GeoExplorer

Tag: kosztowności

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2)

by on Lis.15, 2015, under Skarby

Golińsk. Fabryka Fritza HankeZlokalizowanie majątku Hankego w Golińsku (Hof Göhlenau) nie jest sprawą trudną. Osoby tropiące od lat ślady gauleitera już dawno ustaliły dokładną jego lokalizację, jak również udało im się odkryć tajemniczą budowlę położoną w nieodległym Mieroszowie. Okazała się nim rozpoczęta budowa podziemnego obiektu o nieustalonym przeznaczeniu, którego budowę prowadzono w oparciu o system budowy obiektów w Bolkowie i Marciszowie. Oględziny wykazały, że podziemny obiekt w Mieroszowie drążony był w wielkim pośpiechu i nie został on nigdy skończony. Do jego budowy wykorzystywani byli najprawdopodobniej więźniowie z miejscowej filii obozu koncentracyjnego w Rogoźnicy Gross-Rosen, AL Friedland. Pewna relacja może potwierdzać informację o tym, że ta niedokończona budowla została jednak wykorzystana wiosną 1945 roku na miejsce złożenia depozytu. Relację tą kilka lat temu przekazał jeden Niemiec, podający się za byłego pracownika majątku gauleitera, niejaki Fritz Hanke. Nazwisko Fritza Hankego odnaleziono na fakturach fabryki z Golińska. Co ciekawe Fritz Hanke był właścicielem fabryki (zdjęcie starej pocztówki „Fabrik von Fritz Hanke”). Czy to tylko jest zwykła zbieżność nazwisk? Przypadek? Czy też ów Fritz był rodziną dla Karla Hanke?

Golińsk od początku XVI wieku znajdował się w rękach Hochbergów. W 1657 roku Heinrich von Hochberg, właściciel Mieroszowa, wzniósł, a raczej przebudował z wcześniejszej budowli (z 1610 roku) w Golińsku dwór jako ośrodek tamtejszych dóbr, ustanawiając go siedzibą właściciela, a gdy stolicą ośrodka stał się Książ (od 1780 roku) dwór stracił swoje znaczenie i zamieszkiwał go tylko administrator. Będąc budynkiem drewnianym spłonął w 1838 roku. Dwór wraz z towarzyszącym mu folwarkiem powstał w pewnej odległości od zabudowy historycznej Golińska, na południowy – wschód od drogi prowadzącej do Czech – Göhlenau Hof (Göhlenauer), stanowiąc odrębną jednostkę osadniczą. Później powstała przy nim osada przyfolwarczna zamieszkana przez pracowników. Folwark był centrum dóbr leśnych obejmujących należące do Hochbergów lasy w Mieroszowie, Łącznej i Unisławiu Śląskim. W samym Golińsku do Hochbergów należał jeszcze folwark będący dawnymi dobrami sołeckimi zwany Kolberci. Z końcem XIX wieku został on wydzierżawiony, a w 1917 roku rozparcelowany. Na przełomie XIX i XX wieku nastąpił dalszy rozwój przemysłu – powstaje tkalnia, zakład produkujący żaluzje, zakład dekoratorski wyrobów ceramicznych i zakład uszlachetniania płótna. Jeden z tych zakładów zlokalizowany był na południe od folwarku Hochbergów i został rozebrany po 1945 roku, zapewne ze względu na swe przygraniczne położenie.

Jak podaje w swojej relacji Fritz, Karl Hanke miał pod koniec wojny wielokrotnie odwiedzać swój majątek. Wizyty te miały odbywać się zawsze w kilka godzin lub w najwyżej kilka dni po przybyciu do majątku kolejnych transportów z nieznaną zawartością. Według niego krążyły wówczas pogłoski, że gauleiter „przygotowuje” się do powojennych czasów, gromadząc zrabowane dobra i kosztowności w najlepszym dla niego z możliwych miejsc. Miała temu służyć między innymi dogodna lokalizacja – niespełna dwukilometrowe oddalenie od starej granicy z Czechami, która po wojnie (jak przypuszczano) stała by się ponownie granicą suwerennych Czech, a to z kolei dla Hankego (bliskość granicy) stwarzałoby wiele dogodnych okazji. Fritz twierdził, że osobiście nigdy nie widział zawartości transportów, tego co było w skrzyniach przywożonych na ciężarówkach, ale jest prawie pewien, że znajdowały się w nich dzieła sztuki oraz wyroby ze srebra i złota. Część skrzyń z przybywających transportów do majątku miała zostać zdeponowana w niedokończonej, podziemnej fabryce pod Mieroszowem.Rynek w MieroszowiePodziemna mieroszowska fabryka miała składać się z trzech sztolni, które pod koniec kwietnia 1945 roku zostały wysadzone w powietrze, a wybuch miał być tak silny, że Fritz porównał go do trzęsienia ziemi. Fakt istnienia podziemnych wyrobisk jest niepodważalny, ponieważ do dziś, po omawianych sztolniach zachowały się w terenie widoczne ślady w postaci zapadlisk i wlotów, które mogą być świadectwem całkowitego zawalenia się na dość długim odcinku podziemnego obiektu, na południowych stokach Kościelnej Góry. Poszukiwacze kilkakrotnie próbowali dotrzeć do nieznanych partii podziemi, ale podejmowane przez nich działania kończyły się już w początkowym etapie prac eksploracyjnych, o czym świadczą pozostawione ślady, a w ich wyniku udrożniono sztolnie tylko na niewielkich odcinkach. Relacja przekazana przez Fritza nie jest odosobniona i nie potwierdzają jej tylko odnalezione sztolnie, ale zachowała się także relacja pewnej kobiety, autochtonki, również byłej pracownicy majątku Hankego o podobnej treści. Według niej na teren posiadłości gauleitera przywożono różne transporty, które grupa zaufanych mu ludzi selekcjonowała zawartość, po czym sporządzane były kolejne, nowe transporty, wyjeżdżające szybko w kierunku Mieroszowa.

Jak wynika z relacji pracownicy Hankego, z części nadchodzących transportów „coś” wydzielano i zamykano w niedostępnej bibliotece gauleitera, której okna zawsze pozostawały zasłonięte ciężkimi kotarami. Dostęp do bibliotecznego pomieszczenia miał tylko Hanke i co najwyżej dwóch innych ludzi. Według dalszej relacji, zawartość biblioteki na przełomie lutego i marca 1945 roku załadowano na dwie ciężarówki, które opuściły Golińsk i udały się jako jedyny transport w kierunku Czech. Ten fakt zapamiętała ona szczególnie gdyż w przygotowywaniu transportu oraz pakowaniu zawartości uczestniczył przez kilka godzin sam gauleiter, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. Mówiono wówczas, że był to „złoty skarb Hankego”.
Po zakończeniu II wojny światowej na terenie posiadłości gauleitera w ocalałych ogromnych zabudowaniach gospodarczych, zlokalizowano fabrykę przemysłu metalowego. Działała przez wiele lat jako przeciętny, przemysłowy, terenowy zakład, w którym znajdowali zatrudnienie okoliczni mieszkańcy. Produkowano w niej między innymi metalowe siatki, żaluzje, końcówki żarówek i wyroby dla gospodarstwa domowego.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, jeden z takich mieszkańców, będący wieloletnim pracownikiem fabryki, został jej zakładowym portierem. Relacjonuje on, że w 1990 roku zgłosił się do niego pewien Niemiec, który poprosił go o możliwość zwiedzenia majątku, który niegdyś należał do jego rodziny, a on sam miał się w nim urodzić. Niemiec opowiedział portierowi czym był ten majątek w czasach wojny. Portier dowiedział się również, że dom rodzinny „gościa” do początku II wojny światowej wchodził w skład dóbr terenowych właścicieli zamku Książ, których jak większości po wybuchu wojny, pozbawiono nie tylko zamku, ale i okolicznych posiadłości ziemskich. Tym sposobem majątek w Golińsku miał trafić w ręce Hankego, który szybko uznał go za swoją rodową siedzibę. Portier, jak twierdzi, nigdy nie wpuścił tego Niemca na teren zakładu, pomimo, że ten przyjeżdżał nawet w niedziele gdy był on nieczynny i na jego terenie nie było innych osób. Nie uległ Niemcowi nawet gdy ten chciał nawiązać z nim bliższy kontakt, proponował mu za przysługę pewna sumę marek, a nawet zapraszał do Hamburga.Mapa okolic Mieroszowa z 1936 rokuJak zakończyła się ta „znajomość” tak na prawdę do końca nie wiadomo, ale skoro prośby owego Niemca miały także poważne poparcie w finansach, portier mógł ulec. Odmowę tłumaczył rzekomą kiepską znajomością języka niemieckiego i zwykłą niechęcią do Niemców.
„Miałem trochę radości, twardo mówiąc „nie” bogatemu gościowi, który sądził, że kupi mnie za kilkanaście marek. Teraz może nie byłbym taki twardy, bo emeryturę mam nędzną, ale on już tutaj nie przyjeżdża (…) Wtedy zresztą nie wiedziałem co znaczy nazwisko Hanke” (takim nazwiskiem przedstawił mu się ten Niemiec).
Znaczenie nazwiska Hanke portier zrozumiał dopiero wtedy, gdy kilka lat temu pochwalił się otrzymaną od Niemca wizytówką pewnemu wałbrzyskiemu nauczycielowi, a ten uświadomił go o jaką rodzinę chodzi.
Tak oto około sześćdziesięcioletni syn Karla Hankego przyjeżdżał do Golińska pięciokrotnie w latach 1990 – 1995, twierdząc, że poszukuje śladów ojca, a z relacji rodzinnych wynika, że majątek jest tym miejscem, w którym na pewno ostatni raz widziano jego ojca.

