GeoExplorer

Tag: Komisja Poszukiwania Lochów

Eksploracje Komisji Poszukiwania Lochów (2)

by on Sie.01, 2018, under Pod ziemią

Komisja Poszukiwania Lochów przez kilka dni poszukiwała jakiegoś tunelu (?) ale bez skutku. Oczekiwano również odnalezienia starych przedmiotów, które to oczekiwania okazały się płonne. Jedynym cennym znaleziskiem był jeden (?!) dukat Marii Teresy. Taki efekt poszukiwań, zważywszy na siły i środki zaangażowane do całego przedsięwzięcia, groził kompromitacją nawet wobec iście tolerancyjnej zwierzchności.
Podjęto zatem decyzję o rozbijaniu murów zależnym od „widzi mi się” członków ekipy i gdzie tylko było to możliwe, a już pierwsza okazja trafiła się w tym samym kościele. Kolejny fragment sprawozdania Nowickiego:

Po dwudniowej pracy, utrudnionej wielce z powodu braku powietrza i wielkiej ciemnoty miejsca, w pobliżu podstawy sklepienia wyrąbano otwór na półtora arszyna długi, a szeroki na stopę kwadratową (arszyn to dawna rosyjska jednostka długości, będąca sumą długości łokcia i stopy, 71,11-81,5 cm. W zaborze rosyjskim (1849-1915) 0,71 m; 1m = 1,41 arszyna). Sprytny żołnierz ze straży ogniowej oświetlił wybity otwór świecą, przymocowaną do końca kilofa. Z lewej strony widać było ścianę nowej nieznanej piwnicy, na dole czerniała jakaś kupa. Teraz należało dokonać trudnego przedsięwzięcia: szło o to, by się prześlizgnąć przez wąski otwór i tym sposobem dostać się do wnętrza świeżo odkrytej piwnicy.Strażak, jako najśmielszy i ślepy wykonawca rozkazów, pierwszy przelazł przez otwór, dając dowód prawie kociej elastyczności swych muskułów. Tuż pod otworem stała trumna, na którą z głuchym trzaskiem spuścił się pierwszy badacz nieznanej piwnicy. Następnie przedostali się tam robotnicy, a w końcu powciągano i członków komisyi (…)
Ciekawą było rzeczą przekonać się, jak dawno zamurowano to podziemie i czy przypadkiem nie ma tu śladów świeżego pobytu człowieka. Wśród wielkiej gromady porozpadanych trumien, pod lewą ścianą znaleziono dobrze stosunkowo zachowaną trumnę, z napisem złożonym z gwoździków mosiężnych: „Marcin Poremski 1703-go r.”

Sądząc po trumnie Marcina, zdaje się, że pochowany on tu był jeden z ostatnich; obok Poremskiego zauważyliśmy trumnę, również dobrze zachowaną, jakiejś damy w kitajkowej, różowej sukni; ciała, tak Poremskiego, jak i owej damy, przedstawiały jeszcze formy ludzkie, jakkolwiek muskuły zmieniły się w jakąś grząską, brudną masę, a kości w pył delikatny. Z uwagi na rozmaitą wielkość trumien, jak i na szczątki ubiorów, przypuszczać należy, że tu chowano ludzi świeckich wszelkiego wieku i płci, podczas gdy w poprzednich podziemiach było miejsce spoczynku tylko dla zakonników i członków bractw religijnych.Przy oględzinach tego podziemia dwie okoliczności naprowadziły na myśl, że byli tu niedawno żywi ludzie. Niektóre bowiem trumny były otwarte i przeniesione w inne miejsce; wzdłuż ściany, naprzeciw wyrąbanego otworu, ziemia była w wielu miejscach skopana, a w kącie, tuż przy schodach, wydobyto znaczną ilość gliny. Podkopu tego nie prowadzono dalej dlatego, że ukazała się woda zaskórna, która wprawdzie w niewielkiej ilości, ale nieustannie się wydobywa. Obok podkopu dostrzegliśmy otwór w ścianie, zakryty wielkim głazem granitowym. W dalszym ciągu zbadano schody, nad którymi rozlegał się głuchy turkot wozów, jadących po ulicy Świętojańskiej.

