GeoExplorer

Tag: herbert klose

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (2)

by on Wrz.12, 2014, under Skarby

Zamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Kiedy?
Na przestrzeni dziejów ludzie, najczęściej w chwili jakiegoś zagrożenia, ukrywali najcenniejsze dla nich przedmioty i dobra. Czytając jakieś opracowanie o skarbach natrafiłem na stwierdzenie, że niegdyś, aby coś ukryć wystarczyło to usunąć z publicznego widoku, z ludzkich oczu. Czy było coś prostszego? Dzisiaj, kiedy ludzie dysponują nowoczesną techniką i odpowiednimi urządzeniami ukrycie czegokolwiek nie jest już takie proste. A mimo to nadal nie jesteśmy w stanie zlokalizować, odnaleźć i odzyskać depozytów z czasów ostatniej wojny.
Tak więc do ukrywania przedmiotów dochodziło w okresie jakiegoś zagrożenia, które wyzwala w ludziach potrzebę minimalizacji strat, potrzebę podjęcia prób ocalenia jak największej części dorobku. Takie stanowisko odnosi się przede wszystkim do „prywatnym posiadaczy”, którzy starali się ocalić jak najwięcej „swojego”, ochronić choćby w części majątek stanowiący nie raz dorobek życia. Myślę, że to zrozumiała postawa, charakterystyczna dla osobników rodzaju ludzkiego, bez względu na narodowość i przynależność państwową.

W przypadku takich schowków ich powstawanie łączyło się z pośpiechem wobec nadciągającego zagrożenia. To zwykle niewielkie schowki, najczęściej lokalizowane w ziemi, na terenie posesji bądź niewielkiej odległości od niej, z depozytem w jakimś metalowym pojemniku np. kance po mleku, skrzyni, albo też niewielki schowek w murach budynków mieszkalnych bądź gospodarczych.
Powstawały również schowki budowane bądź przystosowywane z odpowiednim wyprzedzeniem. I znowu na pierwszy plan ciśnie się przykład działalności Grundmanna. Ale nie tylko on. Takie działania można przypisać większości instytucji upadającego państwa, które ukrywały swoje zasoby, archiwalia. Także bogatsi właściciele próbowali w sposób zorganizowany, nieprzypadkowy, zabezpieczyć posiadane dobra, tyle, że posiadali ku temu większe środki niż zwykli ludzie, którzy musieli polegać na własnych umiejętnościach.

Jak i czym?
Zasadniczo w rachubę wchodziło to czym kto dysponował. Ludzie, których depozyty były skromne pod względem objętości i wartości, nie potrzebowali większych sił i środków do ich ukrycia. Wystarczała siła własnych rąk oraz proste narzędzia, żeby swój skromny skarb bezpiecznie ukryć w ścianie budynku, zakopać w lesie albo we własnoręcznie wykonanej ziemiance.
Większe depozyty wymagały dużo większych sił i środków. Cenne pod względem materialnym albo innym przedmioty i materiały transportowane były często w uzbrojonej ochronie wojska albo SS. Do załadunku i rozładunku wykorzystywani bywali więźniowie, których życie nie było wiele warte dla władz niemieckich i których niejednokrotnie rozstrzeliwano. Takie bezlitosne pozbywanie się świadków nie stanowiło odosobnionych przypadków, nawet czasem ochrona konwoju padała ofiarą takiej zbrodniczej formy zabezpieczenia tajemnicy transportu. Przykładem jest informacja pochodząca z Leśnej, gdzie po wjechaniu konwoju ciężarówek do sztolni odstrzelono wjazd, zasypując wejście i jednocześnie grzebiąc zarówno ładunek na samochodach jak i konwojujących ją żołnierzy.

Jak wynika z tego ostatniego przykładu do odpowiednich prac zabezpieczających używano także materiałów wybuchowych. Miały na celu zamaskowanie wejść do podziemi, sztolni, kopalń bądź przykrycie schowka warstwą skał (przykład z wypowiedzi Klosego) albo innym materiałem – tu można podać przykład złożenia skrzyń w schowku (lochu), a następnie zawalenia fragmentu muru w zamku w Zagórzu Śląskim koło Wałbrzycha jak to opisuje w swoim liście von Schreck (lub Schreckt). Z tego ostatniego przykładu wysuwa się jeszcze jeden wątek.

Mianowicie niektóre schowki i depozyty zabezpieczone były minersko ładunkami wybuchowymi. Von Schreck podaje, że loch, w którym złożono skrzynie zabezpieczono został „przemyślnie zaminowany”, a w drugim przypadku niewielki depozyt złożony w podziemiach kościoła w trumnie zabezpieczony niewielkim ładunkiem wybuchowym. Jednak zabezpieczenia saperskiego należałoby się spodziewać w większości przypadków depozytów, zwłaszcza tych wartościowych, ukrywanych przy pomocy wojska. Nieumiejętna próba neutralizacji bądź obejścia zabezpieczenia miała spowodować detonację czyli odstraszenie ewentualnych chętnych na zagarnięcie depozytu. W taki sposób zakończyła się próba dostania do schowka zlokalizowanego przez Rosjan w Wałbrzychu – próba wejścia do sztolni zakończyła się detonacją ładunków i stratami w ludziach, co spowodowało, że Rosjanie odstąpili od dalszej penetracji i zasypali wejście do sztolni.monetyKto?
Po prześledzeniu tych wszystkich informacji można bardzo ogólnikowo odpowiedzieć, że ukrycia dokonywał każdy kto miał coś cennego, a chciał uchronić przed utratą.
Byli to zwykli mieszkańcy, pospolici obywatele, którzy nie mogli zabrać ze sobą całego mienia uciekając przed frontem i licząc na powrót do domu po ustaniu działań wojennych. Stąd ich skarbczyki zwykle nie zawierały drogocennych metali, dzieł sztuki, diamentów itd., a raczej przedmioty codziennego użytku.
Byli to również ludzie bogaci, którzy mieli świadomość, że zabranie ze sobą cennych przedmiotów w ryzykowną ucieczkę naraża na ich utratę więc lepszą alternatywą dla nich wydawało się ukrycie na miejscu, w specjalnie przygotowanych schowkach, ewentualne powierzenie opieki nad miejscem zaufanym ludziom.

Byli też przedstawiciele władz rozpadającej się Rzeszy, którzy ukrywali to co resort uważał za cenne i nie chciał by wpadło w ręce zwycięzców – obojętnie którego. Mogły to być maszyny i urządzenia, materiały strategiczne. Mogły to być archiwa, których zawartością były zainteresowane państwa zwycięskie, dokumentacja techniczna, zwłaszcza projektów broni, ale też dane wywiadowcze, listy agentów oraz wiele innych informacji. I oczywiście, to co rozpala wyobraźnię poszukiwaczy – kosztowności, bogactwa, metale szlachetne i dzieła sztuki czyli skarby!
Mam nadzieję, że chociaż w drobnej części zdołałem wzbudzić w czytelnikach zainteresowanie tematyką skarbową. Posiadam również świadomość, że niniejszy tekst nie wyczerpuje choćby w części tematu. O wielu aspektach ukrywania depozytów i organizowania schowków nie wspomniałem, a przykłady różnych form i miejsc można by mnożyć. To raczej zasygnalizowanie tematu, które mam nadzieję, uruchomi komentarze i dyskusję ze strony czytelników.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950” Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Uzupełnienie:

W załączeniu mapa i zestawienie nadesłane przez czytelnika (Gawanta) odkrytych przez niego depozytów . Dziękujemy.Mapa depozytówZestawienie ilościowe i procentowe przedmiotów stanowiących zawartość 256 odkrytych depozytów:

Narzędzia rzemieślnicze:                ilość 56,   udział procentowy 11,00
Sprzęt gospodarstwa domowego:  ilość 121,  udział procentowy  23,77
Maszyny i sprzęt rolniczy:              ilość 40,   udział procentowy 7,86
Odzież, pościel itp. :                      ilość 240,  udział procentowy 47,15
Żywność i napoje:                          ilość 4,     udział procentowy 0,79
Kosztowności:                                ilość 2,     udział procentowy 0,39
Dokumenty i zdjęcia:                     ilość 6,     udział procentowy 1,18
Broń:                                              ilość 8,     udział procentowy 1,57
Paliwa itp.:                                     ilość 32,   udział procentowy 6,29
Razem                                            ilość 509,  udział procentowy 100,00

Leave a Comment :, , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (1)

by on Wrz.05, 2014, under Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Ze wszystkich wydarzeń historycznych, w których dochodziło do ukrywania skarbów – w szerokim rozumieniu tego słowa – najbardziej na wyobraźnię osób zajmujących się tą tematyką działa okres II wojny światowej. Przyczynia się do tego zapewne skala dokonywanych rabunków przez służby III Rzeszy, rozmiary konfliktu, a także mnogość relacji dotyczących ukrywania i deponowania różnego rodzaju cennych przedmiotów i wartościowych zbiorów np. archiwaliów, bibliotek, zbiorów sztuki. Ponieważ zainteresowanie czytelników ogranicza się najczęściej do terenów Polski, siłą rzeczy przy podawaniu ewentualnych przykładów postaram się ograniczyć do jej granic, chociaż oczywistym jest, że sposób postępowania mógł być podobny w całej Europie.

Pomijam całkowicie kwestię zagubionych przedmiotów, których utrata była najczęściej wynikiem pechowego zbiegu okoliczności dla posiadaczy, którzy nieświadomie bądź wbrew zamierzeniom tracili dany przedmiot – no cóż, pech. Jako definicję ukrycia (skarbu) przyjmijmy celowe działanie posiadacza zmierzające do przechowania (zabezpieczenia) depozytu w stanie nienaruszonym na nieokreślony okres czasu do momentu ponownego objęcia go w posiadanie i swobodnym dysponowaniem nim.

Co?
Ludzie ukrywali to co stanowiło dla nich jakąkolwiek wartość. Nie tylko złote monety, sztabki, biżuterię. Zdarzało się przecież i jest na to sporo dowodów, że ukrywano również przedmioty codziennego użytku lub wyposażenie gospodarstw domowych. Motocykle, rowery, maszyny do szycia, zastawę stołową i sztućce, obrusy, firanki czy ubrania – przedmioty takie mające wymierną wartość dla właścicieli, a których nie można było zabrać ze sobą albo należało je uchronić przed zrabowaniem, ukrywane były w przygotowanych uprzednio miejscach. Z takiego założenia wychodzili bodaj niemieccy mieszkańcy Dolnego Śląska opuszczający swoje rodzinne strony w ucieczce przed nadciągającym frontem w nadziei, że wrócą tu jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach i odbiorą co swoje. Bądź też takie zabezpieczenie ich mienia pozwalało spokojniej patrzeć w przyszłość i dawało nadzieję na doczekanie spokojniejszych czasów, kiedy przybyli Polacy i Rosjanie się uspokoją lub wyniosą. Takie schowki zapewne zlokalizowane były w każdej miejscowości.

Chyba jednak najbardziej wymownym przykładem czego dotyczył proces ukrywania dóbr świadczy działalność dolnośląskiego konserwatora zabytków Günthera Grundmanna. Początkowo, jak się wydaje, jego działalność zmierza do zabezpieczenia zgromadzonych dzieł sztuki i rozlokowania w bezpiecznych miejscach, a następnie rzeczywiście następuje ich ukrywanie. Jest tego bez liku – zbiory sztuki, rzemiosła, zasoby lokalnych muzeów, archiwalia i zbiory biblioteczne. Podobna działalność, ale już na własną rękę, prowadziła zapewne większość Niemców posiadających na Dolnym Śląsku posiadłości i majątki. Dla przykładu wspomnę jedynie właściciela zamku Czocha – Ernesta Gütschowa, który w specjalnym pancernym pokoju ukrył sporą ilość dóbr materialnych w postaci przedmiotów o wartości historycznej i materialnej, w tym cenne ikony prawosławne, którego zawartość opróżniono z zamiarem wywiezienia ich do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Dochodziło również do ukrywania prawdziwych skarbów – zasobów złota ze skarbców bankowych, depozyty ludności cywilnej w postaci biżuterii oraz walorów walutowych. O takim wątku opowiada historia niejakiego Herberta Klosego, oficera Policji, jak sam uparcie twierdził, który uczestniczył najpierw w typowaniu odpowiednich miejsc, a następnie w ochronie transportów do miejsc ukrycia. Ale najbardziej znanym miejscem ukrycia tych prawdziwych skarbów i na dodatek odnalezionym przez aliantów, jest bez wątpienia kopalnia Merkers, gdzie naziści złożyli pod ziemią ogromne ilości pieniędzy w różnych walutach, złoto i inne cenne metale w sztabkach, numizmaty oraz dzieła sztuki.prof Gunther GrundmannGdzie?
Chyba największym wzięciem cieszyła się metoda polegająca na ukryciu dóbr w ziemi czyli zakopaniu ich. Można przyjąć, że w ten sposób powstało mnóstwo przydomowych skarbczyków, w których właściciele deponowali swoje dobra.
Nieodmiennie, ludzie ukrywali swoje dobra również w miejscach swojego zamieszkania czyli w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Zwykle dokonywano zamurowań niewielkich skrytek w murach budynków, czasem ukrywano rzeczy pod podłogami. Innym razem w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania, w sobie znanym miejscu. Dla autochtonów wybór charakterystycznych miejsc nadających się na skrytkę, a jednocześnie dla obcych sprawiających wrażenie nieciekawych bądź przeciętnych nie jest był problemem. Ponadto wybór takiego miejsca zwykle wiązał się z możliwością stałego, a zarazem w miarę dyskretnego, nie wzbudzającego podejrzeń dostępu.

Niekiedy właściciele depozytów pozostawiali zaufanym instrukcje pozwalające zlokalizować schowek. W takich przypadkach, aby zapewnić sobie możliwość odnalezienia ukrytych dóbr, nieodzownym jest korzystanie ze znaków terenowych w postaci charakterystycznych skał, głazów, drzew, innych obiektów jak choćby kapliczki, które usytuowane były w danych miejscach od bardzo dawna, czasem „od zawsze” i oczywiście istniała bardzo mała szansa, że w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Położenie skrytki lokalizowano zwykle na zasadzie: „20 kroków od skały w kształcie grzyba w stronę potoku, wzniesienia, młyna…” itd. W taki sposób między innymi podawano lokalizację schowka na słynnej już Wyspie Kokosowej, do której prowadzi „ścieżka” wiodąca przez kilka charakterystycznych punktów orientacyjnych w terenie. Jednak była ona (i jest) na tyle nieścisła z różnych powodów, że do dzisiaj nie odnaleziono zgromadzonych tam skarbów.

A z „naszego” podwórka, w ten sposób najprawdopodobniej był zlokalizowany schowek w miejscowości Wetyn, poszukiwany przez Rosjan dysponujących planem, na którym punktem orientacyjnym mogła być lipa, wcześniej wycięta przez polskich osadników, o czym zresztą nie śmieli poinformować sowieckich żołnierzy.
Dość ciekawą informacją, można powiedzieć – pomysłową jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie prostą i skuteczną, jest informacja o sporządzeniu zbiorowego schowka przez mieszkańców przed opuszczeniem miejscowości Lasocice w 1945 roku – mianowicie, chcąc zabezpieczyć swoje mienie, którego zabrać nie mogli, wykopali dół na drodze, odpowiednio go zabezpieczając, a po złożeniu depozytu, schowek zamknięto, na wierzchu zaś układając bruk i przywracając stan poprzedni drogi. Prawda, że pomysłowe?

I jeszcze kolejny przykład – jako ciekawostkę można podać przykład ukrywania mienia w specjalnych ziemiankach zbudowanych (podobno mnóstwo) w lasach wokół miejscowości Poręba koło Bolkowa. Schowki takie miały dać zabezpieczenie na kilka tygodni,  dobrze zamaskowane bez odrobiny szczęścia, były nie do namierzenia. Informacje te wiążą się z celowymi wysiłkami przedstawicieli pewnych urzędów Rzeszy wobec braku możliwości wywiezienia  mienia w bezpieczniejsze rejony w ostatnim okresie II wojny światowej.
Na podobnej zasadzie ale lepiej zabezpieczone przed wpływem czynników zewnętrznych są przykłady wybudowania specjalnych bunkrów. Pierwszy przykład to sporych rozmiarów bunkier wybudowany pod nadzorem SS w miejscowości Przesieka niedaleko Jeleniej Góry, którego lokalizację wskazała pewna Niemka Polakowi w rewanżu za przekazanie dla niej i jej dzieci żywności. Bunkier ten od czasów wojny prawdopodobnie nie naruszony, spoczywa pod niewielką warstwą ziemi do dziś.

Drugi przykład pochodzi z terenów położonych niedaleko miejscowości Stegna przy Mierzei Wiślanej. Tam z kolei, więźniowie najprawdopodobniej z pobliskiego obozu Stutthof, pod nadzorem SS wybudowali w zalesionym terenie kilka niewielkich bunkrów ulokowanych w rozkopanych pagórkach, które po złożeniu zawartości w postaci skrzyń zamykano a następnie zasypywano ziemią i maskowano poprzez obsadzenie roślinnością i krzewami. I jeszcze pozostając przy tematyce bunkrów można wspomnieć o bunkrze o dużej kubaturze zlokalizowanym pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, którego poszukiwania nie dały efektu.
Podobną do ukrywania w ziemi jest metoda wykorzystywania kopalnianych wyrobisk, szybów górniczych, niekoniecznie starych i opuszczonych oraz sztolni i jaskiń. Dolny Śląsk posiadający liczne sztolnie i wyrobiska górnicze, zgodnie z licznymi przekazami, był obszarem, gdzie ten sposób ukrycia stosowany był bardzo często.