Portier w relacji dotyczącej swoich kontaktów z odwiedzającym majątek synem Hankego dodał, że ten powiedział mu, iż wie, że ojciec był w Golińsku z jakimś profesorem i stąd mieli odlecieć prawdopodobnie helikopterem do pobliskiego Krzeszowa, a następnie do Jeleniej Góry. Czy tym profesorem był Günther Grundmann? Wszystko wskazuje, że to mógł być on. Warto dodać, że przecież Krzeszów był jedną z oficjalnych skrytek Grundmanna i obaj, zarówno on jak i Hanke mieli wspólny interes w tym, by ryzykować i po wizycie w Golińsku polecieć do Krzeszowa. Składnicę dokumentów i woluminów w Krzeszowie (Grüssau) zlokalizowano w kościele p.w. św. Józefa, a w pobliskiej Kamiennej Górze (Landeshut) zdeponowano obrazy z Dessau, które jesienią 1944 roku na powrót przewieziono do Dessau.
Istnieją też informacje o kilku podziemnych, dobrze zamaskowanych i efektownie wysadzonych, korytarzach w Kochanowie (2 km na północny-zachód od Mieroszowa, w kierunku Dobromyśla i Krzeszowa), w których miano ukryć depozyty, a których nigdy nie spenetrowano.

Możliwość komentowania Mieroszowski depozyt Karla Hankego (2) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1)

by on Lis.01, 2015, under Skarby

Panorama przedwojennego MieroszowaMieroszów (Friedland in Niederschlesien) to 6 tysięczne, kamieniczne miasteczko, leżące na południowy – zachód od Wałbrzycha, oddalone o 4 km od granicy z Czechami, znane dolnośląskim miłośnikom paralotniarstwa z góry Jatki, posiadającej jedyną rampę lotniarską w Polsce. Zostało założone w XIV wieku przez czeskich benedyktynów. Nakręcono w nim również serial przygodowy dla młodzieży „Gruby” (1971 rok) na podstawie powieści Aleksandra Minkowskiego, przedstawiający życie w realiach tak zwanych „ziem odzyskanych”, na których działają grupy Werwolfu i szabrowników. Tuż po II wojnie światowej nosiło ono nazwę Fyrląd Wałbrzyski. W czasie wojny znajdowała się w nim filia obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z Rogoźnicy.
Z jego historią w ostatnich latach wojny, a także pobliskiej miejscowości Golińsk (Göhlenau) związana jest postać gauleitera Dolnego Śląska – Karla Hankego.

Karl Hanke urodził się 24 sierpnia 1903 roku w Lubaniu (wówczas Lauban), a zmarł najprawdopodobniej 8 czerwca 1945 roku w Novej Vsi nad Popelkou (Czechosłowacja), choć jego powojenne losy pozostają do dziś tajemnicą, a okoliczności śmierci nie są do końca wyjaśnione. Po ukończeniu szkoły młynarskiej w Saksonii (od 1921 – 1926 roku pracował w młynarstwie i warsztacie kolejowym) w 1928 roku ukończył w Berufspädagogischen Institut w Berlinie studia, a już w listopadzie 1928 roku wstępuje do NSDAP i tym samym, poprzez zaangażowanie polityczne, jego kariera zaczyna się błyskawicznie rozwijać – 1 kwietnia 1932 roku zostaje osobistym sekretarzem Josepha Goebbelsa. W tym samym roku zostaje delegatem NSDAP do Landtau, później do Reichstagu. Stanowisko to piastował do końca wojny. W 1937 roku został wiceprezesem Izby Kultury Rzeszy.

Ministerialna kariera Hankego kończy się w przededniu II wojny światowej ostrą interwencją Adolfa Hitlera, która była odpowiedzią na romans Goebbelsa z czeską aktorką Lidą Baarovą – Hanke staje się wówczas „powiernikiem” żony Josepha, Magdy. Od 1939 do 1941 roku służy w wojsku, między innymi w Polsce i we Francji, otrzymując za zasługi Krzyż Żelazny pierwszego i drugiego stopnia. Po opuszczeniu szeregów armii Karl Hanke z rozkazu Adolfa Hitlera zostaje gauleiterem Dolnego Śląska, a następnie Heinrich Himmler awansuje go na Gruppenführera SS. Jego bezwzględne rządy doprowadzają do nadania mu przydomka „kata z Breslau”.
29 kwietnia 1945 roku po uznaniu przez Hitlera za zdrajcę Heinricha Himmlera, Hanke otrzymuje po nim urząd Reichsführera SS i dowódcy niemieckiej policji. W Festung Breslau przebywa niemal do samego jej zdobycia przez wojska Armii Czerwonej.Karl HankeW nocy z 5 na 6 maja 1945 roku, tuż przed kapitulacją, Hanke miał rzekomo uciec z Wrocławia za pomocą zarekwirowanej awionetki typu Storch. Samolot podczas lotu dostał się w ogień nieprzyjaciela i najprawdopodobniej został trafiony w zbiornik paliwa, co skutkowało przymusowym awaryjnym lądowaniem. Naprawy dokonano koło lotniska w Mirosławicach, po czym Hanke z pilotem skierowali się do Świdnicy na tamtejsze lotnisko Luftwaffe.
O tego momentu dalsze losy Hankego są niejasne. Przyjmuje się, że najprawdopodobniej przesiadł się w Świdnicy na inny samolot, który rozbił się w Kraju Sudeckim (Sudetenland). Hanke miał przeżyć i dołączyć do Dywizji „Horst Wessel”, z którą prawdopodobnie trafił do niewoli. Kolejny jego ślad miał urwać się też na przejeździe kolejowym w Czechach. Tutaj pojawia się jedna z wersji mówiąca o okolicznościach jego śmierci, a mianowicie miał zostać zabity podczas próby ucieczki z miejsca internowania (osadzenia) przez czeskich wartowników pod Chomutovem.

Niektóre źródła podają, że był widziany po 1945 roku w Argentynie, w której schroniło się wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych, po tym jak odleciał z jednej z lokalnych, drugorzędowych dróg zamienionych w prowizoryczny pas startowy w okolicach Jeleniej Góry, przez Rzeszę do Hiszpanii (w kierunku Madrytu), a dalej przy pomocy patriotów niemieckich z zachowaniem już poczucia zupełnego bezpieczeństwa za Atlantyk. Kierowany dalszą pomocą „obywateli wiernych III Rzeszy” miał osiąść w niemieckojęzycznej osadzie koło Rosario.
Od zakończenia II wojny światowej minęło już 70 lat, a mimo upływu tak długiego okresu czasu powojenne losy wielu czołowych przywódców III Rzeszy nie zostały wyjaśnione i pozostają nieznane. Podobnie jest w przypadku Karla Hankego. Z jego postacią wiąże się nie tylko sprawa tajemniczego zniknięcia, ale również historia ukrywania na jego polecenie w 1944 i 1945 roku tysięcy zrabowanych dzieł sztuki na terenie Dolnego Śląska.

