę, Gdzie ścieżka płowa, A łąką za mną śle błękitną smugę, Szepcąc: Bądź zdrowa!”

Kolejną właścicielką majątku w Gusinie była hrabina Ledóchowska do czasów powojennych, a następnie kilku prywatnych właścicieli. Z folwarku w chwili obecnej pozostała zaledwie dwuhektarowa resztówka wraz z ruiną dworku. Do pozostałości majątku nie prowadzą żadne oznakowane drogi. Przed wjazdem znajduje się obelisk pamiątkowy poświęcony pobytowi Marii Konopnickiej ustawiony w 2007 roku. W Gusinie, gdzie przetrwały wspomnienia i tradycje związane z poetką, dom w którym mieszkała, nie ma żadnych po niej pamiątek. Lokalni miłośnicy historii regionu podejmują starania o rekultywację terenu folwarku, odremontowanie dworu i rozpropagowanie wiedzy o nim.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , more...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...