Chyba najbardziej znana akcja, a jednocześnie największe znalezisko łączy się ze wspomnianą wcześniej kopalnią Merkers. To tam Alianci znaleźli głęboko pod ziemią ogromne zasoby waluty, kruszcu, kosztowności i dzieł sztuki, ukrytych w wielkim pośpiechu przez służby upadającej III Rzeszy. I chyba właśnie pośpiechem należy wytłumaczyć, iż do kopalni trafiły takie dzieła sztuki jak obrazy, którym mikroklimat tam występujący zdecydowanie nie mógł służyć i narażał je na uszkodzenie. Taką nonszalancją w podejściu do zabezpieczenia mienia w kopalniach i sztolniach we wcześniejszym etapie władze niemieckie nie wykazywały się. Zdecydowanie uwzględniały okoliczności mające wpływ na właściwe zabezpieczenie ukrywanego mienia i nie upychały łatwo mogących ulec uszkodzeniu przedmiotów w miejscach, w których mogło by to je spotkać. Wręcz dbano nawet o odpowiednie rozproszenie zbiorów na wypadek częściowego ich zniszczenia. Natomiast to na co warunki fizyczne miały niewielki wpływ bez pardonu mogło być spokojnie zakopane w ziemi. O takim podejściu wspomina również osławiony Klose, który podawał: „Mianowicie saperzy wywiercili dziury w pochyłej skale, zostały tam załadowane skrzynie i następnie kawałek ściany został zerwany”.

Jednak najwięcej przekazów i informacji pochodzi o ukryciach w pałacach i zamkach, zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Kultowym zagadnieniem jest tu akcja ukrywania zabytków i zbiorów dokonana przez konserwatora prowincji dolnośląskiej dr Grundmanna. Odszyfrowana lista składnic jest dobrze znana, jak również w większości przypadków los złożonych tam depozytów. Chociaż wykluczyć nie można, że w kilku przypadkach raz złożone tam przedmioty zostały ponownie przeniesione w inne miejsca i ukryte, bo przecież komisja rewindykacyjna stwierdziła opustoszenie części składnic, czego nie da się zrzucić w całości na karb rabunków Armii Czerwonej. Poza tym, przypuszcza się, że lista Grundmanna jest niepełna, a dokładniej lista zawiera jedynie część  miejsc, w których zlokalizowano składnice. Bo są na niej miejsca wytypowane przez konserwatora zabytków do lata 1944 roku, a przecież Grundmann działał nadal niemal do nadejścia wojsk radzieckich.

Wspominałem już o zamku Czocha i jego ukrytym pokoju ze skarbami. To kolejny ujawniony i niestety rozgrabiony skarb, którego losów nie udało się w pełni wyjaśnić. Jeśli chodzi o zamki to nie wypada wspomnieć o zamku Książ z jego rozbudowanymi podziemiami, w których pod koniec wojny coś ukryto, a jak twierdzą kategorycznie świadkowie, układ korytarzy i hal nie zgadza się z tym co zapamiętali – stwierdzali brak pewnych pomieszczeń.
Zresztą można przyjąć, że w większości zamków i pałaców Dolnego Śląska właściciele i zarządcy podejmowali podobne akcje zmierzające do ukrycia określonych dóbr, czasem w piwnicach i podziemiach, czasem w parkach, a czasem, jak w Warmątowicach w przypałacowej fosie, gdzie zatopiono bogatą kolekcję monet i medali, z której resztki odzyskano po wojnie spuszczając z niej wodę.

Przedstawione powyżej przykłady na pewno nie wyczerpują tematu możliwych lokalizacji schowków. Możliwości takie ograniczała zapewne tylko pomysłowość organizatorów. Nie wspomniałem o wielu innych znanych, czy wręcz osławionych miejscach. Wykorzystywano niemal wszystko co dawało rękojmię skutecznego ukrycia. Organizowano schowki w grobowcach i na cmentarzach, wykorzystywano kapliczki albo – jak się wydaje na przykładzie Cieplic koło Jeleniej Góry oraz Łańska, przy oznaczaniu lokalizacji schowka prawdopodobnie skorzystano z obsadzenia charakterystycznymi drzewami, nie występujących naturalnie na danym terenie.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950” Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Leave a Comment :, , , , , , , więcej...

Wielisławka. Ukryte skarby III Rzeszy (2)

by on Mar.20, 2014, under Skarby

Złoty konwój. Ostatni raport

Pułkownik kontr­wy­wia­du Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa, Wła­dy­sław Ja­ro­min, wy­py­ty­wa­ny, za­wsze za­sła­niał się ta­jem­ni­cą służ­bo­wą. A mu­siał mieć wiele cen­nych informa­cji – prze­słu­chi­wał prze­cież m.in. do­mnie­ma­ne­go uczest­ni­ka akcji ukry­wa­nia tzw. złota Wro­cła­wia – Her­ber­ta Klo­se­go.

Za­brał ta­jem­ni­cę do grobu – mó­wio­no, gdy Ja­ro­min tra­gicz­nie od­szedł. Tym­cza­sem dawny przy­ja­ciel zmar­łe­go puł­kow­ni­ka po­sta­no­wił prze­rwać mil­cze­nie. Jest nim, znany już z łamów „Od­kryw­cy”, Edward Dzi­kow­ski.

W roku 1944 Pre­zy­dium Po­li­cji w Bre­slau wy­da­je ode­zwę skie­ro­wa­ną do lud­no­ści cy­wil­nej. Nakaz dru­ko­wa­ny w pra­sie zo­bo­wią­zu­je do de­po­no­wa­nia kosz­tow­no­ści oraz za­so­bów pie­nięż­nych we wro­cław­skich ban­kach. Niem­cy, przy­wy­kli do po­słu­szeń­stwa, ma­so­wo od­da­ją naj­cen­niej­sze rze­czy na prze­cho­wa­nie in­sty­tu­cjom finan­so­wym. Wie­rzą za­pew­ne, że ich wła­sność bę­dzie pod­czas walk bez­piecz­niej­sza w ban­ko­wym sej­fie, niż w pro­wi­zo­rycz­nej skryt­ce do­mo­wej bądź za­ko­pa­na w ogród­ku. Po­dob­no każda z tych osób, która zde­cy­do­wa­ła się na po­wie­rze­nie swego ma­jąt­ku ban­kom, otrzy­mu­je po­kwi­to­wa­nie, na mocy któ­re­go bę­dzie mogła odebrać swą wła­sność w bez­piecz­niej­szych cza­sach. Do zwro­tu dóbr nigdy jed­nak nie do­cho­dzi. De­po­zy­ty miesz­kań­ców wraz z wa­lo­ra­mi ban­ków wro­cław­skich w po­sta­ci sztab złota, za­so­ba­mi za­kła­dów ju­bi­ler­skich, nie ukry­ty­mi dotąd dzie­ła­mi sztu­ki oraz czę­ścią zbio­rów ar­chi­wal­nych… giną, a ra­czej zo­sta­ją per­fek­cyj­nie ukry­te. Bez­cen­ny trans­port wy­ru­sza po­dob­no z Wro­cła­wia, nie­dłu­go przed ob­lę­że­niem Fe­stung Bre­slau (Twier­dza Wro­cław) przez Armię Czer­wo­ną, a zatem pod ko­niec 1944 r. lub na po­cząt­ku stycz­nia 1945 r. Ślad do­mnie­ma­ne­go kon­wo­ju urywa się na tra­sie, pro­wa­dzą­cej w kie­run­ku Je­le­niej Góry.

Po­szu­ki­wa­cze od kil­ku­dzie­się­ciu lat łamią sobie głowy spe­ku­la­cja­mi, gdzie ukry­to jeden z naj­więk­szych skar­bów III Rze­szy. Co jakiś czas wy­bu­cha w Su­de­tach i oko­li­cach, „go­rącz­ka złota” za­kro­jo­na na wiel­ką lub mniej­szą skalę…

Kim je­steś ka­pi­ta­nie?

Je­dy­nym, zi­den­ty­fi­ko­wa­nym po woj­nie, uczest­ni­kiem akcji ukry­wa­nia skar­bów miał być Her­bert Klose, ka­pi­tan wro­cław­skiej po­li­cji. Gdyby nie on, ter­min „złoto Wro­cła­wia” nie za­ist­niał­by w po­wszech­nej świa­do­mo­ści. Wia­ry­god­ność ze­znań tego świad­ka wie­lo­krot­nie już jed­nak pod­wa­ża­no. Nie zwe­ry­fi­ko­wa­ne in­for­ma­cje, po­cho­dzą­ce od męż­czy­zny o za­gad­ko­wym ży­cio­ry­sie, nie prze­szko­dzi­ły jed­nak na­ro­dzi­nom le­gen­dy, bu­dzą­cej naj­wyż­sze emo­cje.

W ostat­nim cza­sie po­ja­wił się nowy głos w dys­ku­sji, to­czą­cej się wokół wro­cław­skie­go złota. Wspo­mnie­nia Edwar­da Dzi­kow­skie­go, eme­ry­to­wa­ne­go ofi­ce­ra kontrwy­wia­du, uwia­ry­gad­nia­ją ze­zna­nia Her­ber­ta Klo­se­go. W opo­wie­ści na­sze­go in­for­ma­to­ra zna­leźć można po­twier­dze­nie kie­run­ku, który miał, we­dług Klo­se­go, obrać kon­wój ze zło­tem, wy­my­ka­ją­cy się z za­gro­żo­ne­go mia­sta. Dzi­kow­ski ujaw­nia, że skarb mógł być ukry­ty znacz­nie bli­żej Wro­cła­wia, niż su­ge­ru­ją ofi­cjal­ne zezna­nia by­łe­go ka­pi­ta­na po­li­cji… Od­daj­my zatem głos na­sze­mu in­for­ma­to­ro­wi.

Agent cen­niej­szy niż złoto

– To, co po­wiem za chwi­lę, do­wie­dzia­łem się od płk. Wład­ka Ja­ro­mi­na, z któ­rym się przy­jaź­ni­łem – za­czy­na opo­wia­dać Edward Dzi­kow­ski, wy­wa­żo­nym, jak zwy­kle, gło­sem, sie­dząc przy sto­li­ku jed­nej z wro­cław­skich ka­wiar­ni. – Ja­ro­min prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim jesz­cze ten tra­fił do aresz­tu w 1953 r. In­for­ma­cja­mi po­dzie­lił się tylko ze mną. Przy­zna­ję, że nie za­pa­mię­ta­łem wszyst­kie­go, co mi po­wie­dział, bo nie in­te­re­so­wa­łem się wów­czas tymi spra­wa­mi. Mia­łem inne, bar­dzo po­waż­ne za­da­nia – tłu­ma­czy roz­mów­ca. – Jak się po­lu­je na grube ryby, to i pło­cie wpa­da­ją – uśmie­cha się. – Jedną z ta­kich „pło­tek” była wła­śnie opo­wieść o zło­cie Wro­cła­wia. Gdyby Ja­ro­min żył, opo­wie­dział­by dużo wię­cej, choć Klose nie prze­ka­zał mu naj­praw­do­po­dob­niej wszyst­kie­go. Myślę – Dzi­kow­ski odro­bi­nę ści­sza głos – że we wska­za­nym miej­scu muszą wciąż leżeć de­po­zy­ty. Ja­ro­min na pewno nie pró­bo­wał ich wy­do­by­wać. Nie zaj­mo­wał się po­szu­ki­wa­nia­mi. In­te­re­so­wa­ło go wy­łącz­nie tro­pie­nie agen­tów hi­tle­row­skie­go i RFN-owskie­go wy­wia­du. W la­tach 50. pro­pa­gan­da była tak silna, że lu­dzie wie­rzy­li, że każdy bę­dzie miał po­dług po­trzeb. I to dzię­ki pracy, nie eks­plo­ra­cji – pod­kre­śla Dzi­kow­ski.

Gdy przy­sze­dłem do kontr­wy­wia­du – cią­gnie swą dalej opo­wieść – Ja­ro­min już tam był. Pra­co­wał w tym wy­dzia­le od pierw­sze­go mie­sią­ca po za­koń­cze­niu wojny. Wspo­mi­nał, że w cza­sie walk wy­wie­zio­ny był na ro­bo­ty przy­mu­so­we koło Dre­zna. Tam na­uczył się nie­miec­kie­go. W pierw­szych la­tach po wojnie UB wer­bo­wa­ło do pracy wła­śnie ta­kich ludzi jak on, z „czy­stą prze­szło­ścią”. Sto­su­nek Ja­ro­mi­na do Niem­ców nie był po­zy­tyw­ny. Dla­te­go też skie­ro­wa­no go do roz­pra­co­wy­wa­nia niemiec­kiej i hi­tle­row­skiej agen­tu­ry w Pol­sce. Wszyst­ko, co zwią­za­ne z jego pracą było ści­śle tajne. Do­ku­men­ty prze­cho­wy­wał w sza­fie pan­cer­nej, a współ­pra­cow­nik z po­ko­ju, nie wie­dział, co znaj­du­je się w tym sej­fie.

Ja­ro­min – kon­ty­nu­uje nasz roz­mów­ca – był świad­kiem wy­do­by­wa­nia skrzyń We­hr­wol­fu w Gó­rach Bial­skich w la­tach 50. Uczest­ni­czył w tej akcji wraz z kpt. Sas­sem, od­na­le­zio­nym przez ra­dziec­ki wy­wiad oraz sze­fem ów­cze­sne­go Wo­je­wódz­kie­go Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go (WUBP) we Wro­cła­wiu. Wy­py­ty­wa­łem go później, czy od­na­le­zio­no resz­tę skrzyń. Po­wie­dział, że nigdy wię­cej nie był w tym te­re­nie. (Na temat akcji, opi­sy­wa­nej w gru­dnio­wym „Od­kryw­cy”, Ja­ro­min wypowia­da się, choć bar­dzo oględ­nie, na pla­nie filmu pt. „Kim je­steś ka­pi­ta­nie” Adama Wie­lo­wiej­skie­go i Dio­ni­ze­go Si­dor­skie­go. Emi­sję do­ku­men­tu zre­ali­zo­wa­ne­go przez wro­cław­ski ośro­dek TVP na po­cząt­ku lat 70., wstrzy­ma­no.).

Zanim przej­dę do ze­znań nie­ży­ją­ce­go puł­kow­ni­ka, opo­wiem pewne wy­da­rze­nie, znane mi z au­top­sji. Łączy się ono ze spra­woz­da­niem Ja­ro­mi­na – na chwi­lę za­pa­da, pełne na­pię­cia, mil­cze­nie.

Skar­by an­ty­kwa­riu­sza

Szcze­pan Za­wi­sza, pod­czas wojny był sier­żan­tem w woj­sko­wej żan­dar­me­rii. Po skoń­czo­nych wal­kach prze­szedł do re­zer­wy – Dzi­kow­ski roz­po­czy­na nowy wątek w in­te­re­su­ją­cej nas spra­wie. – Zde­cy­do­wał się po­zo­stać na Zie­miach Za­chod­nich i prze­niósł się do Wro­cła­wia. Za­miesz­kał w blo­kach woj­sko­wych, do dzi­siaj sto­ją­cych przy ul. Ślęż­nej. Po­cząt­ko­wo pod­jął pracę kel­ne­ra w re­stau­ra­cji „Pod ko­niem” przy ul. Trau­gut­ta. W la­tach 50. prze­niósł się do „Mo­no­po­lu” przy pl. Wol­no­ści. W tym cza­sie na Zie­mie Od­zy­ska­ne przy­jeż­dżał znany an­ty­kwa­riusz war­szaw­ski, Ta­de­usz Wie­rzej­ski (w cza­sie wojny pro­wa­dził an­ty­kwa­riat w Kra­ko­wie). Zatrzymywał się w ho­te­lu „Mo­no­pol”, gdzie pra­co­wał Za­wi­sza. Wie­rzej­ski upa­trzył sobie kel­ne­ra, uzna­jąc go za by­stre­go i spryt­ne­go czło­wie­ka. Wła­śnie kogoś takie­go po­trze­bo­wał.

Za­pro­sił więc męż­czy­znę do roz­mo­wy, pod­czas któ­rej za­pro­po­no­wał wy­szu­ki­wa­nie dzieł sztu­ki, które prze­trwa­ły wojnę, na Dol­nym Ślą­sku. Za­wi­sza zgo­dził się. Prze­szedł szko­le­nie pod bacz­nym okiem mi­strza, jak od­róż­nić dzie­ło od kiczu. Za­czął jeź­dzić po wsiach, szyb­ko na­wią­zy­wał kon­tak­ty, pu­ka­jąc od cha­łu­py do cha­łu­py. Od­wie­dzał po­nie­miec­kie pa­ła­ce, za­glą­dał na stry­chy i do piw­nic. Oka­zał się do­sko­na­ły w swoim fachu, na Ślą­sku nie było lep­sze­go. Był je­dy­ny, bo do­pie­ro w po­ło­wie lat 60. inni za­czę­li krę­cić się wokół tego te­ma­tu.

