GeoExplorer

Tag: GEP GE

Eksploracje Komisji Poszukiwania Lochów (1)

by on Lip.01, 2018, under Pod ziemią

Co odkryła w podziemiach Warszawy działająca w drugiej połowie XIX wieku pierwsza grupa eksploracyjna zatwierdzona pod nazwą Komisji Poszukiwania Lochów i jak przebiegały jej 8-miesięczne prace? Jakie były efekty?
Miała być konspiracja, zamach, skarby, a po… laury i tantiemy.
Były trumny, kości, a po…?
Zaczynamy…
Ubiór był niczego sobie – ciemny kaftan z szerokim skórzanym pasem, okrągła barankowa czapka i wysokie palone buty. Do tego wysokie apanaże – stała pensja 1500 rubli srebrem, rządowe pięciopokojowe mieszkanie w gmachu X Cyrkułu na Nowym Świecie i własne miejsce w teatrze. Te nieliche atrybuty łączyły się ze stanowiskiem urzędowego poszukiwacza lochów.

Człowiek, który przez pewien czas piastował tę funkcję był stosunkowo młody, bo liczył sobie zaledwie 25 lat. Jego życiorys świadczył o nie lada sprycie i umiejętności wykorzystywania nadarzających się okazji.
Kriestowski, tak się nazywał ten poszukiwacz lochów, urodził się w ziemiańskiej rodzinie w guberni kijowskiej. Podczas studiów na uniwersytecie w Petersburgu zorientował się, że różne bulwarowe romanse robią oszałamiającą karierę.
Należały do nich między innymi „Tajemnice Paryża”, których akcja rozgrywa się w tajemniczych korytarzach i zamaskowanych przejściach. Kriestowski umyślił sobie, że skoro Paryż może mieć swoje tajemnice, to czemu nie mógłby ich mieć i Petersburg (?!).Szybko napisał sensacyjną powieść „Jaskinie Petersburga”, dzięki której zaczął być uznawany nie tylko za pisarza ale także za fachowca od „spraw podziemnych”.
Równolegle w Królestwie dopalało się powstanie styczniowe. Wraz ze zniszczeniem ostatnich oddziałów zaczęto zastanawiać się nad innymi aspektami tego zagadnienia, w tym między innymi nad tym, jakim sposobem przez tak długi czas mogły ukrywać się w Warszawie placówki konspiracyjnej władzy. I tu znalazły się osoby które twierdziły, że do tego celu były wykorzystywane zapomniane lochy i piwnice pod dawną zabudową miejską.

W tym samym czasie musiano zasugerować namiestnikowi Bergowi, że niedobitki konspiratorów mogą wykorzystać nieznane przejścia podziemne i podłożyć machinę piekielną pod jego ówczesną siedzibą Zamkiem Królewskim. Czy wiązało się to ze zwykłą nadgorliwością, czy chęcią przypodobania się, czy też realnym zagrożeniem, tego dzisiaj nie wiadomo. W konsekwencji tego Berg zgodził się z tymi sugestiami i nakazał zwołać specjalną komisję. Oczywiście znaleziono bez problemu fundusze i ta operetkowa instytucja zaczęła funkcjonować. Głównodowodzącym ustanowiono ówczesnego oberpolicmajstra warszawskiego Frederiksa, który dobierając ekipę przypomniał sobie o petersburskim „fachowcu”.
Niezwłocznie Kriestowskiego ściągnięto do Warszawy i zaproponowano mu wynagrodzenie, jak na owe czasy i na taką funkcję zaskakująco wysokie. Prerogatywy również miał godne pozazdroszczenia.Kriestowski mógł wchodzić do każdego budynku w mieście, rozbijać wszystkie ściany jakie mu się podobało, kopać w piwnicach i na podwórzach, gdzie tylko zechciał. On sam nie zajmował się osobiście tymi czynnościami ponieważ szef całej komisji Frederiks przydzielił mu kilku krzepkich podwładnych – „sprytnych żołnierzy ze straży ogniowej”. Szkoda, że obecnie nikt nie wpadł na pomysł powołania komisji poszukującej starych lochów, gdyż eksploratorzy-poszukiwacze zgodziliby się robić wszelkie badania bez zapłaty i innych tantiemów, byleby tylko mogli przeszukać każde miejsce.
Komisja Poszukiwania Lochów rozpoczęła działalność 13 września 1865 roku a zakończyła ją 13 maja 1866 roku, czyli równo po ośmiu miesiącach. Wnioski i spostrzeżenia poczynione podczas tych penetracji zostały spisane na 29 stronach do których wykonano 10 planów. Wszystko to, cała dokumentacja niestety spłonęła podczas II wojny światowej w Archiwum Głównym Akt Dawnych.

Odpisy tych dokumentów są dzisiaj praktycznie niedostępne, a jedyne informacje na których można się oprzeć zawarte są w artykułach „Dziennika Warszawskiego” i w materiałach zebranych przez rosyjskiego historyka Mikołaja Berga, który opracowywał cały przebieg powstania styczniowego na zlecenie namiestnika Teodora Berga.
Mikołaj Berg z dużym pobłażaniem patrzył na poczynania Kriestowskiego i wyrażał się o nich bardzo krytycznie. Zresztą większość rozsądnie myślących ludzi sceptycznie zapatrywała się na różne działania młodego pseudoznawcę podziemi, który w końcu podpadł pani namiestnikowej z racji, że:

„Zboczył do prawdziwych podziemi klasztornych i zaczął rozbijać groby i otwierać trumny spoczywających tam snem wiecznym dawnych dygnitarzy, arcypasterzy i magnatów! W jednej trumnie znaleziono czaszkę przebitą gwoździem! Zakonnicy udali się do swej orędowniczki, hrabiny Berg. Ta opowiedziała mężowi o wyprawianych skandalach i profanacji grobów (…)”.Skarga hrabiny do męża była tą kroplą, która przepełniła czarę. Teodor Berg niezwłocznie rozwiązał Komisję, a Kriestowski musiał opuścić Warszawę, wrócić do Petersburga i tam uzupełnić swoje spostrzeżenia poczynione podczas penetracji w Warszawie. Według innych źródeł odbyło się to wszystko w inny sposób, niemniej jednak sam cytat stanowi perełkę literacką w historii eksploracji i poszukiwania lochów.
Jak zatem wyglądały działania Komisji?
Pierwsze prace eksploracyjne Komisji objęły podziemia staromiejskich kamieniczek. Pamiętać należy, że wszystko to działo się ponad półtora wieku temu, a wówczas budynki były nadzwyczaj zaniedbane, nie remontowane od dziesiątków lat, ich pomieszczenia bywały zasypane gruzem i różnymi odpadkami, zamurowane z powodu licznych pożarów i katastrof budowlanych gdyż nie wszystko opłacało się odbudowywać.