Długo musiano pracować na tych schodach, wybijać cegły i kamienie i przekonano się, że było tu niegdyś wejście, które niedawno zamurowano. Potem przystąpiono do niszy w murze, która, jak przekonywał kompas, znajduje się tuż pod przedsionkiem kościoła popijarskiego. Po kilku uderzeniach kilofa jedno z zagłębień, pobliżu stosu trumien, runęło. Ukazała się nowa, pusta piwnica, zapełniona gruzem, pomieszanym pod ścianami ze staremi kośćmi ludzkimi. Z powodu niemożności oczyszczenia tego nowego podziemia od zapełniających je gruzów, musiano pełzać po kupach wapna i cegły, leżąc na grzbiecie i popychając się nogami i rękoma, przy czem wapno sypało się za kołnierz i cholewy butów, powodując najnieprzyjemniejsze uczucia”.Podsumowując poszukiwania Komisji tak było przez cały czas z identycznym skutkiem ponieważ wszystkie kościelne podziemia są do siebie podobne – o czym członkowie ekipy szybko się przekonali.
Kriestowski wpadł zatem na wspaniałomyślny pomysł aby zabrać się w końcu za piwnice Zamku Królewskiego pod pretekstem, że właśnie tam Komisja odnajdzie ślady po nieprawomyślnych poczynaniach.
Pod koniec października 1865 roku przeprowadzono penetracje pomieszczeń w pobliżu ulicy Świętojańskiej. Podziemia te były opuszczone ponieważ część z nich wychodząca na Plac Zamkowy stykała się z kanałem, z którego przedostawała się wilgoć. Jak pisze Nowicki:

„Nad opisywanymi piwnicami znajdowała się za księcia Paskiewicza kancelarya, a obecnie kwatery oficerskie. W czasie zaburzeń ostatnich piwnice te zbadali saperzy widocznie bardzo szczegółowo, bo wybili mnóstwo dziur w niszach ostatniej piwnicy, ponad którą przebiega wyżej wspomniany kanał”.

Z tego zapisu wynika dla Komisji smutny wniosek ukazujący dublowanie penetracji przeprowadzonych przez wojskowych specjalistów kilka lat wcześniej.
Następnie ekipa Komisji znalazła się na podwórzu, skąd po schodach zeszła do piwnicy, gdzie natrafić miała na podejrzaną ścianę z cegieł. Po rozbiciu jej oczom ekipy ukazała się szeroko sklepiona arkada, na której prawym boku zobaczono napisane kredą cyfry: 2031, 7, 2. Z kolei za arkadą odkryto wykopaną w piachu niszę/grotę, której środek zapadł się. Była ona na tyle obszerna, że w jej wnętrzu mogło się wygodnie pomieścić 5-6 osób. Na jej wschodniej ścianie, dość dobrze zachowanej, członkowie Komisji znaleźli ślady małej łopaty żelaznej, zatem nie budziło wątpliwości jakiego narzędzia użyto do wykopania jej.Ściana zachodnia pomieszczenia kończyła się zamurowaniem ceglanym w kształcie piramidy, tak grubej, że mógł na niej stanąć człowiek. Z groty prowadziły na bok dwa otwory – szybko skorzystano z kompasu i stwierdzono, że biegną one w kierunku Wieży Zygmuntowskiej. W niektórych pomieszczeniach cegła była stosunkowo nowa ale bez odciśniętych znaków cegielni. Równie świeże było wapno, które rozsypywało się w palcach, podczas gdy w innych pomieszczeniach dawno już skamieniało.
Postanowiono zatem przeprowadzić śledztwo, które nota bene nie przyniosło żadnych konkretnych wyników. Ustalono jedynie, że w lochach tych od dawna nikt już nie przebywał, a najstarsi mieszkańcy Zamku Królewskiego nie przypominali sobie faktu aby kiedykolwiek przeprowadzano tam roboty budowlane.

