GeoExplorer

Tag: Gunther Grundmann

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2)

by on Lis.15, 2015, under Skarby

Golińsk. Fabryka Fritza HankeZlokalizowanie majątku Hankego w Golińsku (Hof Göhlenau) nie jest sprawą trudną. Osoby tropiące od lat ślady gauleitera już dawno ustaliły dokładną jego lokalizację, jak również udało im się odkryć tajemniczą budowlę położoną w nieodległym Mieroszowie. Okazała się nim rozpoczęta budowa podziemnego obiektu o nieustalonym przeznaczeniu, którego budowę prowadzono w oparciu o system budowy obiektów w Bolkowie i Marciszowie. Oględziny wykazały, że podziemny obiekt w Mieroszowie drążony był w wielkim pośpiechu i nie został on nigdy skończony. Do jego budowy wykorzystywani byli najprawdopodobniej więźniowie z miejscowej filii obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, AL Friedland. Pewna relacja może potwierdzać informację o tym, że ta niedokończona budowla została jednak wykorzystana wiosną 1945 roku na miejsce złożenia depozytu. Relację tą kilka lat temu przekazał jeden Niemiec, podający się za byłego pracownika majątku gauleitera, niejaki Fritz Hanke. Nazwisko Fritza Hankego odnaleziono na fakturach fabryki z Golińska. Co ciekawe Fritz Hanke był właścicielem fabryki (zdjęcie starej pocztówki „Fabrik von Fritz Hanke”). Czy to tylko jest zwykła zbieżność nazwisk? Przypadek? Czy też ów Fritz był rodziną dla Karla Hanke?

Golińsk od początku XVI wieku znajdował się w rękach Hochbergów. W 1657 roku Heinrich von Hochberg, właściciel Mieroszowa, wzniósł, a raczej przebudował z wcześniejszej budowli (z 1610 roku) w Golińsku dwór jako ośrodek tamtejszych dóbr, ustanawiając go siedzibą właściciela, a gdy stolicą ośrodka stał się Książ (od 1780 roku) dwór stracił swoje znaczenie i zamieszkiwał go tylko administrator. Będąc budynkiem drewnianym spłonął w 1838 roku. Dwór wraz z towarzyszącym mu folwarkiem powstał w pewnej odległości od zabudowy historycznej Golińska, na południowy – wschód od drogi prowadzącej do Czech – Göhlenau Hof (Göhlenauer), stanowiąc odrębną jednostkę osadniczą. Później powstała przy nim osada przyfolwarczna zamieszkana przez pracowników. Folwark był centrum dóbr leśnych obejmujących należące do Hochbergów lasy w Mieroszowie, Łącznej i Unisławiu Śląskim. W samym Golińsku do Hochbergów należał jeszcze folwark będący dawnymi dobrami sołeckimi zwany Kolberci. Z końcem XIX wieku został on wydzierżawiony, a w 1917 roku rozparcelowany. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił dalszy rozwój przemysłu – powstaje tkalnia, zakład produkujący żaluzje, zakład dekoratorski wyrobów ceramicznych i zakład uszlachetniania płótna. Jeden z tych zakładów zlokalizowany był na południe od folwarku Hochbergów i został rozebrany po 1945 roku, zapewne ze względu na swe przygraniczne położenie.

Jak podaje w swojej relacji Fritz, Karl Hanke miał pod koniec wojny wielokrotnie odwiedzać swój majątek. Wizyty te miały odbywać się zawsze w kilka godzin lub w najwyżej kilka dni po przybyciu do majątku kolejnych transportów z nieznaną zawartością. Według niego krążyły wówczas pogłoski, że gauleiter „przygotowuje” się do powojennych czasów, gromadząc zrabowane dobra i kosztowności w najlepszym dla niego z możliwych miejsc. Miała temu służyć między innymi dogodna lokalizacja – niespełna dwukilometrowe oddalenie od starej granicy z Czechami, która po wojnie (jak przypuszczano) stała by się ponownie granicą suwerennych Czech, a to z kolei dla Hankego (bliskość granicy) stwarzałoby wiele dogodnych okazji. Fritz twierdził, że osobiście nigdy nie widział zawartości transportów, tego co było w skrzyniach przywożonych na ciężarówkach, ale jest prawie pewien, że znajdowały się w nich dzieła sztuki oraz wyroby ze srebra i złota. Część skrzyń z przybywających transportów do majątku miała zostać zdeponowana w niedokończonej, podziemnej fabryce pod Mieroszowem.Rynek w MieroszowiePodziemna mieroszowska fabryka miała składać się z trzech sztolni, które pod koniec kwietnia 1945 roku zostały wysadzone w powietrze, a wybuch miał być tak silny, że Fritz porównał go do trzęsienia ziemi. Fakt istnienia podziemnych wyrobisk jest niepodważalny, ponieważ do dziś, po omawianych sztolniach zachowały się w terenie widoczne ślady w postaci zapadlisk i wlotów, które mogą być świadectwem całkowitego zawalenia się na dość długim odcinku podziemnego obiektu, na południowych stokach Kościelnej Góry. Poszukiwacze kilkakrotnie próbowali dotrzeć do nieznanych partii podziemi, ale podejmowane przez nich działania kończyły się już w początkowym etapie prac eksploracyjnych, o czym świadczą pozostawione ślady, a w ich wyniku udrożniono sztolnie tylko na niewielkich odcinkach. Relacja przekazana przez Fritza nie jest odosobniona i nie potwierdzają jej tylko odnalezione sztolnie, ale zachowała się także relacja pewnej kobiety, autochtonki, również byłej pracownicy majątku Hankego o podobnej treści. Według niej na teren posiadłości gauleitera przywożono różne transporty, które grupa zaufanych mu ludzi selekcjonowała zawartość, po czym sporządzane były kolejne, nowe transporty, wyjeżdżające szybko w kierunku Mieroszowa.

Jak wynika z relacji pracownicy Hankego, z części nadchodzących transportów „coś” wydzielano i zamykano w niedostępnej bibliotece gauleitera, której okna zawsze pozostawały zasłonięte ciężkimi kotarami. Dostęp do bibliotecznego pomieszczenia miał tylko Hanke i co najwyżej dwóch innych ludzi. Według dalszej relacji, zawartość biblioteki na przełomie lutego i marca 1945 roku załadowano na dwie ciężarówki, które opuściły Golińsk i udały się jako jedyny transport w kierunku Czech. Ten fakt zapamiętała ona szczególnie gdyż w przygotowywaniu transportu oraz pakowaniu zawartości uczestniczył przez kilka godzin sam gauleiter, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Mówiono wówczas, że był to „złoty skarb Hankego”.
Po zakończeniu II wojny światowej na terenie posiadłości gauleitera w ocalałych ogromnych zabudowaniach gospodarczych, zlokalizowano fabrykę przemysłu metalowego. Działała przez wiele lat jako przeciętny, przemysłowy, terenowy zakład, w którym znajdowali zatrudnienie okoliczni mieszkańcy. Produkowano w niej między innymi metalowe siatki, żaluzje, końcówki żarówek i wyroby dla gospodarstwa domowego.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, jeden z takich mieszkańców, będący wieloletnim pracownikiem fabryki, został jej zakładowym portierem. Relacjonuje on, że w 1990 roku zgłosił się do niego pewien Niemiec, który poprosił go o możliwość zwiedzenia majątku, który niegdyś należał do jego rodziny, a on sam miał się w nim urodzić. Niemiec opowiedział portierowi czym był ten majątek w czasach wojny. Portier dowiedział się również, że dom rodzinny „gościa” do początku II wojny światowej wchodził w skład dóbr terenowych właścicieli zamku Książ, których jak większości po wybuchu wojny, pozbawiono nie tylko zamku, ale i okolicznych posiadłości ziemskich. Tym sposobem majątek w Golińsku miał trafić w ręce Hankego, który szybko uznał go za swoją rodową siedzibę. Portier, jak twierdzi, nigdy nie wpuścił tego Niemca na teren zakładu, pomimo, że ten przyjeżdżał nawet w niedziele gdy był on nieczynny i na jego terenie nie było innych osób. Nie uległ Niemcowi nawet gdy ten chciał nawiązać z nim bliższy kontakt, proponował mu za przysługę pewna sumę marek, a nawet zapraszał do Hamburga.Mapa okolic Mieroszowa z 1936 rokuJak zakończyła się ta „znajomość” tak na prawdę do końca nie wiadomo, ale skoro prośby owego Niemca miały także poważne poparcie w finansach, portier mógł ulec. Odmowę tłumaczył rzekomą kiepską znajomością języka niemieckiego i zwykłą niechęcią do Niemców.
„Miałem trochę radości, twardo mówiąc „nie” bogatemu gościowi, który sądził, że kupi mnie za kilkanaście marek. Teraz może nie byłbym taki twardy, bo emeryturę mam nędzną, ale on już tutaj nie przyjeżdża (…) Wtedy zresztą nie wiedziałem co znaczy nazwisko Hanke” (takim nazwiskiem przedstawił mu się ten Niemiec).
Znaczenie nazwiska Hanke portier zrozumiał dopiero wtedy, gdy kilka lat temu pochwalił się otrzymaną od Niemca wizytówką pewnemu wałbrzyskiemu nauczycielowi, a ten uświadomił go o jaką rodzinę chodzi.
Tak oto około sześćdziesięcioletni syn Karla Hankego przyjeżdżał do Golińska pięciokrotnie w latach 1990 – 1995, twierdząc, że poszukuje śladów ojca, a z relacji rodzinnych wynika, że majątek jest tym miejscem, w którym na pewno ostatni raz widziano jego ojca.

Portier w relacji dotyczącej swoich kontaktów z odwiedzającym majątek synem Hankego dodał, że ten powiedział mu, iż wie, że ojciec był w Golińsku z jakimś profesorem i stąd mieli odlecieć prawdopodobnie helikopterem do pobliskiego Krzeszowa, a następnie do Jeleniej Góry. Czy tym profesorem był Günther Grundmann? Wszystko wskazuje, że to mógł być on. Warto dodać, że przecież Krzeszów był jedną z oficjalnych skrytek Grundmanna i obaj, zarówno on jak i Hanke mieli wspólny interes w tym, by ryzykować i po wizycie w Golińsku polecieć do Krzeszowa. Składnicę dokumentów i woluminów w Krzeszowie (Grüssau) zlokalizowano w kościele p.w. św. Józefa, a w pobliskiej Kamiennej Górze (Landeshut) zdeponowano obrazy z Dessau, które jesienią 1944 roku na powrót przewieziono do Dessau.
Istnieją też informacje o kilku podziemnych, dobrze zamaskowanych i efektownie wysadzonych, korytarzach w Kochanowie (2 km na północny-zachód od Mieroszowa, w kierunku Dobromyśla i Krzeszowa), w których miano ukryć depozyty, a których nigdy nie spenetrowano.

Możliwość komentowania Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1)

by on Lis.01, 2015, under Skarby

Panorama przedwojennego MieroszowaMieroszów (Friedland in Niederschlesien) to 6 tysięczne, kamieniczne miasteczko, leżące na południowy – zachód od Wałbrzycha, oddalone o 4 km od granicy z Czechami, znane dolnośląskim miłośnikom paralotniarstwa z góry Jatki, posiadającej jedyną rampę lotniarską w Polsce. Zostało założone w XIV wieku przez czeskich benedyktynów. Nakręcono w nim również serial przygodowy dla młodzieży „Gruby” (1971 rok) na podstawie powieści Aleksandra Minkowskiego, przedstawiający życie w realiach tak zwanych „ziem odzyskanych”, na których działają grupy Werwolfu i szabrowników. Tuż po II wojnie światowej nosiło ono nazwę Fyrląd Wałbrzyski. W czasie wojny znajdowała się w nim filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z Rogoźnicy.
Z jego historią w ostatnich latach wojny, a także pobliskiej miejscowości Golińsk (Göhlenau) związana jest postać gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego.

Karl Hanke urodził się 24 sierpnia 1903 roku w Lubaniu (wówczas Lauban), a zmarł najprawdopodobniej 8 czerwca 1945 roku w Novej Vsi nad Popelkou (Czechosłowacja), choć jego powojenne losy pozostają do dziś tajemnicą, a okoliczności śmierci nie są do końca wyjaśnione. Po ukończeniu szkoły młynarskiej w Saksonii (od 1921 – 1926 roku pracował w młynarstwie i warsztacie kolejowym) w 1928 roku ukończył w Berufspädagogischen Institut w Berlinie studia, a już w listopadzie 1928 roku wstępuje do NSDAP i tym samym, poprzez zaangażowanie polityczne, jego kariera zaczyna się błyskawicznie rozwijać – 1 kwietnia 1932 roku zostaje osobistym sekretarzem Josepha Goebbelsa. W tym samym roku zostaje delegatem NSDAP do Landtau, później do Reichstagu. Stanowisko to piastował do końca wojny. W 1937 roku został wiceprezesem Izby Kultury Rzeszy.