Za­wi­sza zna­lazł w pa­ła­cu w Szcze­pa­no­wie, koło Środy Ślą­skiej orien­tal­ny go­be­lin o bar­dzo dużej war­to­ści hi­sto­rycz­nej i ma­te­rial­nej. W Stol­cu, koło Zię­bic, od­ku­pił od chło­pa szcze­ro­zło­ty ta­lerz, z któ­re­go ja­da­ły kury. Na stry­chu jed­ne­go z miesz­kań w Lu­bo­ra­dzu koło Ja­wo­ra, od­na­lazł pęk­nię­ty na pół obraz ma­lo­wa­ny na desce, fran­cu­skie­go im­pre­sjo­ni­sty – Co­ro­ta.

Wie­rzej­ski kazał szu­kać Za­wi­szy mi­śnień­skiej por­ce­la­ny. Po­moc­nik an­ty­kwa­riu­sza jeź­dził więc do Bro­dów, któ­rych przed­wo­jen­ni wła­ści­cie­le szczy­ci­li się posiadaniem naj­słyn­niej­sze­go ser­wi­su świa­ta – ła­bę­dzie­go. Za­wi­sza zna­lazł u ludzi na wsi ok. 40 cm. wy­so­ko­ści fi­gur­ki ze zna­kiem ma­nu­fak­tu­ry mi­śnień­skiej, przed­sta­wia­ją­ce szlach­tę pol­ską. Nie omiesz­kał też prze­pro­wa­dzić re­ko­ne­san­su pięk­ne­go pa­ła­cu, znisz­czo­ne­go przez Ro­sjan. Przed wojną, w ścia­nach re­zy­den­cji wy­ko­na­no wnęki, gdzie na pół­kach eks­po­no­wa­no naj­star­szą por­ce­la­nę, po­cząw­szy od XVIII-wiecz­nej. Gdy ru­nę­ły stro­py pa­ła­cu, ta część por­ce­la­ny za­cho­wa­ła się. Lu­dzie wła­śnie stam­tąd ją wy­cią­ga­li.

Za­wi­sza wszyst­kie od­na­le­zio­ne dzie­ła i przed­mio­ty prze­ka­zy­wał Wie­rzej­skie­mu za opła­tą. Nie wia­do­mo, jaki był dal­szy los za­byt­ków. An­ty­kwa­riusz han­dlo­wał na pewno z pra­cow­ni­ka­mi am­ba­sad. Zmarł w la­tach 80., prze­żyw­szy o kilka lat swego współ­pra­cow­ni­ka.

Z Za­wi­szą roz­ma­wia­łem wie­lo­krot­nie – przy­zna­je Edward Dzi­kow­ski. – Wy­szu­ki­wał broń do mojej ko­lek­cji. Ku­pi­łem od niego m.in. ha­kow­ni­cę wa­row­ną z zamku Czo­cha, którą sprze­da­łem póź­niej jed­ne­mu ko­lek­cjo­ne­ro­wi, ama­to­ro­wi z Kra­ko­wa.

W la­tach 80., daw­niej pełen werwy męż­czy­zna zmie­nił się w scho­ro­wa­ne­go, przy­gnę­bio­ne­go czło­wie­ka. Stra­cił cały ma­ją­tek, któ­re­go do­ro­bił się na an­ty­kach. W zielo­no­gór­skim pro­wa­dził re­stau­ra­cję, która zban­kru­to­wa­ła. Wró­cił do Wro­cła­wia, na Ślęż­ną, gdzie zmarł.

Pod ko­niec życia lubił wra­cać do bo­ga­tej prze­szło­ści. Opo­wia­dał, że w la­tach 40. prze­jeż­dża­jąc szosą bie­gną­cą w kie­run­ku Le­gni­cy, za­trzy­mał się w po­bli­żu Kątów Wro­cław­skich – wspo­mi­na Dzi­kow­ski. Cho­dząc po pasie trawy, roz­dzie­la­ją­cym dwie nitki au­to­stra­dy, zna­lazł złotą ob­rącz­kę. Wró­cił w to miej­sce po paru dniach. Od­krył jesz­cze kilka przed­mio­tów ze złota, roz­sia­nych na prze­strze­ni około 50 m, m.in. ze­gar­ki i pier­ścion­ki. Wra­cał w to miej­sce jesz­cze kil­ka­krot­nie, skru­pu­lat­nie je prze­szu­ku­jąc. Po­dej­rze­wam, że w tym miej­scu mu­siał zo­stać ostrze­la­ny pod ko­niec wojny sa­mo­chód wio­zą­cy ja­kieś kosz­tow­no­ści. Nie­wy­klu­czo­ne, że był to jeden z trans­por­tów tzw. złota Bre­slau. Przy­zna­ję, że nie pa­mię­tam jed­nak, czy Klose wspo­mi­nał Ja­ro­mi­no­wi o ostrza­le któ­re­goś z trans­por­tów. Za­wi­sza o zło­tym konwoju nic wów­czas jesz­cze nie wie­dział. Od­na­le­zio­ne pre­cjo­za sprze­dał.

Co na to źró­dła?

Warto zwe­ry­fi­ko­wać opo­wia­da­nie na­sze­go roz­mów­cy pod kątem zna­nych fak­tów. Jeśli przy­jąć za Dzi­kow­skim, że kosz­tow­no­ści wcho­dzi­ły w skład tzw. wrocławskie­go złota, na­su­wa się wnio­sek, iż na­le­ża­ły one do trans­por­tu wio­zą­ce­go de­po­zy­ty lud­no­ści cy­wil­nej Bre­slau. We­dług zna­nych pro­to­ko­łów prze­słu­chań Klo­se­go, kosz­tow­no­ści pry­wat­ne miały być ukry­te w innym miej­scu, niż wa­lo­ry ban­ko­we­go złota. We frag­men­tach prze­słu­chań po­cho­dzą­cych z dnia 7.02.1953 r. cy­to­wa­nych przez au­to­rów książ­ki „Tań­cząc na Wul­ka­nie”, Klose ze­zna­je: „Na na­stęp­ny dzień po­je­cha­li­śmy znowu oglą­dać miej­sca koło Wro­cła­wia. Mówił (pułkow­nik bądź major SS Egon Ol­len­hau­er, ps. Wolf, kie­ru­ją­cy we­dług Klo­se­go akcją pod kryp­to­ni­mem „złoto”), że trze­ba rów­nież szu­kać miejsc koło Wro­cła­wia, po­nie­waż bę­dzie ścią­ga­ne złoto od lud­no­ści cy­wil­nej oraz ze skle­pów ju­bi­ler­skich, które trze­ba rów­nież ukryć. Złoto to było fak­tycz­nie ścią­ga­ne, tak że za­bie­ra­no złoto i da­wa­no po­kwi­to­wa­nie” .

I dalej: (…) mówił mnie rów­nież, że te wszyst­kie drob­ne rze­czy za­bra­ne do prze­cho­wa­nia od lud­no­ści cy­wil­nej zo­sta­ły za­cho­wa­ne w in­nych miej­scach, on już tych rze­czy nie cho­wał, a cho­wał je kto inny. Będą one za­cho­wa­ne w tych miej­scach, które po­przed­nio po­da­wa­łem, jak Wil­len­berg (Wie­li­sław­ka), Spit­zberg (Ostrzy­ca), Gre­dys­berg (zamek w Grodź­cu) i w oko­li­cach Wro­cła­wia. Opo­wia­dał mi rów­nież, w jaki spo­sób było to wszyst­ko scho­wa­ne. Mia­no­wi­cie sa­pe­rzy wy­wier­ci­li dziu­ry w skale po­chy­łej, skrzy­nie tam zo­sta­ły za­ła­do­wa­ne i na­stęp­nie ka­wa­łek skały zo­stał ze­rwa­ny (…).

Ja­ro­min mówi

W re­kon­struk­cji tam­tych wy­da­rzeń po­mo­gą być może in­for­ma­cje, jakie uzy­skał płk. Wła­dy­sław Ja­ro­min, pod­czas prze­słu­cha­nia Klo­se­go (na temat tego przesłuchania brak jest, jak do­tych­czas, ja­kich­kol­wiek zna­nych do­ku­men­tów).

– Jak po­wie­dział mi kie­dyś Ja­ro­min, prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim ten tra­fił do aresz­tu w WUBP we Wro­cła­wiu – re­la­cjo­nu­je Edward Dzi­kow­ski. – Klose ze­znał, że kon­wój je­chał au­to­stra­dą, w kie­run­ku na Le­gni­cę, a póź­niej skrę­cił na Zło­to­ry­ję. Minął to mia­sto i za­trzy­mał się po­mię­dzy nim a Je­le­nią Górą. Wtedy Klose wraz z in­ny­mi zo­stał ode­sła­ny. Akcja trwa­ła jed­nak dalej. De­po­zy­ty ukry­wa­no po­dob­no w jed­nej ze sztol­ni pod górą w oko­li­cach wsi Nowy Ko­ściół. Na­stęp­nie od­strze­lo­no wej­ście.

Ja w to wie­rzę – pod­su­mo­wu­je nasz in­for­ma­tor – mimo że nikt nie dys­po­nu­je wie­dzą na temat miejsc ukry­cia tego złota. Kon­wo­jen­ci za­pew­ne zo­sta­li roz­strze­la­ni, wyż­szych stop­niem funk­cjo­na­riu­szy wy­sła­no na pierw­szą linię fron­tu, po­zo­stał kie­row­nik kon­wo­ju – je­dy­ny, który wie­dział i dys­po­no­wał pla­nem. Praw­do­po­dob­ne, że już nie żyje. Czy zdą­żył prze­ka­zać in­for­ma­cję o schow­ku przed śmier­cią? – za­sta­na­wia się Edward Dzi­kow­ski.

Po­twier­dze­nie

W roku 1944, Klose wraz z mjr Ol­len­hau­rem mieli ty­po­wać miej­sca do ukry­cia dóbr nie­miec­kich i de­po­zy­tów ban­ko­wych wokół Wro­cła­wia i w re­jo­nie Su­de­tów. Jed­nym z nich był wła­śnie Nowy Ko­ściół, wieś po­ło­żo­na nie­da­le­ko góry Spit­zberg. Mjr Sta­ni­sław Sio­rek, nie­ży­ją­cy już ofi­cer wro­cław­skiej de­le­ga­tu­ry Służ­by Bezpieczeń­stwa, jeden z naj­go­ręt­szych pro­pa­ga­to­rów ta­jem­nic Dol­ne­go Ślą­ska, na­pi­sał w ana­li­zie (ma­te­riał nie­pu­bli­ko­wa­ny, ar­chi­wum sym­pa­ty­ka „Od­kryw­cy”) z dnia 12.10 1988 r.: „Na po­cząt­ku (Klose – przyp.red) wspól­nie z Wol­fem i ka­pi­ta­nem Se­ifer­tem, też po­li­cjan­tem (?) wi­zy­to­wa­li wiele miejsc (Ślęża, Wie­li­sław­ka, Nowy Ko­ściół, Cie­pli­ce, Śnież­ka) szu­ka­jąc sto­sow­ne­go miej­sca na ukry­cie skar­bu (…).

W po­wyż­szą hi­sto­rię można wie­rzyć lub nie. Obec­ny stan wie­dzy nie po­zwa­la na jej po­twier­dze­nie lub wy­klu­cze­nie. Opo­wia­da­nie Edwar­da Dzi­kow­skie­go przywołuje at­mos­fe­rę po­wo­jen­nych cza­sów, kiedy oprócz walki o byt i ko­niecz­no­ści usto­sun­ko­wa­nia się do no­we­go re­żi­mu po­li­tycz­ne­go, zda­rza­ły się rze­czy niezwykle, jak cho­ciaż­by moż­li­wość zna­le­zie­nia „im­pre­sjo­ni­sty” na stry­chu, czy złota na au­to­stra­dzie.

Su­ge­stia na­sze­go in­for­ma­to­ra do­ty­czą­ca schow­ka w Nowym Ko­ście­le, wy­da­je się praw­do­po­dob­na, szcze­gól­nie iż po­kry­wa się z miej­sca­mi ty­po­wa­ny­mi wcze­śniej przez od­po­wie­dzial­nych za akcję (pod wa­run­kiem, że zaufa się Klo­se­mu). Wielu za­in­te­re­so­wa­nych przy­zna­je też, że Śnież­ka, o któ­rej mówi naj­bar­dziej po­pu­lar­na wer­sja do­ty­czą­ca „7 ton za­gi­nio­ne­go złota”, była po pro­stu za da­le­ko od Bre­slau, by trans­port mógł tam bez­piecz­nie do­trzeć w mo­men­cie, gdy wokół mia­sta za­my­kał się pier­ścień ob­lę­że­nia…

Gdzie ukry­to tzw. Złoto Wro­cła­wia?

Wszyst­kie pierw­szych sześć wy­mie­nio­nych po­ni­żej miejsc po­ja­wia się w ze­zna­niach Klo­se­go.

1. Rejon Kar­pa­cza, oko­li­ce Góry Śnież­ki – mówi naj­po­pu­lar­niej­sza wer­sja, opar­ta na bazie ze­znań Klo­se­go. Ka­pi­tan nigdy nie wspo­mniał o daw­nych ko­pal­niach srebra i oło­wiu „Gu­staw” i „He­in­rich”, w re­jo­nie Bia­łe­go Jaru. Po­szu­ki­wa­cze jed­nak wła­śnie te szyby ty­pu­ją na schow­ki, do któ­rych, z róż­nych wzglę­dów, nie potrafią do­trzeć.

2. Cie­pli­ce Ślą­skie (Warm­brunn), obec­nie dziel­ni­ca Je­le­niej Góry. Jedno z miejsc od­wie­dzo­nych przez Klo­se­go i Ol­len­hau­era w 1944 r. Nie­któ­rzy ty­pu­ją na schowek dawny pałac Schaf­fgot­schów. Ant­ko­wiak w książ­ce „Nie od­kry­te skar­by” su­ge­ru­je oko­li­ce domku my­śliw­skie­go w cie­plic­kich po­sia­dło­ściach arystokratyczne­go rodu.

3. Góra Wie­li­sław­ka w Sę­dzi­szo­wej. Klose oraz Ol­len­hau­er mieli w 1944 r. od­wie­dzić re­stau­ra­cję na szczy­cie góry oraz sztol­nię u jej pod­nó­ża.

Z ma­te­ria­łów UOP (za „Tań­cząc na wul­ka­nie”): „We­dług opo­wia­dań lud­no­ści au­to­chto­nicz­nej za­miesz­ka­łej na te­re­nie Sę­dzi­szo­wa, to Niem­cy w okre­sie przed ­kapitu­la­cyj­nym wo­zi­li na górę „Wil­len­berg” znaj­du­ją­cy się w Sę­dzi­szo­wie róż­no­rod­ny sprzęt i za­ko­py­wa­li go we wspo­mnia­nej górze. Nikt z lud­no­ści nie wi­dział jakie przed­mio­ty za­ko­py­wa­no, po­nie­waż teren góry był ob­sta­wio­ny woj­ska­mi i za­bro­nio­no lud­no­ści cy­wil­nej zbli­ża­nia się do tej góry.”

4. Ostrzy­ca na Po­gó­rzu Ka­czaw­skim dawny sto­żek wul­ka­nicz­ny, zwany Ślą­ską Fu­ji­ja­mą. W świa­do­mo­ści po­szu­ki­wa­czy i miesz­kań­ców, bar­dziej zwią­za­ny z mitycznym skar­bem Czar­ne­go Janka, niż ze „zło­tem Wro­cła­wia”.

5. Góra Ślęża (ok. 30 km na po­łu­dnie od Wro­cła­wia).

W okre­sie kiedy ty­po­wa­no po­ten­cjal­ne miej­sca na ukry­cie de­po­zy­tów, wierz­cho­łek góry był już ob­sa­dzo­ny przez nie­miec­kie woj­sko. To unie­moż­li­wi­ło do­kład­ny ogląd miej­sca pod kątem ukry­cia skar­bów – ze­zna­wał Klose.

6. Zamek Gro­dziec, nie­opo­dal wsi Za­grod­no. Gro­dziec (daw­niej Grödit­zberg), zamek zbu­do­wa­ny w XIV w. na ba­zal­to­wej skale. Po­czy­na­jąc od XVIII w. sta­no­wi już wy­łącz­nie ruinę. U jego pod­nó­ża w wieku XVIII zbu­do­wa­no ba­ro­ko­wy pałac.

7. Pod­zie­mia Twier­dzy Kłodz­kiej. Paweł Li­sie­wicz w ar­ty­ku­le pt. „Ta­jem­ni­ce sied­miu ton złota” pisze:

„I nagle przy­cho­dzi re­we­la­cyj­na wia­do­mość. Prze­słu­chi­wa­ny prze­ze mnie b. nie­miec­ki szo­fer We­hr­mach­tu ze­znał, że wraz z ko­lum­ną sa­mo­cho­dów przy­wiózł z Wro­cła­wia do twier­dzy de­po­zyt złota wro­cław­skie­go Re­ichs­Ban­ku. Złoto było w szta­bach.”

Kim był Her­bert Klose?

Jedni uwa­ża­ją, że wy­pro­wa­dził w pole kontr­wy­wiad, inni, że opo­wie­ścia­mi o zło­cie ra­to­wał wła­sną skórę. Fak­tem jest, co się nie­mal­że nie zda­rza­ło, że po kilkumiesięcz­nym po­by­cie w aresz­cie przy WUBP we Wro­cła­wiu, zo­stał wy­pusz­czo­ny na wol­ność.