Ekipie Komisji tylko jeden fakt wydał się wielce podejrzany a mianowicie wydobywania ziemi spod fundamentów budynku. Ponad grotą w owym czasie znajdowała się kuchnia jakiegoś porucznika, a dawniej, jak już wspomniano, kancelaria namiestnika. W pobliżu była też Wieża Zygmuntowska. Wniosek Komisji okazał się zatem bardzo prosty – podkopu dokonano w celu wysadzenia w powietrze fragmentu Zamku Królewskiego, z niewiadomych jednak przyczyn zamiaru tego nie zrealizowano. Jak było naprawdę trudno w chwili obecnej stwierdzić, jednakże jeżeli ktoś chciałby podłożyć bombę, nie musiałby drążyć aż tak obszernej groty. Zresztą wcale nie można być pewnym, że ową grotę nie wykopali członkowie ekipy przerażeni groźbą całkowitej porażki dla ich poszukiwań.Komisja w dalszym ciągu rozglądała się zawzięcie. Przeprowadziła penetrację wszystkich pozostałych piwnic, ogrodu zamkowego a nawet stajni dywizjonu kozaków kubańskich, którzy stacjonowali u podnóża grapy, w miejscu gdzie znajduje się taras zamkowy. W jednej z grodzi dla koni, pośrodku stajni, zauważono, że cegła znacząco różni się swoim wyglądem od ogólnej barwy ściany. Uderzono w to miejsce kilofem i wówczas rozległ się głuchy odgłos. Szybko więc przystąpiono do rozebrania muru i ujrzano coś na kształt studni wysokiej na 4,5 arszyna, czyli na około 3 metry. Sączyła się tamtędy woda, a zapach jaki się wydobywał był wielce paskudny. Niniejszym szacowna Komisja trafiła do kanału ściekowego. Jak zapisał referent Nowicki – „trzeba było nie lada odwagi, by zapuścić się w to odrażające miejsce”.

Po jakimś czasie, gdy można było już oddychać, wstawiono do studni drabinę i wówczas okazało się, że z pomieszczenia tego wychodzą dwie podziemne galerie. Jedna była dość wysoka zaopatrzona w kamienne płyty na spągu i biegła w górę ku Zamkowi Królewskiemu; druga z kolei bardzo niska poterna prowadziła w stronę Wisły. Ekipa ruszyła zatem ku górze. Loch był wysoki na ponad 2 metry, jednak jego wysokość stale się zmieniała. Spąg wyłożony był granitem, następnie cegłą, wreszcie najrozmaitszymi płytami, które po wielu, wielu latach okazały się zniszczonymi detalami architektonicznymi Zamku Królewskiego. W pewnym miejscu tunel stał się tak stromy, że z powodu śliskości kamiennych płyt poruszanie się sprawiało olbrzymi kłopot. Na końcu Komisja dotarła do kuchennego podwórza, a samo wyjście znajdowało się w pobliżu żeliwnej studni, przykryte drewnianym daszkiem.Dalej kanał biegł meandrując w stronę ulicy Świętojańskiej, gdzie się rozgałęział. Jedna z odnóg kierowała się wzdłuż Zamku Królewskiego, druga zaś prowadziła w głąb ulicy ale nikt w nią się nie zapuścił z uwagi na panujący wielki zaduch – członkowie ekipy bali się uduszenia.
Udali się więc z powrotem i postanowili zbadać kanał biegnący ku Wiśle. Poterna okazała się tak niska, że musieli pełzać na czworakach. Szerokość byłą taka sama jak w górnym odcinku, jednak na spągu leżała warstwa grząskiego błota, namuliska, a na dodatek z braku tlenu zaczęły gasnąć świece. Nowicki tak relacjonował:

„Członkowie komisji, przeszedłszy znaczną przestrzeń kanału, postanowili, że jedni zostaną na miejscu, inni zaś prowadzić będą dalej badania i kiedy niekiedy dawać będą o sobie znać za pomocą sygnałów na gwidawce i trąbce. Pozostali na miejscu po upływie kilku minut, nie otrzymawszy odpowiedzi na swe sygnały, oraz z uwagi, że świece się już dopalały, zawrócili z powrotem. Wydobyto się więc na wierzch, ażeby zabrać nowe świece i jeżeli się to okaże potrzebne, pójść za tymi, co się puścili ku Wiśle; jednego z ludzi wysłano na brzeg, by dał znać w razie ukazania się tam poszukiwaczów. Jakoż po niejakim czasie rozległ się umówiony sygnał i nasi badacze szczęśliwie dobili do końca kanału, przeszedłszy z wielkim trudem i niebezpieczeństwem całą galeryę podziemną, kończącą się nad Wisłą, w pobliżu komory rzecznej”.Bohaterami tymi byli sam Kriestowski oraz strażak o imieniu Franciszek. Końcowy odcinek kanału oszalowany był drewnem i prowadził w kierunku rzeki, gdzie kończył swój bieg między palami wysokiego, drewnianego nabrzeża, ponad którymi stała szopa składowa należąca do przystani handlowej. Obaj poszukiwacze nie mogli jednak wyjść w tym miejscu na górę, ponieważ zmurszała cegła kruszyła się im pod stopami.
Następnego dnia na miejsce przybył sam głównodowodzący Komisją, oberpolicmajster Frederiks, który wraz z kilkoma osobami zlustrował kanał. Stwierdził, że nie natrafił na żadne bezpośrednie połączenie tunelu z wnętrzem Zamku Królewskiego.
Namiestnik Teodor Berg poinformowany o wszystkim wydał polecenie zasypania groty w piachu i dokładnego zamurowania tego miejsca, z kolei zaś sam kanał przegrodzić żelazną kratą.

Na temat genezy tego ostatniego przejścia panowały różne wersje – jedni uważali, że był to dawny tunel fortyfikacyjny zamieniony z czasem na kanał ściekowy, inni zaś twierdzili, że natrafiono na ściek z początku XVIII wieku. Wiele lat później, w trakcie kolejnych badań, okazało się, że prawda o powstaniu tego kanału jest jednak bardziej skomplikowana.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa namiestnika Berga, efekty badań przeprowadzonych przez Komisję były wręcz znikome. Prawdopodobnie nikt nie wpadłby na pomysł wysadzenia Zamku Królewskiego, choć byłoby to możliwe.
Czy w ogóle ktokolwiek z władz powstania styczniowego brał pod uwagę taką możliwość, trudno powiedzieć.Może o jakichś podobnych zamysłach świadczyć miała tajemnicza grota w piachu, o ile zresztą byłą tak tajemnicza, jak ją opisał referent Nowicki.
Jeżeli natomiast spojrzymy na efekty archeologiczne, to wiedza o dawnej Warszawie niewiele się powiększyła. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę, że działanie samej Komisji przypadło na najtrudniejszy okres po powstaniu, kiedy to inne sprawy zaprzątały głowy Polaków ale taki zestaw dyletantów, jaki reprezentowała szanowna Komisja, to nawet jak na te operetkowe poszukiwania zbyt wiele.
Komisja Poszukiwania Lochów okazała się jednym wielkim nieporozumieniem i zamieszaniem. Jej działania, poszukiwania i penetracje wielkim fiaskiem oraz poruszeniem w pewnych środowiskach, natomiast największym sukcesem okazała się dla samego Kriestowskiego, który zbił niemałą fortunę z racji stałego półtoratysięcznego uposażenia w srebrnych rublach.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , więcej...