Ministerialna kariera Hankego kończy się w przededniu II wojny światowej ostrą interwencją Adolfa Hitlera, która była odpowiedzią na romans Goebbelsa z czeską aktorką Lidą Baarovą – Hanke staje się wówczas „powiernikiem” żony Josepha, Magdy. Od 1939 do 1941 roku służy w wojsku, między innymi w Polsce i we Francji, otrzymując za zasługi Krzyż Żelazny pierwszego i drugiego stopnia. Po opuszczeniu szeregów armii Karl Hanke z rozkazu Adolfa Hitlera zostaje gauleiterem Dolnego Śląska, a następnie Heinrich Himmler awansuje go na Gruppenführera SS. Jego bezwzględne rządy doprowadzają do nadania mu przydomka „kata z Breslau”.
29 kwietnia 1945 roku po uznaniu przez Hitlera za zdrajcę Heinricha Himmlera, Hanke otrzymuje po nim urząd Reichsführera SS i dowódcy niemieckiej policji. W Festung Breslau przebywa niemal do samego jej zdobycia przez wojska Armii Czerwonej.Karl HankeW nocy z 5 na 6 maja 1945 roku, tuż przed kapitulacją, Hanke miał rzekomo uciec z Wrocławia za pomocą zarekwirowanej awionetki typu Storch. Samolot podczas lotu dostał się w ogień nieprzyjaciela i najprawdopodobniej został trafiony w zbiornik paliwa, co skutkowało przymusowym awaryjnym lądowaniem. Naprawy dokonano koło lotniska w Mirosławicach, po czym Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe.
O tego momentu dalsze losy Hankego są niejasne. Przyjmuje się, że najprawdopodobniej przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim (Sudetenland). Hanke miał przeżyć i dołączyć do Dywizji „Horst Wessel”, z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Kolejny jego ślad miał urwać się też na przejeździe kolejowym w Czechach. Tutaj pojawia się jedna z wersji mówiąca o okolicznościach jego śmierci, a mianowicie miał zostać zabity podczas próby ucieczki z miejsca internowania (osadzenia) przez czeskich wartowników pod Chomutovem.

Niektóre źródła podają, że był widziany po 1945 roku w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych, po tym jak odleciał z jednej z lokalnych, drugorzędowych dróg zamienionych w prowizoryczny pas startowy w okolicach Jeleniej Góry, przez Rzeszę do Hiszpanii (w kierunku Madrytu), a dalej przy pomocy patriotów niemieckich z zachowaniem już poczucia zupełnego bezpieczeństwa za Atlantyk. Kierowany dalszą pomocą „obywateli wiernych III Rzeszy” miał osiąść w niemieckojęzycznej osadzie koło Rosario.
Od zakończenia II wojny światowej minęło już 70 lat, a mimo upływu tak długiego okresu czasu powojenne losy wielu czołowych przywódców III Rzeszy nie zostały wyjaśnione i pozostają nieznane. Podobnie jest w przypadku Karla Hankego. Z jego postacią wiąże się nie tylko sprawa tajemniczego zniknięcia, ale również historia ukrywania na jego polecenie w 1944 i 1945 roku tysięcy zrabowanych dzieł sztuki na terenie Dolnego Śląska.

Pewnym jest fakt współpracy na tym polu gauleitera z dolnośląskim konserwatorem zabytków profesorem Güntherem Grundmannem (urodzonym w 1892 roku w Jeleniej Górze, a zmarłym w 1976 roku w Hamburgu). Zadaniem Grundmanna pod koniec II wojny światowej było „zabezpieczanie” dzieł sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów i podobnych obiektów. W obliczu zagrożenia ze strony wojsk armii radzieckiej Grundmann dokonywał selekcji i jeździł po różnych miejscach w celu wybrania najcenniejszych rzeczy. Wywożone były one w głąb Dolnego Śląska i ukrywane między innymi w pałacach i zamkach. Pod koniec wojny Grundmann ewakuował zabytki o wyjątkowym charakterze w głąb Rzeszy.
Grundmann stworzył ponad 80 tajnych schowków mających tworzyć podwaliny finansowe pod „nową Rzeszę”, a jego słynna lista („lista Grundmanna”) kończy się datą 21 czerwca 1944 roku (on sam wyjeżdża w głąb Rzeszy dopiero w 1945 roku).prof Gunther GrundmannSpis zabytków (lista) i skrytek depozytowych został odnaleziony w gruzach urzędu konserwatorskiego. Dokument rozszyfrował Józef Gębczak będący historykiem sztuki. Po wojnie wszystkie miejsca ze spisu odwiedziła polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który był dyrektorem Naczelnej Dyrekcji Muzeów. Niestety okazało się, że skrytki nie były już kompletne. Komisja podjęła się zabezpieczenia tego co w nich pozostało. Istnieją przypuszczenia, że po 21 czerwca 1944 roku, Günther Grundmann mógł jeszcze sporządzić około 100 skrytek dzieł sztuki i kosztowności.
Osoby zajmujące się sprawą ukrywania zrabowanych dzieł sztuki i kosztowności są przekonane, że Karl Hanke i Günther Grundmann, jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku, poświęcili również czas na sporządzenie wielu już mniej urzędowych, prywatnych depozytów, które miały się im przydać się po wojnie.
Przypuszcza się, że takich absolutnie utajnionych depozytów na Dolnym Śląsku sporządzono wtedy kilkadziesiąt.

Günther Grundmann milczał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci i chyba nikt nie skorzystał dotychczas z posiadanej przez niego „prywatnej” wiedzy. Poszukiwanie tych ukryć koncentrować można wokół śladów, jakie pozostawił po sobie Karl Hanke, aż do momentu swojego tajemniczego zniknięcia w kwietniu 1945 roku, gdzieś w okolicach Wałbrzycha, Jeleniej Góry lub czeskiej granicy.
Niekwestionowanym faktem, który potwierdza dość wiele wiarygodnych śladów i relacji jest to, że Hanke odleciał pod koniec kwietnia 1945 roku z oblężonego Festung Breslau samolotem. Inne przekazy mówią też o tym, że widziano go podczas oblężenia Twierdzy w wielu innych miejscach, między innymi na zamku Książ, do którego miał przybyć helikopterem. Helikoptery pod koniec wojny były już montowane we Wrocławiu, a gauleiter o tym doskonale wiedział i mógł wykorzystać jeden z nich. Jeżeli wizyta ta jest prawdą, musiała być ona znaczącą i tym samym potwierdza to fakt, że Fürstenstein był do końca przygotowywany do spełniania zadań specjalnych przez wiele powojennych lat.

Karl Hanke korzystając z możliwości jakie dawało szybkie przemieszczanie się helikopterem, wiosną 1945 roku dokonał odwiedzin kilku miejsc, które dziś pod kątem zorganizowania skrytek depozytowych są niemniej istotne, a z pewnością tych, które były miejscami prowadzenia podziemnych robót pod obiekty o niewyjaśnionym do końca przeznaczeniu. Niektóre źródła informują o tym, że widziano go przylatującego helikopterem między innymi w kilku miejscach Gór Sowich jak również w jego własnym majątku w Golińsku, w Mieroszowie, Krzeszowie i Jeleniej Górze. Po II wojnie światowej upowszechniono informację o rzekomej śmierci Hankego podczas ucieczki przed nadciągającym frontem na terenie Czech – miał się on stać całkiem przypadkową ofiarą czeskiego patrolu, który strzelił do uciekającego człowieka. Niestety wersja ta nigdy nie została zweryfikowana, nawet przez jego rodzinę, która dość szczegółowo badała sprawę jego zaginięcia, a po pewnym czasie z jakichś ważnych, zapewne racjonalnych powodów porzuciła zainteresowanie tym wątkiem.

Możliwość komentowania Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto krnąbrnych mnichów

by on Lut.23, 2015, under Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Możliwość komentowania Złoto krnąbrnych mnichów została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (2)

by on Wrz.12, 2014, under Skarby

Zamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Kiedy?
Na przestrzeni dziejów ludzie, najczęściej w chwili jakiegoś zagrożenia, ukrywali najcenniejsze dla nich przedmioty i dobra. Czytając jakieś opracowanie o skarbach natrafiłem na stwierdzenie, że niegdyś, aby coś ukryć wystarczyło to usunąć z publicznego widoku, z ludzkich oczu. Czy było coś prostszego? Dzisiaj, kiedy ludzie dysponują nowoczesną techniką i odpowiednimi urządzeniami ukrycie czegokolwiek nie jest już takie proste. A mimo to nadal nie jesteśmy w stanie zlokalizować, odnaleźć i odzyskać depozytów z czasów ostatniej wojny.
Tak więc do ukrywania przedmiotów dochodziło w okresie jakiegoś zagrożenia, które wyzwala w ludziach potrzebę minimalizacji strat, potrzebę podjęcia prób ocalenia jak największej części dorobku. Takie stanowisko odnosi się przede wszystkim do „prywatnym posiadaczy”, którzy starali się ocalić jak najwięcej „swojego”, ochronić choćby w części majątek stanowiący nie raz dorobek życia. Myślę, że to zrozumiała postawa, charakterystyczna dla osobników rodzaju ludzkiego, bez względu na narodowość i przynależność państwową.

W przypadku takich schowków ich powstawanie łączyło się z pośpiechem wobec nadciągającego zagrożenia. To zwykle niewielkie schowki, najczęściej lokalizowane w ziemi, na terenie posesji bądź niewielkiej odległości od niej, z depozytem w jakimś metalowym pojemniku np. kance po mleku, skrzyni, albo też niewielki schowek w murach budynków mieszkalnych bądź gospodarczych.
Powstawały również schowki budowane bądź przystosowywane z odpowiednim wyprzedzeniem. I znowu na pierwszy plan ciśnie się przykład działalności Grundmanna. Ale nie tylko on. Takie działania można przypisać większości instytucji upadającego państwa, które ukrywały swoje zasoby, archiwalia. Także bogatsi właściciele próbowali w sposób zorganizowany, nieprzypadkowy, zabezpieczyć posiadane dobra, tyle, że posiadali ku temu większe środki niż zwykli ludzie, którzy musieli polegać na własnych umiejętnościach.

Jak i czym?
Zasadniczo w rachubę wchodziło to czym kto dysponował. Ludzie, których depozyty były skromne pod względem objętości i wartości, nie potrzebowali większych sił i środków do ich ukrycia. Wystarczała siła własnych rąk oraz proste narzędzia, żeby swój skromny skarb bezpiecznie ukryć w ścianie budynku, zakopać w lesie albo we własnoręcznie wykonanej ziemiance.
Większe depozyty wymagały dużo większych sił i środków. Cenne pod względem materialnym albo innym przedmioty i materiały transportowane były często w uzbrojonej ochronie wojska albo SS. Do załadunku i rozładunku wykorzystywani bywali więźniowie, których życie nie było wiele warte dla władz niemieckich i których niejednokrotnie rozstrzeliwano. Takie bezlitosne pozbywanie się świadków nie stanowiło odosobnionych przypadków, nawet czasem ochrona konwoju padała ofiarą takiej zbrodniczej formy zabezpieczenia tajemnicy transportu. Przykładem jest informacja pochodząca z Leśnej, gdzie po wjechaniu konwoju ciężarówek do sztolni odstrzelono wjazd, zasypując wejście i jednocześnie grzebiąc zarówno ładunek na samochodach jak i konwojujących ją żołnierzy.

Jak wynika z tego ostatniego przykładu do odpowiednich prac zabezpieczających używano także materiałów wybuchowych. Miały na celu zamaskowanie wejść do podziemi, sztolni, kopalń bądź przykrycie schowka warstwą skał (przykład z wypowiedzi Klosego) albo innym materiałem – tu można podać przykład złożenia skrzyń w schowku (lochu), a następnie zawalenia fragmentu muru w zamku w Zagórzu Śląskim koło Wałbrzycha jak to opisuje w swoim liście von Schreck (lub Schreckt). Z tego ostatniego przykładu wysuwa się jeszcze jeden wątek.

Mianowicie niektóre schowki i depozyty zabezpieczone były minersko ładunkami wybuchowymi. Von Schreck podaje, że loch, w którym złożono skrzynie zabezpieczono został „przemyślnie zaminowany”, a w drugim przypadku niewielki depozyt złożony w podziemiach kościoła w trumnie zabezpieczony niewielkim ładunkiem wybuchowym. Jednak zabezpieczenia saperskiego należałoby się spodziewać w większości przypadków depozytów, zwłaszcza tych wartościowych, ukrywanych przy pomocy wojska. Nieumiejętna próba neutralizacji bądź obejścia zabezpieczenia miała spowodować detonację czyli odstraszenie ewentualnych chętnych na zagarnięcie depozytu. W taki sposób zakończyła się próba dostania do schowka zlokalizowanego przez Rosjan w Wałbrzychu – próba wejścia do sztolni zakończyła się detonacją ładunków i stratami w ludziach, co spowodowało, że Rosjanie odstąpili od dalszej penetracji i zasypali wejście do sztolni.monetyKto?
Po prześledzeniu tych wszystkich informacji można bardzo ogólnikowo odpowiedzieć, że ukrycia dokonywał każdy kto miał coś cennego, a chciał uchronić przed utratą.
Byli to zwykli mieszkańcy, pospolici obywatele, którzy nie mogli zabrać ze sobą całego mienia uciekając przed frontem i licząc na powrót do domu po ustaniu działań wojennych. Stąd ich skarbczyki zwykle nie zawierały drogocennych metali, dzieł sztuki, diamentów itd., a raczej przedmioty codziennego użytku.
Byli to również ludzie bogaci, którzy mieli świadomość, że zabranie ze sobą cennych przedmiotów w ryzykowną ucieczkę naraża na ich utratę więc lepszą alternatywą dla nich wydawało się ukrycie na miejscu, w specjalnie przygotowanych schowkach, ewentualne powierzenie opieki nad miejscem zaufanym ludziom.