Nie wia­do­mo do­kład­nie dla­cze­go zo­stał aresz­to­wa­ny. Mówi się, że pod pre­tek­stem dzia­łal­no­ści w or­ga­ni­za­cji dy­wer­syj­nej We­hr­wol­fu, choć rok 1953 był już jed­nym z ostat­nich lat dzia­łal­no­ści nie­miec­kich or­ga­ni­za­cji pod­ziem­nych w Pol­sce. W trak­cie śledz­twa pró­bo­wa­no roz­szy­fro­wać ży­cio­rys Klo­se­go. Au­to­rzy „Tań­cząc na wulka­nie” (niestety beznadziejni i nigdy nie będący w miejscach przez siebie opisywanych) cy­tu­ją ma­te­ria­ły udo­stęp­nio­ne przez Urząd Ochro­ny Pań­stwa:

(…) w okre­sie wojny słu­żył w SS Schützpo­li­zei na te­re­nie Fran­cji, Bel­gii, a póź­niej w re­jo­nie Ka­to­wic. Na­stęp­nie z Ka­to­wic prze­niósł się do Wro­cła­wia, gdzie do końca wojny pra­co­wał w stop­niu ka­pi­ta­na w Pre­zy­dium Po­li­cji.

(…) Mimo pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa prze­szłość (Klo­se­go – przyp.red.) nie zo­sta­ła do końca wy­ja­śnio­na. Pewne ma­te­ria­ły su­ge­ru­ją, że zo­stał mia­no­wa­ny przez Abwehrę, pod­le­ga­ją­cą w tym cza­sie SS, sze­fem grupy dy­wer­syj­no – sa­bo­ta­żo­wej na po­wiat Zło­to­ry­ja (…) Być może, że w tym celu pod ko­niec wojny osie­dlił się we wsi, gdzie po­sia­dał zna­jo­mą, obec­ną swoją żonę, z którą za­warł zwią­zek mał­żeń­ski.

(…) w mo­men­cie aresz­to­wa­nia po­sia­dał fo­to­ko­pię do­ku­men­tu upraw­nia­ją­ce­go go do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du we­te­ry­na­rza, i w śledz­twie stwier­dził, że przy pre­zy­dium po­li­cji we Wro­cła­wiu słu­żył w stop­niu ka­pi­ta­na we­te­ry­na­rii. Ocena tego do­ku­men­tu wy­ka­zu­je, że był to fo­to­mon­taż wy­ko­na­ny w celu od­wró­ce­nia po­dej­rzeń od osoby (…). W grud­niu 1944r. zo­stał przy­dzie­lo­ny do grupy spe­cjal­nej SS, któ­rej celem było ukry­cie za­so­bów ar­chi­wal­nych i ban­ko­wych zgro­ma­dzo­nych we Wrocławiu (…)”.

Ste­fan Ku­czyń­ski, czło­nek wro­cław­skiej Po­lo­nii, prze­żył ob­lę­że­nie mia­sta w 1945 r. Apo­ka­lip­tycz­ną at­mos­fe­rę szy­ku­ją­ce­go się do walki Wro­cła­wia oddał w książ­ce pt. „Fe­stung Bre­slau”, wy­da­nej w 1960 r. Oto naj­czę­ściej cy­to­wa­ny frag­ment dzie­ła, trak­to­wa­ny jako po­twier­dze­nie go­rącz­ko­wej akcji ukry­wa­nia de­po­zy­tów, dzieł sztu­ki i ar­chi­wów (cyt. za „Mil­czą­ce Ślady”):

„Wi­dzie­li­śmy – w takim Wro­cła­wiu rzecz nie­by­wa­ła – całe stada bydła pę­dzo­ne do rzeź­ni miej­skiej, spo­ty­ka­li­śmy ko­lum­ny po­jaz­dów cię­ża­ro­wych z ta­jem­ni­czym ła­dun­kiem, szczel­nie przy­kry­tych bre­zen­tem. (…) No­ca­mi wy­wo­żo­no z gma­chów urzę­dów i ban­ków akta, z więk­szych skle­pów cen­niej­sze to­wa­ry, z mu­ze­ów, domów pry­wat­nych, ko­ścio­łów dzie­ła sztu­ki, kosz­tow­no­ści. Usu­wa­no po­mni­ki: Bi­smarc­ka z placu 1 Maja, Blu­eche­ra z placu Sol­ne­go, Fry­de­ry­ka II i III z Rynku. Wy­wo­żo­no je za mia­sto i za­ko­py­wa­no w ziemi…”

Czy hauptman Klose zdradził kamratów ?

Podobnie jak wiele innych osób ja też zastanawiałem się dlaczego Klose nie „wyjechał” (uciekł) tak jak wielu innych jego kamratów z Gestapo? Na co liczył? Na co mógł liczyć w styczniu 1945 roku tak doświadczony oficer śledczy powinien wiedzieć że dla Gestapo nie ma taryfy ulgowej. On jednak pozostał. Pozostał w 1945 i nie skorzystał z szansy wyjazdu w latach późniejszych. Ożenił się z Polką, do końca swoich dni mieszkał w Polsce w PRL-u albo jak on to mówił „na ziemiach czasowo będących pod administracją polską”.
Tutaj, na tych ziemiach został pochowany. Jego granitowy nagrobek nie wyróżnia się od wielu innych na tym cmentarzu (widziałem go).
Z opowiadań, z opisów znamy temat zaciekłości i bezwzględności z jaką UB, NKWD, MO później SB ścigała, tropiła działaczy polskiego podziemia. Po odtajnieniu archiwów dowiedzieliśmy się jakie były metody, co się działo za murami więzień więziennych murów i drutami obozów. Po 1945 roku Łambinowice, Potulice, Toszek, Świętochłowice, Jaworzno Szczakowa, Barczewo i wielu innych miejscach. Rodziny niektórych „zatrzymanych” do dzisiaj poszukują miejsca pochówku swoich bliskich.
UB dość szybko „namierzyła„ Klosego. Był przesłuchiwany, może nawet torturowany ale nie skończył tak jak inni jemu podobni.
Widocznie był, były ku temu jakieś powody. Klose był specjalistą i to bardzo dobrym specjalistą. Ze względu na charakter i miejsce swojej „pracy” nie wiele miał wspólnego ze zwalczaniem polskiej czy sowieckiej partyzantki, ruchu oporu a GG. Nawet osobniki tak prymitywne jak oficerowie UB i ich żydowscy pomocnicy wiedzieli iż tego mu nie udowodnią. Jedynym poważnym zarzutem była służba w gestapo.
Dla wielu to wystarczało żeby trafić do więzienia albo do …grobu np. na dziedzińcu więzienia w Legnicy.
On nie tylko wyszedł „cało”, ale pozwolono mu nawet na ślub z Polką i osiedlenie się na tej ziemi.
Zawarł wiele znajomości i „przyjaźni” ludzie napływowi cenili jego znajomość koni. Leczył je pomagał, oni nie znali jego przeszłości. To dziwne ale był raczej szanowanym obywatelem i gdyby chciał a UB, później SB zezwoliła to zapewne zaszedł by bardzo wysoko.
Dlaczego nie chciał?
Może obawiał się zemsty kamratów? Sfinksa?
Jego żona na początku najprawdopodobniej nie znała przeszłości męża ale później kiedy już się o prawie wszystkim dowiedziała została zwerbowana (zmuszona) do współpracy z UB. Najzwyczajniej na świecie donosiła na niego. On o tym wiedział więc czasem celowo podsuwał jakieś „nowe” tropy to pozwalało przeczekać przetrwać trudne chwile. Niektórzy bystrzejsi, byli i tacy!, oficerowie SB przejrzeli grę hauptmana ale właśnie ze względu na iloraz inteligencji nie reagowali, obawiali się utraty intratnej i ciepłej posady, przeniesienia np. do departamentu IV albo i gorzej. Pisali raporty, sami wymyślali to czego nie wymyślił Klose.
Teczki pęczniały, przybywało papierowej roboty, potrzebne były nowe analizy, nowe dane „zmuszały” śledczych do licznych wyjazdów w teren, dodajmy bardzo piękny. Przy okazji naprawdę można było coś dorobić na boku bo te skarby w odróżnieniu od ich raportów były prawdziwe.
W latach 80 XX wieku rozmawiałem z kilkoma z nich, być może miałem zostać zwerbowany ?
Interesowałem się ta sprawa i dość głośno rozmawiałem na te tematy w pracy. Ciekawi mnie ona do dzisiaj.
Uważam że teraz jest dobry czas na ujawnienie niektórych faktów z działalności Sfinksa .
Za kilka lat może już nie będzie czego ujawniać .
Ostatecznie bez mojej wiedzy, skierowany zostałem na bocznicę. Wówczas nawet tego nie zauważyłem, nie, nie żałuje tego bo „nowe zainteresowania” są bardzo ciekawe, nadmiar podrzuconego, tak podrzuconego mi materiału uniemożliwiał zajmowanie się tamta sprawą. Później sam zrezygnowałem bo nowe było ciekawsze.
Gdyby wówczas oficjalnie zakazano mi, zabroniono zajmowania się ta sprawą to szczerze powiem że nie tylko bym tego nie zrobił ale może nawet zwiększyłbym swoje wysiłki w działaniu. Może na ziemi postawiono by kolejny krzyż (?) mój .
Teraz powrót do tamtych spraw nie jest już możliwy. Cieszę się że znalazłem inne zajęcie.

Kim był Klose dla Niemców? Dlaczego pozwolili mu pozostać? Tak pozwolili bo wielu takich jak on sami likwidowali kiedy ci nie chcieli się „ewakuować”. Robili to także i po wojnie. Na tamtejszych cmentarzach było wiele mogił w których pochowano zmarłych w tajemniczych okolicznościach, miejscach. Nie wszystko da się przypisać UB. Nawet jeżeli ktoś będzie bardzo dociekliwy.
Klose był łącznikiem!?
UB a później SB zrobiła z niego przynętę. Dawni kamraci szybko się zorientowali w sytuacji. Nie zlikwidowali go bo był lojalny wobec nich. Czasem był jedynym świadkiem ukrycia skarbów i składów broni. Musieli o niego dbać. To za ich zgoda co jakiś czas podsuwał tym którzy go inwigilowali „nowe cudowne tropy”. Odkrywano wówczas składy, składnice, skarby wszystko jednak w taki sposób żeby jak najmniej tego trafiło w łapy Ubeckich bossów. Tak naprawdę to było ratowanie dzieł sztuki poprzez ujawnienie miejsca ich przechowywania. Gdyby Klose tego nie zrobił to skarby mogłyby zostać zniszczone przez warunki atmosferyczne czy upływający czas , z braku należytej konserwacji.

Jedni i drudzy osiągali swoje cele, wszyscy byli zadowoleni.
Później zaczął się szantaż. Tak! To był szantaż. Wystarczy prześledzić kilka przypadków przerwania poszukiwań, cudownych ocaleń a czasem… braku jakiegokolwiek działania ze strony Polskiej i Radzieckiej.
Dlaczego zaraz po wojnie nie przystąpiono do dokładnego spenetrowania podziemi Kompleksu Riese? Podziemi zamku Książ? dlaczego zakazano prac poszukiwawczych Lubiążu ? i wielu innych miejscach.
Decyzje zapadały na najwyższych szczeblach władzy i resortów.
Skarb Średzki itp.
Proszę sobie przypomnieć koniec lat 80 we Wrocławiu. W lokalnej prasie pojawiały się ogłoszenia o możliwości zatrucia wody dla miasta. Ktoś domagał się wielkiej kwoty pieniędzy za odstąpienie od swojego zbrodniczego zamiaru. Natychmiast wszczęto poszukiwania w Lubiążu i Brzegu Dolnym. Przypadek?
Później równie szybko je przerwano i ogłoszono ze szaleńca znaleziono. Był nim jak podano jakiś psychicznie chory uciekinier z zakładu dla obłąkanych.
A może to była prowokacja której celem było …no właśnie, rozpoczęcie poszukiwań w Lubiążu.
SB miała sporo materiałów na temat tego obiektu.
Kto i co ich powstrzymywało? Należy przyjąć że to skażenie wody to nie żaden blef, taka sytuacja może zaistnieć naprawdę.
Niemiecka grupa wypadowa której rzekomym celem było zniszczenie zapasów broni chemicznej niczego nie wywiozła. Na miejscu nie było warunków do zniszczenia chemikaliów zwłaszcza jeżeli to by były trujące chemikalia. Natychmiast po „odbiciu” fabryki przez Rosjan obiekt został obsadzony załogą wojskową, nie zanotowano zachorowań czy śmierci spowodowanej środkami trującymi.
Nie zanotowano takich przypadków także i po wojnie. Czy to możliwe że tam coś zostało zniszczone, spalone?
Nie wszystkie środki trujące są łatwopalne, czy w ogóle palne. Nie ma śladu po ofiarach wśród tych którzy je niszczyli. To nie była zwykła przeprowadzana w normalnych warunkach akcja. To była wojna, Niemcy działali na głębokich tyłach wroga.
Może oni mieli zniszczyć tylko dojście do miejsca składowania chemikaliów? Zaminować wejścia, sztolnie, zamaskować szyby wentylacyjne. Takie zadanie było możliwe do wykonania w tamtych warunkach.
Może coś wynieśli, może to ten straszak, może to właśnie był trzeci Joker w talii Klosego?
Sfinks, takim kryptonimem wywiad Galena określił grupę mającą odszukać wszystkich „strażników” śpiochów mających czekać na sygnał. Sfinks jest wielki, tajemniczy, mimo że obito mu nos wciąż stoi na straży pustyni Nikt nie zna jego tożsamości, wieku ani …płci. Wciąż wzbudza zachwyt i podziw nawet teraz kiedy już nie wiadomo dlaczego tam go pozostawiono na pastwę promieni słonecznych i …gapiów.
Jest sam, tylko on jeden przeciwko wieczności. Jego bystre kocie oczy zwrócone są w stronę z której oczekiwano nadejścia wroga.

W tym czasie hauptman przebywał na terenach jeszcze do 1945 roku, do maja, zajętych przez Niemców. Był jednym z ważniejszych filarów przygotowujących ukrywających skarby i nie tylko kosztowności.
Tutaj należałoby przypomnieć kategoryczny rozkaz Hitlera nakazujący stosowanie taktyki spalonej ziemi na terenach należących do Rzeszy. Wycofujące się oddziały miały niszczyć cały przemysł i wszystko to co mogło się przydać zwycięzcom.
Jak wiemy jego głównodowodzący byli nieco innego zdania. Oni wiedzieli ze zniszczenie wszystkiego doprowadzi do zniszczenia pozostawionej tam ludności niemieckiej. zakazali niszczenia zakładów mających produkować żywność i materiały potrzebne dla życia ludności cywilnej, oni wiedzieli iż zwycięzcy tez będą tego potrzebowali bo sami nie maja nawet na własne potrzeby i nie dadzą tego Niemieckim cywilom.
Teren Dolnego Śląska był jednak szczególny. Sprzedawczyki i Szubrawcy z gminnej izby zasiali w umysłach niemieckich zbrodniarzy ziarnko nadziei. Zachodnia granica Polski na Odrze i Nysie. Proszę spojrzeć na mapę.
Oprócz Łużyckiej jest jeszcze inna Nysa. W Jałcie nie ustalono na której!!! Angielskie nieuki już raz wywinęli numer z granicami Polski wytyczając tak zwana Linię Curzona. Zapewne to była krzywa po której poruszał się lord wracający z burdelu. Dobrze ja sobie zapamiętał zwłaszcza jego poobijana o latarnie głowa i taka samą namazał na podsuniętej mu mapie. Teraz Polska i Polacy ponownie zostali zdani na łaskę, a właściwie na prymitywna wiedzę ich lordowskich mości, ich, angielskich. Może oni znają się na nawigacji czy locji w basenach londyńskich agencji dla starszych panów ale o geografii europy raczej nie maja większego pojęcia.
Tak samo teraz gdyby nie Stalin i zdecydowana postawa delegacji radzieckiej Polska ponownie zostałaby okrojona.
Ale w 1945 roku Niemcy jeszcze się łudzili, że to nie o TĄ Nysę chodzi. Na wszelki wypadek postanowili się przygotować do następnego ruchu. Wiedzieli że talia jest znaczona, co prawda oni także znali symbole jakimi ponumerowano karty ale dla pewności postanowili wprowadzić do gry… Sfinksa, trzeciego Jokera który był zaznaczony w ten sposób ze nie miał… żadnych znaków szczególnych mimo wszystko mógł pomóc przelicytować każdego króla i asa.
Ostatnie większe ruchy i zdobycze terytorialne wojsk radzieckich na tym terenie zanotowano 16 lutego 1945 i później na początku marca tegoż roku ale to był raczej wynik „skracania” linii frontu „niż jakiejś akcji ofensywnej”. Przez cały ten czas jaki pozostał Niemcom do dnia kapitulacji na zajętych przez nich terenach trwały masowe prace… górnicze i budowlane. Pamiętajmy, że ostatnie wylewki betonu w sztolniach Książa wykonano na kilka dni przed zajęciem tych terenów przez Rosjan. Jeszcze do dzisiaj możemy „podziwiać” góry worków cementu w na niedokończonych budowach w Górach Sowich.
Czy tak się zachowuje ktoś kto wie ze za kilka tygodni za dwa trzy miesiące będzie musiał opuścić te tereny?
Z Czeskich fabryk wciąż napływały transporty sprzętu i amunicji. Na lotnisku pod Pragą w pełnej gotowości czekał specjalnie przygotowany He 177, to z pokładu tej maszyny miała być zrzucona niemiecka bomba atomowa. Prac adaptacyjnych nie przerwała nawet katastrofalna sytuacja na frontach.
Śmiało można stwierdzić że prace były już na ukończeniu. Można też za amerykanami stwierdzić że jedna z trzech eksplozji jądrowych jakie miały miejsce w 1945 roku to była bomba złożona z materiałów które wyprodukowali Niemcy. Sami Amerykanie potwierdzili że wywieźli z Niemiec sporo potrzebnych materiałów inne zabrali z pokładu zatrzymanego na Atlantyku U 234. Brytyjczycy wysłali nawet pościg za ich okrętami.