Eksploracje Komisji Poszukiwania Lochów (1)

by on Lip.01, 2018, under Pod ziemią

Co odkryła w podziemiach Warszawy działająca w drugiej połowie XIX wieku pierwsza grupa eksploracyjna zatwierdzona pod nazwą Komisji Poszukiwania Lochów i jak przebiegały jej 8-miesięczne prace? Jakie były efekty?
Miała być konspiracja, zamach, skarby, a po… laury i tantiemy.
Były trumny, kości, a po…?
Zaczynamy…
Ubiór był niczego sobie – ciemny kaftan z szerokim skórzanym pasem, okrągła barankowa czapka i wysokie palone buty. Do tego wysokie apanaże – stała pensja 1500 rubli srebrem, rządowe pięciopokojowe mieszkanie w gmachu X Cyrkułu na Nowym Świecie i własne miejsce w teatrze. Te nieliche atrybuty łączyły się ze stanowiskiem urzędowego poszukiwacza lochów.

Człowiek, który przez pewien czas piastował tę funkcję był stosunkowo młody, bo liczył sobie zaledwie 25 lat. Jego życiorys świadczył o nie lada sprycie i umiejętności wykorzystywania nadarzających się okazji.
Kriestowski, tak się nazywał ten poszukiwacz lochów, urodził się w ziemiańskiej rodzinie w guberni kijowskiej. Podczas studiów na uniwersytecie w Petersburgu zorientował się, że różne bulwarowe romanse robią oszałamiającą karierę.
Należały do nich między innymi „Tajemnice Paryża”, których akcja rozgrywa się w tajemniczych korytarzach i zamaskowanych przejściach. Kriestowski umyślił sobie, że skoro Paryż może mieć swoje tajemnice, to czemu nie mógłby ich mieć i Petersburg (?!).Szybko napisał sensacyjną powieść „Jaskinie Petersburga”, dzięki której zaczął być uznawany nie tylko za pisarza ale także za fachowca od „spraw podziemnych”.
Równolegle w Królestwie dopalało się powstanie styczniowe. Wraz ze zniszczeniem ostatnich oddziałów zaczęto zastanawiać się nad innymi aspektami tego zagadnienia, w tym między innymi nad tym, jakim sposobem przez tak długi czas mogły ukrywać się w Warszawie placówki konspiracyjnej władzy. I tu znalazły się osoby które twierdziły, że do tego celu były wykorzystywane zapomniane lochy i piwnice pod dawną zabudową miejską.

W tym samym czasie musiano zasugerować namiestnikowi Bergowi, że niedobitki konspiratorów mogą wykorzystać nieznane przejścia podziemne i podłożyć machinę piekielną pod jego ówczesną siedzibą Zamkiem Królewskim. Czy wiązało się to ze zwykłą nadgorliwością, czy chęcią przypodobania się, czy też realnym zagrożeniem, tego dzisiaj nie wiadomo. W konsekwencji tego Berg zgodził się z tymi sugestiami i nakazał zwołać specjalną komisję. Oczywiście znaleziono bez problemu fundusze i ta operetkowa instytucja zaczęła funkcjonować. Głównodowodzącym ustanowiono ówczesnego oberpolicmajstra warszawskiego Frederiksa, który dobierając ekipę przypomniał sobie o petersburskim „fachowcu”.
Niezwłocznie Kriestowskiego ściągnięto do Warszawy i zaproponowano mu wynagrodzenie, jak na owe czasy i na taką funkcję zaskakująco wysokie. Prerogatywy również miał godne pozazdroszczenia.Kriestowski mógł wchodzić do każdego budynku w mieście, rozbijać wszystkie ściany jakie mu się podobało, kopać w piwnicach i na podwórzach, gdzie tylko zechciał. On sam nie zajmował się osobiście tymi czynnościami ponieważ szef całej komisji Frederiks przydzielił mu kilku krzepkich podwładnych – „sprytnych żołnierzy ze straży ogniowej”. Szkoda, że obecnie nikt nie wpadł na pomysł powołania komisji poszukującej starych lochów, gdyż eksploratorzy-poszukiwacze zgodziliby się robić wszelkie badania bez zapłaty i innych tantiemów, byleby tylko mogli przeszukać każde miejsce.
Komisja Poszukiwania Lochów rozpoczęła działalność 13 września 1865 roku a zakończyła ją 13 maja 1866 roku, czyli równo po ośmiu miesiącach. Wnioski i spostrzeżenia poczynione podczas tych penetracji zostały spisane na 29 stronach do których wykonano 10 planów. Wszystko to, cała dokumentacja niestety spłonęła podczas II wojny światowej w Archiwum Głównym Akt Dawnych.