Byli też przedstawiciele władz rozpadającej się Rzeszy, którzy ukrywali to co resort uważał za cenne i nie chciał by wpadło w ręce zwycięzców – obojętnie którego. Mogły to być maszyny i urządzenia, materiały strategiczne. Mogły to być archiwa, których zawartością były zainteresowane państwa zwycięskie, dokumentacja techniczna, zwłaszcza projektów broni, ale też dane wywiadowcze, listy agentów oraz wiele innych informacji. I oczywiście, to co rozpala wyobraźnię poszukiwaczy – kosztowności, bogactwa, metale szlachetne i dzieła sztuki czyli skarby!
Mam nadzieję, że chociaż w drobnej części zdołałem wzbudzić w czytelnikach zainteresowanie tematyką skarbową. Posiadam również świadomość, że niniejszy tekst nie wyczerpuje choćby w części tematu. O wielu aspektach ukrywania depozytów i organizowania schowków nie wspomniałem, a przykłady różnych form i miejsc można by mnożyć. To raczej zasygnalizowanie tematu, które mam nadzieję, uruchomi komentarze i dyskusję ze strony czytelników.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950” Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Uzupełnienie:

W załączeniu mapa i zestawienie nadesłane przez czytelnika (Gawanta) odkrytych przez niego depozytów . Dziękujemy.Mapa depozytówZestawienie ilościowe i procentowe przedmiotów stanowiących zawartość 256 odkrytych depozytów:

Narzędzia rzemieślnicze:                ilość 56,   udział procentowy 11,00
Sprzęt gospodarstwa domowego:  ilość 121,  udział procentowy  23,77
Maszyny i sprzęt rolniczy:              ilość 40,   udział procentowy 7,86
Odzież, pościel itp. :                      ilość 240,  udział procentowy 47,15
Żywność i napoje:                          ilość 4,     udział procentowy 0,79
Kosztowności:                                ilość 2,     udział procentowy 0,39
Dokumenty i zdjęcia:                     ilość 6,     udział procentowy 1,18
Broń:                                              ilość 8,     udział procentowy 1,57
Paliwa itp.:                                     ilość 32,   udział procentowy 6,29
Razem                                            ilość 509,  udział procentowy 100,00

Leave a Comment :, , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (1)

by on Wrz.05, 2014, under Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Ze wszystkich wydarzeń historycznych, w których dochodziło do ukrywania skarbów – w szerokim rozumieniu tego słowa – najbardziej na wyobraźnię osób zajmujących się tą tematyką działa okres II wojny światowej. Przyczynia się do tego zapewne skala dokonywanych rabunków przez służby III Rzeszy, rozmiary konfliktu, a także mnogość relacji dotyczących ukrywania i deponowania różnego rodzaju cennych przedmiotów i wartościowych zbiorów np. archiwaliów, bibliotek, zbiorów sztuki. Ponieważ zainteresowanie czytelników ogranicza się najczęściej do terenów Polski, siłą rzeczy przy podawaniu ewentualnych przykładów postaram się ograniczyć do jej granic, chociaż oczywistym jest, że sposób postępowania mógł być podobny w całej Europie.

Pomijam całkowicie kwestię zagubionych przedmiotów, których utrata była najczęściej wynikiem pechowego zbiegu okoliczności dla posiadaczy, którzy nieświadomie bądź wbrew zamierzeniom tracili dany przedmiot – no cóż, pech. Jako definicję ukrycia (skarbu) przyjmijmy celowe działanie posiadacza zmierzające do przechowania (zabezpieczenia) depozytu w stanie nienaruszonym na nieokreślony okres czasu do momentu ponownego objęcia go w posiadanie i swobodnym dysponowaniem nim.

Co?
Ludzie ukrywali to co stanowiło dla nich jakąkolwiek wartość. Nie tylko złote monety, sztabki, biżuterię. Zdarzało się przecież i jest na to sporo dowodów, że ukrywano również przedmioty codziennego użytku lub wyposażenie gospodarstw domowych. Motocykle, rowery, maszyny do szycia, zastawę stołową i sztućce, obrusy, firanki czy ubrania – przedmioty takie mające wymierną wartość dla właścicieli, a których nie można było zabrać ze sobą albo należało je uchronić przed zrabowaniem, ukrywane były w przygotowanych uprzednio miejscach. Z takiego założenia wychodzili bodaj niemieccy mieszkańcy Dolnego Śląska opuszczający swoje rodzinne strony w ucieczce przed nadciągającym frontem w nadziei, że wrócą tu jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach i odbiorą co swoje. Bądź też takie zabezpieczenie ich mienia pozwalało spokojniej patrzeć w przyszłość i dawało nadzieję na doczekanie spokojniejszych czasów, kiedy przybyli Polacy i Rosjanie się uspokoją lub wyniosą. Takie schowki zapewne zlokalizowane były w każdej miejscowości.

Chyba jednak najbardziej wymownym przykładem czego dotyczył proces ukrywania dóbr świadczy działalność dolnośląskiego konserwatora zabytków Günthera Grundmanna. Początkowo, jak się wydaje, jego działalność zmierza do zabezpieczenia zgromadzonych dzieł sztuki i rozlokowania w bezpiecznych miejscach, a następnie rzeczywiście następuje ich ukrywanie. Jest tego bez liku – zbiory sztuki, rzemiosła, zasoby lokalnych muzeów, archiwalia i zbiory biblioteczne. Podobna działalność, ale już na własną rękę, prowadziła zapewne większość Niemców posiadających na Dolnym Śląsku posiadłości i majątki. Dla przykładu wspomnę jedynie właściciela zamku Czocha – Ernesta Gütschowa, który w specjalnym pancernym pokoju ukrył sporą ilość dóbr materialnych w postaci przedmiotów o wartości historycznej i materialnej, w tym cenne ikony prawosławne, którego zawartość opróżniono z zamiarem wywiezienia ich do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Dochodziło również do ukrywania prawdziwych skarbów – zasobów złota ze skarbców bankowych, depozyty ludności cywilnej w postaci biżuterii oraz walorów walutowych. O takim wątku opowiada historia niejakiego Herberta Klosego, oficera Policji, jak sam uparcie twierdził, który uczestniczył najpierw w typowaniu odpowiednich miejsc, a następnie w ochronie transportów do miejsc ukrycia. Ale najbardziej znanym miejscem ukrycia tych prawdziwych skarbów i na dodatek odnalezionym przez aliantów, jest bez wątpienia kopalnia Merkers, gdzie naziści złożyli pod ziemią ogromne ilości pieniędzy w różnych walutach, złoto i inne cenne metale w sztabkach, numizmaty oraz dzieła sztuki.prof Gunther GrundmannGdzie?
Chyba największym wzięciem cieszyła się metoda polegająca na ukryciu dóbr w ziemi czyli zakopaniu ich. Można przyjąć, że w ten sposób powstało mnóstwo przydomowych skarbczyków, w których właściciele deponowali swoje dobra.
Nieodmiennie, ludzie ukrywali swoje dobra również w miejscach swojego zamieszkania czyli w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Zwykle dokonywano zamurowań niewielkich skrytek w murach budynków, czasem ukrywano rzeczy pod podłogami. Innym razem w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania, w sobie znanym miejscu. Dla autochtonów wybór charakterystycznych miejsc nadających się na skrytkę, a jednocześnie dla obcych sprawiających wrażenie nieciekawych bądź przeciętnych nie jest był problemem. Ponadto wybór takiego miejsca zwykle wiązał się z możliwością stałego, a zarazem w miarę dyskretnego, nie wzbudzającego podejrzeń dostępu.

Niekiedy właściciele depozytów pozostawiali zaufanym instrukcje pozwalające zlokalizować schowek. W takich przypadkach, aby zapewnić sobie możliwość odnalezienia ukrytych dóbr, nieodzownym jest korzystanie ze znaków terenowych w postaci charakterystycznych skał, głazów, drzew, innych obiektów jak choćby kapliczki, które usytuowane były w danych miejscach od bardzo dawna, czasem „od zawsze” i oczywiście istniała bardzo mała szansa, że w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Położenie skrytki lokalizowano zwykle na zasadzie: „20 kroków od skały w kształcie grzyba w stronę potoku, wzniesienia, młyna…” itd. W taki sposób między innymi podawano lokalizację schowka na słynnej już Wyspie Kokosowej, do której prowadzi „ścieżka” wiodąca przez kilka charakterystycznych punktów orientacyjnych w terenie. Jednak była ona (i jest) na tyle nieścisła z różnych powodów, że do dzisiaj nie odnaleziono zgromadzonych tam skarbów.

A z „naszego” podwórka, w ten sposób najprawdopodobniej był zlokalizowany schowek w miejscowości Wetyn, poszukiwany przez Rosjan dysponujących planem, na którym punktem orientacyjnym mogła być lipa, wcześniej wycięta przez polskich osadników, o czym zresztą nie śmieli poinformować sowieckich żołnierzy.
Dość ciekawą informacją, można powiedzieć – pomysłową jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie prostą i skuteczną, jest informacja o sporządzeniu zbiorowego schowka przez mieszkańców przed opuszczeniem miejscowości Lasocice w 1945 roku – mianowicie, chcąc zabezpieczyć swoje mienie, którego zabrać nie mogli, wykopali dół na drodze, odpowiednio go zabezpieczając, a po złożeniu depozytu, schowek zamknięto, na wierzchu zaś układając bruk i przywracając stan poprzedni drogi. Prawda, że pomysłowe?

I jeszcze kolejny przykład – jako ciekawostkę można podać przykład ukrywania mienia w specjalnych ziemiankach zbudowanych (podobno mnóstwo) w lasach wokół miejscowości Poręba koło Bolkowa. Schowki takie miały dać zabezpieczenie na kilka tygodni,  dobrze zamaskowane bez odrobiny szczęścia, były nie do namierzenia. Informacje te wiążą się z celowymi wysiłkami przedstawicieli pewnych urzędów Rzeszy wobec braku możliwości wywiezienia  mienia w bezpieczniejsze rejony w ostatnim okresie II wojny światowej.
Na podobnej zasadzie ale lepiej zabezpieczone przed wpływem czynników zewnętrznych są przykłady wybudowania specjalnych bunkrów. Pierwszy przykład to sporych rozmiarów bunkier wybudowany pod nadzorem SS w miejscowości Przesieka niedaleko Jeleniej Góry, którego lokalizację wskazała pewna Niemka Polakowi w rewanżu za przekazanie dla niej i jej dzieci żywności. Bunkier ten od czasów wojny prawdopodobnie nie naruszony, spoczywa pod niewielką warstwą ziemi do dziś.

Drugi przykład pochodzi z terenów położonych niedaleko miejscowości Stegna przy Mierzei Wiślanej. Tam z kolei, więźniowie najprawdopodobniej z pobliskiego obozu Stutthof, pod nadzorem SS wybudowali w zalesionym terenie kilka niewielkich bunkrów ulokowanych w rozkopanych pagórkach, które po złożeniu zawartości w postaci skrzyń zamykano a następnie zasypywano ziemią i maskowano poprzez obsadzenie roślinnością i krzewami. I jeszcze pozostając przy tematyce bunkrów można wspomnieć o bunkrze o dużej kubaturze zlokalizowanym pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, którego poszukiwania nie dały efektu.
Podobną do ukrywania w ziemi jest metoda wykorzystywania kopalnianych wyrobisk, szybów górniczych, niekoniecznie starych i opuszczonych oraz sztolni i jaskiń. Dolny Śląsk posiadający liczne sztolnie i wyrobiska górnicze, zgodnie z licznymi przekazami, był obszarem, gdzie ten sposób ukrycia stosowany był bardzo często.

Chyba najbardziej znana akcja, a jednocześnie największe znalezisko łączy się ze wspomnianą wcześniej kopalnią Merkers. To tam Alianci znaleźli głęboko pod ziemią ogromne zasoby waluty, kruszcu, kosztowności i dzieł sztuki, ukrytych w wielkim pośpiechu przez służby upadającej III Rzeszy. I chyba właśnie pośpiechem należy wytłumaczyć, iż do kopalni trafiły takie dzieła sztuki jak obrazy, którym mikroklimat tam występujący zdecydowanie nie mógł służyć i narażał je na uszkodzenie. Taką nonszalancją w podejściu do zabezpieczenia mienia w kopalniach i sztolniach we wcześniejszym etapie władze niemieckie nie wykazywały się. Zdecydowanie uwzględniały okoliczności mające wpływ na właściwe zabezpieczenie ukrywanego mienia i nie upychały łatwo mogących ulec uszkodzeniu przedmiotów w miejscach, w których mogło by to je spotkać. Wręcz dbano nawet o odpowiednie rozproszenie zbiorów na wypadek częściowego ich zniszczenia. Natomiast to na co warunki fizyczne miały niewielki wpływ bez pardonu mogło być spokojnie zakopane w ziemi. O takim podejściu wspomina również osławiony Klose, który podawał: „Mianowicie saperzy wywiercili dziury w pochyłej skale, zostały tam załadowane skrzynie i następnie kawałek ściany został zerwany”.

Jednak najwięcej przekazów i informacji pochodzi o ukryciach w pałacach i zamkach, zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Kultowym zagadnieniem jest tu akcja ukrywania zabytków i zbiorów dokonana przez konserwatora prowincji dolnośląskiej dr Grundmanna. Odszyfrowana lista składnic jest dobrze znana, jak również w większości przypadków los złożonych tam depozytów. Chociaż wykluczyć nie można, że w kilku przypadkach raz złożone tam przedmioty zostały ponownie przeniesione w inne miejsca i ukryte, bo przecież komisja rewindykacyjna stwierdziła opustoszenie części składnic, czego nie da się zrzucić w całości na karb rabunków Armii Czerwonej. Poza tym, przypuszcza się, że lista Grundmanna jest niepełna, a dokładniej lista zawiera jedynie część  miejsc, w których zlokalizowano składnice. Bo są na niej miejsca wytypowane przez konserwatora zabytków do lata 1944 roku, a przecież Grundmann działał nadal niemal do nadejścia wojsk radzieckich.