Piwnice wyglądały jeszcze gorzej, zejścia do nich i ściany nie były w takim stanie jak dzisiaj – wszystko tchnęło stęchlizną, wilgocią i tajemniczością, co powodowało, że bano się w nie zapuszczać. Nawet gdyby było inaczej, nie było po co się w nie zapuszczać i stąd też brały się różne legendy o wielopoziomowych lochach i przepastnych korytarzach.
Funkcyjnego szefa komisji (w odróżnieniu od nominalnego), nie lada cwaniaka, musiało mocno suszyć w gardle, bo jako pierwszy obiekt dla swojej ekipy wybrał kamienicę fukierowską. Oczywistym jest, że nie znaleźli tam nic nadzwyczajnego oprócz wspaniałej kolekcji, pokrytych pleśnią setek butelek starych win. Ile z nich zniknęło w kieszeniach członków szacownej Komisji nie wiadomo, z pewnością jednak właściciele nie protestowali, bowiem Komisja była „wysoka i urzędowa”, a szef miał specjalny mundur, co w ówczesnej carskiej hierarchii urzędniczej znaczyło wiele.Nadzwyczaj długo Komisja musiała zachwycać się podziemiami, bo zdążono stwierdzić, że są ogromne, dwupiętrowe i tylko wtedy można by mieć pojęcie o rozległości i konfiguracji piwnic, gdyby wykonano ich plan.
Najwyraźniej Kriestowski jakoś do tego się nie kwapił ponieważ nie wykonano z powyższej penetracji żadnego rysunku.
Kolejnym obiektem był dom przy ulicy Nowomiejskiej zwany „gdańską piwnicą”. Wokół niego z racji jego dawnych form architektonicznych narosła legenda, że z jego piwnic prowadzi podziemny tunel na Zamek Królewski. Wynik oględzin był adekwatny do piwnic fukierowskich. Nikt się tym nie zraził, nikt nie spieszył, a Kriestowski któremu płynęła stała wysoka pensja korzystał i pewnie gdyby mógł to poszukiwałby tych lochów przez kilkanaście lat.

Kolejnymi obiektami które Komisja wzięła na swój celownik były co starsze kościoły i klasztory – u Kapucynów na ulicy Miodowej, u Paulinów na Podwalu, u Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu, na Freta, na Senatorskiej i… prócz stosów trumien oraz kości zmarłych nie odkryła nic szczególnego, stwierdzając jedynie, że podziemia te nie przechodzą poza obręb murów. Ponadto uznano, że szczątki ludzkie znajdują się w okropnym i karygodnym pomieszaniu, a jeden z członków Komisji, Nowicki, pełniący funkcję jej referenta, zapisał szereg pseudonaukowych uwag typu:

„Podziemia warszawskie, zwłaszcza w gmachu byłego klasztoru oo. Karmelitów, zawierają mnóstwo, w większości doskonale zachowanych, czaszek ludzkich, bogatą kopalnię kraniologiczną, na którą zwracamy uwagę specjalistów”.

W kościele znajdującym się tuż przy Katedrze „ekspert” Nowicki poczynił kolejne wspaniałe spostrzeżenia:

„Można było rozróżnić trzy rodzaje kształtów: czaszki długogłowe, z grubem, wydatnem ciemieniem (musiały to być czaszki rasy teutońskiej. Jezuitów-Niemców, pierwszych założycieli tego zakonu w Warszawie), następnie czaszki o czole lekko zaokrąglonem i szerokim ciemieniu, nadającym im kształt trapezu (ten typ, z powodu zbyt wielkiej liczby trupich głów, prawdopodobnie należy do rasy czysto polskiej); trzeci typ czaszek wyrażał różnorodną mieszaninę dwóch poprzednich i jest wynikiem zmieszania się dwóch różnych ras”.Wszystkie te stwierdzenia spowodowały, że do Komisji zaczęto odnosić się z coraz większym dystansem ponieważ zadufanie i gaskonada oraz reklamiarstwo i rozwydrzenie dyletantów przekroczyło dopuszczalne granice.
Do podziemi kościoła obok katedry można było dostać się przez trzy wejścia, o których poinformowała „miejscowa zwierzchność kościelna”. Dalsza kontynuacja opisu penetracji podziemi poczyniona przez referenta Nowickiego brzmi:

„Po wąziutkich schodach, idąc jeden za drugim, spuściliśmy się w zupełnie ciemne podziemie, do którego od pół bodaj wieku nie dostał się ani jeden promyk światła i oddech świeżego powietrza. Schodki kończyły się na jakiejś małej, szczupłej przestrzeni, pełnej gruzu. Słaby blask latarni oświecił po naszej prawej ręce jakąś pustą piwnicę; było to dość wysokie, czworokątne, sklepione podziemie, na którego posadzce ceglanej leżał obficie gruz i tynk, od sklepienia odpadły; ściany były zupełnie nagie, tylko na jednej znajdował się rodzaj zagłębionej niszy.

Drzemała tu wielka cisza; powietrze było chłodne, duszne i przesycone wilgocią.
Spróbowaliśmy uderzyć w posadzkę, dosłuchując się głuchego odgłosu pustej pod nią przestrzeni, zbadaliśmy ściany, w których nie dostrzegliśmy nigdzie arkad zamurowanych, które by zdradzały istniejące niegdyś przejścia, ani też żadnych otworów. Tuż przy kończących się schodkach, któremi weszliśmy. latarnia oświetliła mały otwór, z którego patrzała na nas ponura ciemność i wiała nieprzyjemna woń odwiecznej zgnilizny. Nie ma rady, trzeba się przekonać, co to jest.Ktoś z towarzyszących nam ludzi odważył się wleźć tam pierwszy i zaraz doszedł nas głos, stłumiony, jakby wydostawał się z grobu: „sklep z trumnami”.
Stojący nad otworem nie odpowiedzieli ani słowa; wiadomość była niezachęcająca, a jednak pójść tam trzeba, bo na to jest się członkiem komisji podziemnej.
Jak tylko do mrocznego, wilgotnego sklepu dostało się nieco światła i powietrza, natychmiast, wśród głębokiej, panującej tu dotychczas ciszy, rozległy się jakieś jęki straszne, coś podobnego do przeraźliwego pisku i skomlenia.

Słuchaliśmy tego stojąc na dużej, usuwającej się pod nogami kupie gruzów: pisk rozlega się po wszystkich kątach podziemia, na oświetlanych żebrach sklepienia migocą jakieś małe, ruchliwe, czarne cienie.
To nietoperze zbudzone ze snu letargicznego; opisują one w locie długie, zygzakowate koła, przyczepiają się na chwilę do szarych cegieł, to znów puszczają się i rozpoczynają swój lot w różnych kierunkach, podnosząc się w górę lub spadając w dół. Czujemy na twarzach powiew wywołany przez ich skrzydła; wrażenie jest w ogóle wysoce nieprzyjemne, przykre i zabobonną budzące trwogę.

W jednym z kątów piwnicy leżał czarny stos desek, pomieszany z jakimiś nieokreślonymi, niezdecydowanymi szczątkami, które jeden z nas postanowił bliżej zbadać.
Krzepiąc się na duchu i zbawiając dla dodania sobie odwagi rozmową z otaczającymi, którzy jakoś niedowierzająco patrzyli na śmiałka, rozgarnął czarną kupę. Wśród przegniłych desek leżały pogrążone w pyle trumiennym kości ludzkie, śliskie od wilgoci kawałki materyi jedwabnej, jakaś tkanina delikatna, prawdopodobnie resztki płaszcza, krzyże na pół zbutwiałe, szczątki butów i trzewików, blacha przez rdzę zjedzona itp. (…)Podziemie to, zawierające tyle interesujących materyałów antropologicznych, kończyło się małemi drzwiami, prowadzącymi do izby, którą z powodu osobliwości budowy wzięto pierwotnie za ciemnicę, w której, w dawnych czasach, zamurowywano grzeszników niepoprawnych.
W rzeczy samej izdebka tak była mała, że w niej nie zmieściłaby się nawet trumna dorosłego człowieka. Prócz tego znaleźliśmy tu olbrzymie, żelazne haki. Całę to urządzenie mimo woli naprowadzało na myśl, że było to miejsce wiecznego zapomnienia.