Odpisy tych dokumentów są dzisiaj praktycznie niedostępne, a jedyne informacje na których można się oprzeć zawarte są w artykułach „Dziennika Warszawskiego” i w materiałach zebranych przez rosyjskiego historyka Mikołaja Berga, który opracowywał cały przebieg powstania styczniowego na zlecenie namiestnika Teodora Berga.
Mikołaj Berg z dużym pobłażaniem patrzył na poczynania Kriestowskiego i wyrażał się o nich bardzo krytycznie. Zresztą większość rozsądnie myślących ludzi sceptycznie zapatrywała się na różne działania młodego pseudoznawcę podziemi, który w końcu podpadł pani namiestnikowej z racji, że:

„Zboczył do prawdziwych podziemi klasztornych i zaczął rozbijać groby i otwierać trumny spoczywających tam snem wiecznym dawnych dygnitarzy, arcypasterzy i magnatów! W jednej trumnie znaleziono czaszkę przebitą gwoździem! Zakonnicy udali się do swej orędowniczki, hrabiny Berg. Ta opowiedziała mężowi o wyprawianych skandalach i profanacji grobów (…)”.Skarga hrabiny do męża była tą kroplą, która przepełniła czarę. Teodor Berg niezwłocznie rozwiązał Komisję, a Kriestowski musiał opuścić Warszawę, wrócić do Petersburga i tam uzupełnić swoje spostrzeżenia poczynione podczas penetracji w Warszawie. Według innych źródeł odbyło się to wszystko w inny sposób, niemniej jednak sam cytat stanowi perełkę literacką w historii eksploracji i poszukiwania lochów.
Jak zatem wyglądały działania Komisji?
Pierwsze prace eksploracyjne Komisji objęły podziemia staromiejskich kamieniczek. Pamiętać należy, że wszystko to działo się ponad półtora wieku temu, a wówczas budynki były nadzwyczaj zaniedbane, nie remontowane od dziesiątków lat, ich pomieszczenia bywały zasypane gruzem i różnymi odpadkami, zamurowane z powodu licznych pożarów i katastrof budowlanych gdyż nie wszystko opłacało się odbudowywać.

Piwnice wyglądały jeszcze gorzej, zejścia do nich i ściany nie były w takim stanie jak dzisiaj – wszystko tchnęło stęchlizną, wilgocią i tajemniczością, co powodowało, że bano się w nie zapuszczać. Nawet gdyby było inaczej, nie było po co się w nie zapuszczać i stąd też brały się różne legendy o wielopoziomowych lochach i przepastnych korytarzach.
Funkcyjnego szefa komisji (w odróżnieniu od nominalnego), nie lada cwaniaka, musiało mocno suszyć w gardle, bo jako pierwszy obiekt dla swojej ekipy wybrał kamienicę fukierowską. Oczywistym jest, że nie znaleźli tam nic nadzwyczajnego oprócz wspaniałej kolekcji, pokrytych pleśnią setek butelek starych win. Ile z nich zniknęło w kieszeniach członków szacownej Komisji nie wiadomo, z pewnością jednak właściciele nie protestowali, bowiem Komisja była „wysoka i urzędowa”, a szef miał specjalny mundur, co w ówczesnej carskiej hierarchii urzędniczej znaczyło wiele.Nadzwyczaj długo Komisja musiała zachwycać się podziemiami, bo zdążono stwierdzić, że są ogromne, dwupiętrowe i tylko wtedy można by mieć pojęcie o rozległości i konfiguracji piwnic, gdyby wykonano ich plan.
Najwyraźniej Kriestowski jakoś do tego się nie kwapił ponieważ nie wykonano z powyższej penetracji żadnego rysunku.
Kolejnym obiektem był dom przy ulicy Nowomiejskiej zwany „gdańską piwnicą”. Wokół niego z racji jego dawnych form architektonicznych narosła legenda, że z jego piwnic prowadzi podziemny tunel na Zamek Królewski. Wynik oględzin był adekwatny do piwnic fukierowskich. Nikt się tym nie zraził, nikt nie spieszył, a Kriestowski któremu płynęła stała wysoka pensja korzystał i pewnie gdyby mógł to poszukiwałby tych lochów przez kilkanaście lat.