Wspominałem już o zamku Czocha i jego ukrytym pokoju ze skarbami. To kolejny ujawniony i niestety rozgrabiony skarb, którego losów nie udało się w pełni wyjaśnić. Jeśli chodzi o zamki to nie wypada wspomnieć o zamku Książ z jego rozbudowanymi podziemiami, w których pod koniec wojny coś ukryto, a jak twierdzą kategorycznie świadkowie, układ korytarzy i hal nie zgadza się z tym co zapamiętali – stwierdzali brak pewnych pomieszczeń.
Zresztą można przyjąć, że w większości zamków i pałaców Dolnego Śląska właściciele i zarządcy podejmowali podobne akcje zmierzające do ukrycia określonych dóbr, czasem w piwnicach i podziemiach, czasem w parkach, a czasem, jak w Warmątowicach w przypałacowej fosie, gdzie zatopiono bogatą kolekcję monet i medali, z której resztki odzyskano po wojnie spuszczając z niej wodę.

Przedstawione powyżej przykłady na pewno nie wyczerpują tematu możliwych lokalizacji schowków. Możliwości takie ograniczała zapewne tylko pomysłowość organizatorów. Nie wspomniałem o wielu innych znanych, czy wręcz osławionych miejscach. Wykorzystywano niemal wszystko co dawało rękojmię skutecznego ukrycia. Organizowano schowki w grobowcach i na cmentarzach, wykorzystywano kapliczki albo – jak się wydaje na przykładzie Cieplic koło Jeleniej Góry oraz Łańska, przy oznaczaniu lokalizacji schowka prawdopodobnie skorzystano z obsadzenia charakterystycznymi drzewami, nie występujących naturalnie na danym terenie.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950” Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Leave a Comment :, , , , , , , więcej...

Wielisławka. Ukryte skarby III Rzeszy (2)

by on Mar.20, 2014, under Skarby

Złoty konwój. Ostatni raport

Pułkownik kontr­wy­wia­du Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa, Wła­dy­sław Ja­ro­min, wy­py­ty­wa­ny, za­wsze za­sła­niał się ta­jem­ni­cą służ­bo­wą. A mu­siał mieć wiele cen­nych informa­cji – prze­słu­chi­wał prze­cież m.in. do­mnie­ma­ne­go uczest­ni­ka akcji ukry­wa­nia tzw. złota Wro­cła­wia – Her­ber­ta Klo­se­go.

Za­brał ta­jem­ni­cę do grobu – mó­wio­no, gdy Ja­ro­min tra­gicz­nie od­szedł. Tym­cza­sem dawny przy­ja­ciel zmar­łe­go puł­kow­ni­ka po­sta­no­wił prze­rwać mil­cze­nie. Jest nim, znany już z łamów „Od­kryw­cy”, Edward Dzi­kow­ski.

W roku 1944 Pre­zy­dium Po­li­cji w Bre­slau wy­da­je ode­zwę skie­ro­wa­ną do lud­no­ści cy­wil­nej. Nakaz dru­ko­wa­ny w pra­sie zo­bo­wią­zu­je do de­po­no­wa­nia kosz­tow­no­ści oraz za­so­bów pie­nięż­nych we wro­cław­skich ban­kach. Niem­cy, przy­wy­kli do po­słu­szeń­stwa, ma­so­wo od­da­ją naj­cen­niej­sze rze­czy na prze­cho­wa­nie in­sty­tu­cjom finan­so­wym. Wie­rzą za­pew­ne, że ich wła­sność bę­dzie pod­czas walk bez­piecz­niej­sza w ban­ko­wym sej­fie, niż w pro­wi­zo­rycz­nej skryt­ce do­mo­wej bądź za­ko­pa­na w ogród­ku. Po­dob­no każda z tych osób, która zde­cy­do­wa­ła się na po­wie­rze­nie swego ma­jąt­ku ban­kom, otrzy­mu­je po­kwi­to­wa­nie, na mocy któ­re­go bę­dzie mogła odebrać swą wła­sność w bez­piecz­niej­szych cza­sach. Do zwro­tu dóbr nigdy jed­nak nie do­cho­dzi. De­po­zy­ty miesz­kań­ców wraz z wa­lo­ra­mi ban­ków wro­cław­skich w po­sta­ci sztab złota, za­so­ba­mi za­kła­dów ju­bi­ler­skich, nie ukry­ty­mi dotąd dzie­ła­mi sztu­ki oraz czę­ścią zbio­rów ar­chi­wal­nych… giną, a ra­czej zo­sta­ją per­fek­cyj­nie ukry­te. Bez­cen­ny trans­port wy­ru­sza po­dob­no z Wro­cła­wia, nie­dłu­go przed ob­lę­że­niem Fe­stung Bre­slau (Twier­dza Wro­cław) przez Armię Czer­wo­ną, a zatem pod ko­niec 1944 r. lub na po­cząt­ku stycz­nia 1945 r. Ślad do­mnie­ma­ne­go kon­wo­ju urywa się na tra­sie, pro­wa­dzą­cej w kie­run­ku Je­le­niej Góry.

Po­szu­ki­wa­cze od kil­ku­dzie­się­ciu lat łamią sobie głowy spe­ku­la­cja­mi, gdzie ukry­to jeden z naj­więk­szych skar­bów III Rze­szy. Co jakiś czas wy­bu­cha w Su­de­tach i oko­li­cach, „go­rącz­ka złota” za­kro­jo­na na wiel­ką lub mniej­szą skalę…

Kim je­steś ka­pi­ta­nie?

Je­dy­nym, zi­den­ty­fi­ko­wa­nym po woj­nie, uczest­ni­kiem akcji ukry­wa­nia skar­bów miał być Her­bert Klose, ka­pi­tan wro­cław­skiej po­li­cji. Gdyby nie on, ter­min „złoto Wro­cła­wia” nie za­ist­niał­by w po­wszech­nej świa­do­mo­ści. Wia­ry­god­ność ze­znań tego świad­ka wie­lo­krot­nie już jed­nak pod­wa­ża­no. Nie zwe­ry­fi­ko­wa­ne in­for­ma­cje, po­cho­dzą­ce od męż­czy­zny o za­gad­ko­wym ży­cio­ry­sie, nie prze­szko­dzi­ły jed­nak na­ro­dzi­nom le­gen­dy, bu­dzą­cej naj­wyż­sze emo­cje.

W ostat­nim cza­sie po­ja­wił się nowy głos w dys­ku­sji, to­czą­cej się wokół wro­cław­skie­go złota. Wspo­mnie­nia Edwar­da Dzi­kow­skie­go, eme­ry­to­wa­ne­go ofi­ce­ra kontrwy­wia­du, uwia­ry­gad­nia­ją ze­zna­nia Her­ber­ta Klo­se­go. W opo­wie­ści na­sze­go in­for­ma­to­ra zna­leźć można po­twier­dze­nie kie­run­ku, który miał, we­dług Klo­se­go, obrać kon­wój ze zło­tem, wy­my­ka­ją­cy się z za­gro­żo­ne­go mia­sta. Dzi­kow­ski ujaw­nia, że skarb mógł być ukry­ty znacz­nie bli­żej Wro­cła­wia, niż su­ge­ru­ją ofi­cjal­ne zezna­nia by­łe­go ka­pi­ta­na po­li­cji… Od­daj­my zatem głos na­sze­mu in­for­ma­to­ro­wi.

Agent cen­niej­szy niż złoto

– To, co po­wiem za chwi­lę, do­wie­dzia­łem się od płk. Wład­ka Ja­ro­mi­na, z któ­rym się przy­jaź­ni­łem – za­czy­na opo­wia­dać Edward Dzi­kow­ski, wy­wa­żo­nym, jak zwy­kle, gło­sem, sie­dząc przy sto­li­ku jed­nej z wro­cław­skich ka­wiar­ni. – Ja­ro­min prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim jesz­cze ten tra­fił do aresz­tu w 1953 r. In­for­ma­cja­mi po­dzie­lił się tylko ze mną. Przy­zna­ję, że nie za­pa­mię­ta­łem wszyst­kie­go, co mi po­wie­dział, bo nie in­te­re­so­wa­łem się wów­czas tymi spra­wa­mi. Mia­łem inne, bar­dzo po­waż­ne za­da­nia – tłu­ma­czy roz­mów­ca. – Jak się po­lu­je na grube ryby, to i pło­cie wpa­da­ją – uśmie­cha się. – Jedną z ta­kich „pło­tek” była wła­śnie opo­wieść o zło­cie Wro­cła­wia. Gdyby Ja­ro­min żył, opo­wie­dział­by dużo wię­cej, choć Klose nie prze­ka­zał mu naj­praw­do­po­dob­niej wszyst­kie­go. Myślę – Dzi­kow­ski odro­bi­nę ści­sza głos – że we wska­za­nym miej­scu muszą wciąż leżeć de­po­zy­ty. Ja­ro­min na pewno nie pró­bo­wał ich wy­do­by­wać. Nie zaj­mo­wał się po­szu­ki­wa­nia­mi. In­te­re­so­wa­ło go wy­łącz­nie tro­pie­nie agen­tów hi­tle­row­skie­go i RFN-owskie­go wy­wia­du. W la­tach 50. pro­pa­gan­da była tak silna, że lu­dzie wie­rzy­li, że każdy bę­dzie miał po­dług po­trzeb. I to dzię­ki pracy, nie eks­plo­ra­cji – pod­kre­śla Dzi­kow­ski.

Gdy przy­sze­dłem do kontr­wy­wia­du – cią­gnie swą dalej opo­wieść – Ja­ro­min już tam był. Pra­co­wał w tym wy­dzia­le od pierw­sze­go mie­sią­ca po za­koń­cze­niu wojny. Wspo­mi­nał, że w cza­sie walk wy­wie­zio­ny był na ro­bo­ty przy­mu­so­we koło Dre­zna. Tam na­uczył się nie­miec­kie­go. W pierw­szych la­tach po wojnie UB wer­bo­wa­ło do pracy wła­śnie ta­kich ludzi jak on, z „czy­stą prze­szło­ścią”. Sto­su­nek Ja­ro­mi­na do Niem­ców nie był po­zy­tyw­ny. Dla­te­go też skie­ro­wa­no go do roz­pra­co­wy­wa­nia niemiec­kiej i hi­tle­row­skiej agen­tu­ry w Pol­sce. Wszyst­ko, co zwią­za­ne z jego pracą było ści­śle tajne. Do­ku­men­ty prze­cho­wy­wał w sza­fie pan­cer­nej, a współ­pra­cow­nik z po­ko­ju, nie wie­dział, co znaj­du­je się w tym sej­fie.

Ja­ro­min – kon­ty­nu­uje nasz roz­mów­ca – był świad­kiem wy­do­by­wa­nia skrzyń We­hr­wol­fu w Gó­rach Bial­skich w la­tach 50. Uczest­ni­czył w tej akcji wraz z kpt. Sas­sem, od­na­le­zio­nym przez ra­dziec­ki wy­wiad oraz sze­fem ów­cze­sne­go Wo­je­wódz­kie­go Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go (WUBP) we Wro­cła­wiu. Wy­py­ty­wa­łem go później, czy od­na­le­zio­no resz­tę skrzyń. Po­wie­dział, że nigdy wię­cej nie był w tym te­re­nie. (Na temat akcji, opi­sy­wa­nej w gru­dnio­wym „Od­kryw­cy”, Ja­ro­min wypowia­da się, choć bar­dzo oględ­nie, na pla­nie filmu pt. „Kim je­steś ka­pi­ta­nie” Adama Wie­lo­wiej­skie­go i Dio­ni­ze­go Si­dor­skie­go. Emi­sję do­ku­men­tu zre­ali­zo­wa­ne­go przez wro­cław­ski ośro­dek TVP na po­cząt­ku lat 70., wstrzy­ma­no.).

Zanim przej­dę do ze­znań nie­ży­ją­ce­go puł­kow­ni­ka, opo­wiem pewne wy­da­rze­nie, znane mi z au­top­sji. Łączy się ono ze spra­woz­da­niem Ja­ro­mi­na – na chwi­lę za­pa­da, pełne na­pię­cia, mil­cze­nie.

Skar­by an­ty­kwa­riu­sza

Szcze­pan Za­wi­sza, pod­czas wojny był sier­żan­tem w woj­sko­wej żan­dar­me­rii. Po skoń­czo­nych wal­kach prze­szedł do re­zer­wy – Dzi­kow­ski roz­po­czy­na nowy wątek w in­te­re­su­ją­cej nas spra­wie. – Zde­cy­do­wał się po­zo­stać na Zie­miach Za­chod­nich i prze­niósł się do Wro­cła­wia. Za­miesz­kał w blo­kach woj­sko­wych, do dzi­siaj sto­ją­cych przy ul. Ślęż­nej. Po­cząt­ko­wo pod­jął pracę kel­ne­ra w re­stau­ra­cji „Pod ko­niem” przy ul. Trau­gut­ta. W la­tach 50. prze­niósł się do „Mo­no­po­lu” przy pl. Wol­no­ści. W tym cza­sie na Zie­mie Od­zy­ska­ne przy­jeż­dżał znany an­ty­kwa­riusz war­szaw­ski, Ta­de­usz Wie­rzej­ski (w cza­sie wojny pro­wa­dził an­ty­kwa­riat w Kra­ko­wie). Zatrzymywał się w ho­te­lu „Mo­no­pol”, gdzie pra­co­wał Za­wi­sza. Wie­rzej­ski upa­trzył sobie kel­ne­ra, uzna­jąc go za by­stre­go i spryt­ne­go czło­wie­ka. Wła­śnie kogoś takie­go po­trze­bo­wał.

Za­pro­sił więc męż­czy­znę do roz­mo­wy, pod­czas któ­rej za­pro­po­no­wał wy­szu­ki­wa­nie dzieł sztu­ki, które prze­trwa­ły wojnę, na Dol­nym Ślą­sku. Za­wi­sza zgo­dził się. Prze­szedł szko­le­nie pod bacz­nym okiem mi­strza, jak od­róż­nić dzie­ło od kiczu. Za­czął jeź­dzić po wsiach, szyb­ko na­wią­zy­wał kon­tak­ty, pu­ka­jąc od cha­łu­py do cha­łu­py. Od­wie­dzał po­nie­miec­kie pa­ła­ce, za­glą­dał na stry­chy i do piw­nic. Oka­zał się do­sko­na­ły w swoim fachu, na Ślą­sku nie było lep­sze­go. Był je­dy­ny, bo do­pie­ro w po­ło­wie lat 60. inni za­czę­li krę­cić się wokół tego te­ma­tu.