Zresztą fantazya nie potrzebowała zyt długo pracować na tle poetycznego tematu, gdyż w samej izbie nie znaleziono żadnych śladów człowieka. Mimo to, kto raz zobaczył to miejsce i jego ciemnotę, mówiącą o nieskończonych cierpieniach i strasznej śmierci ofiar tu zamkniętych, a przytem jeżeli u obserwatora trzeszczały pod nogami kości, a do butów sypał się pył ciał ludzkich, ten po wyjściu z podziemia mógł odmalować wstrząsający obraz człowieka żywcem pochowanego. Dla amatorów silnych wrażeń, naturalnych lub sztucznych, pobyt w takim miejscu jest prawdziwym skarbem”.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , więcej...

Legenda jak baba diabła wyonacyła …

by on Cze.15, 2018, under Legendy

Ześli sie roz kumotrowie w jedyn zimowy wiecór do Jędrzeja Bystrzańskiego, do którego sie nazywało do Mrozków, bo jego baba była od Mrózków z Ludzimierza. A jego samego tyz nazywano Hartazel, bo rod furmanił. Zesły sie chłopy starawe – sytka wroz parobcyli i radzi sie widzieli.
Był tam Cios Michał, Stasel Wojtek, Kiecek zwany Piecek, Pokuscarz i paru innych. Z óśmi chłopa. To byli bursianie dawni i siła wroz nadokazowali we świecie. Pili gorzołke i piwo, które Bystrzański we własnym browarze warzył i ukwalowali rozmaicie, o tym i owym. Wtem dźwierza sie uchyliły i u progu ukazał sie stary Jasiek Cios, zwany Turniowiec, jak ten ptak, co się w halach turni dzierży, albo Jasicek, bo go tak ośmdziesiąt roków tymu matka nazywała, downy zbójnik, wykrynt i obyrtac, strzelec sławny i muzyka, ale se ino na gęsiołkach grywoł, które w zawiązanym rynkowie cuchy nosił.

Niek bedzie pokfalony Jezus Chrystus – rzekł, wsuwając do izby białą głowę i postać trochę schyloną od wieku.
Niegze bedzie. Na wieki wieków. Jamen. Witojcie, krzesny ojce! Podali sobie ręce.
Bóg zapłać!
Siednijciez, krzesny ojce!
– Zeć ta pomału.
– Je coz tys ta na was słyhno, krzesny ojce? Zdrowiście?
– Je nic tys ta takiego. Jesce ta jesce. A wy ta jak lepij?
– Jeć sie ta trzimiemy po końdku, dzieńka Bogu.
– Dziecyska tys ta jako?
– E ta i ony nic nijako.
– Fałaz Bogu. Zima!
– Hej wiera! Zima!

Podsunął Bystrzański pucharek Jasickowi, pozdrówkali do sie.
– E, zima! Ryncyska mi haw cysto pjyknie zglewiały. Sełek se drógom, krześnicku, patrzem, na sybak sie jarzy, wstąpiem, meślem se, je dy ta wtosi jest, kie śwycom!
– E dobrzeście tys, krzesny ojce, namyślili. Wse was rod witom!
– Ale co ta baba powie, krzesny ojce? Nieskoro w doma bedziecie!
– Je ta teroz dziewki na sopie nie śpiom, bo zimno.
– Ha, ha, ha!
– Kiela cas jeście haw na nas nie zajźreli.
– E ta ono wiecie, krześnicku, tak: rzekomo nika nic, a ono wse cosi kajsi.
– Je hłop i hłop. Rób i rób.
– Bajto! Lezał nie bees, jaz na ostatniej pościeli.
– Hej wiera! Dobrze padocie, kumotrze – na ostatniej.

– Aleście tys to, Jędrzeju, pieknego bucka na łogiyń ścieni!
– O beł piekny! Z naskiego haw, z lasa za wantulami. Ale telo twardy beł, kie my go ścinali, co się widziało, ze go diabli broniom!
– Jeć ta cłek nie wie: co ka? Cłekeś i cłek. U Staska Walinej w Podcerwonym beła tako staro, dudławo wierba, to w niej diasek cosi ze trzidzieści roków siadał. Coby sie buków dzierzał, nie słyhowałek, jednako i to moze być – rzekł Jasicek.
A moze ta jakie dutki pod nim beły? – ozwał sie Michał Cios. Nie sukaliście?
E, nie beło hań nic. Jacy skole, bo to we wierna ale tak wara gadom, przy samej ziemi widziało sie, ze sie go cieślica nie hyci. Bielskiego Symek by wam pedział, bo on hań se mnom beł.

Je ta pojedno drzewo takie kwarde urośnie. Ale wto wie? Trza beło sukać.
– E, hań nic znać nie beło.
– Ba, wto wie, na cym to takie drzewo rośnie?
– He, abo diasek zacarowoł tak jino na despet – ozwał się Jasicek. – On ta rad próguje, wto mocniejsy – hłop cy on?
– He, he, he – rozśmiał sie Pokuscarz z zadowoleniem i wszyscy spojrzeli po sobie i mrugnęli do siebie.
Ze jakoz on to próguje, krzesny ojce?
– Jedź ta rozmaicie. Tak i tak. Ale hłop, jak nie bzdura, to je wse wytrzymalsy.
– Wytrzymalsy je?
– Je kie wiycie co, krzesny ojce, to opowiyciez, opowiycie!
– He, he, he – śmiał sie naprzód Pokuscarz.

Jedziek ta kiejsi slisał o tem jedne historyjom od Pietrzakowego Kuby z Ostrysa, be temu z pięćdziesiąt rók, kie my wraz na Luptowie beli, a jemu to zaś opowiadał stary Józusiów Józuś, co mu jus wte moze sto lot rabowali, a jesce bacował pod Osobitom.
– Opowiyciez, krzesny ojce, opowiyciez!
– Hano, beło tak. Straśnie hłopa zycie dokucyło, umyślił sie objesić. Wzion powrózek, idzie hore dolinom, bo ta kajsi nie prec gór bywał, i co sie nie robi, zastompił mu diasek. Stretneli sie na perci. Hłop sie go ta juz nie przelonk, bo co sie taki bedzie bał, co sie objesić idzie, dej ta wie, ze poń janiołowie z kobiałkom nie przylecom, ba diasi z widłami, pado mu:
– Dobre połednie! – bo to prawie połednie beło. Nie bars skoro wej wyseł.

A dobre połednie – odpowiado mu diaboł. – Kaz idzies?
Objesić sie.
– Zje bez cos tak?
– He – pado mu tyn hłop – kiebyś ty mojom skóre oblók, tobyś sie ty, rzeke, nie jacy raz, ale trzi razy objesił.
– Je skróś cegoz tak? – pyta sie go diasek.
E, jino spróguj – pado mu hłop.
Hu, hu, hu – ośmiał sie diasek. – Jo by twojemu zyciu nie poradzieł?!
E dy jino spróguj! Bees widział. Nie wytrzimies, hoćjeś zły duk.
– Stawmy sie! – pado diabeł – jo nie od tego. O co stawka?
Je – pado diaboł – od tobie nic. Tak i tak byś beł mój. A jak nie wytrzimiem, to ci ukozem skarb w tej tu dolinie i nie bees sie potrzebował wiesać, bo wiymy, ze cie ta nie co ine cubrzy, jacy bieda. Taki wej zakład diaboł robieł, telo pewny beł.