Pewnym jest fakt współpracy na tym polu gauleitera z dolnośląskim konserwatorem zabytków profesorem Güntherem Grundmannem (urodzonym w 1892 roku w Jeleniej Górze, a zmarłym w 1976 roku w Hamburgu). Zadaniem Grundmanna pod koniec II wojny światowej było „zabezpieczanie” dzieł sztuki z kościołów, muzeów, klasztorów i podobnych obiektów. W obliczu zagrożenia ze strony wojsk armii radzieckiej Grundmann dokonywał selekcji i jeździł po różnych miejscach w celu wybrania najcenniejszych rzeczy. Wywożone były one w głąb Dolnego Śląska i ukrywane między innymi w pałacach i zamkach. Pod koniec wojny Grundmann ewakuował zabytki o wyjątkowym charakterze w głąb Rzeszy.
Grundmann stworzył ponad 80 tajnych schowków mających tworzyć podwaliny finansowe pod „nową Rzeszę”, a jego słynna lista („lista Grundmanna”) kończy się datą 21 czerwca 1944 roku (on sam wyjeżdża w głąb Rzeszy dopiero w 1945 roku).prof Gunther GrundmannSpis zabytków (lista) i skrytek depozytowych został odnaleziony w gruzach urzędu konserwatorskiego. Dokument rozszyfrował Józef Gębczak będący historykiem sztuki. Po wojnie wszystkie miejsca ze spisu odwiedziła polska komisja rewindykacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki pod kierownictwem Witolda Kieszkowskiego, który był dyrektorem Naczelnej Dyrekcji Muzeów. Niestety okazało się, że skrytki nie były już kompletne. Komisja podjęła się zabezpieczenia tego co w nich pozostało. Istnieją przypuszczenia, że po 21 czerwca 1944 roku, Günther Grundmann mógł jeszcze sporządzić około 100 skrytek dzieł sztuki i kosztowności.
Osoby zajmujące się sprawą ukrywania zrabowanych dzieł sztuki i kosztowności są przekonane, że Karl Hanke i Günther Grundmann, jesienią 1944 roku i zimą 1945 roku, poświęcili również czas na sporządzenie wielu już mniej urzędowych, prywatnych depozytów, które miały się im przydać się po wojnie.
Przypuszcza się, że takich absolutnie utajnionych depozytów na Dolnym Śląsku sporządzono wtedy kilkadziesiąt.

Günther Grundmann milczał kilkadziesiąt lat, aż do śmierci i chyba nikt nie skorzystał dotychczas z posiadanej przez niego „prywatnej” wiedzy. Poszukiwanie tych ukryć koncentrować można wokół śladów, jakie pozostawił po sobie Karl Hanke, aż do momentu swojego tajemniczego zniknięcia w kwietniu 1945 roku, gdzieś w okolicach Wałbrzycha, Jeleniej Góry lub czeskiej granicy.
Niekwestionowanym faktem, który potwierdza dość wiele wiarygodnych śladów i relacji jest to, że Hanke odleciał pod koniec kwietnia 1945 roku z oblężonego Festung Breslau samolotem. Inne przekazy mówią też o tym, że widziano go podczas oblężenia Twierdzy w wielu innych miejscach, między innymi na zamku Książ, do którego miał przybyć helikopterem. Helikoptery pod koniec wojny były już montowane we Wrocławiu, a gauleiter o tym doskonale wiedział i mógł wykorzystać jeden z nich. Jeżeli wizyta ta jest prawdą, musiała być ona znaczącą i tym samym potwierdza to fakt, że Fürstenstein był do końca przygotowywany do spełniania zadań specjalnych przez wiele powojennych lat.

Karl Hanke korzystając z możliwości jakie dawało szybkie przemieszczanie się helikopterem, wiosną 1945 roku dokonał odwiedzin kilku miejsc, które dziś pod kątem zorganizowania skrytek depozytowych są niemniej istotne, a z pewnością tych, które były miejscami prowadzenia podziemnych robót pod obiekty o niewyjaśnionym do końca przeznaczeniu. Niektóre źródła informują o tym, że widziano go przylatującego helikopterem między innymi w kilku miejscach Gór Sowich jak również w jego własnym majątku w Golińsku, w Mieroszowie, Krzeszowie i Jeleniej Górze. Po II wojnie światowej upowszechniono informację o rzekomej śmierci Hankego podczas ucieczki przed nadciągającym frontem na terenie Czech – miał się on stać całkiem przypadkową ofiarą czeskiego patrolu, który strzelił do uciekającego człowieka. Niestety wersja ta nigdy nie została zweryfikowana, nawet przez jego rodzinę, która dość szczegółowo badała sprawę jego zaginięcia, a po pewnym czasie z jakichś ważnych, zapewne racjonalnych powodów porzuciła zainteresowanie tym wątkiem.

Możliwość komentowania Mieroszowski depozyt Karla Hankego (1) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Opowieści skarbowe (1)

by on Lip.15, 2015, under Skarby

TalaryZanim zacznę opowieść napiszę o niezmierzonej głupocie ludzkiej i proszę tu Czytelników o sugestie – jak temu przeciwdziałać …?
To się dzieje teraz, w 2015 roku…
Zgłasza się do mnie mężczyzna pokazuje mi monetę (zdjęcie powyżej).
Czy ona jest coś warta? Na mojej posesji (w Nakle) kopałem fundament pod garaż i znalazłem garnek, w którym było takich 200, były inne, miały różne obrazki. Zeszlifowałem wszystkie te obrazki, a krążki sprzedałem na złom, dostałem „kupę” kasy, aż prawie 7 tysięcy złotych.
Takie talary ważą od 25 g do 30 g z małym haczykiem, czyli zgadza się.

Kolejny przypadek:
Czy to stanowi jakąś wartość? (gość pokazuje mi „to” na zdjęciu, wielkość 1 cm2).
Było w takim małym starym damskim pierścionku, złoto oddałem na złom (640 zł), a to mogę wyrzucić.
Szkoda, że nie wyrzucił.Zdjęcie Herbu ChludzińskiPowyżej: herb Chludziński – polski herb szlachecki, odmiana herbu Cholewa. Opis herbu: w polu czerwonym między dwiema klamrami srebrnymi, odwróconymi barkami do siebie – miecz ostrzem do góry.

Klejnot trzy pióra strusie
Chludziński / Chludziński – notowane od 1532 roku, od nazwy miejscowej Chludnie (niegdyś okolica szlachecka Chludnie; więcej dwuczłonowych wsi tej nazwy) w dawnej Ziemi Łomżyńskiej (obecnie gmina Mały Płock, powiat kolneński). Nazwisko rzadko spotykane, niemal wyłącznie na Mazowszu – w dawnej Ziemi Łomżyńskiej i dawnej Ziemi Płockiej.
Początek rodowi dało siedmiu braci, którym książę Janusz I Starszy nadał w 1413 roku wymienione Chludnie, skąd wzięli oni później swoje nazwisko. Chludzińscy, licznie rozrodzeni już w swoim gnieździe, początkowo pieczętowali się herbem Cholewa „z tą odmianą, że miecz do góry ostrzem kładą”. Wśród znaczniejszych Chludzińskich w dawnych wiekach spotykamy ponad 40 biorących w kolejnych elekcjach królów polskich w XVII i XVIII wieku. W źródłach historycznych znaleźć można kilkaset notatek na temat różnych Chludzińskich biorących udział w procesach majątkowych, dziedziczących bądź dokonujących transakcji majątkowych w XV – XVIII wieku. Chludzińscy z Chludni pieczętowali się początkowo herbem Cholewa, choć później znajdujemy też przy tym nazwisku i inne herby. Nazwisko nosi obecnie około 1550 Polaków, w powiecie wołomińskim około 15 – 20 osób.

Opowieści
W każdym rejonie Polski krążą legendy o ukrytych skarbach. Odniosę się do opowieści skarbowych dotyczących II wojny światowej. Jest ich bardzo dużo. Napiszę o skarbach, które „dotknąłem” osobiście. Trzeba też wiedzieć, że w opowieściach jest zawsze maleńkie ziarno prawdy (mój poprzedni artykuł „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi”).
Znalazłem siedem dużych beczek o różnej zawartości, którą to zawartość zabraliśmy samochodem ciężarowym. Pewnie do dziś chodzi opowieść po wsi, że:
Niemcy przyjechali nocą i odkopali beczki pełne biżuterii, a ten, co był tam rano zebrał jeszcze dwa wiaderka biżuterii…
Mamy piękną opowieść. Ziarno prawdy? – Beczki były.