Sugeruję że wycofujący się Niemcy pozostawili na ziemiach polskich kukułcze jajo i to sporych rozmiarów.
Zbocza Śnieżki zwłaszcza od strony północnej idealnie nadają się na gniazdo. To właśnie tego gniazda szukali.
Tak zwani turyści w marcu 1968 roku. To na nich zrzucono tą lawinę. Ktoś kolejny raz wykorzystał Jokera z twarzą Sfinksa. Dziwne jest to, że po tak wielkiej tragedii nie wszczęto żadnego śledztwa. Nie zrobiono nic oprócz zmiany trasy szlaku. Widocznie poprzednia zbyła zbyt blisko tego czegoś.
Tego poszukiwanego jaja. Szlak był zamknięty i to dość długo. Służby specjalne i to nie tylko z polski dokładnie penetrowały i przeszukiwały miejsce tragedii. Znalezione tam przedmioty tez dawały i nadal dają sporo do myślenia. Ich lista została utajniona, dlaczego? Przecież wiadomo że to nie byli zwykli turyści lecz agenci. Tylko po co nawet „zwykłem” agentowi w polskich górach Licznik ……
Proszę porównać zbieżność dat trzech ważnych dla Polski i świata wydarzeń 1968 roku.

„Transport dotarł do celu. Niewolnicy i nadzorujący ich kapo zaczęli wnosić ciężkie pojemniki i skrzynie do sztolni. Droga była dość długa i uciążliwa nawet dla eskorty która nie musiała nosić nic więcej oprócz karabinów. Więźniowie zauważyli ze niektórzy ze strażników mieli długie gumowe płaszcze a przecież nic nie padało. Niektóre z pojemników były bardzo ciężkie, nosiły je 4 osoby. Było ciemno ale strażnicy nie zezwalali na używanie jakichkolwiek świateł. To było ważne ponieważ skrzynie musiały być układane w odpowiedniej kolejności. Napisy w dwóch językach !!! były bardzo małe, na dodatek te zrozumiałe dla tragarzy zrobiono wapnem, nawet nie kreda tylko wapnem które łatwo się ścierało. Do groty były dwa wejścia. Rozładunek trwał prawie 4 godziny. Skrzynie po zdjęciu z samochodów były przenoszone dalej w góry w miejsce w którym nie było żadnej drogi . Co kilka metrów stał uzbrojony strażnik a do tego za każdym tragarzem za każdą skrzynka szedł SS-man. Kierowcy kompanii samochodowej pokonywali ta samą trasę jeszcze trzy razy. Później wyjazdy wstrzymano bo podczas powrotu trafili na korki wzdłuż drogi i nie zdążyli wrócić przed świtem. Kolumna została zaatakowana przez lotnictwo. Część tragarzy rozbiegła się po okolicy, część zginęła w samochodach jednak bardzo wielu zginęło od kul eskorty .Uciekinierzy nie mieli zbyt wielu szans na przeżycie.
Po zakończeniu prac ocalałe ciężarówki wraz z ludźmi wróciły do Jeleniej Góry.

Kiedy opowiadającego zapytano jak długo trwała jazda w jedna stronę ten odpowiedział że zawsze jeździli innymi drogami ale nie do samego końca, przed ostatnim postojem na którym rozładowywano samochody zawsze wjeżdżali na ta sama obstawiona wojskiem drogę.

Takich i wiele podobnych relacji w archiwach UB a później SB jest bardzo wiele.

W 1989 roku miałem możliwość rozmawiać z jedną z osób zajmującą się ta sprawą.
To on zaproponował spotkanie. Zaaranżowały je moje znajome z Berlina. Powiedziały mi o tym.
W tym czasie w tamtych kręgach już wiedziano o mich kontaktach z S. Ja nigdy temu nie zaprzeczałem chociaż wiedziałem ze to tylko zwykłe rozmowy, nic nie znaczące dialogi. Ja wypytywałem S głównie o tematy dotyczące mojej sprawy, wszyscy wiedzieli ze Pan Stanisław był prawdziwym fachowcem. Lubiłem słuchać jego opowieści. Wiedziałem ze niektóre z nich sam wymyślił. Fakty i daty jednak były prawdziwe, zmyślał nazwiska. Może nawet nie sam lecz powtarzał błędy innych agentów.
Niektóre z rozmów nagrywałem, on wiedział i wtedy gadki były bardziej kwieciste ale nie zawierały konkretów.

Podczas jednej z takich pogawędek chyba nie przypadkowo zorganizowanej w Świerzawie dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. To było latem, rozmówca widział i wiedział że nie będzie nagrywania.
Zapytał wprost co jest grane, kto o tym spotkaniu wie. Odpowiedziałem zgodnie z prawda że ja nie chwaliłem się nikomu. Teraz wiem dlaczego były te pytania, dziwie się że S. wcześniej nie wiedział bo wynikało ze nie wiedział. W tamtych czasach znana była jeszcze jedna osoba która ma takie samo nazwisko jak moje.
Tak się składa że ten ktoś zajmował się podobnymi sprawami co S. Ale to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk, nie jesteśmy nawet daleka rodziną. O istnieniu tamtej osoby dowiedziałem się w czasie kiedy pokazano mi teczkę z donosami na mnie. Niektóre były na tamtego. Szkoda ze nigdy się nie spotkaliśmy.
Mężczyzna zmarł w 1993 roku, miał 67 lat, podobno wylew.

W latach 60 izraelskie służby specjalne nasiliły działania mające na celu demaskowanie hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Wielu z nich korzystało z ochrony służb specjalnych innych krajów. To żadna tajemnica ze zbrodniarzy i to tych największych chronili Anglicy, Niemcy, Amerykanie, Rosjanie…
Teraz jednak nie mogli być pewni, wiedzieli że izraelskie służby specjalne są wszędzie, korzystają z informacji osób które maja ich chronić. Panem K. zainteresowali się ludzie w Izraelu.
Hauptmann nie brał udziału w eksterminacji Polaków czy Rosjan ale z Żydami walczył od 1938. Oni mogli mu postawić zarzuty, mogli porwać, zamordować albo przewieźć do Izraela.
Najprawdopodobniej został odnaleziony przez ich służby. Doszło do rozmowy, nawet przesłuchania. Klose był obserwowany przez cały czas, dzień i noc, nie tylko przez żonę. Służby kontrwywiadowcze PRL już od dawna obserwowały ruchy izraelskich agentów na terenie PRL. W tym czasie na poligonach Dolnego Śląska szkolono syryjskich, egipskich, jordańskich czołgistów. Tutaj masowo handlowano „kaczkami” (potoczna nazwa czołgu T–34), promowano nowsze „cudeńka” T-55 i T-54. Tutaj przeprowadzano ostatnie szkolenia doskonalące pilotów i artylerzystów. W zamian za te ustrojstwa polskie tankowce dowoziły „słodka ropę”.
Bardzo często dochodziło do współpracy wywiadów izraelskiego i czechosłowackiego. Polskie fabryki zbrojeniowe były konkurencja dla przemysłu Czechosłowacji. To właśnie tutaj odegrano preludium wojny 6-Dniowej. Zapewne jak zwykle sprzedający przechwalił towar i efekty były takie jakie widzieliśmy na pustyniach Egiptu, Syrii i ulicach Jerozolimy.
Rodacy ludzi z izraelskich służb specjalnych byli tragarzami dźwigającymi skrzynie do jaskiń jaskiń grot. Teraz być może i oni chcieli wejść na scenę ale interesowała ich tylko i wyłącznie jedna rola – dyrygenta. Nuty już mieli, tancerzy upatrzyli sobie przez te ostatnie lata. Jest pewne że sporo informacji uzyskali od swoich ziomków pracujących w Polsce. To oni i tylko oni mogli znać materiały obciążające Klosego i to co ukrywał.

Przypuszcza się, że Niemcy w ostatnich dniach II wojny światowej ukryli oprócz dóbr kultury i depozytów ludności także swoje zapasy broni chemicznej. Nie było tego aż taaaak dużo jak to się wypisuje na okoliczność różnych tajemniczych i „sensacyjnych odkryć”. Największym straszakiem jest jednak to czego nie wiemy, no właśnie ile tego naprawdę jest. Jaką bronią dysponujemy, możemy zabić dzika czy tylko bażanta a może całe stado.
Spójrzmy na ukształtowanie terenu i cieki wodne.
Północne stoki Masywu Śnieżki, Czarny Staw, źródła rzek, potoków zasilających Odrę.
Ale nie wszystkie trucizny roznoszone są przez wodę. Wysokość Śnieżki – 1602 m n.p.m.
Najwyższy szczyt w regionie. Przy sprzyjającym wietrze gazy bojowe, środki trujące rozpylone nad szczytem, pod szczytem są stanie skazić ogromny teren Kotliny Jeleniogórskiej i dalej. Nie SA potrzebne nosiciele, rakiety czy samoloty. Ładunki można odpalić z bezpiecznej odległości lub ustawiając mechanizm czasowy Ukształtowanie terenu Kotliny powoduje że niżej ruchy powietrza SA znacznie słabsze przez co środki trujące mogą się utrzymywać znacznie dłużej zgodnie z zamiarem ludzi szukających niespodziankę miała ona być wykorzystana w okresie letnim podczas upałów. Być może planowali lato 1945 roku? Kiedy wszystko już zostało przygotowane zleceniodawcy zaczęli pozbywać się świadków. Ginęli tragarze i ich eskorta. Klose miał powody żeby obawiać się o swoje życie. On i wielu takich jak on. Jednak hauptman miał pewną przewagę nad innymi. Sporo wiedział i sporo z tej wiedzy spisał. W 1945 roku był jednym z nielicznych którzy znali pełną Listę Grundmann. Większość z nich sam wybierał. Być może część ukrytego majątku postanowili spisać na straty, wiadomo na wojnie straty muszą być. Co ujawniono w pierwszej kolejności? Oczywiście to co wtedy było najbardziej poszukiwane, nie złoto, kosztowności ale składy broni amunicji, a nawet ukrywający się oficerowie co do których nie było wątpliwości iż nie wygadają niczego ważnego. Chodziło o to żeby zdobyć zaufanie oficerów prowadzących. Na strażników wyznaczano doświadczonych ludzi. Powojenni śledczy to zazwyczaj banda głodnych zemsty Żydów lub ich uczniów. Łatwo ich było zwieźć. Klose był fachowcem. S przypuszcza że Mosadowi wydał go jeden z takich obrzezanych młokosów którego kapitan ośmieszył przed podwładnymi.
Otóż po rozmowie wychowawczej, groźbach porwania czy śmierci kapitan zapewne ujawnił część swojej wiedzy. Obiecał dostarczyć dowodów. Być może to go uratowało. O całej sprawie dowiedzieli się jego opiekunowie i to na wschodzie i ci na zachodzie. Tam też o nim nie zapomniano.
Obie strony postanowiły działać. Strona Czechosłowacka także miała się czego obawiać. Pogoda zmienną bywa, w naszych stronach częściej wieje z południa lub zachodu ale wiatry z innych kierunków też bywają…

Leave a Comment :, , , , , , , , , więcej...

Mityczna „Szczelina Jeleniogórska” (1)