Dobrze – gwarzi hłop.
Rynka?
– Rynka!
– No, co mam konać? – pyta diasek, gotowy.
E tak: Pudzies do mojego domu, ku mojej babie, za mnie.
– Za tobie? E to mnie późno, cok nie ty, ba grzych.
– Nic to. Uzdaj sie na mnie, dyjeś przecie diaboł, a odzienie ci ze sobie dam. Ono ta ciepło – prawie wiesna beła – ciupage i krzesiwo mam, watre se beem kłod – to ta w gaciak i w kosuli wylezem.
Wte, moji ludkowie, hłopy nie takie beły, jak dziś. Mróz beł, jaze wody lodami sły, to se taki rano w gaciak i w kosuli wyseł wyzierać, cy ta nie pocieple we świecie? A stał se i dziesieńć pacierzy poprzed hałupom abo i więcyj. Nie umarz. Drzewiej, moji ślicni piykni, hłopy bywały zdrowe. Portki go ta nie grzały, ba krew. Prawda, barana taki zjod, ale tys ta jak baran taki ciepły beł.

Diaboł sie mu usprzipatrzował, tu i tu, ze syćkik stron, wpatrzował sie do hłopa długo nie krótko i pado: – moze i to być.
Pote zaś poseł ku takiemu małemu bajorku, w rzecy kałuzy, co hań miyndzy skole beła, a jemu to za przezieradko stało i dropie ta cosi kajsi łapami po nurze, tak i tak, jeździ, mehu uskubie, przyłozy, to zaś piargu, a coraz, to sie przeźre, i zwyrtnon sie ku hłopu.
Dobre?
– Dobre – śmieje sie hłop. – Jo som teroz nie wiem, wtoryk jo, a wtoryś ty?
Sdjon hłop cuhe, kamizelke, jakie to ta wte nosowali, zobuł sie z portek, wyobuł z kerpcy, na ostatek mu i kapelus dał, ostał jino w gaciak i w kosuli, a to – pado diabłu – ukradnij se ka z płota, ka sie susy.
Diaboł kapelus na łeb, poprawieł i pyto sie:
Nie pozno mie?
– Ka ta?! Je dyś ty przecie diaboł od tego, cobyś ludzi mamił.

Trzepnon diaboł ogonem rad, ze sie mu śtuka udała i pado:
No to siejdze haw, zakiela sie nie wrócę, a o jedzenie i o picie sie nie turbuj, bo to tu bedzie. Ale pockoj! Na kiele casy zakład?
A hłop sie śmieje.
Je – radzi doń – nie trza haw woła ani całej świnie. Na trzy dni.
Zgłupioł diaboł.
Na trzy dni? – pado.
Je to tak, jak nic. Przegros!
E – pado hłop. – Beemy widzieć. Jino idź.
Dobre.
Wzion diaboł skałe, tak na seś funtów, duhnon, ogień mu z pyska wyjehał: Tu mas hleb. Upiók. Wzion pote ziemie garzć, duhnon zaś znowa: zrobiła sie śtuka, howiedze mieso. Zaś pote puścieł! Wode suhym potokiem, bo ji ta nie beło blisko.
No i co sie nie robi, mój diaboł odzienie hłopowe pod pazuhe wzion, kapelus w zemby, coby mu wiater nie porwoł, i kajsi ku wsiom na gacie i na kosule polecioł. A hłop przy watrze ostał.

Leci, suko, pilno najść ni móg, ku wiecorowi go zbawiło, nim to, co mu trza beło, z płota kanysi ukrod. A to bez to, ze to jakosi beło po świyntak i baby przódzi poprały i powysusowały.
Odział sie w lesie, w Dónajcu jesce kajsi przejźrał, idzie ku hłopowej zagrodzie. A nań jus gaździna cekała, a hłop se gaździnom miał setnom. Babie beło wysy śtyrdziestu, rynka jak rajtok, a pysk jak u psa, telo sceklawy. Dzieci nie miała.
Kaś beł? – pyta sie go. Nie poznała nic.
W lesie.
– Coś hań robieł?
– Hodziłek se i gwizdał – pado diaboł, bo cos sie mu ta babsko widziało? Baba i baba.

Jesce nie dokóńcył, kie w pysk dostał, jaze mu zezwieńcało w usak.
Edź – meśli se – to haw tak witajom? Ale to nic.
A nie wies to, bezero – krzycy baba – co teroz wiesna, roboty moc?! To ty se bees po lesie gwizdoł?! Cie go! Jaki drózdz! Ale dobrze, coś haw. Zbieroj sie, wesele u Walka Łojasa, pytace haw beli. A cobyś tąńceł! Bo padajom na tobie sytka: dziad! nieruchajda!
Je tok treftieł – myśli diaboł – na hipkacke. Je to se ta potąńcem kolwicek. Poseł, ubrał sie piyknie, odzienie nowe hłopowe ze zyrdki sodjon, wyzdajał sie. wybryzował, jak to na wesele. Jaze sie sam do siebie ośmioł.
Baba samo to, po świentalnemu, pod stązkami, bo to kajsi pono w Zarze beło, buty zółte, a korole na syji.
Je to tu na nik biedy nie mas – myśli diaboł.
Uzaprzongoł konia, siedli, pojechali. Diaboł wióz, to tak kóń seł, jaze bahra w kołak zwoniły.
Całom noc musiał diaboł tąńcyć. Bo ta nie jino tąńceli, ale sie i bawili, to w dziada, to w kota i myske, to zaś i w ryktara, seliniejako, to znowu śtajera, polonesa śli i niedźwiedzia trza beło za jinemi pokazować, a co se diaboł fciał siednąć, to baba ku niemu – Basommazania!

Stydu mi nie rób! Jus cie i tak ludzie za psie uho nie majom! Dziadu! Delengusie! Tańc!
Kolwicek sie ta jej jus i bał, to seł. Cysto pieknie sie zamordował. Bo ta i naucny nie beł tak. Haj.
Całom noc tak sło, do biłeho rania.
No – myśli se diasek – to nic. Zajedzleme du domu, to sie wyśpiem. To jino roz tak.
Ehę! Zajehali du domu, zodziewa sie ze świentalnego baba, zodział sie diaboł i na pościel sie pha, a baba nań:
Is! Is! Kazbyś sie phał, psie mieso jedne!l A nie wies to, ze orba w polu! Bier sie! Bo ci haw zapłuźnika nik nie upytał!
Przipatrzeł sie diasek do baby, ale cóż bees robieł?
Lewdy ta kielo telo pośniadać dała, juz mój diaboł przi pługu. Oro. Jino ze tyz ta moc nie zorał, bo nie zwycajny beł za pługe hodzić.

Leci baba z połedninom.
Kieloś zoroł?
– Je to i to.
Jak baba nie weżnie teremtetować!
Hej ty, wietrzny młynie, weredo! Psia kość zatracona! Toś ty jino telo oborać zatela zdołał?!
– Jedyjek ani nie siad – pada diasek.
Ba coś robieł?! Jeść toś ty piersy! Na to toś hłop! A ku pługowi toś dziecko?! Zarbyś teroz, co?! Jaskółce gniazdo jedno!
I prask garkem o ziem. Wylało sie, co prziniesła.
Ehę! – meśli zaś diaboł. – To tu tak za robote płacom? Ale to nic. Legnem se na łące, jscawu pozujem, to sie mi nie bedzie jeść fciało.
Wiera se tys użył! Do zahodu słonka na roli orać musiał, bo babsko ukazało, pokiela zorać ma, nie beło rady nijakiej.
Idzie wiecór du domu – drwa rąb!