Trofiejny pociąg
Na początku lat 80-tych ubiegłego wieku doszła do mnie informacja, że „Trofiejny pociąg” jadący z Niemiec do Rosji zatrzymał się w miejscowości Tychowo, a następnie ruszył do Bobolic.
Odcinek Tychowo – Bobolice pokonał w ciągu 48 godzin. Dlaczego?
Może obsługa chciała coś uszczknąć dla siebie? Informacja przeszła mimo uszu. Po jakimś czasie pojechałem w okolice Bobolic, by przeszukać miejsce po rozbitym niemieckim pancernym pociągu. Znalazłem tam mnóstwo niezidentyfikowanego żelastwa i skrzynkę po amunicji.Skrzynka po amunicjiOddałem ją do Izby Pamięci. Z opiekunem izby mocno się rozgadaliśmy. Mówi:
A wiecie o pociągu Trofiejnym? Z Tychowa do nas jechał ponad dwie doby. Rosjanie podstawili samochody, bo dalej tory były rozbite. Zawartość składu pociągu nie była pełna. Cała załoga została rozstrzelana. Mieszkańcy postawili im pomnik.
Odcinek Tychowo – Bobolice to tylko 25 km szosą, a koleją krócej. Do dziś ta trasa czeka na sprawdzenie.Pomnik ku pamięciLasy
Po przeczytaniu kilku książek o wspomnieniach uciekinierów (patrz „Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi” wątek: Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki), pojechałem odszukać miejsca biwakowania uciekinierów.  W lasach koło (…) spotkałem leśniczego. Wywiązała się przyjacielska rozmowa i leśniczy mówi:
Pokażę panu miejsce gdzie był wyręb lasu. Po wyrębie był nasadzony nowy las. Pług leśny zrywa około 30 cm ziemi. Panie, co tam nie było!
Pojechaliśmy. Piękna leśna droga po jednej stronie młody las, po drugiej bardzo stary. Pokazuje:
To tu się ukryli, a ruskie samoloty ich zbombardowały…Waga i puzderkoWłączyłem wykrywacz i wszedłem do starego lasu. Od razu sygnał i jest – puzderko, kieszonkowa waga, a obok złote obrączki, ale… Na kościach dłoni! KONIEC poszukiwań!!! Dalej nie szukam! Uświadamiam leśniczego, co należy zrobić w takich okolicznościach (zgłoszenie do prokuratury, powiadomienie Fundacji Polsko – Niemieckiej „Pamięć” – pisałem o fundacji w moich komentarzach). Leśniczy prosi mnie bym to zachował dla siebie, bo wie ile z tego będzie problemów. Zgodziłem się. Całe szczęście, ze dziś nie potrafię odszukać tego miejsca, bo to było bardzo dawno temu.ObrączkiNa obu obrączkach widnieją te same inicjały i data „1921”.

Hrabina
Kiedyś poznałem autentyczną hrabinę (nazwisko i miejsce zamieszkania znane autorowi). Mieszka – mieszkała w pięknej starej karczmie z 1892 roku. Miała 9 lat gdy rozpoczęła się wojna i opowiada:
Byliśmy w naszej leśniczówce. Moi bracia (trzech) zapakowali do pięciu skrzynek: wszystkie srebra z leśniczówki (1), cenne książki (2), porcelanę (3), obrazy (4) i wszystkie bibeloty (5). Wynosiliśmy po kolei i zakopaliśmy w lesie obok, każdą w innym miejscu. Dopiero w 1976 roku z jednym z braci pojechałam to odszukać. Znaleźliśmy tylko skrzynkę z obrazami.
Widziałem obrazy w jej karczmie – moje wnuki nie musiałyby pracować. Oczywiście pojechałem z Panią Hrabiną do jej byłej leśniczówki. Samochód na jej prośbę zostawiliśmy dosyć daleko. Dlaczego? Mówi:
Bardzo długo sądziliśmy się z lasami o odzyskanie mojej leśniczówki, oni mnie tu dobrze znają, ale tu się zmieniło…
Pokazała na las w około. Włączyłem wykrywacz metali i idę. Niestety zostałem zauważony. Ale się działo! Niesamowita agresja i chamskie zachowanie – ich. Wzywanie policji, całe szczęście, że nie było obok Pani Hrabiny. Nie czekałem na policję – uciekłem. Czy te cztery pozostałe skrzynki tam są? Nie wiadomo. Być może teraz dałoby się to jakoś załatwić – minęło 15 lat.

Młyn
Pod koniec lat 70-tych pracowałem w jednej z telewizji kablowych, jako przedstawiciel. Chodziłem „ po ludziach” i proponowałem, by się podłączyli do „kablówki”. Podczas takiej pracy spotyka się dużo ciekawych osób. Trafiłem do bardzo starej kobiety powyżej 90-ciu lat – całkiem „kumata”. Mieszkanie bardzo skromne, biedne. Tacy starzy ludzie są bardzo ciekawi, mają piękne wspomnienia. I wojna, II wojna i wiele innych bardzo ciekawych zdarzeń. Rozmawiamy. Podpytuję ją jak pamięta wojnę itd. Ona w trakcie rozmowy mówi:
Przed wojną i podczas wojny przez 17 lat byłam gosposią u Niemca młynarza, miał dwóch synów SS-manów, którzy pracowali w obozie koncentracyjnym dla Żydów. Pomagałam mu pakować w beczki srebra, obrazy, piękną porcelanę i inne cenne rzeczy. On te beczki smołował i okręcał papą. Wszystkich beczek było 12. W trzech nie wiem co było, bo to chowali jego synowie. Beczki zakopali w gnojowicy. Młynarz powiedział – mogą leżeć nawet 100 lat, nic się nie stanie.
A gdzie ten młyn? – spytałem i wymieniła miejscowość (…). Około 15 km od tego miejsca. Mój samochód stoi przed domem. Jedziemy razem. Miejsce wygląda tak, szkic poniżej (mógłbym podać współrzędne GPS, z satelity też pięknie widać).Szkic zabudowań młynarzaByłem w tym miejscu obecnie (w kwietniu 2015 roku), nic nieruszone. Beczki chyba jeszcze są?!

Bród przez Wisłę
W 1999 roku zmieniłem miejsce zamieszkania z Pomorza do centralnej Polski. Bardzo szybko poznałem podobnych mi pasjonatów. Tylko, że tu nie ma depozytów. Koledzy wyspecjalizowali się w poszukiwaniu monet. Bardzo dobrze poznali historię swoich okolic, ale trochę inaczej. Dokładnie określili „Szlak Bursztynowy Rzymian” i inne szlaki handlowe. Miejsca byłych zajazdów, karczm. Pól bitewnych z Krzyżakami. Pojechaliśmy do miejsca dawnego brodu przez Wisłę.Bród, miejsce znalezieniaNa tym polu w sumie znaleźliśmy gdzieś 1000 monet.
Dla mnie to niewiarygodne!
Teraz tu pewnie nic już nie ma.
Na powierzchni około 20 m2 znalazłem to (zdjęcia poniżej). To był tylko jeden „wypad”, bo w 2002 roku weszła ustawa o Ochronie Dóbr Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Do dziś tam nie byłem. W tym roku w czerwcu zmieniły się przepisy i już można. To też jest miejsce „skarbowe”.Oryginalna rzymska fibula I-IV wiek n.e.Oryginalna rzymska fibula I – IV wiek n.e.Wiele nakładających się przedmiotów na 20 m2Przedmioty, które znalazłem na powierzchni 20 m2: między innymi grot od bełta do kuszy, nożyk, część zapinki – średniowieczne.

Zakończenie
To jest tylko pierwsza część „moich opowieści”. Ilekroć zejdę do moich zasobnych piwnic, by poszukać eksponatów (tych, których nie oddałem do muzeów), odkrywam, że jeszcze mogę napisać o:
– Przedwojennym dilerze mercedesa
– Najbogatszym Niemcu rolniku ze wsi Trzesieka pod Szczecinkiem
– Drugim takim samym Niemcu spod Bydgoszczy (aktualnie się tym zajmuję)
– Odkrycie zamaskowanej piwnicy – prawdziwy skarb, dużo zdjęć
– Odkrycie złotych monet w hotelu „Pod Orłem”

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)

Możliwość komentowania Opowieści skarbowe (1) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Złoto krnąbrnych mnichów

by on Lut.23, 2015, under Skarby

Opactwo w LubiążuW 1810 roku po sekularyzacji zakonu cystersów, zgromadzone przez nich kosztowności, nakazem króla Wilhelma przejmuje państwo pruskie, a nieruchomości m.in. prywatni właściciele. W lubiąskim klasztorze znalazła się jednak grupa krnąbrnych mnichów niegodząca się z zawłaszczeniem ich dóbr, „organizuje się”, a następnie potajemnie ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa. Docierają do grangi w Winnicy, a dalej kierują się ku górze Górzec. Tam ślad po nich, a zarazem po kosztownościach urywa się. Ten wątek jest już znany. Wspominaliśmy o nim w pierwszej części „Z pamiętnika eksploratora”. W miarę upływu czasu dochodziły do nas różne informacje dotyczące „skarbu cystersów”, dywagacje ale i fakty historyczne. Co jeszcze wiadomo?