Za­wi­sza zna­lazł w pa­ła­cu w Szcze­pa­no­wie, koło Środy Ślą­skiej orien­tal­ny go­be­lin o bar­dzo dużej war­to­ści hi­sto­rycz­nej i ma­te­rial­nej. W Stol­cu, koło Zię­bic, od­ku­pił od chło­pa szcze­ro­zło­ty ta­lerz, z któ­re­go ja­da­ły kury. Na stry­chu jed­ne­go z miesz­kań w Lu­bo­ra­dzu koło Ja­wo­ra, od­na­lazł pęk­nię­ty na pół obraz ma­lo­wa­ny na desce, fran­cu­skie­go im­pre­sjo­ni­sty – Co­ro­ta.

Wie­rzej­ski kazał szu­kać Za­wi­szy mi­śnień­skiej por­ce­la­ny. Po­moc­nik an­ty­kwa­riu­sza jeź­dził więc do Bro­dów, któ­rych przed­wo­jen­ni wła­ści­cie­le szczy­ci­li się posiadaniem naj­słyn­niej­sze­go ser­wi­su świa­ta – ła­bę­dzie­go. Za­wi­sza zna­lazł u ludzi na wsi ok. 40 cm. wy­so­ko­ści fi­gur­ki ze zna­kiem ma­nu­fak­tu­ry mi­śnień­skiej, przed­sta­wia­ją­ce szlach­tę pol­ską. Nie omiesz­kał też prze­pro­wa­dzić re­ko­ne­san­su pięk­ne­go pa­ła­cu, znisz­czo­ne­go przez Ro­sjan. Przed wojną, w ścia­nach re­zy­den­cji wy­ko­na­no wnęki, gdzie na pół­kach eks­po­no­wa­no naj­star­szą por­ce­la­nę, po­cząw­szy od XVIII-wiecz­nej. Gdy ru­nę­ły stro­py pa­ła­cu, ta część por­ce­la­ny za­cho­wa­ła się. Lu­dzie wła­śnie stam­tąd ją wy­cią­ga­li.

Za­wi­sza wszyst­kie od­na­le­zio­ne dzie­ła i przed­mio­ty prze­ka­zy­wał Wie­rzej­skie­mu za opła­tą. Nie wia­do­mo, jaki był dal­szy los za­byt­ków. An­ty­kwa­riusz han­dlo­wał na pewno z pra­cow­ni­ka­mi am­ba­sad. Zmarł w la­tach 80., prze­żyw­szy o kilka lat swego współ­pra­cow­ni­ka.

Z Za­wi­szą roz­ma­wia­łem wie­lo­krot­nie – przy­zna­je Edward Dzi­kow­ski. – Wy­szu­ki­wał broń do mojej ko­lek­cji. Ku­pi­łem od niego m.in. ha­kow­ni­cę wa­row­ną z zamku Czo­cha, którą sprze­da­łem póź­niej jed­ne­mu ko­lek­cjo­ne­ro­wi, ama­to­ro­wi z Kra­ko­wa.

W la­tach 80., daw­niej pełen werwy męż­czy­zna zmie­nił się w scho­ro­wa­ne­go, przy­gnę­bio­ne­go czło­wie­ka. Stra­cił cały ma­ją­tek, któ­re­go do­ro­bił się na an­ty­kach. W zielo­no­gór­skim pro­wa­dził re­stau­ra­cję, która zban­kru­to­wa­ła. Wró­cił do Wro­cła­wia, na Ślęż­ną, gdzie zmarł.

Pod ko­niec życia lubił wra­cać do bo­ga­tej prze­szło­ści. Opo­wia­dał, że w la­tach 40. prze­jeż­dża­jąc szosą bie­gną­cą w kie­run­ku Le­gni­cy, za­trzy­mał się w po­bli­żu Kątów Wro­cław­skich – wspo­mi­na Dzi­kow­ski. Cho­dząc po pasie trawy, roz­dzie­la­ją­cym dwie nitki au­to­stra­dy, zna­lazł złotą ob­rącz­kę. Wró­cił w to miej­sce po paru dniach. Od­krył jesz­cze kilka przed­mio­tów ze złota, roz­sia­nych na prze­strze­ni około 50 m, m.in. ze­gar­ki i pier­ścion­ki. Wra­cał w to miej­sce jesz­cze kil­ka­krot­nie, skru­pu­lat­nie je prze­szu­ku­jąc. Po­dej­rze­wam, że w tym miej­scu mu­siał zo­stać ostrze­la­ny pod ko­niec wojny sa­mo­chód wio­zą­cy ja­kieś kosz­tow­no­ści. Nie­wy­klu­czo­ne, że był to jeden z trans­por­tów tzw. złota Bre­slau. Przy­zna­ję, że nie pa­mię­tam jed­nak, czy Klose wspo­mi­nał Ja­ro­mi­no­wi o ostrza­le któ­re­goś z trans­por­tów. Za­wi­sza o zło­tym konwoju nic wów­czas jesz­cze nie wie­dział. Od­na­le­zio­ne pre­cjo­za sprze­dał.

Co na to źró­dła?

Warto zwe­ry­fi­ko­wać opo­wia­da­nie na­sze­go roz­mów­cy pod kątem zna­nych fak­tów. Jeśli przy­jąć za Dzi­kow­skim, że kosz­tow­no­ści wcho­dzi­ły w skład tzw. wrocławskie­go złota, na­su­wa się wnio­sek, iż na­le­ża­ły one do trans­por­tu wio­zą­ce­go de­po­zy­ty lud­no­ści cy­wil­nej Bre­slau. We­dług zna­nych pro­to­ko­łów prze­słu­chań Klo­se­go, kosz­tow­no­ści pry­wat­ne miały być ukry­te w innym miej­scu, niż wa­lo­ry ban­ko­we­go złota. We frag­men­tach prze­słu­chań po­cho­dzą­cych z dnia 7.02.1953 r. cy­to­wa­nych przez au­to­rów książ­ki „Tań­cząc na Wul­ka­nie”, Klose ze­zna­je: „Na na­stęp­ny dzień po­je­cha­li­śmy znowu oglą­dać miej­sca koło Wro­cła­wia. Mówił (pułkow­nik bądź major SS Egon Ol­len­hau­er, ps. Wolf, kie­ru­ją­cy we­dług Klo­se­go akcją pod kryp­to­ni­mem „złoto”), że trze­ba rów­nież szu­kać miejsc koło Wro­cła­wia, po­nie­waż bę­dzie ścią­ga­ne złoto od lud­no­ści cy­wil­nej oraz ze skle­pów ju­bi­ler­skich, które trze­ba rów­nież ukryć. Złoto to było fak­tycz­nie ścią­ga­ne, tak że za­bie­ra­no złoto i da­wa­no po­kwi­to­wa­nie” .

I dalej: (…) mówił mnie rów­nież, że te wszyst­kie drob­ne rze­czy za­bra­ne do prze­cho­wa­nia od lud­no­ści cy­wil­nej zo­sta­ły za­cho­wa­ne w in­nych miej­scach, on już tych rze­czy nie cho­wał, a cho­wał je kto inny. Będą one za­cho­wa­ne w tych miej­scach, które po­przed­nio po­da­wa­łem, jak Wil­len­berg (Wie­li­sław­ka), Spit­zberg (Ostrzy­ca), Gre­dys­berg (zamek w Grodź­cu) i w oko­li­cach Wro­cła­wia. Opo­wia­dał mi rów­nież, w jaki spo­sób było to wszyst­ko scho­wa­ne. Mia­no­wi­cie sa­pe­rzy wy­wier­ci­li dziu­ry w skale po­chy­łej, skrzy­nie tam zo­sta­ły za­ła­do­wa­ne i na­stęp­nie ka­wa­łek skały zo­stał ze­rwa­ny (…).

Ja­ro­min mówi

W re­kon­struk­cji tam­tych wy­da­rzeń po­mo­gą być może in­for­ma­cje, jakie uzy­skał płk. Wła­dy­sław Ja­ro­min, pod­czas prze­słu­cha­nia Klo­se­go (na temat tego przesłuchania brak jest, jak do­tych­czas, ja­kich­kol­wiek zna­nych do­ku­men­tów).

– Jak po­wie­dział mi kie­dyś Ja­ro­min, prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim ten tra­fił do aresz­tu w WUBP we Wro­cła­wiu – re­la­cjo­nu­je Edward Dzi­kow­ski. – Klose ze­znał, że kon­wój je­chał au­to­stra­dą, w kie­run­ku na Le­gni­cę, a póź­niej skrę­cił na Zło­to­ry­ję. Minął to mia­sto i za­trzy­mał się po­mię­dzy nim a Je­le­nią Górą. Wtedy Klose wraz z in­ny­mi zo­stał ode­sła­ny. Akcja trwa­ła jed­nak dalej. De­po­zy­ty ukry­wa­no po­dob­no w jed­nej ze sztol­ni pod górą w oko­li­cach wsi Nowy Ko­ściół. Na­stęp­nie od­strze­lo­no wej­ście.

Ja w to wie­rzę – pod­su­mo­wu­je nasz in­for­ma­tor – mimo że nikt nie dys­po­nu­je wie­dzą na temat miejsc ukry­cia tego złota. Kon­wo­jen­ci za­pew­ne zo­sta­li roz­strze­la­ni, wyż­szych stop­niem funk­cjo­na­riu­szy wy­sła­no na pierw­szą linię fron­tu, po­zo­stał kie­row­nik kon­wo­ju – je­dy­ny, który wie­dział i dys­po­no­wał pla­nem. Praw­do­po­dob­ne, że już nie żyje. Czy zdą­żył prze­ka­zać in­for­ma­cję o schow­ku przed śmier­cią? – za­sta­na­wia się Edward Dzi­kow­ski.

Po­twier­dze­nie

W roku 1944, Klose wraz z mjr Ol­len­hau­rem mieli ty­po­wać miej­sca do ukry­cia dóbr nie­miec­kich i de­po­zy­tów ban­ko­wych wokół Wro­cła­wia i w re­jo­nie Su­de­tów. Jed­nym z nich był wła­śnie Nowy Ko­ściół, wieś po­ło­żo­na nie­da­le­ko góry Spit­zberg. Mjr Sta­ni­sław Sio­rek, nie­ży­ją­cy już ofi­cer wro­cław­skiej de­le­ga­tu­ry Służ­by Bezpieczeń­stwa, jeden z naj­go­ręt­szych pro­pa­ga­to­rów ta­jem­nic Dol­ne­go Ślą­ska, na­pi­sał w ana­li­zie (ma­te­riał nie­pu­bli­ko­wa­ny, ar­chi­wum sym­pa­ty­ka „Od­kryw­cy”) z dnia 12.10 1988 r.: „Na po­cząt­ku (Klose – przyp.red) wspól­nie z Wol­fem i ka­pi­ta­nem Se­ifer­tem, też po­li­cjan­tem (?) wi­zy­to­wa­li wiele miejsc (Ślęża, Wie­li­sław­ka, Nowy Ko­ściół, Cie­pli­ce, Śnież­ka) szu­ka­jąc sto­sow­ne­go miej­sca na ukry­cie skar­bu (…).

W po­wyż­szą hi­sto­rię można wie­rzyć lub nie. Obec­ny stan wie­dzy nie po­zwa­la na jej po­twier­dze­nie lub wy­klu­cze­nie. Opo­wia­da­nie Edwar­da Dzi­kow­skie­go przywołuje at­mos­fe­rę po­wo­jen­nych cza­sów, kiedy oprócz walki o byt i ko­niecz­no­ści usto­sun­ko­wa­nia się do no­we­go re­żi­mu po­li­tycz­ne­go, zda­rza­ły się rze­czy niezwykle, jak cho­ciaż­by moż­li­wość zna­le­zie­nia „im­pre­sjo­ni­sty” na stry­chu, czy złota na au­to­stra­dzie.

Su­ge­stia na­sze­go in­for­ma­to­ra do­ty­czą­ca schow­ka w Nowym Ko­ście­le, wy­da­je się praw­do­po­dob­na, szcze­gól­nie iż po­kry­wa się z miej­sca­mi ty­po­wa­ny­mi wcze­śniej przez od­po­wie­dzial­nych za akcję (pod wa­run­kiem, że zaufa się Klo­se­mu). Wielu za­in­te­re­so­wa­nych przy­zna­je też, że Śnież­ka, o któ­rej mówi naj­bar­dziej po­pu­lar­na wer­sja do­ty­czą­ca „7 ton za­gi­nio­ne­go złota”, była po pro­stu za da­le­ko od Bre­slau, by trans­port mógł tam bez­piecz­nie do­trzeć w mo­men­cie, gdy wokół mia­sta za­my­kał się pier­ścień ob­lę­że­nia…

Gdzie ukry­to tzw. Złoto Wro­cła­wia?

Wszyst­kie pierw­szych sześć wy­mie­nio­nych po­ni­żej miejsc po­ja­wia się w ze­zna­niach Klo­se­go.

1. Rejon Kar­pa­cza, oko­li­ce Góry Śnież­ki – mówi naj­po­pu­lar­niej­sza wer­sja, opar­ta na bazie ze­znań Klo­se­go. Ka­pi­tan nigdy nie wspo­mniał o daw­nych ko­pal­niach srebra i oło­wiu „Gu­staw” i „He­in­rich”, w re­jo­nie Bia­łe­go Jaru. Po­szu­ki­wa­cze jed­nak wła­śnie te szyby ty­pu­ją na schow­ki, do któ­rych, z róż­nych wzglę­dów, nie potrafią do­trzeć.