Uzgibał sie przi pługu, tu jesce nie telo trza beło. Kościska mu trzescały w grzibiecie, ale rąbał, bo sie juz baby na mój dusiu na ozaist bał.
Zawołała go na wiecerzom, pojad ta kąsecek, u baby kuhnia nie przestrono, telo jino, cobyś nie zdeh, meśli se: teroz sie by wyśpiem. Baba pacierze smówiła, diasek ta w koncie cosi po zydowsku uśwajndrał, w rzecy ze sie modli, legli. On za hłopa przi babie. Wyciągnon sie, dorobiony beł telo co cud, ocy mrózy, mało co wy sło – Maciek!
Bo ta temu hłopu beło Maciek.
Co?
– Śpis?
– E coz byk robiel? Po fili zaś znowa:
Maciek!
– Co?
– E coz ta śpis telo?
– Je dy od tego noc. I zaś znowa po filece:
Maciuś!
– Co?
– Jakoz bedzie?
– Es cym?
– Es tym.
– Z jakim tym?
– Es tym, po coś sie zenieł.
Ehe! – meśli diaboł. O to ci idzie! Je – pado – e to mi nie trza beło kazować całom noc jedne tąńcyć, zaś pote cały dzień orać, a jesce i drwa rąbać, a pojeść toś mi dała jak musycy.

A baba noń:
E ty węgierska śmierzć zatracona, to ty haw jesce ze zembami do mnie! Ty niemrawo! Tyrłaku prześlongły! Niedomozku! Ty Maciejisko! I obróciła sie ku niemu, za łaskom mówięcy, rzyciom.
No dobrze – meśli diaboł. – Niegze sie ta gniewa. To nie na długo tyj słuzby. Nie wysło dwa pacierza, baba: Maciuś!
Tuk dopiero beł Maciejisko, tujek Maciuś – meśli diasek. – Co tys ta zaś?
Maciuś – gwarzi baba – pojdze… Dam ci jutro moskolicek z masłem…
I rencami po nim jedzie, nie przebiero nic… Widzi diaboł, ze spać nie do, meśli se: Uląze, babo, dogodzem ci roz, cobyś dała pokój. Wzion i zrobieł, co trza, log, kce spać. Kwilecke ta uspał, zaś znowa słisy – Maciuś!

Je krotni milońscy! Je co?
A baba doń:
Maciuś! Rad byś jeść moskolicek z masłem?
– Je dy go ta jus i tak beem jadł
– Ale jesce nie telo! I ze spyrkom!
Diabłu sie spyrki nie fciało, ale coz bees robieł? Wzion, wyzwyrtał babe drugi roz, no – meśli se – teroz to jus be ciho do rania.
Wtulił pysk w zagłówek, śpi.
A tu nad usyskami: Maciuś!
O! Pokielze tego bedzie?! Wiera tyn hłop dobrze ra-dzieł, ze go dokucyło! Nie obzywo sie nic.
Maciuś! On nic.
Maciek! Nic.
Słysys?! Nic.

Ale sie diaboł nie naspodział, co sie nie zrobi. Kie sie baba nie dźwignie na pościeli, kie nie kopnie wysy łydka! Do razu diaboł z pościele na dyle zjahał.
A ty dziadygo, ty judasie! – krzicy baba. – Hań siedź, kieś pościele niegodny!
Siad diasek na dylak, bo hań podłogi forztowanyj nie mieli, po boku sie maco, bo sie godnie stłuk spadujący, i meśli se: Haw źle i hań niedobze… A tu baba w płac! Jojcy!
O jo hudobno, niescyńśliwo, o po coz mie tys ojcowie za cie wydali! A dobrze padała niebozycka stryna: Nie dejcie Kundy za Maćka, bo to dziad! O raty, raty! O mamo moja!
A tu baba by jus na uwzientego i babkom mogła być, jino ze dzieci nie mieli.
Jak jojcy, tak jojcy, diasek na forztak siedzi, zimno mu, twardo, ozmyśluje, jaze go nagniewało syćko.

Je cie diabli wzieni! – pado babie. – Tu jedne noc tańc, tu pote cały dzień rób, jedz telo, co nic, a na drugom noc zaś figluj, a pote znowa ku pługu?! Je dyby jo sie haw cysto pieknie zdar!
Wzion, sjon kosule, zrucieł gacie napośród izby, hip ku oknu, fuk sparom w pole! Leci ku hłopu, w doline.
Hłopisko se przi watrze lezy, fajkę pokurzuje.
Zacudował sie, kie diabła ujźrał.
Tuś?
Hawek – pado diaboł. – Podź pod wante!
Ze jako? Nie wytrzimies tyk trzok dni? – śmieje sie hłop.
Podź pod wante – pado diaboł, nie radzi do niego nic.
Cyś tak do wyhipka leciał, co ani przegwarzić nie mozes? – pyto sie hłop.
E, bracie! – pado mu diasek. – Dobrześ ty padał, co kieby jo na twojim miejscu beł, tobyk sie nie to roz, ale trzi razy objesił! Ani dwie słowie! Stawka twoja! Podź!

Dźwignon sie hłop, nie uśli na trzi strzelenia w rumowisku, ale sie juz hłopu całkem odmieniło, hoć doline dobrze znał, jakkieby hań nigda nie beł. Przidom ku wancie jednyj, dość godnej, nadniós jom diasek, a pod niom złota, śrybła, seliniejakiego dobra, co cud Pana Boga!
Nabrał hłop, kielo zdołał, worek sie ta jakisi stary kejsi w sałasie naloz, diasek mu go igłom z cetyny i niciom ze smoły poznaprawiał, pozwięzował do niego, co jino móg.
I śmieje sie, i powiada diabłowi: No, tok juz od teraźżnia hłop. Na dzień to se bedem robotnika najmował, a noc to ta jesce ścierpiem. Aleś ty mojego zycia sprógował, aj sprógował!
I poseł se z workem na plecak śmiało ku izbie, a diaboł mu jino krziknon na dróge:
Idze ze Syrokim! Je dyby to na trzok diabłów roboty beło prawie!

Leave a Comment :, , , , , , , więcej...

Pułkownik Franciszek Faix (2) – suplement

by on Cze.11, 2018, under Historia

W Biuletynie Samorządowym Gminy Bystra-Sidzina nr 4 (72) z kwietnia 2018 roku na stronie 11-12 ukazał się artykuł pod tytułem: „Zapomniany bohater z Bystrej Podhalańskiej”, opowiadający o pułkowniku Franciszku Faxie.
Czy rzeczywiście pułkownik Franciszek Faix był bohaterem z Bystrej?
Oto kilka faktów…
Autor artykułu w Biuletynie Samorządowym podał informację jakoby  – cytat ze strony 11:
„(…) jako 15 letni uczeń giminazjum, 18 listopada 1911 roku wstąpił do Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Jordanowie. W latach 1912-1914 przeszedł szkolenie wojskowe w Sokolich Drużynach Strzeleckich. Uczestniczył w kursie wojskowym w Limanowej oraz w wielu wykładach o tematyce wojskowej”.