Kolejnymi obiektami które Komisja wzięła na swój celownik były co starsze kościoły i klasztory – u Kapucynów na ulicy Miodowej, u Paulinów na Podwalu, u Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu, na Freta, na Senatorskiej i… prócz stosów trumien oraz kości zmarłych nie odkryła nic szczególnego, stwierdzając jedynie, że podziemia te nie przechodzą poza obręb murów. Ponadto uznano, że szczątki ludzkie znajdują się w okropnym i karygodnym pomieszaniu, a jeden z członków Komisji, Nowicki, pełniący funkcję jej referenta, zapisał szereg pseudonaukowych uwag typu:

„Podziemia warszawskie, zwłaszcza w gmachu byłego klasztoru oo. Karmelitów, zawierają mnóstwo, w większości doskonale zachowanych, czaszek ludzkich, bogatą kopalnię kraniologiczną, na którą zwracamy uwagę specjalistów”.

W kościele znajdującym się tuż przy Katedrze „ekspert” Nowicki poczynił kolejne wspaniałe spostrzeżenia:

„Można było rozróżnić trzy rodzaje kształtów: czaszki długogłowe, z grubem, wydatnem ciemieniem (musiały to być czaszki rasy teutońskiej. Jezuitów-Niemców, pierwszych założycieli tego zakonu w Warszawie), następnie czaszki o czole lekko zaokrąglonem i szerokim ciemieniu, nadającym im kształt trapezu (ten typ, z powodu zbyt wielkiej liczby trupich głów, prawdopodobnie należy do rasy czysto polskiej); trzeci typ czaszek wyrażał różnorodną mieszaninę dwóch poprzednich i jest wynikiem zmieszania się dwóch różnych ras”.Wszystkie te stwierdzenia spowodowały, że do Komisji zaczęto odnosić się z coraz większym dystansem ponieważ zadufanie i gaskonada oraz reklamiarstwo i rozwydrzenie dyletantów przekroczyło dopuszczalne granice.
Do podziemi kościoła obok katedry można było dostać się przez trzy wejścia, o których poinformowała „miejscowa zwierzchność kościelna”. Dalsza kontynuacja opisu penetracji podziemi poczyniona przez referenta Nowickiego brzmi:

„Po wąziutkich schodach, idąc jeden za drugim, spuściliśmy się w zupełnie ciemne podziemie, do którego od pół bodaj wieku nie dostał się ani jeden promyk światła i oddech świeżego powietrza. Schodki kończyły się na jakiejś małej, szczupłej przestrzeni, pełnej gruzu. Słaby blask latarni oświecił po naszej prawej ręce jakąś pustą piwnicę; było to dość wysokie, czworokątne, sklepione podziemie, na którego posadzce ceglanej leżał obficie gruz i tynk, od sklepienia odpadły; ściany były zupełnie nagie, tylko na jednej znajdował się rodzaj zagłębionej niszy.