2. Cie­pli­ce Ślą­skie (Warm­brunn), obec­nie dziel­ni­ca Je­le­niej Góry. Jedno z miejsc od­wie­dzo­nych przez Klo­se­go i Ol­len­hau­era w 1944 r. Nie­któ­rzy ty­pu­ją na schowek dawny pałac Schaf­fgot­schów. Ant­ko­wiak w książ­ce „Nie od­kry­te skar­by” su­ge­ru­je oko­li­ce domku my­śliw­skie­go w cie­plic­kich po­sia­dło­ściach arystokratyczne­go rodu.

3. Góra Wie­li­sław­ka w Sę­dzi­szo­wej. Klose oraz Ol­len­hau­er mieli w 1944 r. od­wie­dzić re­stau­ra­cję na szczy­cie góry oraz sztol­nię u jej pod­nó­ża.

Z ma­te­ria­łów UOP (za „Tań­cząc na wul­ka­nie”): „We­dług opo­wia­dań lud­no­ści au­to­chto­nicz­nej za­miesz­ka­łej na te­re­nie Sę­dzi­szo­wa, to Niem­cy w okre­sie przed ­kapitu­la­cyj­nym wo­zi­li na górę „Wil­len­berg” znaj­du­ją­cy się w Sę­dzi­szo­wie róż­no­rod­ny sprzęt i za­ko­py­wa­li go we wspo­mnia­nej górze. Nikt z lud­no­ści nie wi­dział jakie przed­mio­ty za­ko­py­wa­no, po­nie­waż teren góry był ob­sta­wio­ny woj­ska­mi i za­bro­nio­no lud­no­ści cy­wil­nej zbli­ża­nia się do tej góry.”

4. Ostrzy­ca na Po­gó­rzu Ka­czaw­skim dawny sto­żek wul­ka­nicz­ny, zwany Ślą­ską Fu­ji­ja­mą. W świa­do­mo­ści po­szu­ki­wa­czy i miesz­kań­ców, bar­dziej zwią­za­ny z mitycznym skar­bem Czar­ne­go Janka, niż ze „zło­tem Wro­cła­wia”.

5. Góra Ślęża (ok. 30 km na po­łu­dnie od Wro­cła­wia).

W okre­sie kiedy ty­po­wa­no po­ten­cjal­ne miej­sca na ukry­cie de­po­zy­tów, wierz­cho­łek góry był już ob­sa­dzo­ny przez nie­miec­kie woj­sko. To unie­moż­li­wi­ło do­kład­ny ogląd miej­sca pod kątem ukry­cia skar­bów – ze­zna­wał Klose.

6. Zamek Gro­dziec, nie­opo­dal wsi Za­grod­no. Gro­dziec (daw­niej Grödit­zberg), zamek zbu­do­wa­ny w XIV w. na ba­zal­to­wej skale. Po­czy­na­jąc od XVIII w. sta­no­wi już wy­łącz­nie ruinę. U jego pod­nó­ża w wieku XVIII zbu­do­wa­no ba­ro­ko­wy pałac.

7. Pod­zie­mia Twier­dzy Kłodz­kiej. Paweł Li­sie­wicz w ar­ty­ku­le pt. „Ta­jem­ni­ce sied­miu ton złota” pisze:

„I nagle przy­cho­dzi re­we­la­cyj­na wia­do­mość. Prze­słu­chi­wa­ny prze­ze mnie b. nie­miec­ki szo­fer We­hr­mach­tu ze­znał, że wraz z ko­lum­ną sa­mo­cho­dów przy­wiózł z Wro­cła­wia do twier­dzy de­po­zyt złota wro­cław­skie­go Re­ichs­Ban­ku. Złoto było w szta­bach.”

Kim był Her­bert Klose?

Jedni uwa­ża­ją, że wy­pro­wa­dził w pole kontr­wy­wiad, inni, że opo­wie­ścia­mi o zło­cie ra­to­wał wła­sną skórę. Fak­tem jest, co się nie­mal­że nie zda­rza­ło, że po kilkumiesięcz­nym po­by­cie w aresz­cie przy WUBP we Wro­cła­wiu, zo­stał wy­pusz­czo­ny na wol­ność.

Nie wia­do­mo do­kład­nie dla­cze­go zo­stał aresz­to­wa­ny. Mówi się, że pod pre­tek­stem dzia­łal­no­ści w or­ga­ni­za­cji dy­wer­syj­nej We­hr­wol­fu, choć rok 1953 był już jed­nym z ostat­nich lat dzia­łal­no­ści nie­miec­kich or­ga­ni­za­cji pod­ziem­nych w Pol­sce. W trak­cie śledz­twa pró­bo­wa­no roz­szy­fro­wać ży­cio­rys Klo­se­go. Au­to­rzy „Tań­cząc na wulka­nie” (niestety beznadziejni i nigdy nie będący w miejscach przez siebie opisywanych) cy­tu­ją ma­te­ria­ły udo­stęp­nio­ne przez Urząd Ochro­ny Pań­stwa:

(…) w okre­sie wojny słu­żył w SS Schützpo­li­zei na te­re­nie Fran­cji, Bel­gii, a póź­niej w re­jo­nie Ka­to­wic. Na­stęp­nie z Ka­to­wic prze­niósł się do Wro­cła­wia, gdzie do końca wojny pra­co­wał w stop­niu ka­pi­ta­na w Pre­zy­dium Po­li­cji.

(…) Mimo pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa prze­szłość (Klo­se­go – przyp.red.) nie zo­sta­ła do końca wy­ja­śnio­na. Pewne ma­te­ria­ły su­ge­ru­ją, że zo­stał mia­no­wa­ny przez Abwehrę, pod­le­ga­ją­cą w tym cza­sie SS, sze­fem grupy dy­wer­syj­no – sa­bo­ta­żo­wej na po­wiat Zło­to­ry­ja (…) Być może, że w tym celu pod ko­niec wojny osie­dlił się we wsi, gdzie po­sia­dał zna­jo­mą, obec­ną swoją żonę, z którą za­warł zwią­zek mał­żeń­ski.

(…) w mo­men­cie aresz­to­wa­nia po­sia­dał fo­to­ko­pię do­ku­men­tu upraw­nia­ją­ce­go go do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du we­te­ry­na­rza, i w śledz­twie stwier­dził, że przy pre­zy­dium po­li­cji we Wro­cła­wiu słu­żył w stop­niu ka­pi­ta­na we­te­ry­na­rii. Ocena tego do­ku­men­tu wy­ka­zu­je, że był to fo­to­mon­taż wy­ko­na­ny w celu od­wró­ce­nia po­dej­rzeń od osoby (…). W grud­niu 1944r. zo­stał przy­dzie­lo­ny do grupy spe­cjal­nej SS, któ­rej celem było ukry­cie za­so­bów ar­chi­wal­nych i ban­ko­wych zgro­ma­dzo­nych we Wrocławiu (…)”.

Ste­fan Ku­czyń­ski, czło­nek wro­cław­skiej Po­lo­nii, prze­żył ob­lę­że­nie mia­sta w 1945 r. Apo­ka­lip­tycz­ną at­mos­fe­rę szy­ku­ją­ce­go się do walki Wro­cła­wia oddał w książ­ce pt. „Fe­stung Bre­slau”, wy­da­nej w 1960 r. Oto naj­czę­ściej cy­to­wa­ny frag­ment dzie­ła, trak­to­wa­ny jako po­twier­dze­nie go­rącz­ko­wej akcji ukry­wa­nia de­po­zy­tów, dzieł sztu­ki i ar­chi­wów (cyt. za „Mil­czą­ce Ślady”):

„Wi­dzie­li­śmy – w takim Wro­cła­wiu rzecz nie­by­wa­ła – całe stada bydła pę­dzo­ne do rzeź­ni miej­skiej, spo­ty­ka­li­śmy ko­lum­ny po­jaz­dów cię­ża­ro­wych z ta­jem­ni­czym ła­dun­kiem, szczel­nie przy­kry­tych bre­zen­tem. (…) No­ca­mi wy­wo­żo­no z gma­chów urzę­dów i ban­ków akta, z więk­szych skle­pów cen­niej­sze to­wa­ry, z mu­ze­ów, domów pry­wat­nych, ko­ścio­łów dzie­ła sztu­ki, kosz­tow­no­ści. Usu­wa­no po­mni­ki: Bi­smarc­ka z placu 1 Maja, Blu­eche­ra z placu Sol­ne­go, Fry­de­ry­ka II i III z Rynku. Wy­wo­żo­no je za mia­sto i za­ko­py­wa­no w ziemi…”

Czy hauptman Klose zdradził kamratów ?

Podobnie jak wiele innych osób ja też zastanawiałem się dlaczego Klose nie „wyjechał” (uciekł) tak jak wielu innych jego kamratów z Gestapo? Na co liczył? Na co mógł liczyć w styczniu 1945 roku tak doświadczony oficer śledczy powinien wiedzieć że dla Gestapo nie ma taryfy ulgowej. On jednak pozostał. Pozostał w 1945 i nie skorzystał z szansy wyjazdu w latach późniejszych. Ożenił się z Polką, do końca swoich dni mieszkał w Polsce w PRL-u albo jak on to mówił „na ziemiach czasowo będących pod administracją polską”.
Tutaj, na tych ziemiach został pochowany. Jego granitowy nagrobek nie wyróżnia się od wielu innych na tym cmentarzu (widziałem go).
Z opowiadań, z opisów znamy temat zaciekłości i bezwzględności z jaką UB, NKWD, MO później SB ścigała, tropiła działaczy polskiego podziemia. Po odtajnieniu archiwów dowiedzieliśmy się jakie były metody, co się działo za murami więzień więziennych murów i drutami obozów. Po 1945 roku Łambinowice, Potulice, Toszek, Świętochłowice, Jaworzno Szczakowa, Barczewo i wielu innych miejscach. Rodziny niektórych „zatrzymanych” do dzisiaj poszukują miejsca pochówku swoich bliskich.
UB dość szybko „namierzyła„ Klosego. Był przesłuchiwany, może nawet torturowany ale nie skończył tak jak inni jemu podobni.
Widocznie był, były ku temu jakieś powody. Klose był specjalistą i to bardzo dobrym specjalistą. Ze względu na charakter i miejsce swojej „pracy” nie wiele miał wspólnego ze zwalczaniem polskiej czy sowieckiej partyzantki, ruchu oporu a GG. Nawet osobniki tak prymitywne jak oficerowie UB i ich żydowscy pomocnicy wiedzieli iż tego mu nie udowodnią. Jedynym poważnym zarzutem była służba w gestapo.
Dla wielu to wystarczało żeby trafić do więzienia albo do …grobu np. na dziedzińcu więzienia w Legnicy.
On nie tylko wyszedł „cało”, ale pozwolono mu nawet na ślub z Polką i osiedlenie się na tej ziemi.
Zawarł wiele znajomości i „przyjaźni” ludzie napływowi cenili jego znajomość koni. Leczył je pomagał, oni nie znali jego przeszłości. To dziwne ale był raczej szanowanym obywatelem i gdyby chciał a UB, później SB zezwoliła to zapewne zaszedł by bardzo wysoko.
Dlaczego nie chciał?
Może obawiał się zemsty kamratów? Sfinksa?
Jego żona na początku najprawdopodobniej nie znała przeszłości męża ale później kiedy już się o prawie wszystkim dowiedziała została zwerbowana (zmuszona) do współpracy z UB. Najzwyczajniej na świecie donosiła na niego. On o tym wiedział więc czasem celowo podsuwał jakieś „nowe” tropy to pozwalało przeczekać przetrwać trudne chwile. Niektórzy bystrzejsi, byli i tacy!, oficerowie SB przejrzeli grę hauptmana ale właśnie ze względu na iloraz inteligencji nie reagowali, obawiali się utraty intratnej i ciepłej posady, przeniesienia np. do departamentu IV albo i gorzej. Pisali raporty, sami wymyślali to czego nie wymyślił Klose.
Teczki pęczniały, przybywało papierowej roboty, potrzebne były nowe analizy, nowe dane „zmuszały” śledczych do licznych wyjazdów w teren, dodajmy bardzo piękny. Przy okazji naprawdę można było coś dorobić na boku bo te skarby w odróżnieniu od ich raportów były prawdziwe.
W latach 80 XX wieku rozmawiałem z kilkoma z nich, być może miałem zostać zwerbowany ?
Interesowałem się ta sprawa i dość głośno rozmawiałem na te tematy w pracy. Ciekawi mnie ona do dzisiaj.
Uważam że teraz jest dobry czas na ujawnienie niektórych faktów z działalności Sfinksa .
Za kilka lat może już nie będzie czego ujawniać .
Ostatecznie bez mojej wiedzy, skierowany zostałem na bocznicę. Wówczas nawet tego nie zauważyłem, nie, nie żałuje tego bo „nowe zainteresowania” są bardzo ciekawe, nadmiar podrzuconego, tak podrzuconego mi materiału uniemożliwiał zajmowanie się tamta sprawą. Później sam zrezygnowałem bo nowe było ciekawsze.
Gdyby wówczas oficjalnie zakazano mi, zabroniono zajmowania się ta sprawą to szczerze powiem że nie tylko bym tego nie zrobił ale może nawet zwiększyłbym swoje wysiłki w działaniu. Może na ziemi postawiono by kolejny krzyż (?) mój .
Teraz powrót do tamtych spraw nie jest już możliwy. Cieszę się że znalazłem inne zajęcie.