Po dotarciu do materiałów źródłowych okazało się, że do Bystrej przeprowadzili się tylko rodzice Franciszka Faixa wraz z pozostałym rodzeństwem. Sam Franciszek pozostał w Cieszynie i nigdy w Bystrej nie mieszkał. Nie pamiętają go nawet autochtoni. Zatem?

Fakty: Do maja 1914 roku był uczniem gimnazjum w Cieszynie. 18 listopada 1911 roku zostaje członkiem Związku Strzeleckiego, a 16 sierpnia 1914 roku wraz z drużyną Związku Strzeleckiego z Cieszyna wstąpił ochotniczo do Legionów Polskich.
Skąd zatem nagła, ponad 120-kilometrowa rozbieżność w miejscach pobytu i edukacji Franciszka Faixa, Cieszyn – Jordanów (Bystra)? Można w tym miejscu pokusić się o stwierdzenie dorabiania lokalnych bohaterów i poprawiania lokalnej historii.Celowe zamierzenie czy też brak kompetentnej wiedzy osób informujących autora (?), pominięcie weryfikacji uzyskanych informacji (?) – w to nie będziemy się zagłębiać, opierajmy się na potwierdzonych faktach. Korygujmy dalej.
Cytat: „Wskutek zdrady żołnierzy Czeskich pod Czartoryskiem koło Bielgowa 7 listopada 1915 roku, pluton dowodzony przez Franciszka Faixa zmuszony został do walki wręcz na bagnety. Pluton został zniszczony. Dowódca ciężko ranny dostał się do rosyjskiej niewoli i został wywieziony na Sybir do obozu jenieckiego w Semipałatyńsku. Tu przebywał do 10 sierpnia 1918 roku”.

Fakty: 5 listopada 1915 roku Faix zostaje ranny podczas walk na froncie rosyjskim, natomiast 8 listopada 1915 roku dostaje się do niewoli rosyjskiej i zostaje umieszczony w rosyjskim szpitalu wojskowym na Syberii. Po wyleczeniu ran uczęszczał do gimnazjum gdzie zdał egzamin maturalny.

Cytat: „Od 12 lipca 1919 roku, jako dowódca grupy operacyjnej, uczestniczył w walkach z wojskami bolszewickimi w stepach kułundyjskich. Podczas odwrotu dostał się do niewoli bolszewickiej, wkrótce udało mu się zbiec, przedarł się przez front, dotarł do Krasnojarska(…). Po kapitulacji 5 dywizji Syberyjskiej (10 stycznia 1920 roku) w dniu 14 stycznia dostał się ponownie do niewoli bolszewickiej (…) gdzie przez kilka miesięcy nadal chorował na tyfus plamisty i zapalenie płuc. Dwukrotnie w lipcu i sierpniu 1920 roku, próbował zbiec z niewoli. Ostatecznie udało mu się to 9 sierpnia 1920 roku, ale pod koniec sierpnia, podczas próby przedarcia się przez front bolszewicki, został aresztowany przez bolszewików na Łotwie. Dzięki wymianie jeńców, pod koniec września, został zwolniony i powrócił do Polski. W dniu 20 września 1920 roku zameldował się w Ministerstwie Spraw Wojskowych w Warszawie”.Fakty: Od 1 maja 1919 roku był komendantem Szkoły Podoficerskiej przy 3 pułku piechoty. Od 12 lipca 1919 roku roku walczył na froncie wojny polsko-bolszewickiej. 6 stycznia 1920 roku, po kapitulacji 5 Dywizji Piechoty znalazł się w niewoli sowieckiej. W lipcu i sierpniu 1920 roku podejmował dwie nieudane próby ucieczki z niewoli. We wrześniu tego roku udało mu się zbiec z niewoli i następnie 25 września 1920 roku powrócić do Polski.

Cytat: „W roku 1921 ukończył kurs kapitanów w Bydgoszczy i otrzymał awans na stopień kapitana i funkcję dowódcy kompanii szkolnej Batalionu. 25 marca 1922 roku został dowódca tego Batalionu. Z początkiem 1927 roku awansował na majora i pełnił szereg funkcji dowódczych (…)”.

Fakty: Od 1 lutego 1921 roku przebywał na kursie dla kapitanów w Bydgoszczy, który ukończył z 4 lokatą. Zweryfikowany w stopniu kapitana służby stałej piechoty ze starszeństwem od 1 czerwca 1919 roku. Służył w dalszym ciągu w 2 pułku piechoty Legionów.
Do 1 lipca 1921 roku dowódca kompanii szkolnej w Batalionie Zapasowym 2 pułku piechoty Legionów. Potem kolejno szef wyszkolenia, a od 25 marca 1922 roku pełniący obowiązki dowódcy batalionu. Od 15 września 1922 roku dowódca kadry Batalionu Szkolnego, następnie od 7 marca 1924 roku dowódca I batalionu 2 pułku piechoty Legionów. Od 30 maja 1924 roku został oficerem materiałowym pułku. W okresie od 15 lutego do 16 maja 1925 roku był uczestnikiem kursu udoskonalającego w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie. Po powrocie do 2 pułku piechoty Legionów w dalszym ciągu pełnił funkcję oficera materiałowego. 1 stycznia 1927 roku otrzymał awans na stopien majora i został kwatermistrzem 2 pułku piechoty Legionów. 2 kwietnia 1927 roku otrzymał nominację na dowódcę 2 kompanii I batalionu.W tym momencie zatrzymamy się już z porównywaniem cytatów do faktów, gdyż autor w dalszej części swojego artykułu przechodzi do wymieniania zasług i odznaczeń za zasługi płk. Franciszka Faixa.
Cóż, takie niewielkie „anomalia” w tekście, a jednak. Nie pomniejszamy tutaj zasług i wkładu w obronność i niepodległość Polski pułkownika Franciszka Faixa – to jest faktem niezbitym, jest on bohaterem, ale nie jest bohaterem z Bystrej – nie mieszkał w Bystrej, nie ma żadnych zasług dla mieszkańców Bystrej jak i w walkach z wrogiem na terenie gminy Bystra-Sidzina czy Jordanowa. Jedyny, również niepotwierdzony dokumentami epizod, o którym „ktoś tam” wspomina, to jego rzekoma wizytacja oddziałów Armii Krajowej zlokalizowanych w Paśmie Policy (Polana/Hala Malinowe) w 1943 lub 1944 roku – Oddziałów Partyzanckich „Harnaś”, „Chełm” i „Huta Podgórze”.

Na zakończenie, z gwoli konsekwencji, dokończymy życiorys pułkownika Franciszka Faixa w skróconej formie.
Pułkownik Franciszek Faix do października 1939 roku kontynuuje swoją karierę wojskową na różnych szczeblach. W dniach 2-6 października 1939 roku bierze udział w bitwie pod Kockiem, unika niewoli i przedostaje się do Kielc rozpoczynając działalność konspiracyjną, między innymi w strukturach Armii Krajowej. We wrześniu 1942 roku zostaje odwołany z funkcji komendanta Okręgu ZWZ/AK „Polesie”, wyjeżdża do Warszawy do dyspozycji KG AK i następnie zostaje skierowany do Okręgu AK Kraków. 18 maja 1943 roku został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu Montelupich w Krakowie. Nierozszyfrowany jako oficer AK zostaje skierowany do KL Auschwitz, z którego uciekł w lipcu 1943 roku.