by on Sty.10, 2014, under Skarby

Pod nazwą „Szczelina” kryje się najbogatszy lub jeden z najbogatszych ujawnionych dotychczas poniemieckiech schowków. To właśnie z tego schowka pochodziły 3 jaja Faberge, w tym jedno, które najpierw sprzedano na jeleniogórskiej Florze. Później „odnalazło” się ono w rękach romskiej rodziny z Nowej Soli, co doprowadziło do morderstwa, którego tajemnicy nie rozwiązano do dziś. O mordzie i poszukiwaniu m.in. zrabowanego z tego domu jaja Faberge mówiono w jednej z najpopularniejszych audycji kryminalnych polskiej telewizji. To samo jajo jakiś czas później wystawiono w jednym z londyńskich domów aukcyjnych i sprzedano za sumę poważnie przekraczającą milion funtów. W tym miejscu, w nieco legendarnej, ale przecież realnie istniejącej „Szczelinie” znaleziono setki innych, niezwykle cennych przedmiotów. Prawdopodobnie do dziś w tym schowku znajduje się duża ilość wielkich obiektów, takich, których nie udało się wynieść w sposób nieujawniający schowka. Nadal więc mogą tam być dwa Mercedesy, motocykle BMW Sahara i Zündapp, skrzynie i wielkie tubusy z dziełami sztuki i wiele innych obiektów. Mogą być, bo tak naprawdę nie bardzo wiadomo, czy i w jaki sposób ten schowek był przez ostatnie lata eksploatowany przez swoich odkrywców. Wydaje się jednak, że w ciągu kilku ostatnich lat na rynku nie pojawiło się już nic tak cennego i interesującego jak jaja Faberge. Być może, bo jest i taka szansa, że schowek został jednak ostatecznie opróżniony, a jego zawartość dawno temu opuściła granice Polski. „Szczelinę” ujawniono w 1991 roku, w górach, na północny zachód od Jeleniej Góry. Jej odkrywcy po pewnym czasie, zgłosili poprzez Polskie Towarzystwo Eksploracyjne gotowość dogadania się z władzami co do wspólnej eksploatacji tego schowka. Proponowano ujawnienie schowka w zamian za przekazanie 45 procent jego zawartości i rezygnację przez władze z dochodzenia tego, co już ze „Szczeliny” zostało wydobyte. Taką informację PTE przekazało w 1994 roku także premierowi, wraz z wnioskiem o zmianę przepisów dotyczących tego rodzaju znalezisk. Niestety, ani w tamtym czasie, ani później, do żadnych istotnych zmian prawa dotyczącego tych problemów nie doszło. Realnym śladem po kontaktach z władzami jest tylko notatka jednego z ówczesnych ministrów, który na projekcie umowy dotyczącej warunków ujawnienia schowka dopisał-„ten projekt umowy może być przedmiotem negocjacji.” O ile wiadomo, do poważnych rozmów nigdy nie doszło. Wiadomo natomiast o działaniach służb specjalnych, które prowadziły w tej sprawie dochodzenie, próbując ustalić, gdzie jest ten schowek. W efekcie prowadzonych przed kilkoma laty działań ujawniono w jednym z wrocławskich antykwariatów kilka cennych płócien, wcześniej uważanych za zaginione, ale nawet podjęcie czynności przez prokuratora nie pozwoliło na rozwikłanie zagadki. Jak się zdaje, nigdy też nie ustalono, kto wystawił na sprzedaż obrazy odnalezione w antykwariacie. Jest jednak niemal pewne, że pochodziły one właśnie ze „Szczeliny”, w której znaleziono tego rodzaju dzieła sztuki. Znaleziono tam także, co potwierdzają ludzie, którzy te rzeczy widzieli, piękne i ogromne klejnoty z bursztynu, a także sporej wielkości brylanty. A było tam wiele innych, niezwykle cennych przedmiotów.
Cisza
W sprawie „Szczeliny” od kilku lat panuje prawie zupełna cisza. Co prawda, pojawiały się w tym czasie informacje o podejmowanych przez różne grupy poszukiwawcze próbach dotarcia do tego miejsca, ale chyba nikomu, jak dotychczas, nie udało się ujawnić, gdzie to naprawdę jest. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że wszelkie próby eksploracji, podejmowane pomiędzy Wleniem a Świerzawą, mają na celu właśnie dotarcie do „Szczeliny”. A jest takich prób sporo. Prowadzone tam poszukiwania mają zarówno charakter jedynie terenowej penetracji w poszukiwaniu miejsca, wejścia do podziemia, jak i charakter skomplikowanych badań technicznych, których celem jest odnalezienie przy pomocy sprzętu elektronicznego podziemnej pustki i wejścia do niej. Po lasach „szaleją” jednak tylko poszukiwacze, którzy przyjeżdżają gdzieś z Polski. Lokalni, jeleniogórscy eksploratorzy pracują w terenie kameralnie, wręcz w tajemnicy, i wypowiadają się na ten temat niezwykle ostrożnie. Pamiętają bowiem niewyjaśnione zabójstwa we Wleniu i Lwówku, ich zdaniem, bezpośrednio związane z poszukiwaniem „Szczeliny”. Do tego miejsca chce dotrzeć naprawdę wiele osób, które temu celowi poświęcają swoje pieniądze i czas. Choć zapewne wszyscy wierzą, że nadal jeszcze można tam sporo znaleźć, niektórzy eksploratorzy twierdzą, że dziś ich wysiłek ma już tylko sportowy charakter. Ich celem jest bowiem nie tyle znalezienie resztek skarbu, ile odkrycie miejsca, w którym go znaleziono. To jest jak sport, przekonuje jeden z eksploratorów, jak zdobywanie szczytu w Alpach czy Himalajach. Bo to miejsce gdzieś przecież jest, ktoś na pewno w nim już był i nie ma powodów, bym nie odnalazł go także ja. Dla kilku moich znajomych jest to niemal obsesyjny cel, coś jak chęć zdobycia za wszelką cenę Everestu. Dla mnie jednak poszukiwanie „Szczeliny” jest jak polowanie, zwierzyna jest przecież w lesie, trzeba ją tylko namierzyć. Najlepiej w ciszy i spokoju.
„Szczelina?”
Kilka lat temu w środowisku poszukiwaczy rozeszła się wieść, że jedna z grup eksploratorów dotarła do miejsca, które może być „Szczeliną” lub jest fragmentem tego podziemia. Ujawnione podziemie leży prawie dokładnie tam, gdzie należy się spodziewać „Szczeliny” i jest ukryte w miejscu, gdzie do dziś zachowały się resztki starych kopalń i kamieniołomów. Właściwie niemożliwych do dokładnego zbadania, ze względu na wielką ilość podziemi i brak jakichkolwiek zabezpieczeń przed runięciem starych chodników i wyrobisk. Można to porównać do sytuacji, jaka panuje w rejonie Świerzawy, Rzeszówka i Gorzdna, gdzie stare wyrobiska i kopalnie mają wiele poziomów, chodników i komór. W podobnym miejscu, na skraju starego kamieniołomu, podjęto próbę dotarcia do niezwykle interesujących podziemi. Tym ciekawszych, że z dokumentów sporządzonych już po wojnie, które dziś stanowią zasób archiwalny jednego ze starostw, wynika, że podziemia te, przynajmniej w części, były znane już po wojnie, ale ze względu na zagrożenie minami i zawałami zaniechano ich dokładnej penetracji. Zachowane są także ślady tego, że niektóre z nich próbowało w 1946 i 1947 r. penetrować wojsko, w poszukiwaniu magazynów amunicji, podziemnych, przyfrontowych warsztatów naprawczych i innych tego rodzaju urządzeń, które Niemcy przygotowali na linii frontu. Świadkowie potwierdzają, że już w listopadzie 1944 r. w okolicy pojawiły się jednostki niemieckich saperów, które w oparciu o przymusowych robotników zgromadzonych w kilku podobozach podjęły przygotowania do budowy frontowego zaplecza. Wtedy właśnie miała powstać „Szczelina”, w której grupa oficerów wycofujących się wojsk miała ukryć swój skarb. W oparciu o zachowaną dokumentację starostwa, a także w oparciu o dokumentację górniczą, pochodzącą sprzed ponad stu lat, grupa jeleniogórskich eksploratorów podjęła kilka miesięcy temu próbę dotarcia do podziemi, które mogłyby być „Szczeliną”. Zlokalizowano kamieniołom, ustalono ewentualną drogę wprowadzania transportów i namierzono miejsce, w którym mogłaby być podziemna hala czy korytarze. Przy dokonywaniu tych ustaleń niezwykle pomocnym okazał się pewien górnik ze Strzegomia, który kategorycznie twierdzi, że niektóre fragmenty starego kamieniołomu nie są naturalną, poeksploatacyjną pozostałością. Człowiek ten pokazał, co budzi jego wątpliwości i jak wysadzano skałę po to, by zasłonić wejście lub wjazd i zawalić jak najwięcej podziemnego wnętrza. Eksploratorzy, korzystając z tych i innych wskazówek, zaczęli penetrować okolicę, by znaleźć wejście, szyb wentylacyjny lub jego ślad lub cokolwiek innego, co ułatwiłoby dotarcie do wnętrza kamieniołomu.To trwało kilka tygodni-opowiada jeden z nich. Jeździliśmy tam wiele razy w przekonaniu, że gdzieś musi być wejście do podziemia, o którym opowiadała jeszcze w 1949 r. Niemka, mieszkająca w tej okolicy, nieco później brutalnie przez kogoś zamordowana. Wejście do podziemia znaleziono pomiędzy zwałami wielkich głazów. Jest to prawdziwa szczelina (?!!) w skałach, którą rozpoczyna się 7-metrowy szyb, zakończony kamiennym zwałowiskiem. Z tego miejsca, dwukrotnie skręcając w lewo, poszukiwacze zeszli bardzo stromym skalnym osuwiskiem kilkanaście metrów niżej do miejsca, które okazało się być olbrzymim zawałem odcinającym dalszą drogę. Jednak po wybraniu kilku głazów pod samym sufitem udało się przejść nieco dalej i wejść do olbrzymiej komory wykutej w skale. Pomieszczenie to ma wysokość ponad 4 metrów, szerokość około 6 metrów i długość ponad 50 metrów. Praktycznie rzecz biorąc, jest puste, poza zachowanymi torami kolejki wąskotorowej i ułożonymi pomiędzy torami dość dziwnymi kablami. Dziwnymi, bo wyglądają jak nowe, jakby pokryte srebrną folią. Kawałek takiego kabla jest teraz badany. Hala jest wykuta w skale i kończy się skalną ścianą, ale dwa chodniki odchodzące w bok wykonano z betonu, co prawdopodobnie świadczy o tym, że stosunkowo blisko wychodziły na powierzchnię ziemi. Chodniki kończą się jednak skalnymi zawałami, które mogą być tym samym kamieniem, który jest widoczny na powierzchni, jako odstrzelona ściana kamieniołomu. Zawałami kończą się także cztery inne, boczne korytarzyki, odchodzące od dwóch głównych chodników. Zdaniem eksploratorów te właśnie miejsca są bardzo intrygujące, bo jest jasne, że ktoś w konkretnym celu dokonał tych zawałów. Co do celowej działalności nie ma żadnych wątpliwości, bo otwory po odwiertach, w których umieszczano materiał wybuchowy, są doskonale do dziś widoczne. Poszukiwacze twierdzą, że zawał, po którym weszli i od którego zaczyna się jeden z końców hali, jest oddalony od ściany kamieniołomu i zwaliska głazów o kilkadziesiąt metrów. Co, ich zdaniem, dowodzi, że tam właśnie, pod tym gigantycznym zawałem dokonano jakiegoś ukrycia. Jest także i taka możliwość, że co najmniej jeden z bocznych korytarzy prowadzi właśnie pod ten zawał. Tego na razie nie udało się ustalić. Jest jednak możliwe, że do podziemi ukrytych pod zawałem prowadzi inne wejście. Albo z już ujawnionej drogi przez zawały do podziemnej komory albo ukryte gdzieś w najbliższej okolicy.
Naprawdę puste?
Badacze twierdzą, że główna komora jest praktycznie pusta i wygląda bardziej na sortownię czy magazyn, obsługiwany kolejką wąskotorową, niż na halę produkcyjną. Być może był to magazyn np. amunicji, którego nigdy nie zapełniono. Do dziś w tym miejscu zachowało się trochę desek, belek i resztek skrzynek, które jednak nie przypominają opakowań po dziełach sztuki. Nie ma tam także śladu po samochodach czy motocyklach. Ale, jak twierdzą, przebywając w tym podziemiu, ma się dziwne uczucie, że choć jest ono wielkie, stanowi tylko fragment czegoś innego, być może znacznie większego. Takie wrażenie rodzi się już w czasie schodzenia po kilkudziesięciometrowym zawale w głąb tego podziemia. Bo przecież musi być jakaś racjonalna odpowiedź na pytanie, po co dokonano aż tak dużych zawałów. Tam jest tylko pozornie pusto, twierdzi jeden z eksploratorów. To zbyt dobra kryjówka, by rzeczywiście była tam tylko niewykorzystana duża hala. Jego zdaniem właśnie tam należy szukać „Szczeliny”, tyle tylko że gdzieś tuż obok. Ale na pewno bardzo blisko. Niezbyt prawdopodobne wydaje się bowiem to, że jest to „Szczelina”, tylko już całkowicie oczyszczona. Trudno uwierzyć, by ktoś zadał sobie trud tak dokładnego posprzątania po znalezisku. W świetle obecnej wiedzy o tym podziemiu niemożliwe byłoby też wywiezienie z tego miejsca samochodów, a nawet tylko motocykli. Co prawda, są tam jakieś resztki ubrań, blach i desek, ale to nie są np. resztki mundurów. O tym, że to miejsce nie może być puste, opowiada pewien człowiek, którego ojciec, Niemiec mieszkający w tej okolicy, ze strachu przed innymi Niemcami w 1955 r. spalił wszystkie posiadane dokumenty. Pamięta on, że ojciec kogoś bardzo się bał od momentu, w którym została zamordowana wspomniana Niemka. Podobno było to związane z tym, że widział, jak Niemcy rozstrzeliwali innych Niemców, którzy wcześniej dozorowali roboty prowadzone w okolicznych lasach. Człowiek ten kategorycznie twierdzi, że to podziemie jest „Szczeliną”. Jego zdaniem kamieniołom ukrywa jednak co najmniej 3 wielkie komory, a nie jedną. To, twierdzą eksploratorzy, jest rzeczywiście możliwe. Problem tylko w tym, jak je odnaleźć…

Inny wątek…

Jaki związek z Sudetami ma popularna swego czasu szafa pułkownika Lesiaka? Otóż w szafie tej obok kwitów natury politycznej sporego kalibru znaleziono dokument stwierdzający, że za pierwszych rządów SLD po 1991 roku i premierostwa J.Oleksego UOP zajmował się poszukiwaniem niemieckiego złota ukrytego w okolicach Piechowic koło Jeleniej Góry pod koniec II wojny światowej. W listopadzie 1944 r. do wydrążonego w skałach pobliskiej góry Sobiesz tunelu miał wjechać „złoty pociąg” złożony z 12 wagonów, wypełniony sztabami złota z banków na terenie Rzeszy, kosztownościami i dziełami sztuki zgromadzonymi przez „kolekcjonerów” III Rzeszy. Następnie wjazd zasypano i zamaskowano. Taką relację przekazał państwowym służbom Władysław Podsibirski (poszukiwacz, czy, jak to się obecnie mówi eksplorator-amator), który zaoferował w zamian za 10 % „znaleźnego” posiadane know-how dotyczące domniemanej lokalizacji skarbu. Ofertę tę wstępnie zaakceptowano, zawarto nawet umowę o powyższe success fee, a UOP miał zabezpieczać operację od strony informacyjnej. Jak zapisał Lesiak „Prowadzono sprawę kryptonim „T” na sprawdzenie wiarygodności oferentów, którzy proponowali wskazanie miejsc ukrycia dóbr materialnych i kulturalnych przez wycofujące się wojska III Rzeszy. Wyjaśnieniami tymi zainteresowany był wicepremier G.Kołodko, minister Żelichowski i minister T.Polak”. Wartość skarbu Podsibirski szacował na 40 mln USD w samym złocie. Według Podsibirskiego służby przejęły również od niego plany lokalizacji pociągu. Weryfikacja miała wypaść negatywnie, choć jeszcze w 1996 r. Podsibirski miał kontaktować się w sprawie pociągu z wicepremierem G.Kołodką. Pod koniec lat 90-tych pod Sobieszem prowadzono prywatne poszukiwania zakrojone na szeroką skalę, które nie przyniosły widocznych efektów. Mieczysław Bojko, inny „poszukiwacz” sudecki kwestionuje wersję Podsibirskiego o skarbach koło Piechowic, wskazując że brak jest w terenie dowodów prac ziemnych pozwalających na ukrycie całego pociągu. Sam Bojko opisuje za to, ponoć z relacji naocznych świadków, inne tajemnicze miejsce z niemieckimi skarbami tzw. „Szczelinę Jeleniogórską”.

„Szczelina Jeleniogórska” – to temat krążący w środowiskach poszukiwaczy od początku lat 90-tych, największy z dotąd odnalezionych schowków niemieckich. Podobno, bo „Szczelina” to swoista „country legend”, w której przeplatają się wątki awanturnicze historyczne i współczesne kryminalne. W dniu 10 czerwca 1992 r. na jednej z aukcji w Nowym Jorku za ponad 3 mln dolarów sprzedano klejnot cara Mikołaja II – jajo Faberge. Prawie rok wcześniej, 19 czerwca 1991 r. doszło w Nowej Soli do zabójstwa cygańskiego barona Waldemara Huczki, zajmującego się handlem walutami, złotem i dziełami sztuki. Według zeznań rodziny ofiary wśród kosztowności zrabowanych z jej domu miało się znajdować złote jajko. Proces „Cygana” i „Dombasa” oskarżonych o zbrodnię, którzy początkowo uciekli do Niemiec, zakończył się dopiero w roku 2005, co stanowi jeden z przyczynków dyskusji nad działaniem wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Wróćmy jednak do kwestii jaja, którymi w relacjach świadków miał się bawić po śmierci Huczki jeden z podejrzanych. Otóż według relacji prasowych ukradziony klejnot miał potem zostać sprzedany na wspomnianej wyżej licytacji. Wykonane ze złota, zdobione klejnotami, kością słoniową i macicą perłową jaja z pracowni Petera Carla Fabergé były zamawiane przez rosyjskich carów. Fabergé wraz ze współpracownikami wykonali ponad 50 takich jaj. Skąd jednak jajo Romanowych znalazło się pod Zieloną Górą? Ano ponoć właśnie z owianej legendami „Szczeliny”. Kwestia „Szczeliny” pojawiła się w obiegu publicznym niedługo po opisanych wydarzeniach.

 

 W marcu 1993 roku Towarzystwo Eksploracyjne z Wrocławia skierowało do premier Hanny Suchockiej list, w którym wskazało iż dysponuje informacją o dotarciu przez kilkuosobową grupę poszukiwaczy do rozległej sztolni, dobrze ukrytej, zawierającej dzieła sztuki oraz wyroby ze złota i bursztynu. Część złota została przetopiona, wartościowsze pierścienie i sygnety wywiezione do RFN. Grupa „odkrywców” miała się zwrócić do wojewody jeleniogórskiego z propozycją wskazania miejsca znaleziska w zamian za swoistą abolicję w zakresie skarbów już pozyskanych na cele prywatne oraz honorarium w wysokości 45 % wartości znaleziska. Odkrycia miał dokonać w roku 1991 ok. 20 km na północ od Jeleniej Góry samotny poszukiwacz w lesie na odludziu, wśród sterty głazów. W komorze na dnie wentylacyjnego szybu znaleziono skrzynie, kilka pojazdów, w tym dwa kabriolety marki Mercedes i motocykle, a także kilka szkieletów w niemieckich mundurach. W skrzyniach oczywiście skarby, a w teczce przykutej do ręki szkieletu znajdującego się w jednym z aut trzy złote jaja. W roku 1994 do biznesmena Józefa Świecińskiego miał się zgłosić były funkcjonariusz PRL-owskich służb, proponując mu pośrednictwo w rozmowach z rządem dotyczących znaleźnego za skarb olbrzymiej wartości. Niektórzy wskazują, że owym funkcjonariuszem, do którego zwrócili się o pomoc w rozmowach z rządem odkrywcy był eks-major SB Stanisław Siorek, który w latach 80-tych zajmował się m.in. poszukiwaniem Bursztynowej Komnaty w klasztorze cysterskim w Lubiążu prawdopodobnie z „błogosławieństwem” Czesława Kiszczaka. Do ostatecznych uzgodnień z rządem nie doszło, choć w roku 1994 miał być negocjowany projekt umowy. Jako lokalizację „Szczeliny Jeleniogórskiej” wskazuje się obszar Pogórza Izerskiego między Lubomierzem a Radomierzycami. Ma być ona jedną ze skrytek zorganizowanych pod koniec wojny przez konserwatora zabytków prowincji Breslau – Gunthera Grundmanna, dokąd rozwożone były z Wrocławia transporty z cenną zawartością. Pojawiają się jednak głosy, że tzw. „Szczelina Jeleniogórska” to element dezinformacji ze strony byłych funkcjonariuszy służb nielegalnie handlujących przemycanymi dziełami sztuki.

Innym miejscem, gdzie miały zostać ukryte niemieckie skarby jest Bolków i jego podziemia, według tradycji sięgające aż sąsiedniego zamku Świny, oraz drążone w Górze Ryszarda podziemia, gdzie pod koniec roku 1944 przeniesiono część robotników drążących sztolnie w Górach Sowich i, gdzie miała istnieć podziemna fabryka zbrojeniowa, zawalona w roku 1945. Przejęcie przez zawał miało zostać zaminowane, co już po wojnie spowodowało ofiary wśród próbujących je odgruzować saperów. Są jeszcze oczywiście podziemia Książa i ukryte dotąd hale „Riese”, są zawalone sztolnie Złotego Stoku. No i Ślęża – położona blisko Wrocławia, ale do końca wojny w rękach niemieckich. Pod koniec 1944 roku miały tu dotrzeć ciężarówki z tajemniczym transportem, które od strony Tąpadeł skierowały się drogą w kierunku Ślęży oraz kopalni na zboczy Czernicy (po stronie Raduni). Tajemnicze szyby mają się znajdować na południowo zachodnich zboczach góry na lewo od żółtego szlaku spacerowego na szczyt (np. odchodząca od szlaku żółtego na wysokości tablicy informacyjnej rezerwatu „Góra Ślęża” dość szeroka i wyrównana droga kończy się po kilkuset metrach na… osuwisku skalnym Olbrzymków), a nawet na podszczytowej polanie ze schroniskiem. Ukrycie złota Wrocławia na Ślęży opisywał Herbert Klose – były policjant niemiecki, co jednak z jego zeznań jest prawdą, do dziś nie wiadomo. W latach 70-tych za czasów premierostwa Piotra Jaroszewicza podjęto na Ślęży szeroko zakrojone poszukiwania z zaangażowaniem saperów, aparatury z zakładów „Cuprum”. Do niepowodzenia ekspedycji miał się przyczynić… przekaźnik RTV na szczycie zakłócający działanie urządzeń. Poszukiwania podjęło na początku lat 80-tych WSW przy udziale wspomnianego już Stanisława Siorka.