Grupa zbuntowanych cystersów dociera do Górzca. Tam najprawdopodobniej rozdzielają się. Czy zrobili to po podziale kosztowności czy też kosztowności ukryli gdzieś na jego stokach? Jeden z nich pozostaje na Górzcu i prowadzi żywot pustelnika. A może strażnika? Kim był? Czy mógł być nim brat Heinrich Ritter będący konwersem zakonnym? Wiadomym jest, że zaginęła lubiąska kolekcja 700 numizmatów stanowiąca własność cystersów. Czy złoty diadem odnaleziony w okolicach Górzca, którego kopia znajduje się w jaworskim muzeum regionalnym, jest niewielkim śladem potwierdzającym wydarzenia sprzed 200 lat?

„Skarb musiał zostać ukryty w 1740 roku lub niewiele później – wskazuje na to jego skład. Monety oddał na przechowanie w klasztorze na wieść o wojnie któryś z zamożnych mieszkańców Lubiąża, np. jeden z zamieszkałych tam artystów i rzemieślników pracujących do 1793 roku w klasztorze czy nawet bogatszy chłop z okolicy – zakopałby je pewnie brat Ritter, konwers zakonny, właściciel zaś nigdy już nie zgłosił się po nie. Wskazywać na to może historia, która mówi o tym, że ten właśnie zakonnik wydobywał pod nieobecność opata z klasztornej piwnicy pieniądze na daninę, której pilnie zażądał jeden z austriackich generałów.
– Monety ukrył w klasztorze stacjonujący tam pruski żołnierz lub robotnik klasztorny, który po bitwie pod Malczycami w 1741 roku takiego żołnierza ograbił.
– Monety stanowiły część podręcznej rezerwy gotówkowej klasztoru, ukrytej przez brata Heinricha Rittera (…).
Ze względu na wnioski wyciągnięte ze struktury skarbu (gotówka zbierana przez dłuższy czas) wykluczyć należy wariant drugi. Pierwszy zaś i trzeci są do pogodzenia, gdyż Ritter mógł pieniądze powierzone mu za przechowanie ukryć tam, gdzie chował gotówkę klasztorną; wykopując zaś skrzynie z pieniędzmi klasztornymi dzban z depozytem oczywiście pozostawił”.
(Borys Paszkiewicz)Złoty diademCzy krnąbrni bracia zabrali z lubiąskiego opactwa tylko kosztowności ze złota i srebra? Z protokołów komisji sekularyzacyjnej wiadomo jest, że wyposażenie wnętrz klasztoru w Lubiążu (w XVII i XVIII wieku) było niezwykle bogate. To nie tylko wyroby ze złota i srebra ale również ogromna kolekcja dzieł sztuki, ogromne zbiory obrazów znanych mistrzów takich jak Michała Willmanna nazywanego śląskim Rembrandtem, Christiana Bentuma czy F.A. Schefflera. Po sekularyzacji zakonu z ramienia rządu pruskiego zabezpieczeniem dzieł sztuki zajmował się doktor J.Busching. W 1811 roku wybiera on prawie 500 płócien tylko najwyższej klasy do będącej w fazie projektu galerii malarstwa we Wrocławiu. I właśnie w tym miejscu pojawia się wątek zbioru 700 starych złotych i srebrnych monet będących w posiadaniu konwentu lubiąskiego, który w trakcie sekularyzacji… zaginął!

W klasztorze znajdowały się również inne cenne przedmioty takie jak spore ilości starej broni, w tym ponad sto starych muszkietów wykończonych kością słoniową i masą perłową, pistolety, działa, wiwatówki, moździerze, a z broni białej szable, miecze i halabardy; instrumenty muzyczne, materiał nutowy zawierający starą muzykę kościelną i świecką – oratoria, msze, arie. Warto też wspomnieć o kolekcji naczyń stołowych.

„Do momentu sekularyzacji zachowało się już niewiele z poprzedniego bogatego zestawu srebrnych naczyń i nakryć stołowych używanych przez opata, gdyż klasztor w drugiej połowie XVIII wieku zmuszony był do ratowania swoich finansów sprzedażą sreber i klejnotów. W skarbcu kościelnym znajdował się jednak jeszcze: 1 złoty kielich z pateną, 25 kielichów srebrnych z patenami, srebrne cyborium, 3 srebrne monstrancje (jedna wysadzana rubinami i kamieniami szlachetnymi), srebrny pastorał opatów, 2 srebrne krucyfiksy i wiele innych przedmiotów ze srebra oraz ogromna ilość starych szat liturgicznych: samych ornatów 171, 61 dalmatyk, 14 infuł, 17 pluwiali itd. Pałac opatów posiadał bogate i kosztowne umeblowanie; bogatą bibliotekę klasztorną i archiwum wywieziono do Wrocławia”.
(Konstanty Kalinowski)Złoty krajcar z GórzcaWiększość powyższych przedmiotów została wywieziona z Lubiąża ale część z nich pozostała do czasów II wojny światowej. W 1944 roku dolnośląski konserwator zabytków profesor Gunther Grundmann, będący odpowiedzialnym z ramienia Adolfa Hitlera, a dalej władz III Rzeszy za zabezpieczenie dzieł sztuki i zorganizowanie dla nich składnic, wydaje polecenie zdemontowania części cennego wyposażenia klasztornego kościoła (w obawie przed zbombardowaniem klasztoru) i przewiezienie go do składnicy zabytków zorganizowanej w kościele w Lubomierzu. Pozostała część została ukryta w kościelnej krypcie oraz innych częściach opactwa, a to co pozostało, zostało zniszczone przez wycofujących się Niemców i następnie przez wojska radzieckie, w związku z czym po wojnie nie pozostało już nic.

Źródła niemieckie z 1936 roku podają, że w okolicach lubiąskiego opactwa odnaleziono część „skarbu cystersów” ukrytego po 1806 roku w postaci 544 talarów oraz 1/2 i 1/3 talarówki. Co ciekawe właśnie w tym roku Lubiąż odwiedził Adolf Hitler.
Od 1981 roku poszukiwaniami skarbu w Lubiążu za sprawą generała Wojciecha Jaruzelskiego i generała Czesława Kiszczaka zajęli się funkcjonariusze MON i MSW. Jakie były prawdziwe efekty poszukiwań prowadzonych w latach 1981-1982? Chyba jeszcze długo się nie dowiemy lub nie dowiemy wcale. Wiadomo, że w metalowym naczyniu znalezionym w opackim ogrodzie znajdowało się 1353 złotych i srebrnych monet (oficjalnie), które ważyły ponad 6 kg! Wówczas wartość skarbu wyceniono (według katalogów numizmatycznych) na ponad 3,8 mln zł co stanowiło równowartość 61.400 $ (w latach 1982-1983).

Przypomnijmy jeszcze tylko, że początki lubiąskiego opactwa zaczynają się w 1163 roku za sprawą księcia Bolesława I Wysokiego, który ich tu sprowadził z saksońskiego Pforte. Dwunastu mnichów, którzy stanęli na wzgórzu nad Odrą zapoczątkowało rozwój, świetność oraz bogactwo nowego założenia, przyjmując w swe szeregi wyłącznie braci ziomków. Odchodząc daleko od surowej reguły „ora et labora”, członkowie wspólnoty założonej pod koniec XI wieku w Burgundii, stworzyli wielkie centrum gospodarcze i kulturalne, śląską perłę baroku bogactwem i przepychem płynącą. Wyróżniali się nie tyle pobożnością, ile zmysłem ekonomicznym – pierwsza na świecie korporacja finansowa, inżynierowie średniowiecza, przeżywający swój największy rozwój już w XIV wieku.