11 listopada 1943 roku został awansowany do stopnia pułkownika służby stałej. Po awansie pełnił funkcję zastępcy dowódcy Grupy Operacyjnej AK „Śląsk Cieszyński” gen Brunona Olbrychta. Po wkroczeniu wojsk sowieckich i rozwiązaniu Armii Krajowej przebywał w Krakowie i tworzył organizację skupiającą byłych żołnierzy AK. W kwietniu 1945 roku współorganizował Delegaturę Sił Zbrojnych na Kraj w Krakowie i przewodził grupie oficerów prowadzących rozmowy z UB w sprawie przeprowadzenia ujawnienia organizacji – podpisał apel opublikowany 20 września 1945 roku w Dzienniku Polskim o ujawnieniu. Od kwietnia 1945 roku oficjalnie zatrudniony był w Inwalidzkiej Spółdzielni Handlowo-Przemysłowej w Katowicach. Od września 1945 roku pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Likwidacyjnej ds. AK Obszaru Południowego w Krakowie. Po oficjalnym ujawnieniu w październiku 1945 roku został członkiem Zarządu Wojewódzkiego Związku Uczestników Walki Zbrojnej o Niepodległość i Demokrację w Krakowie.Następnie zgłosił się do służby w Ludowym Wojsku Polskim ale po weryfikacji został przeniesiony do rezerwy. W styczniu 1946 roku zostaje przeniesiony na stanowisko dyrektora Oddziału Wojewódzkiego SHP we Wrocławiu i tam też w dniu 8 stycznia 1948 roku zostaje aresztowany przez funkcjonariuszy UB. Przechodzi ciężkie śledztwo z zastosowaniem tortur fizycznych i psychicznych, po którym zostaje zwolniony 25 września 1949 roku i następnie podejmuje pracę w Miejskim Handlu Detalicznym. Wzywany był na kolejne przesłuchania w latach 1950-1952. Był nękany i inwigilowany, zmuszany do współpracy z UB. Podczas pobytu leczniczego w świeradowskim sanatorium w dniu 2 września 1952 roku zostaje ponownie aresztowany i przewieziony do więzienia MBP na Mokotowie w Warszawie i ponownie torturowany.

Bity i maltretowany nie przyznał się do działalności konspiracyjnej, w dniu 1 marca 1953 roku został zwolniony bez procesu z więzienia już jako inwalida z niedowładem prawej ręki.
W bardzo ciężkim stanie zdrowia rodzina umieściła go we wrocławskim szpitalu z rozpoznaniem między innymi żółtaczki. Poddany został operacji 25 kwietnia 1953 roku przez zespół lekarzy z Kliniki Chorób Wewnętrznych we Wrocławiu gdzie zmarł dwa dni później – 27 kwietnia 1953 roku.
I w ostatnim słowie – Bystra Podhalańska nie ma nic wspólnego z Podhalem („Podhalańska” obowiązuje od niedawna), podobnie jak pułkownik Franciszek Faix nie ma nic wspólnego z Bystrą …
Nie dodawajmy lokalnych bohaterów i nie „ulepszajmy” lokalnej historii – epokę „ulepszania” mamy już dawno za sobą, po 1945 roku, w dobie głębokiego socjalizmu.

tekst i zdjęcia: GEP GeoExplorer

1 Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Pułkownik Franciszek Faix (1)

by on Cze.01, 2018, under Historia

Pułkownik Franciszek Faix (1896-1953) urodził się 9 marca 1896 roku w Gródku koło Jabłonkowa na Śląsku Cieszyńskim – obecnie Hradek w Czechach. W 1902 roku rozpoczął naukę na Zaolziu. Następnie wraz z rodzicami (i rodzeństwem) w poszukiwaniu środków do życia migruje do Cieszyna, następnie do Chrzanowa i wreszcie rodzice korzystając z propozycji krewnego Władysława Dolaisa, właściciela dóbr bystrzańskich, osiadają w Bystrej na roli Hotałowej.
Ojciec Franciszka – Karol Faix otrzymał kawałek gruntu „pod górkami” (na przeciwko szkoły) na którym wybudował dom. Nieopodal znajdował się kamieniołom piaskowca zarządzany przed 1906 rokiem przez Franciszka Wandra a od 1912 roku przez licencjonowanego majstra kamieniarskiego Jana Licka.
Karol Faix znalazł zatrudnienie jako kamieniarz do obróbki wydobywanego piaskowca na parapety, schody, podmurówki, filary, słupy, pomniki a także figury i krzyże przydrożne.

Ojciec Franciszka, Karol Faix (s. Franciszka i Joanny Choloupke) zmarł w Bystrej w wieku 66 lat na astmę.
Matka Maria z d. Szmidt (c. Ludwika i Pauliny Polko) urodziła się w Rakowcu 1 grudnia 1873 roku, zmarła w Bystrej 9 marca 1942 roku.
W Bystrej urodziła się siostra Emilia (1907-1980) Wirtel, z kolei najdłużej mieszkała tu siostra Stefania urodzona w Dynowie (1904-1984) pracownica sklepu u Traczyka na roli Kowalczykowej. Ponadto miał jeszcze siostrę Marię i Helenę (Kaczmarczyk) oraz brata Bolesława, nadleśniczego w Andrychowie.
Franciszek Faix wychowany w atmosferze głębokiej religijności i wolnościowych tradycji patriotycznych Józefa Piłsudskiego, jako 15-letni uczeń gimnazjum, 18 listopada 1911 roku wstępuje do Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w pobliskim Jordanowie.

W latach 1912-1914 przechodzi szkolenie wojskowe w Sokolich Drużynach Strzeleckich, uczestniczy w kursie wojskowym w Limanowej oraz w wielu wykładach o tematyce wojskowej.
Niestety wybuch I wojny światowej uniemożliwił 18-letniemu Franciszkowi ukończenie gimnazjum a tym samym zdanie matury.
16 sierpnia 1914 roku wstępuje do Legionów Polskich. Ze swoim plutonem stacjonującym w Krzeszowicach przybywa do Sierszy na koncentrację Sokolich Drużyn Polowych, a te zostają wcielone w szeregi 2 Pułku Piechoty Legionów.
Już jako sierżant otrzymuje przydział jako podoficer sekcyjny w 8 kompanii pułku. 28 września 1914 roku wyrusza ze swoim pułkiem na front węgierski biorąc udział we wszystkich walkach prowadzonych przez 2 Pułk Piechoty w Karpatach.Po zmianach reorganizacyjnych w strukturach i utworzeniu jesienią 1914 roku II Brygady Legionów w Kołomyi, zostaje przydzielony do 12 Kompanii 4 Pułku Piechoty, z którą brał udział w walkach podczas ofensywy besarabskiej.
7 września 1915 roku zostaje awansowany do stopnia chorążego obejmując dowództwo plutonu a następnie kompanii.
W październiku 1915 roku stacjonował na Podolu i Wołyniu pod Czerniowcami.
Otrzymuje swój pierwszy urlop, którego nie wykorzystał z powodu nagłego ataku wojsk rosyjskich – 7 listopada 1915 roku na skutek zdrady żołnierzy czeskich, pod Czartoryskiem koło Bielgowa, pluton pod jego dowództwem zostaje zmuszony do walki na bagnety, następnie rozbity, a on sam ciężko ranny dostaje się do rosyjskiej niewoli i zesłany na Sybir do obozu jenieckiego w Semipałatyńsku, w którym przebywa do 10 sierpnia 1918 roku.