Sam premier Jaroszewicz i jego śmierć, jak również śmierć na początku lat 90-tych znanego przewodnika sudeckiego i dość kontrowersyjnej postaci – Tadeusza Stecia, również wiązane są z tajemnicami sudeckich skarbów. Jaroszewicz jako pułkownik Wojska Polskiego był w czerwcu 1945 r. na Dolnym śląsku i dotarł wówczas do zbioru dokumentów znalezionych w pałacu w Radomierzycach, gdzie pod koniec wojny Niemcy zgromadzili spore archiwum. Jaroszewiczowi miał towarzyszyć właśnie Tadeusz Steć, który pełnił rolę tłumacza oraz płk Jerzy Fonkowicz. Steć miał opowiadać o dokumentach znalezionych wtedy, część zabrał dla celów prywatnych Jaroszewicz. Piotr Jaroszewicz zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach, podobnie jak Jerzy Fonkowicz W dniu 12 stycznia 1993 roku Tadeusza Stecia znaleziono martwego w jeleniogórskim mieszkaniu, zabitego tępym narzędziem. Nie znaleziono śladów włamania, wykluczono również motyw rabunkowy – z mieszkania zniknęły jedynie drobne pieniądze, pozostawiono m.in. inkunabuł z roku 1473, pozyskany przez Stecia w okresie powojennym, który zresztą następnie zniknął. Badano także wątek homoseksualny, ale sprawy do dziś nie wyjaśniono. Czy łączono śmierć Stecia z informacjami o skarbach w okolicy Jeleniej Góry, które obrodziły na początku lat 90-tych? Nie wiadomo. Wprawdzie według tygodnika „Newsweek” Steć miał w czerwcu 1945 roku (tj. momencie rzekomej wizyty w Radomierzycach) być w… nowicjacie, w opactwie tynieckim, zaś historię o Radomierzycach stworzył były pułkownik Wojska Polskiego i literat (autor m.in.”Tajnej Historii Polski”) – Henryk Piecuch, ale znaki zapytania w tej sprawie pozostają bez odpowiedzi. Podobnie jak w sprawie niemieckiego złota w Sudetach.

Tadeusz Stec

Władzy Ludowej nie lubił, ale jej nie odmawiał. Przyjaźnił się z Piotrem Jaroszewiczem, premierem rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Autorytet niekwestionowany, jeśli chodzi o znajomość historii i geografii Sudetów. Według niektórych – homoseksualista. Zamordowany w tajemniczych okolicznościach w 1993 roku. Tadeusz Steć, postać legenda Jeleniej Góry i okolic. I nie tylko. 1 września obchodziłby swoje 81. urodziny.

O Steciu znów zrobiło się głośno po ostatniej publikacji J.Lamparskiej w tygodniku Wprost i książce J.Rostkowskiego „Radomierzyce – archiwa pachnące śmiercią”.
Joanna Lamparska sugeruje, że zarówno ex-premier Piotr Jaroszewicz, jak i Tadeusz Steć zostali zamordowani przez nieznanych sprawców, ponieważ mieli wiedzę o zawartości teczek archiwum w pałacu w Radomierzycach pod Zgorzelcem. W 1944 roku Niemcy zwieźli tu ściśle tajne, zebrane w całej Europie dokumenty.
Archiwum pełne haków dla misji płk. Jaroszewicza
Rok 1945. Po klęsce III Rzeszy, do Radomierzyc (Radiemeritz) przybywa inspekcja cywilów i żołnierzy w polskich mundurach. Wśród nich jest pułkownik Piotr Jaroszewicz (od 1971 do 1980 roku premier rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej). Według Lamparskiej Jaroszewiczowi towarzyszy Tadeusz Steć. Wszyscy zamierzali przeszukać ogromne niemieckie archiwum.
– Po sforsowaniu drzwi uczestnicy misji Jaroszewicza zobaczyli tysiące teczek zawierających tajne dokumenty Głównego Urzędu Bezpieczeństwa III Rzeszy – podaje Joanna Lamparska.
Dodaje, że były tam akta personalne, listy, plany: głównie archiwa wywiadu francuskiego, a być może także belgijskiego i holenderskiego. Miało się tam także znajdować archiwum paryskiego gestapo, zawierające listy konfidentów. Były to dane o ludziach, ich ciemnych interesach i kolaboracji z Niemcami oraz wydarzeniach prowokowanych przez niemieckie tajne służby, w których uczestniczyły znane osobistości.
Pod muszką i kopniakami sowietów
– Z Jaroszewiczem (nie znał niemieckiego) zostałem w Radomierzycach jeszcze dwa lub trzy dni. Cały czas tłumaczyłem. Jaroszewicz przebierał. Wybrał stosik dokumentów. Zrobił z nich dwie lub trzy niewielkie paczki. (…) Byłem akurat pod pałacem, razem z dwoma cywilami, specjalistami od zabytków. Nagle na dziedziniec pałacu wpadła grupa czerwonoarmiejców z bronią gotową do strzału. Ani się obejrzeliśmy, jak ustawiono nas pod ścianą z rękami do góry. Na szczęście wyszedł Jaroszewicz, pogadał z dowódcą grupy, jakimś lejtnantem chyba. Czerwonoarmiści pognali nas w kierunku wioski, nie szczędzili kopniaków, doprowadzili do drogi Bogatynia – Zgorzelec i kazali iść, doradzając, abyśmy zapomnieli o pałacu i wszystkim, co widzieliśmy i słyszeliśmy – to, według relacji Henryka Piecucha, słowa Tadeusza Stecia opisujące wydarzenia z misji.
W lipcu 1945 roku całą zawartość niemieckiego archiwum wywieziono do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. – 300 tys. teczek, średnio po 250 stron każda, w tym 20 tys. teczek niemieckiego i francuskiego wywiadu wojskowego, 50 tys. teczek sztabu generalnego i liczące 150 teczek akta Leona Bluma i archiwum rodziny Rothschildów. Oprócz tego był tam ogromny zbiór dokumentów dotyczących kolaboracji Francuzów z Niemcami – podaje J. Lamparska.
Klątwa czerwonych?
Autorka dodaje, że do lat 90. ubiegłego wieku dożyły trzy osoby przeglądające w czerwcu 1945 r. radomierzyckie archiwum: Piotr Jaroszewicz, Tadeusz Steć i Jerzy Fonkowicz.
– Przez lata te trzy osoby utrzymywały z sobą kontakt. Wszystkie trzy zostały zamordowane przez nieznanych sprawców; ofiary torturowano przed śmiercią. Piotra Jaroszewicza i jego żonę zabito w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. W nocy z 11 na 12 stycznia 1993 r. zamordowano Tadeusza Stecia, a Jerzego Fonkowicza – w 1997 r.
W żadnym z tych zabójstw śledztwo nie wykazało motywu rabunkowego – konkluduje autorka. Czy te zbrodnie mogą mieć związek z tajemniczymi aktami? Tego nikt się nie dowie.
Sfałszował życiorys?
Tadeusz Steć (w 1945 roku miał 20 lat) według wspomnianego artykułu już wówczas przebywał na ziemiach odzyskanych. Tymczasem według życiorysu własnoręcznie sporządzonego przez przewodnika, na Ziemie Zachodnie przybył on… 1 czerwca 1946. Życiorys Stecia jest w zbiorach Muzeum Okręgowego w Jeleniej Górze.
Z danych biograficznych wynika, że po wojnie do Polski przyjechał w 1945 roku, ale nie na poniemieckie tereny. Od czerwca 1945 przebywał w nowicjacie w klasztorze benedyktynów w Tyńcu. Wcześniej, przed wojną, chodził do niższego seminarium duchownego w Niepokalanowie.
Ta rozbieżność między relacją „Wprost”, a danymi biograficznymi Stecia budzi sporo wątpliwości… Można pokusić się o hipotezę, że sam zainteresowany nieco sfałszował swój życiorys z obawy o konsekwencje penetrowania tajnego archiwum w Radomierzycach.
Co do tego, jednak, pewności mieć nie można.
Pewne jest natomiast, że w okolicach Jeleniej Góry najpierw zamieszkał w Trzcińsku razem z matką Anną, która wróciła z hitlerowskiego obozu pracy, oraz ciotką. Zachowała się informacja, że Steć przez krótki okres czasu nauczał religii w szkole w Janowicach Wielkich. W końcu osiadł w popularnym dziś Schronisku Szwajcarka, które – razem z matką – prowadził.
Przewodnik z duszą
Z czasem staje się jednym z najbardziej cenionych przewodników górskich.
– Ogromna wiedza i talent gawędziarski zjednują mu uznanie również wśród słuchaczy niemieckich wycieczek sentymentalnych – wspomina Stanisław A. Jawor. – Ślązak ze Lwowa, przewodnik karkonoski, historyk, geolog, znawca regionu, Polak! Rzadko spotyka się człowieka, który opanował doskonale wszystkie dziedziny, który zna się na sztuce ludowej, starych zwyczajach, legendach i pieśniach. Spędziliśmy trzy dni z żyjącym leksykonem Śląska – napisał anonimowy niemiecki turysta.
Dodajmy, że Steć biegle mówił po niemiecku.
Steć dużo pisze. Jego bibliografia to setki książek i przewodników wydawanych od 1949 roku oraz liczne publikacje w prasie. Steć ma żyłkę kolekcjonerską: zbiera znaczki, dawne pocztówki, stare książki. W swojej kolekcji ma bezcenne niemal pozycje: rękopisy w języku niemieckim z 1644 roku, oraz w polskim z 1695 roku. W sumie 1085 zabytkowych, mniej lub bardziej wartościowych książek.
Epizody z Edwardami: mniejszym i większym, czyli herbatka od Tadka
Tadeusz Steć nie lubił władzy ludowej, ale też nie przeciwstawiał się jej i nie odmawiał – pisze Cezary Turski. Wiadomo, że często przyjeżdżał do niego w odwiedziny wspomniany już Piotr Jaroszewicz, podobno nawet wtedy, kiedy już był premierem rządu PRL.
Łączyła ich pasja kolekcjonerska i oczywiście znajomość związana z wydarzeniami z roku 1945 w Radomierzycach. Jednak wizyty te z powodów jasnych w żaden sposób nie były nagłaśniane. Jaroszewicz incognito miał chodzić ze Steciem na wycieczki w góry. O czym panowie rozmawiali, tego się nie dowiemy.
Cezary Turski w swoim artykule „Jak to Obywatel Steć najważniejszych towarzyszy prowadził” wspomina odwiedziny dostojników partyjnych w Karkonoszach. Wojewódzkie władze Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, chcąc przypodobać się swoim pryncypałom, na przewodnika wyznaczały wówczas właśnie Stecia. Zdarzyło się, że pan Tadeusz prowadził ze Szrenicy w Śnieżne Kotły następcę Jaroszewicza na premierowskim stołku Edwarda Babiucha (w odróżnieniu od potężnego Edwarda Gierka potocznie zwanego Edwardem mniejszym) z małżonką.
– Tadziu przez całą drogę niósł na ramionach swój słynny plecak z nie mniej słynną herbatą. Ci z obstawy nie mieli odwagi w wiadomym komitecie sprawdzić, co, co w nim jest i na Kotłach nastąpiła niesamowita konsternacja. Ledwie usiedli, a Tadziu wyciągnął z plecaka termos, nalał do kubka i zanim któryś z chłopców zdążył mu go wyrwać, podał pani Babiuchowej. Ta napiła się i kurde… podała mężowi, czyli najważniejszej osobie. Obstawa wpadła w panikę, ale towarzysz Babiuch na zakończenie wycieczki pochwalił herbatkę od Tadka – wspomina Turski.
Głośny protest sekretarza Cioska
Cezary Turski przekazuje równie ciekawe wspomnienie z wizyty I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w Jeleniej Górze. Na początku aparat partyjny chciał umilić „pierwszemu” pobyt w Karkonoszach i wymyślił spacer od Orlinka do Łomniczki. Gierka miał oprowadzać właśnie Tadeusz Steć. Przewodnika pilnie ściągnięto i kazano mu czekać na szlaku na przyjazd niezwykle ważnej osobistości.
Jednak pomysł podwładnych nie spodobał się ówczesnemu I sekretarzowi KW PZPR w Jeleniej Górze Stanisławowi Cioskowi, którego – kiedy decyzja zapadała – w mieście nie było.
– Jaki Steć?! – wrzeszczał – Kto wymyślił Stecia? Przecież jak Gierek go posłucha, to nie będzie chciał z nami rozmawiać, a przecież wiecie, ile spraw jest do załatwienia. Odwołać Stecia! Odwołać Karpacz! – według relacji C. Turskiego burzył się Ciosek.
A Tadeusz Steć wydeptywał szlak pod Orlinkiem w oczekiwaniu na dostojnego gościa, który w obstawie miał tam przyjechać. Tymczasem raptem podjechał milicyjny gazik i zgarnął przewodnika.
– Na co czekacie? – spytali milicjanci.
– Na Gierka – odparł Steć.
– Co? Na Gierka? A skąd wiecie, że on tu będzie? – dociekali funkcjonariusze…
Steć nic nie odpowiedział z obawy przed konsekwencjami.
Przywieźli go do siedziby KW PZPR przy ulicy Kochanowskiego. Stecia poinformowano, że nastąpiły nieprzewidziane zmiany w programie wizyty tow. pierwszego sekretarza. Przewodnika wprowadzono do bufetu.
– Możecie jeść i pić ile tylko chcecie. Wszystko na nasz rachunek! – powiedzieli.
O barze w KW krążyły wieści, że pełno tam było towarów niedostępnych dla szarych obywateli.
Stecia, który w bufecie przesiedział pół dnia, wieczorem – kiedy Gierek odjechał do Warszawy – odwieziono do domu.
Mieszkanie pełne tajemnic
Ulica Orla 3,Cieplice Śląskie Zdrój. Poniemiecka, skromna willa. To właśnie tam od lat 60-tych ubiegłego wieku w niewielkim lokalu mieszka Tadeusz Steć. Tam gromadzi swoje kolekcjonerskie skarby, tam pisze, tam pracuje.
Tam również przyjmuje gości, wśród nich Piotra Jaroszewicza.
Z upływem lat Steć staje się nieufny. Nawet z sąsiadami rozmawia przez drzwi. Do środka wpuszcza tylko dobrych znajomych. Według relacji są to najczęściej mężczyźni. Przewodnik stroni od kobiet.
Choć podupada na zdrowiu i coraz rzadziej wychodzi z domu, wciąż bodźcem dla Stecia jest praca. Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku nagrywa narrację po polsku i niemiecku do filmu o klasztorze w Krzeszowie. Realizatorem obrazu jest Henryk Szoka.
– Tadek, chcąc zaprezentować akustyczne walory kościoła Najświętszej Marii Panny (dziś bazylika), wszedł w barokowe stalle przed ołtarzem głównym i począł śpiewać jakiś psalm. Po chwili wtórował mu proboszcz o. Augustyn Węgrzyn. Wtedy uświadomiłem sobie, że Tadek miał być księdzem i spędził rok w murach klasztornych – wspomina Szoka.
Steć nagrał teksty do filmu bez przygotowania, a vista. Najpierw opowiadał po polsku, później po niemiecku. Premierę filmu, w którym wystąpił jako narrator, przewodnik obejrzał w sierpniu 1992 roku.
Zbrodnia doskonała?
\Ranek 12 stycznia 1993. Bogdan W., który opiekował się zapadającym na zdrowiu Steciem, zastaje otwarte drzwi do jego mieszkania przy ulicy Orlej 3. Przewodnik leży na podłodze i nie daje oznak życia. W. myśli początkowo, że Steć zasłabł, bo miał kłopoty z sercem. Na 12 stycznia wyznaczono mu badania w szpitalu. Okazuje się jednak, że ofiara nie żyje. Została zamordowana kilkoma ciosami młotkiem budowlanym.
Według ekspertyz Stecia pobito wieczorem 11 stycznia. Zmarł około 7 rano następnego dnia.
Śledztwo staje w martwym punkcie. Wiadomo, że Steć otwierał drzwi tylko znajomym. Śladów włamania nie było, więc osoba, która zabiła przewodnika, musiała być mu znana. Stróże prawa nie znaleźli jednak nikogo z kręgu przyjaciół Stecia, na kogo mógł paść choćby cień podejrzeń o dokonanie tej zbrodni.
Do popełnienia zabójstwa przyznał się, co prawda, pewien mieszkaniec Gdańska, ale dochodzenie wykazało, że mężczyzna nie mógł znać Stecia. Biegli uznali gdańszczanina za niezrównoważonego psychicznie. Wersję zdarzeń z jego udziałem wykluczono.
Brano też pod uwagę wątek rabunkowy. Według plotek Steć miał zgromadzić ogromne pieniądze, złoto, dokumenty, bezcenne starodruki i inne zabytki, w tym sporą kolekcję znaczków pocztowych. Później okazało się, że hipoteza, że Stecia zabito dla łupów materialnych, była nietrafiona. Policja, która prowadziła czynności, nie stwierdziła śladów kradzieży czegokolwiek.
Nie wykluczano motywów na tle płciowym. Wielu znajomych podkreślało, że Steć miał skłonności homoseksualne, choć jednoznacznych dowodów na to nie ma. Ukazały się nawet publikacje wprost o tym wspominające. Zdaniem Stanisława A. Jawora, kolegi przewodnika, szkalują jego dobre imię i opluwają go.
Według tych relacji, Steć był współpracownikiem tajnych służb, z przekonania – antykomunistą i zdeklarowanym homoseksualistą. – To sprawiło, że musiał pogodzić wodę i ogień: wierność służbom i niechęć do systemu. Służby specjalne podsuwały Steciowi różne zadania związane z bliskim mu środowiskiem. W 1993 roku Tadeusz Steć został zamordowany we własnym domu. Jak twierdzi jego przyjaciel, za dużo widział i za dużo wiedział – oto cytat z jednej z publikacji.
Żaden z wątków nie znalazł jednak uzasadnienia w śledztwie, które – z powodu niewykrycia sprawców – umorzono.
Kolejna hipoteza pojawiła się ostatnio w związku z odświeżeniem dziejów wspomnianego już archiwum w Radomierzycach, o którym – nawet w Polsce na początku lat 90-tych ubiegłego wieku – mało kto mówił i pisał.
Z pozoru cała „układanka” pasuje jak logiczna całość. Trzej żyjący świadkowie, którzy widzieli tajne dokumenty giną w niewyjaśnionych okolicznościach, zamordowani przez nieznanych sprawców. Są wcześniej bestialsko torturowani. Pobity młotkiem budowlanym Steć żyje jeszcze kilka godzin. Jaroszewiczowi w jego warszawskiej willi oprawcy przybijają gwoździami stopy do podłogi i duszą go.
Czy Danuta W. kradła zabytki?
Po T. Steciu pozostała bogata spuścizna, ale też nie wiadomo, czy udało się przejąć wszystkie rarytasy jego kolekcji. Po śmierci przewodnika jedyną osobą, która prawnie mogła dziedziczyć „wszystko” po swoim synu, była jego matka Anna Steć. W 1993 roku miała 90 lat i była kobietą zniedołężniałą, która – jak pisze Stanisław Firszt – nie mogła samodzielnie funkcjonować. Mieszkała za ścianą lokalu zajmowanego przez Stecia.
Sąd Wojewódzki w Jeleniej Górze przydzielił jej radcę – opiekuna Danutę W. Stanisław Firszt, dziś dyrektor Muzeum Karkonoskiego dziwi się, że w dniu, kiedy opiekunka zaczęła pracę i otrzymała klucze do mieszkania Stecia, matka przewodnika sporządziła testament na rzecz Danuty W. Anna Steć zmarła 3 listopada 1993 roku.
Sądowe utarczki, które z opiekunką toczyły instytucje starające się o przejęcie zbiorów Stecia, trwały niemal dwa lata.
Dopiero 13 września 1995 roku komornik i przedstawiciele muzeum okręgowego wchodzą po raz pierwszy do mieszkania Tadeusza Stecia. Co zastali? – Bałagan, ślady penetracji mebli, porozrzucane luźne papiery, ubrania, zdjecia, dokumenty i do tego nieznośny fetor – pisze Stanisław Firszt.
Prace przy porządkowaniu rzeczy znalezionych w mieszkaniu Stecia i jego matki trwały niemal trzy miesiące, ale sensacyjnych odkryć nie było. – Mit o ogromnych i wspaniałych zbiorach Tadeusza Stecia rozwiał się jak mgła, przynajmniej jeśli chodzi o przedmioty, które zastała wspólna komisja komornika i muzeum – podkreśla Firszt.
Nie można jednak wykluczyć, że najcenniejsze przedmioty zostały wcześniej z lokalu zabrane i sprzedane. Danuta W. miała przecież klucz do mieszkania Stecia. Gazeta Robotnicza, w jednym ze swoich magazynowych wydań, sugerowała, że opiekunka wyniosła wiele zabytkowych książek, choć nie miała do tego prawa…
Pytania bez odpowiedzi
Nie zmienia to faktu, że okoliczności zamordowania Tadeusza Stecia najpewniej nigdy na światło dzienne nie wyjdą.
Pozostają wątpliwości: dlaczego przewodnik w swoim życiorysie napisał, że na ziemie zachodnie przyjechał w czerwcu 1946 roku, a wcześniej niemal rok przebywał w klasztorze w Tyńcu?
Z relacji świadków jak i wypowiedzi samego Stecia wynika, że w czerwcu 1945 roku penetrował tajne archiwa w Radomierzycach pod Zgorzelcem.
Jak poznał pułkownika Piotra Jaroszewicza, który był od Stecia starszy o 16 lat?
Dlaczego akurat dwudziestoletni człowiek, który planował być księdzem, udaje się z misją Ludowego Wojska Polskiego do radomierskiego pałacu, aby obejrzeć tajne akta niemal z całej Europy zgromadzone tam przez uciekających przed aliantami hitlerowców?
Co takiego widział w Radomierzycach Steć? Z jego relacji wynika, że zabrał stamtąd tylko książki o walońskich skarbach, a jego wiedza o służbach specjalnych równała się wówczas zeru.
(źródło: M.Chromicz,J.Lamparska)