Wsie, folwarki, lasy, stawy hodowlane, browary i gorzelnie, a nawet kopalnie złota. Gospodarka wolnorynkowa z czasem przestawiona na system czynszowy zwiększający dochody (i to znacznie!), po produkcję na ogromną skalę żywności i handel. Prosperita w najlepszym tego słowa znaczeniu. Posiadacze „skarbów” w postaci relikwii świętych, mających większą wartość w owych czasach niż złoto i szlachetne kamienie – dłoni św. Stanisława, Wawrzyńca, Maurycego, a nawet głowy sześciu dziewic uznanych za święte, złożone w srebrnych kielichach, w tym głowę św. Jadwigi. Lubiąscy cystersi wyspecjalizowali się również w podrabianiu dokumentów i pieczęci, które do chwili obecnej zdobią podrobione oryginały. Kres sielance położył rok 1810, a mnichów w efekcie wypędzono.Kapliczka i schody prowadzące na szczyt GórzcaCzy właśnie dlatego grupa mnichów przeczuwając nadchodzącą przyszłość podjęła decyzję o ucieczce przed nieuchronnym losem wraz z kosztownościami, by chociażby w ten sposób zapewnić sobie spokojną egzystencję na lata? Gdzie zatem są ukryte zabrane przez braci z Lubiąża skarby i jaką rolę odegrała postać mnicha pozostałego na Górzcu jako pustelnik („strażnik” Ritter?). Czy czekają nadal na swojego odkrywcę w Mniszym Lesie na stokach Górzca, Dębnicy, a może Diabelskiej Góry? Teren wymienionych szczytów wydaje się być idealnym do ich ukrycia, na dodatek doskonale znany cystersom gdyż należał do nich od połowy XIII wieku. Naturalne zagłębienia, wychodnie skał, stare XVII-wieczne sztolnie.

Na szczycie Górzca górował niegdyś nad okolicą wybudowany z inicjatywy Henryka Brodatego w XIII wieku zamek otoczony suchą fosą, która istnieje do dziś. Można zakładać, że posiadał on podziemia. Na szczyt prowadzi Droga Kalwaryjska wybudowana w 1740 roku przez cystersów. Skarb może zalegać w niedalekim sąsiedztwie jednej z kapliczek, pod schodami wprowadzającymi na szczyt jak i pod kaplicą pielgrzymkową. Również stoki Diabelskiej Góry obfitują w wiele miejsc nadających się na skrytkę. Na koniec warto też pamiętać o grangi w Winnicy (i jej podziemiach), kościele w Słupie i legendarnym podziemnym przejściu do żarskiej kaplicy oraz wielu innych, nieistniejących dziś obiektach w tym rejonie.
1353 monety przypadkowo odnaleziono. Pozostała tajemnica zaginionego zbioru 700 monet konwentu. Skarb cystersów nadal spędza sen z oczu…

Możliwość komentowania Złoto krnąbrnych mnichów została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby epoki Napoleona

by on Sty.02, 2015, under Skarby

Kampania NapoleonaNa Moskwę!
Każdemu chyba znana jest postać Napoleona Bonapartego cesarza Francuzów, dlatego nie będę przytaczał tutaj jego życiorysu i dokonań, bowiem wszystkie informacje można znaleźć bez trudu w internecie. Ważniejsze dla nas ze „skarbowego” punktu widzenia są jego wyprawy, które jak każdy zakręt historii, sprzyjał powstawaniu skarbów.
Za swego panowania Napoleon prowadził liczne wojny i kampanie, jego wojska przemierzały całą Europę. Tam gdzie wojska Napoleona dotarły dochodziło zwykle (ówczesnym zwyczajem) raz na większą, innym razem na mniejszą skalę do łupienia przeciwnika i podbitych ziem. Niektórzy marszałkowie cesarza znani byli z zapobiegliwości w gromadzeniu dóbr na podbitych ziemiach.

Zwrotnym punktem w karierze Napoleona była słynna wyprawa na Rosję w 1812 roku. Brały w niej udział również polskie wojska Księstwa Warszawskiego. Cała wyprawa pomimo zdobycia Moskwy, zakończyła się klęską i Napoleon musiał wycofać się z Rosji. Trasa odwrotu wiodła przez ziemie Księstwa Warszawskiego, Prusy, Śląsk, a więc przez ziemie obecnej Polski. Jest to ważne o tyle, że teraz padnie kilka słów na temat skarbów związanych z działalnością żołnierzy napoleońskich na ziemiach polskich. Bez wątpienia największym co do objętości (a zarazem wartości) jest „prywatny” skarb Napoleona, pochodzący z łupów z wyprawy na Moskwę. Sam Napoleon interesował się bardzo dziełami sztuki i cennymi przedmiotami zgromadzonymi zwłaszcza w najstarszym i najbogatszym muzeum kremlowskim w Moskwie – otrzymywał na ten temat raporty od szpiegów.

Rosjanie jednak przed wkroczeniem Francuzów do stolicy zdołali je bezpiecznie ewakuować. Mimo to splądrowane miasto dało obfity łup – obrabowano między innymi mennicę z wielką ilością złota i srebra, łupem padły też moskiewskie cerkwie (podobno tylko z Soboru Uspieńskiego Francuzi zabrali 300 kg złota i 5 ton srebra). Rabunki na szeroką skalę czynione w Moskwie zasiliły również prywatny bagaż cesarza, stanowiąc jego osobistą zdobycz. Znajdowały się nim w złote przedmioty, mnóstwo cennych obrazów i dzieł sztuki, wymienia się także trzy złote trumny pochodzące z cerkwi moskiewskich, jak również wielki złoty krzyż z Kremla. W drugiej połowie października 1812 roku Francuzi stopniowo opuszczają Moskwę, wywożąc ogromne łupy.

Złoty łup cesarza
Stolicę Rosji opuściła także cesarska prywatna zdobycz rozmieszczona na wozach i pomimo pospiesznego odwrotu z Rosji, bezpiecznie dociera w okolice miejscowości Supraśl. Jeden z powozów zawierający złota trumnę wypełnioną złotymi monetami, zostaje skierowany do Supraśla, gdzie konwojenci w podziemiach pobazyliańskiego zespołu klasztornego skutecznie ukrywają cenny depozyt tak, że do dzisiaj nie natrafiono na jej ślad. Pozostała część „konwoju”, dla skrócenia drogi podejmuję marszrutę przez zamarznięte Jezioro Augustowskie Długie. Mniej więcej w połowie drogi, pod ciężarem przewożonego ładunku załamuje się lód i dwie karety z cenną zawartością toną w wodach jeziora. Nie muszę chyba dodawać, że również nie odnaleziono ich do dzisiaj.

Konwój skrzyń
W okolicach wsi Bojanowo niedaleko Gdyni, na przełomie XIX i XX wieku, jeden z okolicznych mieszkańców trudniący się wydobywaniem torfu, w trakcie eksploatacji przygotowanego uprzednio terenu, wydobył skrzynię zawierająca bliżej nieokreślone kamienie oraz kawałki metalu. Zniszczoną skrzynię, kamienie oraz żelastwo wyrzucił, zachowując jeden kawałek metalu kształtem przypominający ruszt do pieca, który zaniósł do domu. Metal przeleżał zapomniany w domu znalazcy kilka lat. Dopiero potem okazało się, że bezwartościowy z pozoru kawałek metalu w formie sztabki jest czystym złotem. Sztabka trafiła następnie do Muzeum Gdańskiego.
Zachowała się informacja pochodząca z ustnego przekazu, że w grzęzawiskach istniejących wówczas pomiędzy Bojanowem i Głodowem żołnierze napoleońscy zatopili konwojowane przez siebie skrzynie, lecz co do przyczyny takiego postępowania oraz zawartości i ich ilości brak jest informacji.SkarbyKasa pułkowa
W 1813 roku mała miejscowość Płakowice w powiecie lwóweckim na Dolnym Śląsku stała się areną starcia między Rosjanami i Francuzami. Dowodzący Francuzami generał Puthod zdając sobie sprawę z możliwości okrążenia przez Rosjan i Prusaków, przyjął bitwę, która zakończyła się jego klęską i zagładą całej dywizji. I tutaj na scenę wchodzi „skarbowy” trop. Otóż podobno przed bitwą w pobliżu miejscowego pałacu, w odległości 50 kroków od małego stawu i rosnącego tam krzewu zakopano resztki pułkowej kasy w okutej skrzyni, z której uprzednio wypłacono żołnierzom podwójny żołd. Druga wersja mówi o tym, że eskorta miała wywieźć kasę w kierunku Bielanki, gdzie miało dojść do częściowego rozdzielenia kasy pomiędzy eskortujących żołnierzy, a reszta została zakopana w lesie. Trzecia wersja wspomina, że kasę zakopano na wzgórzu Jaglarz 301 m n.p.m. lub Wietrznik 291 m n.p.m. Te same wzgórza są wymieniane jako miejsca zakopania kosztowności będących własnością jednego z generałów.