Kim był Klose dla Niemców? Dlaczego pozwolili mu pozostać? Tak pozwolili bo wielu takich jak on sami likwidowali kiedy ci nie chcieli się „ewakuować”. Robili to także i po wojnie. Na tamtejszych cmentarzach było wiele mogił w których pochowano zmarłych w tajemniczych okolicznościach, miejscach. Nie wszystko da się przypisać UB. Nawet jeżeli ktoś będzie bardzo dociekliwy.
Klose był łącznikiem!?
UB a później SB zrobiła z niego przynętę. Dawni kamraci szybko się zorientowali w sytuacji. Nie zlikwidowali go bo był lojalny wobec nich. Czasem był jedynym świadkiem ukrycia skarbów i składów broni. Musieli o niego dbać. To za ich zgoda co jakiś czas podsuwał tym którzy go inwigilowali „nowe cudowne tropy”. Odkrywano wówczas składy, składnice, skarby wszystko jednak w taki sposób żeby jak najmniej tego trafiło w łapy Ubeckich bossów. Tak naprawdę to było ratowanie dzieł sztuki poprzez ujawnienie miejsca ich przechowywania. Gdyby Klose tego nie zrobił to skarby mogłyby zostać zniszczone przez warunki atmosferyczne czy upływający czas , z braku należytej konserwacji.

Jedni i drudzy osiągali swoje cele, wszyscy byli zadowoleni.
Później zaczął się szantaż. Tak! To był szantaż. Wystarczy prześledzić kilka przypadków przerwania poszukiwań, cudownych ocaleń a czasem… braku jakiegokolwiek działania ze strony Polskiej i Radzieckiej.
Dlaczego zaraz po wojnie nie przystąpiono do dokładnego spenetrowania podziemi Kompleksu Riese? Podziemi zamku Książ? dlaczego zakazano prac poszukiwawczych Lubiążu ? i wielu innych miejscach.
Decyzje zapadały na najwyższych szczeblach władzy i resortów.
Skarb Średzki itp.
Proszę sobie przypomnieć koniec lat 80 we Wrocławiu. W lokalnej prasie pojawiały się ogłoszenia o możliwości zatrucia wody dla miasta. Ktoś domagał się wielkiej kwoty pieniędzy za odstąpienie od swojego zbrodniczego zamiaru. Natychmiast wszczęto poszukiwania w Lubiążu i Brzegu Dolnym. Przypadek?
Później równie szybko je przerwano i ogłoszono ze szaleńca znaleziono. Był nim jak podano jakiś psychicznie chory uciekinier z zakładu dla obłąkanych.
A może to była prowokacja której celem było …no właśnie, rozpoczęcie poszukiwań w Lubiążu.
SB miała sporo materiałów na temat tego obiektu.
Kto i co ich powstrzymywało? Należy przyjąć że to skażenie wody to nie żaden blef, taka sytuacja może zaistnieć naprawdę.
Niemiecka grupa wypadowa której rzekomym celem było zniszczenie zapasów broni chemicznej niczego nie wywiozła. Na miejscu nie było warunków do zniszczenia chemikaliów zwłaszcza jeżeli to by były trujące chemikalia. Natychmiast po „odbiciu” fabryki przez Rosjan obiekt został obsadzony załogą wojskową, nie zanotowano zachorowań czy śmierci spowodowanej środkami trującymi.
Nie zanotowano takich przypadków także i po wojnie. Czy to możliwe że tam coś zostało zniszczone, spalone?
Nie wszystkie środki trujące są łatwopalne, czy w ogóle palne. Nie ma śladu po ofiarach wśród tych którzy je niszczyli. To nie była zwykła przeprowadzana w normalnych warunkach akcja. To była wojna, Niemcy działali na głębokich tyłach wroga.
Może oni mieli zniszczyć tylko dojście do miejsca składowania chemikaliów? Zaminować wejścia, sztolnie, zamaskować szyby wentylacyjne. Takie zadanie było możliwe do wykonania w tamtych warunkach.
Może coś wynieśli, może to ten straszak, może to właśnie był trzeci Joker w talii Klosego?
Sfinks, takim kryptonimem wywiad Galena określił grupę mającą odszukać wszystkich „strażników” śpiochów mających czekać na sygnał. Sfinks jest wielki, tajemniczy, mimo że obito mu nos wciąż stoi na straży pustyni Nikt nie zna jego tożsamości, wieku ani …płci. Wciąż wzbudza zachwyt i podziw nawet teraz kiedy już nie wiadomo dlaczego tam go pozostawiono na pastwę promieni słonecznych i …gapiów.
Jest sam, tylko on jeden przeciwko wieczności. Jego bystre kocie oczy zwrócone są w stronę z której oczekiwano nadejścia wroga.

W tym czasie hauptman przebywał na terenach jeszcze do 1945 roku, do maja, zajętych przez Niemców. Był jednym z ważniejszych filarów przygotowujących ukrywających skarby i nie tylko kosztowności.
Tutaj należałoby przypomnieć kategoryczny rozkaz Hitlera nakazujący stosowanie taktyki spalonej ziemi na terenach należących do Rzeszy. Wycofujące się oddziały miały niszczyć cały przemysł i wszystko to co mogło się przydać zwycięzcom.
Jak wiemy jego głównodowodzący byli nieco innego zdania. Oni wiedzieli ze zniszczenie wszystkiego doprowadzi do zniszczenia pozostawionej tam ludności niemieckiej. zakazali niszczenia zakładów mających produkować żywność i materiały potrzebne dla życia ludności cywilnej, oni wiedzieli iż zwycięzcy tez będą tego potrzebowali bo sami nie maja nawet na własne potrzeby i nie dadzą tego Niemieckim cywilom.
Teren Dolnego Śląska był jednak szczególny. Sprzedawczyki i Szubrawcy z gminnej izby zasiali w umysłach niemieckich zbrodniarzy ziarnko nadziei. Zachodnia granica Polski na Odrze i Nysie. Proszę spojrzeć na mapę.
Oprócz Łużyckiej jest jeszcze inna Nysa. W Jałcie nie ustalono na której!!! Angielskie nieuki już raz wywinęli numer z granicami Polski wytyczając tak zwana Linię Curzona. Zapewne to była krzywa po której poruszał się lord wracający z burdelu. Dobrze ja sobie zapamiętał zwłaszcza jego poobijana o latarnie głowa i taka samą namazał na podsuniętej mu mapie. Teraz Polska i Polacy ponownie zostali zdani na łaskę, a właściwie na prymitywna wiedzę ich lordowskich mości, ich, angielskich. Może oni znają się na nawigacji czy locji w basenach londyńskich agencji dla starszych panów ale o geografii europy raczej nie maja większego pojęcia.
Tak samo teraz gdyby nie Stalin i zdecydowana postawa delegacji radzieckiej Polska ponownie zostałaby okrojona.
Ale w 1945 roku Niemcy jeszcze się łudzili, że to nie o TĄ Nysę chodzi. Na wszelki wypadek postanowili się przygotować do następnego ruchu. Wiedzieli że talia jest znaczona, co prawda oni także znali symbole jakimi ponumerowano karty ale dla pewności postanowili wprowadzić do gry… Sfinksa, trzeciego Jokera który był zaznaczony w ten sposób ze nie miał… żadnych znaków szczególnych mimo wszystko mógł pomóc przelicytować każdego króla i asa.
Ostatnie większe ruchy i zdobycze terytorialne wojsk radzieckich na tym terenie zanotowano 16 lutego 1945 i później na początku marca tegoż roku ale to był raczej wynik „skracania” linii frontu „niż jakiejś akcji ofensywnej”. Przez cały ten czas jaki pozostał Niemcom do dnia kapitulacji na zajętych przez nich terenach trwały masowe prace… górnicze i budowlane. Pamiętajmy, że ostatnie wylewki betonu w sztolniach Książa wykonano na kilka dni przed zajęciem tych terenów przez Rosjan. Jeszcze do dzisiaj możemy „podziwiać” góry worków cementu w na niedokończonych budowach w Górach Sowich.
Czy tak się zachowuje ktoś kto wie ze za kilka tygodni za dwa trzy miesiące będzie musiał opuścić te tereny?
Z Czeskich fabryk wciąż napływały transporty sprzętu i amunicji. Na lotnisku pod Pragą w pełnej gotowości czekał specjalnie przygotowany He 177, to z pokładu tej maszyny miała być zrzucona niemiecka bomba atomowa. Prac adaptacyjnych nie przerwała nawet katastrofalna sytuacja na frontach.
Śmiało można stwierdzić że prace były już na ukończeniu. Można też za amerykanami stwierdzić że jedna z trzech eksplozji jądrowych jakie miały miejsce w 1945 roku to była bomba złożona z materiałów które wyprodukowali Niemcy. Sami Amerykanie potwierdzili że wywieźli z Niemiec sporo potrzebnych materiałów inne zabrali z pokładu zatrzymanego na Atlantyku U 234. Brytyjczycy wysłali nawet pościg za ich okrętami.

Sugeruję że wycofujący się Niemcy pozostawili na ziemiach polskich kukułcze jajo i to sporych rozmiarów.
Zbocza Śnieżki zwłaszcza od strony północnej idealnie nadają się na gniazdo. To właśnie tego gniazda szukali.
Tak zwani turyści w marcu 1968 roku. To na nich zrzucono tą lawinę. Ktoś kolejny raz wykorzystał Jokera z twarzą Sfinksa. Dziwne jest to, że po tak wielkiej tragedii nie wszczęto żadnego śledztwa. Nie zrobiono nic oprócz zmiany trasy szlaku. Widocznie poprzednia zbyła zbyt blisko tego czegoś.
Tego poszukiwanego jaja. Szlak był zamknięty i to dość długo. Służby specjalne i to nie tylko z polski dokładnie penetrowały i przeszukiwały miejsce tragedii. Znalezione tam przedmioty tez dawały i nadal dają sporo do myślenia. Ich lista została utajniona, dlaczego? Przecież wiadomo że to nie byli zwykli turyści lecz agenci. Tylko po co nawet „zwykłem” agentowi w polskich górach Licznik ……
Proszę porównać zbieżność dat trzech ważnych dla Polski i świata wydarzeń 1968 roku.

„Transport dotarł do celu. Niewolnicy i nadzorujący ich kapo zaczęli wnosić ciężkie pojemniki i skrzynie do sztolni. Droga była dość długa i uciążliwa nawet dla eskorty która nie musiała nosić nic więcej oprócz karabinów. Więźniowie zauważyli ze niektórzy ze strażników mieli długie gumowe płaszcze a przecież nic nie padało. Niektóre z pojemników były bardzo ciężkie, nosiły je 4 osoby. Było ciemno ale strażnicy nie zezwalali na używanie jakichkolwiek świateł. To było ważne ponieważ skrzynie musiały być układane w odpowiedniej kolejności. Napisy w dwóch językach !!! były bardzo małe, na dodatek te zrozumiałe dla tragarzy zrobiono wapnem, nawet nie kreda tylko wapnem które łatwo się ścierało. Do groty były dwa wejścia. Rozładunek trwał prawie 4 godziny. Skrzynie po zdjęciu z samochodów były przenoszone dalej w góry w miejsce w którym nie było żadnej drogi . Co kilka metrów stał uzbrojony strażnik a do tego za każdym tragarzem za każdą skrzynka szedł SS-man. Kierowcy kompanii samochodowej pokonywali ta samą trasę jeszcze trzy razy. Później wyjazdy wstrzymano bo podczas powrotu trafili na korki wzdłuż drogi i nie zdążyli wrócić przed świtem. Kolumna została zaatakowana przez lotnictwo. Część tragarzy rozbiegła się po okolicy, część zginęła w samochodach jednak bardzo wielu zginęło od kul eskorty .Uciekinierzy nie mieli zbyt wielu szans na przeżycie.
Po zakończeniu prac ocalałe ciężarówki wraz z ludźmi wróciły do Jeleniej Góry.

Kiedy opowiadającego zapytano jak długo trwała jazda w jedna stronę ten odpowiedział że zawsze jeździli innymi drogami ale nie do samego końca, przed ostatnim postojem na którym rozładowywano samochody zawsze wjeżdżali na ta sama obstawiona wojskiem drogę.

Takich i wiele podobnych relacji w archiwach UB a później SB jest bardzo wiele.

W 1989 roku miałem możliwość rozmawiać z jedną z osób zajmującą się ta sprawą.
To on zaproponował spotkanie. Zaaranżowały je moje znajome z Berlina. Powiedziały mi o tym.
W tym czasie w tamtych kręgach już wiedziano o mich kontaktach z S. Ja nigdy temu nie zaprzeczałem chociaż wiedziałem ze to tylko zwykłe rozmowy, nic nie znaczące dialogi. Ja wypytywałem S głównie o tematy dotyczące mojej sprawy, wszyscy wiedzieli ze Pan Stanisław był prawdziwym fachowcem. Lubiłem słuchać jego opowieści. Wiedziałem ze niektóre z nich sam wymyślił. Fakty i daty jednak były prawdziwe, zmyślał nazwiska. Może nawet nie sam lecz powtarzał błędy innych agentów.
Niektóre z rozmów nagrywałem, on wiedział i wtedy gadki były bardziej kwieciste ale nie zawierały konkretów.

Podczas jednej z takich pogawędek chyba nie przypadkowo zorganizowanej w Świerzawie dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. To było latem, rozmówca widział i wiedział że nie będzie nagrywania.
Zapytał wprost co jest grane, kto o tym spotkaniu wie. Odpowiedziałem zgodnie z prawda że ja nie chwaliłem się nikomu. Teraz wiem dlaczego były te pytania, dziwie się że S. wcześniej nie wiedział bo wynikało ze nie wiedział. W tamtych czasach znana była jeszcze jedna osoba która ma takie samo nazwisko jak moje.
Tak się składa że ten ktoś zajmował się podobnymi sprawami co S. Ale to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk, nie jesteśmy nawet daleka rodziną. O istnieniu tamtej osoby dowiedziałem się w czasie kiedy pokazano mi teczkę z donosami na mnie. Niektóre były na tamtego. Szkoda ze nigdy się nie spotkaliśmy.
Mężczyzna zmarł w 1993 roku, miał 67 lat, podobno wylew.