Leave a Comment :, , , , więcej...

Wielisławka. Ukryte skarby III Rzeszy (1)

by on Sty.08, 2014, under Skarby

EPSON scanner imageCzy weterynarz strzegł skarbu pod Wielisławką? Gdzie się podziało 7 ton złota?

Kapitan policji Herbert Klose nie wyjechał po wojnie jak inni Niemcy. Z fałszywymi papierami ukrywał się we wsi za Złotoryją. Czy jako agent Wehrwolfu strzegł jednej z największych tajemnic Dolnego Śląska?

Pierwszy śnieg lepił się do kół wojskowych ciężarówek, które wyjechały z Festung Breslau i autostradą zmierzały w kierunku Złotoryi. Pod plandekami leżały drewniane i metalowe skrzynie ze złotem. Na tylnym siedzeniu osobowego auta otwierającego kolumnę dopalał papierosa późniejszy weterynarz z Sędziszowej Herbert Klose. Wtedy jeszcze nosił mundur oficera wrocławskiej policji, zamiast beretu i wyświeconej marynarki, w której sfilmowała go telewizja, kręcąc trzydzieści lat po wojnie dokument: Kim jesteś, kapitanie?. Był koniec 1944 roku albo może już początek 1945 roku – relacje są rozbieżne. Na pewno od kilku tygodni Wrocław szykował się do oblężenia. Ulicami pędzono bydło do rzeźni, a na murach rozwieszano apele do ludności, by składała w bankowych depozytach wszystkie rodzinne kosztowności. Pieniądze, biżuteria, złoto, papiery wartościowe miały zostać ukryte i po wojnie zwrócone właścicielom.
Część wrocławian zakopała swe skarby w ogródkach, ale wielu ufnie oddało je w opiekę państwu, otrzymując w zamian stosowne poświadczenie, na podstawie którego w spokojniejszych czasach planowali wszystko odzyskać.

Na krótko przed sowieckim natarciem kosztowności złożone przez wrocławian oraz papiery wartościowe i złoto z banków zapakowano w 23 skrzynie i złożono pod strażą w gmachu prezydium policji. W ścisłej tajemnicy Niemcy spenetrowali niezajętą przez Rosjan część Śląska i sporządzili listę miejsc, w których skarb mógłby bezpiecznie czekać na ostateczny tryumf III Rzeszy. Misję wyszukiwania skrytek i ukrycia wrocławskiego depozytu powierzono czterem zaufanym oficerom, w tym standartenführerowi SS Egonowi Ollenhauerowi oraz hauptmannowi Herbertowi Klosemu.
Niemcy planowali wywieźć skrzynie samolotem, ale tuż po starcie maszyna została ostrzelana i pilot musiał zawrócić na lotnisko. Część ładunku została na pokładzie, resztę przewieziono z powrotem do piwnic prezydium policji we Wrocławiu, skąd wczesnym rankiem załadowano je znów na ciężarówki i konwój ze złotem wyruszył w kierunku Jeleniej Góry. Z autostrady samochody zjechały w rejonie Złotoryi, przejechały przez miasto, ale 10 kilometrów dalej, gdzieś w rejonie Nowego Kościoła, ślad po transporcie się urwał.
Po wojnie Herbert Klose nie wyjechał na Zachód jak inni Niemcy. Ściągnął mundur, ożenił się ze znajomą z Sędziszowej i zamieszkał w dużym gospodarstwie rolnym u podnóży góry Wielisławka, trzy kilometry od Nowego Kościoła. Wśród miejscowych uchodził za weterynarza. Gdy w 1953 roku aresztowała go bezpieka, miał przy sobie fotokopię dokumentu uprawniającego go do wykonywania zawodu weterynarza. Według śledczych, którzy go przesłuchiwali, papier został sfałszowany – był to fotomontaż, mający ułatwić kapitanowi wtopienie się w tłum zwyczajnych autochtonów.

W wydanej 19 lat temu książce Tańcząc na wulkanie Stanisław Stolarczyk i Anna Sukmanowska cytują materiały, które udostępnił im Urząd Ochrony Państwa. Jest tam uwaga o niewyjaśnionej do końca przeszłości Herberta Klosego. Wiadomo o nim tyle, że w czasie wojny służył w SS Schutzpolizei na terenie Francji i Belgii, a do Wrocławia trafił w 1942 roku z Katowic. Kontrwywiad zdobył materiały, z których wynikało, że po kapitulacji Abwehra mianowała go szefem grupy dywersyjno-sabotażowej na teren powiatu złotoryjskiego. Ta grupa to część legendarnego Wehrwolfu, a do jej zadań należała m.in. ochrona ukrytego gdzieś na Dolnym Śląsku depozytu.
To Klose, zaskoczony i przestraszony zatrzymaniem, opowiedział śledczym o wrocławskim złocie. Wymienił też siedem skrytek, które wytypowano do jego ukrycia. Na liście, rozpalającej wyobraźnię poszukiwaczy skarbów, są Śnieżka, Cieplice, Ostrzyca, Ślęża, zamek Grodziec, podziemia Twierdzy Kłodzkiej i góra Wielisławka – ta sama, pod którą hauptmann po wojnie grał rolę wiejskiego weterynarza.Według jego relacji, dowodzony przez Egona Ollenhauera konwój zdołał dotrzeć aż do Karpacza. Tam skrzynie przeładowano na sanie i wyruszono w góry, drogą na Śnieżkę. Oficerowie jechali konno w kierunku schroniska Samotnia nad Małym Stawem. Klose twierdzi, że nim dojechali na miejsce, spadł z konia i na dłuższy czas stracił przytomność. Pamięta tylko kamień przy wodospadzie, na którym siedział z Ollenhauerem i jeszcze jednym oficerem, kapitanem Seifertem.

Historię hauptmanna potraktowano nieufnie, podejrzewając, że stary lis – swego czasu jeden z najbardziej zaufanych ludzi we wrocławskiej policji – próbuje zwodzić i mylić tropy. Skarbu pod Śnieżką nie odnaleziono. Jeszcze przed śmiercią, Herberta Klosego odszukali w Sędziszowej dziennikarze wrocławskiego ośrodka TVP Dionizy Sidorski i Adam Wielowieyski. Powstał z tego dokument Kim jesteś, kapitanie?, w którym stary, siedemdziesięcioletni człowiek raz jeszcze podejmuje próbę wywiedzenia wszystkich w pole.

Po polsku mówi dobrze, choć czasami niewyraźnie. Z rzadka patrzy prosto w kamerę, jakby bał się, że mądre, wciąż przenikliwe mimo wieku oczy mogą go zdradzić. Przed dziennikarzami gra prostego weterynarza, który przypadkiem otarł się o misję Ollenhauera. Zaprzecza, że służył w policji – twierdzi, jakoby był kapitanem Wehrmachtu i doglądał wojskowych koni. Gdy konie poszły do rzeźni, zwerbowano go do specjalnej akcji: dwie noce strzegł tajemniczych skrzyń złożonych w siedzibie prezydium policji.

– Z początku my nie wiedzieli, co tam jest – zapewnia. Egona Ollenhauera, który dowodził akcją, nazywa Wilkiem (Wolf). Twierdzi, że nie znał go bliżej i nic o nim nie wie. Nie wie nawet, w jakiej formacji służył, bo standartenführer nosił na zmianę mundury oficera SS i Wehrmachtu.

– Każdy się jego bał. To straszny człowiek był – Klose podnosi wzrok przed kamerą. Ollenhauer zabronił im nawet zbliżać się do skrzyń. Ale kapitana ciekawiło, czego pilnuje. Którejś nocy spróbował dźwignąć jedną z nich. Nie dał rady, tak była ciężka. Zarówno przy załadunku skrzyń, jak i ich rozładunku w Karpaczu wojskowym mieli pomagać cywile, jeńcy wojenni. Według Herberta Klosego wszyscy zostali rozstrzelani. Ollenhauer dbał, by nie zostawiać zbyt wielu świadków. Jeśli hauptmann przeżył, to znaczy, że standartenführer nie tylko mu ufał, ale też potrzebował takiego człowieka do kolejnej misji. Albo kapitan naprawdę spadł z konia i nic o kryjówce nie widział.

Mieszkańcy Sędziszowej, gdzie Herbert Klose zamieszkał po wojnie, napatrzyli się już na poszukiwaczy skarbów. Od czasu opublikowania książki Tańcząc na wulkanie legenda wrocławskiego złota ściąga pod Wielisławkę zastępy eksploratorów, którzy snują się po okolicy z wykrywaczami metalu, rozkopują zbocza góry i zapuszczają się w czeluści starych kopalń.

Przypuszczają, że jeśli staremu weterynarzowi rzeczywiście powierzono misję pilnowania złota, to nie mogło być ono ukryte daleko od jego domu. Za potwierdzenie mają przytoczone przez Stolarczyka i Sukmanowską relacje rdzennych mieszkańców wsi, że pod koniec wojny Niemcy zwozili tutaj różnorodny sprzęt i coś zakopywali. Wojsko otoczyło Wielisławkę i nie pozwalało cywilom zbliżyć się do góry, póki nie zabezpieczono skrytek.

Przez kilkanaście ostatnich lat wzgórze zostało spenetrowane tak dokładnie, jak rzadko które miejsce w Sudetach. Roi się na nim od dołów, dołków, stert wyrzuconej na wierzch ziemi. Niektóre jamy mają metr lub półtora głębokości, inne wchodzą w ziemię na kilka metrów. Jak ten dwunastometrowy dół, pamiątka po ludziach, którzy przyjechali samochodem na niemieckich blachach. Nocą zabrali się do kopania. Schodząc coraz niżej, zakładali szalunek z desek, by ziemia nie posypała im się na głowy.

Jedni ryją w Wielisławce ukradkiem, inni próbują szczęścia w biały dzień. Mieszkańcy Sędziszowej opowiadają, jak kilka lat temu przyjechała grupa studentów. Wynajęli we wsi ciągnik z koparką i wjechali nim na szczyt. Byli pewni, że zostaną milionerami. Nic nie znaleźli.

Gdzie jeszcze może być złoto z Wrocławia? Najpopularniejsza z hipotez prowadzi w rejon Śnieżki, w dolinę Białego Jaru. W dziewiętnastym wieku była tam kopalnia z dwiema sztolniami, które idealnie nadawały się na skrytkę i były wystarczająco szerokie, by wprowadzić do nich sanie.

Na liście przygotowanej przez Klosego i Ollenhauera były też Ostrzyca i zamek Grodziec – podówczas rezydencja hrabiego von Dirksena, byłego ambasadora III Rzeszy w Londynie, Tokio i Moskwie. Oba miejsca znajdują się w powiecie złotoryjskim, bardzo blisko Sędziszowej.

Mało prawdopodobne, aby konwój skierował się na Ślężę. Wprawdzie Klose brał tę górę pod uwagę przy typowaniu skrytek, ale w zeznaniach złożonych w Urzędzie Bezpieczeństwa zaznaczył, że wierzchołek był już obsadzony przez niemieckie wojsko. W takich warunkach ciężko byłoby cokolwiek ukryć na Ślęży. Ollenhauer i Klose myśleli też o Cieplicach. Mógł się do tego nadawać na przykład dawny pałac Schaffgotschów. Listę potencjalnych kryjówek zamyka Twierdza Kłodzka. Te miejsca rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy z wykrywaczami metalu. Gdyby któryś trafił na skrytkę, byłoby o tym głośno. A nie jest.

Gdzieś w Sudetach do dzisiaj leży więc siedem ton złota. A weterynarz z Sędziszowej tryumfuje zza grobu: tyle razy mylił tropy, że odnalezienie skarbu graniczy z cudem…

Ciąg dalszy w części 2 …

Leave a Comment :, , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...