W związku z następującymi po sobie wydarzeniami historycznymi – wybuchem rewolucji lutowej, upadkiem caratu, rewolucją październikową i wojną domową w Rosji, powstały sprzyjające okoliczności do utworzenia oddziałów polskich z jeńców wojennych.
W styczniu 1919 roku utworzone z jeńców przez płk Waleriana Czumę (1890-1962) oddziały wojskowe zostają przekształcone w 5 Dywizję Syberyjską podporządkowaną dowództwu „Błękitnej Armii” gen Hallera we Francji.
Faix po udanej ucieczce z obozu jenieckiego wstępuje do dywizji Hallera. Podnosi swoje kwalifikacje w rzemiośle żołnierskim biorąc udział w wielu szkoleniach, będąc słuchaczem szkoły oficerskiej, instruktorem, dowódcą szkoły podoficerskiej.

Od 12 lipca 1919 roku jako dowódca grupy operacyjnej prowadzi walkę z wojskami bolszewickimi w stepach kułundyjskich i tam podczas odwrotu dostaje się do niewoli.
Wkrótce udaje mu się zbiec, przedrzeć przez front i dotrzeć do Krasnojarska.
Podczas dalszego odwrotu na wschód zapada na tyfus i zostaje umieszczony w pociągu sanitarnym.
14 stycznia, po kapitulacji 10 stycznia 1920 roku 5 Dywizji Syberyjskiej, jako chory na tyfus i zapalenie płuc, dostaje się ponownie do niewoli bolszewickiej i umieszczony w obozach jenieckich w Krasnojarsku, Tomsku i Tule.
Dwukrotnie, w lipcu i sierpniu 1920 roku, próbuje zbiec z niewoli, ostatecznie udaje mu się to 9 sierpnia 1920 roku. Pod koniec tego miesiąca, podczas próby przedarcia się przez front bolszewicki na Łotwie, zostaje aresztowany.Dzięki wymianie jeńców pod koniec września został zwolniony i powrócił do Polski.
20 września 1920 roku zameldował się w Komendanturze Ministerstwa Spraw Wojskowych w Warszawie otrzymując mobilizację do 2 Pułku Piechoty Legionów w Pińczowie.
W 1921 roku ukończył kurs kapitanów w Bydgoszczy otrzymując awans oficerski w stopniu kapitana i obejmuje dowództwo kompanii szkolnej batalionu a 25 marca 1922 roku dowódcą tegoż batalionu. Na początku 1927 roku awansuje do stopnia majora i pełni kilka funkcji dowódczych, miedzy innymi 2 Kompanii Pułku Piechoty Legionów, 2 Batalionu i 1 Batalionu w Dęblinie.
W latach 1937-1938 jako podpułkownik zostaje mianowany Komendantem Brygady Obrony Narodowej w Toruniu, następnie zastępcą dowódcy 42 Pułku Piechoty w Białymstoku.

16 maja 1922 roku płk Franciszek Faix za swoją dzielność i odwagę na frontach I wojny światowej, za walki stoczone na Syberii, dwie ucieczki z niewoli, bitwy stoczone pod Małotkowem (wycofując się z osaczenia zebrał po drodze 180 rannych i maruderów przeprowadzając ich do pułku stacjonującego w Zielonej) oraz za walki stoczone pod Mamajowcami, Rokitną i Rarańczą, został odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, trzykrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Medalem Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości, Medalem Pamiątkowym za wojnę 1918-1921 i francuskim Medalle Commemorative de la Grande Guerre (Medal Pamiątkowy Wielkiej Wojny).
Na początku lat 20-tych XX wieku płk Faix zawarł związek małżeński z Jadwigą Podmagórską, z którego narodziły się dwie córki: Elżbieta (1924) i Jadwiga (1927). Żona Jadwiga podczas II wojny światowej była żołnierzem Armii Krajowej odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami.

ciąg dalszy nastąpi …

tekst i zdjęcia: Tadeusz Uczniak
(oryginał: „Zapomniany bohater z Bystrej Podhalańskiej” – Biuletyn Samorządowy Gminy Bystra-Sidzina
nr 4 (72), kwiecień 2018, str 11-12)
przeredagowała za zgodą autora: GEP GeoExplorer

1 Comment :, , , , , , , , więcej...

I Biwak Eksploracyjno – Historyczny 2018′

by on Maj.28, 2018, under Galimatias

W dniach 24-27 maja 2018 roku odbył się I Biwak Eksploracyjno – Historyczny na terenie Gminy Bystra-Sidzina (powiat suski, województwo małopolskie), zorganizowany przez Grupę Eksploracyjno-Poszukiwawczą GeoExplorer
Eksploracje objęły tereny miejscowości Bystra Podhalańska, Sidzina, Osielec oraz Pasma Policy (1369 m n.p.m.)Związane były z wydarzeniami mającymi miejsce jesienią 1944 roku – pacyfikacją przez oddziały wojsk niemieckich Pasma Policy, a w szczególności spaleniem Osiedla Malinowe (Polana Malinowe) w dniu 13 października 1944 roku za ukrywanie i okazaną pomoc żołnierzom Armii Krajowej, ustaleniem lokalizacji zniszczonych w wyniku w/w działań zabudowań, eksploracją podziemi, odnalezieniem pozostałych przedmiotów użytku codziennego ówczesnych mieszkańców, artefaktów i przekazaniem ich, jak i informacji pozyskanych w trakcie prospekcji terenowych do Izby Pamięci i Skansenu w Sidzinie.Ponadto dokonano prospekcji terenowych miejsc w których znajdowały się dawne zabudowania dworskie w Bystrej, niemieckie stanowiska ogniowe, bunkry oraz miejsca tak zwanych zrzutów – wskazywane przez żyjących świadków tamtych wydarzeń.
W I Biwaku Eksploracyjno – Historycznym wzięli udział eksploratorzy z Dolnego Śląska i Podhala, lokalni pasjonaci historii i przedstawiciele Urzędu Gminy Bystra-Sidzina.Osobami odpowiedzialnymi za organizację i prowadzenie byli: Paweł Antolak i Artur Żarnowiecki (strona logistyczno-eksploracyjna i  historyczno-terenowa).
Jednocześnie w w/w dniach na terenie posesji w Bystrej Podhalańskiej zorganizowano imprezę integracyjną dla osób biorących udział w I Biwaku Eksploracyjno – Historycznym (udostępniono pole do rozbicia namiotów i miejsce parkingowe dla aut uczestników). Do poszukiwań wykorzystano sprzęt firmy White’s.Za przychylność dla naszych działań eksploracyjnych i pomoc dziękujemy:
– Wójtowi Gminy Bystra-Sidzina Stanisławowi Tempce
– Przewodniczącemu Rady Gminy Janowi Motor jak i pozostałym urzędnikom
– księdzu proboszczowi Adamowi Byrskiemu z parafii p.w. św. Marcina w Bystrej
– leśniczemu Krzysztofowi Porszke z leśnictwa „Bystrzak” Nadleśnictwo Myślenice
– komendantowi Policji z Jordanowa Grzegorzowi Sosinowi KPP Sucha Beskidzka
– mieszkańcom Sidziny oraz innym osobom które okazały nam pomoc.

tekst i zdjęcia: GEP GeoExplorer

Możliwość komentowania I Biwak Eksploracyjno – Historyczny 2018′ została wyłączona :, , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...