Drzemała tu wielka cisza; powietrze było chłodne, duszne i przesycone wilgocią.
Spróbowaliśmy uderzyć w posadzkę, dosłuchując się głuchego odgłosu pustej pod nią przestrzeni, zbadaliśmy ściany, w których nie dostrzegliśmy nigdzie arkad zamurowanych, które by zdradzały istniejące niegdyś przejścia, ani też żadnych otworów. Tuż przy kończących się schodkach, któremi weszliśmy. latarnia oświetliła mały otwór, z którego patrzała na nas ponura ciemność i wiała nieprzyjemna woń odwiecznej zgnilizny. Nie ma rady, trzeba się przekonać, co to jest.Ktoś z towarzyszących nam ludzi odważył się wleźć tam pierwszy i zaraz doszedł nas głos, stłumiony, jakby wydostawał się z grobu: „sklep z trumnami”.
Stojący nad otworem nie odpowiedzieli ani słowa; wiadomość była niezachęcająca, a jednak pójść tam trzeba, bo na to jest się członkiem komisji podziemnej.
Jak tylko do mrocznego, wilgotnego sklepu dostało się nieco światła i powietrza, natychmiast, wśród głębokiej, panującej tu dotychczas ciszy, rozległy się jakieś jęki straszne, coś podobnego do przeraźliwego pisku i skomlenia.

Słuchaliśmy tego stojąc na dużej, usuwającej się pod nogami kupie gruzów: pisk rozlega się po wszystkich kątach podziemia, na oświetlanych żebrach sklepienia migocą jakieś małe, ruchliwe, czarne cienie.
To nietoperze zbudzone ze snu letargicznego; opisują one w locie długie, zygzakowate koła, przyczepiają się na chwilę do szarych cegieł, to znów puszczają się i rozpoczynają swój lot w różnych kierunkach, podnosząc się w górę lub spadając w dół. Czujemy na twarzach powiew wywołany przez ich skrzydła; wrażenie jest w ogóle wysoce nieprzyjemne, przykre i zabobonną budzące trwogę.

W jednym z kątów piwnicy leżał czarny stos desek, pomieszany z jakimiś nieokreślonymi, niezdecydowanymi szczątkami, które jeden z nas postanowił bliżej zbadać.
Krzepiąc się na duchu i zbawiając dla dodania sobie odwagi rozmową z otaczającymi, którzy jakoś niedowierzająco patrzyli na śmiałka, rozgarnął czarną kupę. Wśród przegniłych desek leżały pogrążone w pyle trumiennym kości ludzkie, śliskie od wilgoci kawałki materyi jedwabnej, jakaś tkanina delikatna, prawdopodobnie resztki płaszcza, krzyże na pół zbutwiałe, szczątki butów i trzewików, blacha przez rdzę zjedzona itp. (…)Podziemie to, zawierające tyle interesujących materyałów antropologicznych, kończyło się małemi drzwiami, prowadzącymi do izby, którą z powodu osobliwości budowy wzięto pierwotnie za ciemnicę, w której, w dawnych czasach, zamurowywano grzeszników niepoprawnych.
W rzeczy samej izdebka tak była mała, że w niej nie zmieściłaby się nawet trumna dorosłego człowieka. Prócz tego znaleźliśmy tu olbrzymie, żelazne haki. Całę to urządzenie mimo woli naprowadzało na myśl, że było to miejsce wiecznego zapomnienia.

Zresztą fantazya nie potrzebowała zyt długo pracować na tle poetycznego tematu, gdyż w samej izbie nie znaleziono żadnych śladów człowieka. Mimo to, kto raz zobaczył to miejsce i jego ciemnotę, mówiącą o nieskończonych cierpieniach i strasznej śmierci ofiar tu zamkniętych, a przytem jeżeli u obserwatora trzeszczały pod nogami kości, a do butów sypał się pył ciał ludzkich, ten po wyjściu z podziemia mógł odmalować wstrząsający obraz człowieka żywcem pochowanego. Dla amatorów silnych wrażeń, naturalnych lub sztucznych, pobyt w takim miejscu jest prawdziwym skarbem”.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...