Inna informacja podaje, że kasa pułkowa strzeżona stale przez batalion piechoty Westfalskiej, została jeszcze przed bitwą zakopana w beczce na jednym z okolicznych bagnisk. Sprawa może być warta zastanowienia, bo podejmowano kilkakrotnie poszukiwania, ostatnie w 1925 roku. Ponadto dowódca wojsk rosyjskich w pobitewnym raporcie wśród zdobyczy nie wymienia kasy.
Z kolei mieszkańcy nieodległego Mojesza przekazywali sobie legendę z okresu wojen napoleońskich o tym, że w pobliżu wsi oddział Kozaków zdobył podobno transport złota bądź innych kosztowności ochraniany przez konwój francuski. Z uwagi na konieczność ucieczki Kozacy w pośpiechu ukryli w okolicach wsi drogocenny łup – nie odnalezione do dziś kasy wojenne, beczki ze złotem i nie tylko.

Gdzie?
Oto garść szczątkowych informacji dotyczących skarbów pozostawionych przez żołnierzy napoleońskich:
1. Wieś Parszywka (powiat Proszowice, woj. małopolskie) – wycofujący się żołnierze francuscy mieli na terenie wsi ukryć jakieś kosztowności. Brak dalszych informacji.
2. Wieś Solistówka (powiat Augustów, woj. podlaskie) – na łąkach niedaleko wsi miała zostać zakopana beczułka ze złotem przez żołnierzy napoleońskich.
3. Jezioro Sunowo (powiat Ełk) – na jeziorze usytuowane są dwie wyspy zwane Siedliskie Kępy, a przez ludność niemiecką nazywane Francozen Inseln (Francuskie Wyspy) – na ich terenie schronienie znaleźli maruderzy i chorzy żołnierze napoleońscy, którzy mieli tam zakopać swoje łupy.
4. Jezioro Tonka (powiat Lidzbark Warmiński) – w lutym 1807 roku żołnierze gwardii Napoleona rozłożyli się na nocleg na zamarzniętym jeziorze. W nocy pod wpływem ciepła ognisk lód załamał się i wielu żołnierzy utonęło. Najprawdopodobniej do wypadku doszło w północno-wschodniej części jeziora. Zapewne można by odnaleźć sporo z wyposażenia i majątku osobistego żołnierzy, tym bardziej, że jest to akwen zanikający (kurczące się jezioro).
5. Jezioro Kacapka (powiat Hrubieszów) – zgodnie z informacją, powracający żołnierze z kampanii rosyjskiej mieli w nim zatopić jakieś beczki. Niestety nie wiadomo co w nich było ale chodzą słuchy, że… skarby.
6. Kalisz – po przegranej bitwie w lutym 1813 roku wycofujące się wojska francuskie dokonały grabieży dworków i kościołów w Kaliszu. Łupy wieziono na wozach, z których jeden w czasie ucieczki zatonął na mokradłach w okolicach Skarszewa w rozlewiskach Swędrni, a według innej wersji w rzece Prośnie.
7. Jezioro Hańcza – w głębokich wodach tego akwenu napoleońscy żołnierze podczas ucieczki przed Kozakami mieli zatopić taczankę ze złotymi monetami.
8. Lniano (powiat Świecki, woj. kujawsko-pomorskie) – w okolicach starej lipy zwanej „Krzywą Lipą”, przy której miał odpoczywać cesarz Napoleon, z jego polecenia miała zostać zakopana kasa wojenna, która była zbyt ciężka (nieporęczna) do dalszego transportu.
9. Osiek (powiat Starogard Gdański, woj. pomorskie) – przez Jezioro Kałębie miał kiedyś prowadzić most, po którym przejeżdżał Napoleon podczas odwrotu spod Moskwy. Polecił wrzucić do jeziora skrzynię z pieniędzmi, która obciążała go podczas ucieczki.
10. Wiele (powiat Kościerski, woj. pomorskie) – miano w tej okolicy zakopać kasę wojenną, kiedy wojska francuskie pod naporem Rosjan wycofywały się. Wiele lat po wojnach napoleońskich kasy mieli szukać jacyś francuscy oficerowie jednak ich szkice odręczne nie były na tyle dokładne by ją odnaleźć.

Podsumowując
Jak sami widzicie mimo odległych już czasów od tych wydarzeń historycznych (ponad 200 lat), pamiątki po ludziach z tamtej epoki nadal są możliwe do znalezienia. Jeśli jednak szukamy skarbów to odwiedziny starych napoleońskich pobojowisk, jak na przykład te w okolicach Lidzbarka Warmińskiego (bitwa w czerwcu 1807 roku na zachód od miasta) nie jest najlepszym ku temu krokiem, gdzie można znaleźć zwykle destrukty broni, kule armatnie i resztki wyposażenia. Chociaż z drugiej strony, mieszkańcy Płakowic jeszcze przez wiele lat po bitwie znajdowali w rzece i jej pobliżu francuskie monety, złote epolety, zegarki, obrączki i duże ilości broni. I jeszcze jedna uwaga ogólna dotycząca wojen napoleońskich.

Nie tylko skarbów i skarbczyków pozostawionych przez żołnierzy cesarza należy spodziewać się ukrytych w różnych miejscach, zarówno regularnych jednostek, jak też maruderów, z których potrafiły się utworzyć kilkuset osobowego bandy rabujące wszystko dookoła. Ludność cywilna również miała coś do ukrycia – swój dorobek. Jak wynika z zapisów archiwalnych, ludzie nauczeni doświadczeniem, kupcy, urzędnicy, właściciele majątków wraz z informacją o nadchodzących armiach francuskiej i rosyjskiej oraz zbliżającej się wojnie w okolicach Lwówka Śląskiego, w pośpiechu ukrywali swój cenniejszy dobytek w okolicznych lasach, nie bardzo licząc na łagodne traktowanie ze strony zwycięzców, bowiem żołnierze obu armii dopuszczali się rabunków i grabieży. A przecież zdarzało się, że niejedna rodzina opuszczała okolicę i nie wracała bądź ginęła.

Okres wojen napoleońskich można chyba przyrównać do którejś z wojen światowych, z uwagi na ich zasięg. Przez kilkanaście lat jego podbojów i wypraw pożoga wojny zdołała dotrzeć do wszelkich zakątków Europy – od Kanału La Manche do Afryki (Egipt), od Hiszpanii i Portugalii do Rosji i dzisiejszej Chorwacji. Pamiętać też trzeba, że wszystkie te niespokojne czasy, gdy chwieją się podstawy ludzkiej egzystencji i stabilizacji, sprzyjają ukrywaniu dobytku zarówno przez bogatych, jak i biedniejszych ludzi. A głowę daje, że niejedno jeszcze ciekawe znalezisko pamiętające czasy Napoleona leży spokojnie w ziemi czekając na odkrywców – z pewnością także na terenach Polski.

Tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

Możliwość komentowania Skarby epoki Napoleona została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby odnalezione. Zwykłe skarby zwykłych ludzi

by on Paź.03, 2014, under Skarby

MedalionyCelem tego artykułu jest pokazanie śladów świadczących o kulturze materialnej mieszkańców Pomorza przed 1945 rokiem, na podstawie odnalezionych (przed 2000 rokiem) skrytek tzw. „depozytów” ukrytych przez nich (patrz mapa). Pozostawili po sobie materialny ślad w postaci majątku ruchomego, z którego to możemy dowiedzieć się jak żyli i co było dla nich ważne. Przedmioty, jakie ukryli przedstawiają cały dorobek ich życia.
Można wyodrębnić trzy kategorie pozostawiania depozytów:
1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie ucieczki
2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku.
3. Przedmioty pozostawione przez Niemców, którzy zostali, a potem na podstawie ustaleń w Poczdamie zostali wysiedleni (przypis).

Ad 1. Dobra porzucane i ukrywane w czasie wędrówki …
W czasie ucieczki ludność zabierała z sobą prawie cały swój dobytek, który w czasie wędrówki stawał się zbyt uciążliwy i niebezpieczny. Po drodze porzucano rzeczy duże i ciężkie, a gdy była możliwość to próbowano schować przedmioty cenne lub uznane za obciążające (dokumenty, odznaczenia itp.). Po przez odpowiednią lekturę i oczywiście mapy można dokładnie poznać trasę uciekinierów. Przytoczę cytat: „ Nazwy, których nikt już nie wymienia” – Marion Donhoff, wydawca: Borussia 2001 rok, str. 37. „Między Bytowem a Kościerzyną jest miejsce, skąd rozpościera się widok na prostą drogę – trzy kilometry w przód i w tył. Na tych sześciu kilometrach ani kwadratowego metra pustej drogi, same wozy, konie, ludzie i udręka…” (podkreślenie moje). Polecam też artykuł (miesięcznik Odkrywca nr 2 – luty 2010) – „Odnaleziony depozyt biwakujących uciekinierów” – szczegóły w artykule.