W latach 60 izraelskie służby specjalne nasiliły działania mające na celu demaskowanie hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Wielu z nich korzystało z ochrony służb specjalnych innych krajów. To żadna tajemnica ze zbrodniarzy i to tych największych chronili Anglicy, Niemcy, Amerykanie, Rosjanie…
Teraz jednak nie mogli być pewni, wiedzieli że izraelskie służby specjalne są wszędzie, korzystają z informacji osób które maja ich chronić. Panem K. zainteresowali się ludzie w Izraelu.
Hauptmann nie brał udziału w eksterminacji Polaków czy Rosjan ale z Żydami walczył od 1938. Oni mogli mu postawić zarzuty, mogli porwać, zamordować albo przewieźć do Izraela.
Najprawdopodobniej został odnaleziony przez ich służby. Doszło do rozmowy, nawet przesłuchania. Klose był obserwowany przez cały czas, dzień i noc, nie tylko przez żonę. Służby kontrwywiadowcze PRL już od dawna obserwowały ruchy izraelskich agentów na terenie PRL. W tym czasie na poligonach Dolnego Śląska szkolono syryjskich, egipskich, jordańskich czołgistów. Tutaj masowo handlowano „kaczkami” (potoczna nazwa czołgu T–34), promowano nowsze „cudeńka” T-55 i T-54. Tutaj przeprowadzano ostatnie szkolenia doskonalące pilotów i artylerzystów. W zamian za te ustrojstwa polskie tankowce dowoziły „słodka ropę”.
Bardzo często dochodziło do współpracy wywiadów izraelskiego i czechosłowackiego. Polskie fabryki zbrojeniowe były konkurencja dla przemysłu Czechosłowacji. To właśnie tutaj odegrano preludium wojny 6-Dniowej. Zapewne jak zwykle sprzedający przechwalił towar i efekty były takie jakie widzieliśmy na pustyniach Egiptu, Syrii i ulicach Jerozolimy.
Rodacy ludzi z izraelskich służb specjalnych byli tragarzami dźwigającymi skrzynie do jaskiń jaskiń grot. Teraz być może i oni chcieli wejść na scenę ale interesowała ich tylko i wyłącznie jedna rola – dyrygenta. Nuty już mieli, tancerzy upatrzyli sobie przez te ostatnie lata. Jest pewne że sporo informacji uzyskali od swoich ziomków pracujących w Polsce. To oni i tylko oni mogli znać materiały obciążające Klosego i to co ukrywał.

Przypuszcza się, że Niemcy w ostatnich dniach II wojny światowej ukryli oprócz dóbr kultury i depozytów ludności także swoje zapasy broni chemicznej. Nie było tego aż taaaak dużo jak to się wypisuje na okoliczność różnych tajemniczych i „sensacyjnych odkryć”. Największym straszakiem jest jednak to czego nie wiemy, no właśnie ile tego naprawdę jest. Jaką bronią dysponujemy, możemy zabić dzika czy tylko bażanta a może całe stado.
Spójrzmy na ukształtowanie terenu i cieki wodne.
Północne stoki Masywu Śnieżki, Czarny Staw, źródła rzek, potoków zasilających Odrę.
Ale nie wszystkie trucizny roznoszone są przez wodę. Wysokość Śnieżki – 1602 m n.p.m.
Najwyższy szczyt w regionie. Przy sprzyjającym wietrze gazy bojowe, środki trujące rozpylone nad szczytem, pod szczytem są stanie skazić ogromny teren Kotliny Jeleniogórskiej i dalej. Nie SA potrzebne nosiciele, rakiety czy samoloty. Ładunki można odpalić z bezpiecznej odległości lub ustawiając mechanizm czasowy Ukształtowanie terenu Kotliny powoduje że niżej ruchy powietrza SA znacznie słabsze przez co środki trujące mogą się utrzymywać znacznie dłużej zgodnie z zamiarem ludzi szukających niespodziankę miała ona być wykorzystana w okresie letnim podczas upałów. Być może planowali lato 1945 roku? Kiedy wszystko już zostało przygotowane zleceniodawcy zaczęli pozbywać się świadków. Ginęli tragarze i ich eskorta. Klose miał powody żeby obawiać się o swoje życie. On i wielu takich jak on. Jednak hauptman miał pewną przewagę nad innymi. Sporo wiedział i sporo z tej wiedzy spisał. W 1945 roku był jednym z nielicznych którzy znali pełną Listę Grundmann. Większość z nich sam wybierał. Być może część ukrytego majątku postanowili spisać na straty, wiadomo na wojnie straty muszą być. Co ujawniono w pierwszej kolejności? Oczywiście to co wtedy było najbardziej poszukiwane, nie złoto, kosztowności ale składy broni amunicji, a nawet ukrywający się oficerowie co do których nie było wątpliwości iż nie wygadają niczego ważnego. Chodziło o to żeby zdobyć zaufanie oficerów prowadzących. Na strażników wyznaczano doświadczonych ludzi. Powojenni śledczy to zazwyczaj banda głodnych zemsty Żydów lub ich uczniów. Łatwo ich było zwieźć. Klose był fachowcem. S przypuszcza że Mosadowi wydał go jeden z takich obrzezanych młokosów którego kapitan ośmieszył przed podwładnymi.
Otóż po rozmowie wychowawczej, groźbach porwania czy śmierci kapitan zapewne ujawnił część swojej wiedzy. Obiecał dostarczyć dowodów. Być może to go uratowało. O całej sprawie dowiedzieli się jego opiekunowie i to na wschodzie i ci na zachodzie. Tam też o nim nie zapomniano.
Obie strony postanowiły działać. Strona Czechosłowacka także miała się czego obawiać. Pogoda zmienną bywa, w naszych stronach częściej wieje z południa lub zachodu ale wiatry z innych kierunków też bywają…

Leave a Comment :, , , , , , , , , więcej...

Kościół romański w Świerzawie

by on Lut.13, 2014, under Zabytki

KRŚ38 luty 2014 roku. Kolejny raz wybieramy się w Góry Kaczawskie. Dojeżdżamy do niewielkiej miejscowości – Świerzawy. Mijając kolejne zakręty prowadzące do miasta, zauważamy po lewej stronie szarą bryłę kościoła. Skręcamy na parking umiejscowiony przy nim. Przez budynek bramny wchodzimy na jego teren. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to wystające w pewnej odległości od murów kościoła wychodnie kilku „wywietrzników”. Czyżby kościół miał tak rozbudowane podziemia? Zagadka rozwiąże się już niedługo. Oglądamy teren wokół, uwagę przykuwa żelazny krucyfiks, a na ścianie kościoła nad nim, zanikające resztki fresku. Robimy zdjęcia. W pewnym momencie pojawia się jegomość z pieskiem, który przysiada na ławeczce, na wprost wejścia do kościoła.

Przygląda się nam, więc podchodzimy do niego, rozpoczynamy rozmowę. Owym jegomościem okazuje się pan Jerzy Mosoń, mieszkaniec Świerzawy, który zaczyna nam opowieść o historii tego obiektu, o dawnym cmentarzu wokół i płytach nagrobnych uratowanych przez kamieniarza ze Złotoryi (obecnie zamontowane są na południowym fragmencie muru okalającego kościół), o poniemieckiej kolekcji minerałów, która znajdowała się wewnątrz jeszcze do 1948 roku (a później zniknęła). Jak ustaliliśmy była to składnica Kuratora Uniwersytetu i Politechniki z Wrocławia zawierająca zbiory Instytutu Mineralogicznego, jedna z kilkudziesięciu składnic zorganizowanych od 1942 roku przez prof. Gunthera Grundmanna konserwatora zabytków Prowincji Dolnośląskiej.KRŚWyjaśnia nam też zagadkę tajemniczych „wywietrzników”, które okazują się kominami studzienek od wykonanego wokół kościoła drenażu podłoża. Jako że nie da się nie powielić faktów historycznych związanych z tym obiektem, na stronie serwisu miasta i gminy Świerzawa, odnajdujemy wpis o najcenniejszym i najstarszym zabytku Gminy Świerzawa, późnoromańskim kościele p.w. św. Jana Chrzciciela i św. Katarzyny Aleksandryjskiej określanym jako przykład prawie niezmienionej w swej bryle świątyni późnoromańskiej, dalej czytamy:

„Zbudowany z kamienia łamanego (z piaskowcowymi narożnikami, portalami i obrzeżami okiennymi) na miejscu swego drewnianego poprzednika (wzmiankowanego już w 1195 roku) w II ćw. XIII wieku, pierwotnie był budowlą bezwieżową, jednonawową z prezbiterium i wyodrębnionym łukiem tęczowym. Prezbiterium zabudowane jest od wschodu (kościół jest orientowany) apsydą. Do północnej ściany przylega dobudowana po połowie XIII wieku zakrystia. Wieża górująca nad świątynią została dobudowana w 1507 roku, po zniszczeniach wywołanych pożarem w XV wieku. Nieco później kościół zyskał przybudówkę na ścianie południowej. Po zniszczeniach przebudowano również w ścianie południowej dwa okna.KRŚ2Prezbiterium przykrywa sklepienie krzyżowo-żebrowe, nawę – drewniany strop podparty dwiema kolumnami z drewna jodłowego. Wymiary wnętrza kościoła: prezbiterium – 8,5 m x 8,5 m, nawa – 17,6 m x 11,5 m. W źródłach pisanych pierwszy raz o kościele informowano w 1268 roku, wspominając o proboszczu z Reinvirdi villa (pierwotna nazwa Sędziszowej). Kościół (mieszczący pierwotnie w swym wnętrzu do 1000 wiernych) służył okolicznym polskim wsiom jeszcze przed lokacją miasta Świerzawy jako kościół parafialny do 1391 roku, kiedy przeniesiono sakramenty do nowego kościoła w Świerzawie. Mający za patrona św. Jana Chrzciciela, zyskał ponadto w XIV wieku patronkę – św. Katarzynę Aleksandryjską, po zniszczonej kaplicy w Sędziszowej (przy drodze do Sokołowca).

W roku 1428 zniszczony częściowo przez Husytów, zyskał mur obronny. Po utracie znaczenia i przyjęciu funkcji kościoła filialnego świątynia stała się kościołem cmentarnym w 1713 roku, którym pozostała aż do końca II wojny światowej. W latach 1552-1654 (oraz na trzy lata: 1875-1878) kościół był użytkowany przez ewangelików, którzy pozostawili po sobie drewnianą emporę z 1562 roku oraz ambonę z 1613 roku (zniszczoną po II wojnie światowej). W XVIII wieku odprawiano w nim jedynie odpustowe i żałobne msze święte. W wiekach XIX i XX odprawiano jedynie jedną mszę świętą rocznie. Kościół wielokrotnie remontowano. W 1 połowie XIX woeku wymieniono stropy i przebudowano empory. W latach 1903-1904 dokonano konserwacji ołtarza. W latach 1923-1924 wymieniono więźbę dachową i pokrycie dachów.KRŚ4W 1929 roku odnowiono hełm wieży. Ponownie drewniany gont wymieniono w latach 60- i 70-tych XX wieku. Po wojnie kościół niszczał aż do lat 50-tych, kiedy wywieziono część wyposażenia (między innymi gotycki ołtarz z 1498 roku, obecnie w kościele św. Marcina w Poznaniu). W czasie prac konserwatorskich dokonano transferu niektórych malowideł, które eksponowane są w Muzeum Regionalnym w Jaworze, oraz w Wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jeszcze w okresie przedwojennym przewieziono do konserwacji do Berlina obraz na desce Tron Łaski ucznia Mistrza z Koszatek (sprzed 1350 roku), następnie eksponowany na Wawelu, by ostatecznie trafić do Wrocławia (Muzeum Narodowe we Wrocławiu).

Na skutek odkryć naukowców z Akademii Sztuk Pięknych z Krakowa objęto świątynię w 1976 roku planem ochrony zabytków województwa jeleniogórskiego. Rozpoczęto prace konserwatorskie, trwające do 2001 roku. W roku 2003 udostępniono kościół indywidualnym turystom, a w roku 2005 wyremontowano wnętrze wieży (remont schodów i podłóg, zbudowanie dodatkowego drewnianego stropu), co umożliwiło oddanie wieży celom widokowym. Podczas porządkowania wnętrza i konserwacji mensy ołtarzowej w latach 1998-2001 znaleziono w sierpniu 1998 roku skrywane relikwie w kamiennym relikwiarzu, zawierającym fragment kości i zakrytym pieczęcią biskupa Kulumbacha z pogranicza bawarsko-frankońskiego”.KRŚ5Jak informuje tablica zamieszczona przed wejściem do budynku bramnego, kościół jest czynny w sezonie letnim od 10.00-18.00, w innych dniach i godzinach zwiedzanie po uprzednim kontakcie z administratorem obiektu: Centrum Kultury, Sportu i Turystyki w Świerzawie tel. 75-71-35-273, 75-71-35-273, 663-122-441, 663-122-441 e-mail: centrumkultury@swierzawa.pl, lub opiekunem obiektu: Stowarzyszenie SONOVE w Świerzawie tel. 607-431-332, 607-431-332, 697-778-534, 697-778-534 e-mail: stowarzyszenie-sonove@wp.pl.
Jeszcze raz pragniemy serdecznie podziękować panu Jerzemu Mosoniowi, który poprzez miłą rozmowę zdradził nam wiele ciekawych faktów z historii tego obiektu i wykonywanych tam prac. Jest to niewątpliwie jeden z ciekawszych i unikalnych obiektów architektury romańskiej w Polsce.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...