Ad 2. Mienie uznane za wartościowe pozostawione w skrytkach – w okresie od lata 1944 do zimy 1945 roku …
Mając czas i możliwość przygotowania miejsca ukrycia cennych dla siebie rzeczy wielu mieszkańców ziem Pomorza (tam prowadziłem poszukiwania) wymyślała różne sposoby sporządzenia tzw. skrytek. Dokumenty, zdjęcia i czasami niewielkiej wartości kosztowności typu zegarki ręczne, pojedyncze obrączki lub pierścionki znajdowałem w domach schowane w piecach, na strychach, w piwnicach, w schowkach w ścianach. Kto i jak chował swój dobytek zależało od okoliczności np. czy i co miał do schowania, czas, jaki był do dyspozycji, położenia domu (na odludziu, w środku wsi), ukształtowania okolicy (znaki, punkty charakterystyczne), dostępne środki transportu. Tuż przed ewakuacją (mój poprzedni post – szczególnie archiwa mówiące o tym jak Niemcy wstrzymywali ewakuacje do ostatniej chwili) mieszkańcy nie mieli czasu na przygotowanie skrytek, była mroźna zima, dlatego też chowano w budynkach gospodarskich pod klepiskiem w chlewikach, drewutniach, szopach, stodołach a nawet w gnojownikach.

W tych miejscach znajdowane są: kanki, skrzynie z ziarnem, ubraniami, silnikami. Trafiają się tam także pługi, brony i inny drobny sprzęt rolniczy. Praktycznie obok każdego gospodarstwa były znajdowane skrytki.
Jak je sporządzano? Na to nie ma reguły. Najczęściej na skraju i w głębi lasu, na wzniesieniach, w wąwozach, obok starych dużych drzew, głazach narzutowych, na miedzach, skarpach i w najbliższej okolicy domu, w kącie ogrodu czy studni. Bywa, że skrytki były rozrzucone po całym sadzie, zakopane w bliskiej odległości od siebie 1-3 metrów. Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby mieszkańcy ukrywali swój dobytek w jednym miejscu (dole). Dzielono dobytek na części mając nadzieję, że nie wszystko odkryje ewentualny poszukiwacz. W pobliżu zabudowań często znajdowane są weki, które zachowały się w doskonałym stanie. Zostały odnalezione w 2001 roku. Przeleżały w ziemi 56 – 57 lat. Kompoty, mięso, słonina po tak długim leżakowaniu w ziemi nadal nadawały się do spożycia.

Ad 3. Dobra pozostawione przez tych, którzy uniknęli wojennej ewakuacji, ucieczki …
Pozostało ich niewielu. Mieszkańcy którzy zostali nie mieli już czasu na przygotowanie porządnej skrytki. Nowi „sąsiedzi” („Przesiedlenie ludności polskiej z Kresów Wschodnich do Polski 1944-1947. Wybór dokumentów”, Warszawa: Neriton, 2000) patrzyli im już na ręce. Chowali rzeczy o wartości sentymentalnej. Pozostały po nich przede wszystkim dokumenty i zdjęcia zakopane w słoikach czy w zawiniątkach z płótna lub skóry. Wynoszone były w nocy i zakopywane najczęściej w głębi lasu.
W czasie wojny i krótko po wojnie szabrownicy poszukiwali głównie kosztowności a resztę niszczyli. Niestety również wiele lat po wojnie część tzw. ”poszukiwaczy” nie szanowała znalezisk i wiele przedmiotów świadczących o kulturze materialnej ludności przedwojennej bezpowrotnie i bezmyślnie zniszczyła. Przyczyną nie zawsze był stan prawny niepozwalający na poszukiwania skarbów zakopanych w ziemi. Często była nieświadomość wagi takich znalezisk. Świadom wartości odnajdywanych przedmiotów (ja po dość długim czasie), często walcząc ze swoją zachłannością, oddawałem część lub całość znaleziska do muzeum. Jednak po doświadczeniach, nie tylko opisanych w prasie (ale i osobistych) gdzie oddający do muzeum przypadkowe znalezisko został potraktowany jak przestępca i miał ogromne problemy, robiłem to anonimowo, nie podając miejsca i czasu znaleziska, tym samym bezpowrotnie tracąc możliwość opisania nie tylko tego miejsca, w którym znaleziono depozyt, ale i wyciągnięcia wniosków dotyczących ludzi, którzy tam mieszkali. Także nie dając możliwości opisania depozytów, jako zjawisko w całości.KufleTrzeba też wiedzieć jak poszukiwania wyglądają w naszym kraju pod względem prawnym. Najlepiej oddaje to artykuł, który ukazał się w gazecie „Rzeczpospolita” w dziale kultura, link – http://www.rp.pl/artykul/212825,828584-Uczciwy-poszukiwacz-skarbu-nie-dostanie-nagrody.html który mówi o:
– skarb musi trafić do muzeum…
– nie wolno samowolnie wykopywać starych rzeczy…
– chcesz poszukiwać skarbów, postaraj się o zezwolenie…
– przepisy dla uczciwych znalazców…
– na znaleźne poczekasz nawet 2 lata…
– skarby powinny należeć do znalazców…

tekst i zdjęcia: Gawant (AG)
przypis autora: dalsze szczegóły w moich wpisach-komentarzach

przypis GeoExplorer: artykuł powstał jako kontynuacja i odpowiedź na publikację „Skarby zakopane-nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył ? ” część 1 i 2Mapa depozytów

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (2)

by on Wrz.12, 2014, under Skarby

Zamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Kiedy?
Na przestrzeni dziejów ludzie, najczęściej w chwili jakiegoś zagrożenia, ukrywali najcenniejsze dla nich przedmioty i dobra. Czytając jakieś opracowanie o skarbach natrafiłem na stwierdzenie, że niegdyś, aby coś ukryć wystarczyło to usunąć z publicznego widoku, z ludzkich oczu. Czy było coś prostszego? Dzisiaj, kiedy ludzie dysponują nowoczesną techniką i odpowiednimi urządzeniami ukrycie czegokolwiek nie jest już takie proste. A mimo to nadal nie jesteśmy w stanie zlokalizować, odnaleźć i odzyskać depozytów z czasów ostatniej wojny.
Tak więc do ukrywania przedmiotów dochodziło w okresie jakiegoś zagrożenia, które wyzwala w ludziach potrzebę minimalizacji strat, potrzebę podjęcia prób ocalenia jak największej części dorobku. Takie stanowisko odnosi się przede wszystkim do „prywatnym posiadaczy”, którzy starali się ocalić jak najwięcej „swojego”, ochronić choćby w części majątek stanowiący nie raz dorobek życia. Myślę, że to zrozumiała postawa, charakterystyczna dla osobników rodzaju ludzkiego, bez względu na narodowość i przynależność państwową.

W przypadku takich schowków ich powstawanie łączyło się z pośpiechem wobec nadciągającego zagrożenia. To zwykle niewielkie schowki, najczęściej lokalizowane w ziemi, na terenie posesji bądź niewielkiej odległości od niej, z depozytem w jakimś metalowym pojemniku np. kance po mleku, skrzyni, albo też niewielki schowek w murach budynków mieszkalnych bądź gospodarczych.
Powstawały również schowki budowane bądź przystosowywane z odpowiednim wyprzedzeniem. I znowu na pierwszy plan ciśnie się przykład działalności Grundmanna. Ale nie tylko on. Takie działania można przypisać większości instytucji upadającego państwa, które ukrywały swoje zasoby, archiwalia. Także bogatsi właściciele próbowali w sposób zorganizowany, nieprzypadkowy, zabezpieczyć posiadane dobra, tyle, że posiadali ku temu większe środki niż zwykli ludzie, którzy musieli polegać na własnych umiejętnościach.

Jak i czym?
Zasadniczo w rachubę wchodziło to czym kto dysponował. Ludzie, których depozyty były skromne pod względem objętości i wartości, nie potrzebowali większych sił i środków do ich ukrycia. Wystarczała siła własnych rąk oraz proste narzędzia, żeby swój skromny skarb bezpiecznie ukryć w ścianie budynku, zakopać w lesie albo we własnoręcznie wykonanej ziemiance.
Większe depozyty wymagały dużo większych sił i środków. Cenne pod względem materialnym albo innym przedmioty i materiały transportowane były często w uzbrojonej ochronie wojska albo SS. Do załadunku i rozładunku wykorzystywani bywali więźniowie, których życie nie było wiele warte dla władz niemieckich i których niejednokrotnie rozstrzeliwano. Takie bezlitosne pozbywanie się świadków nie stanowiło odosobnionych przypadków, nawet czasem ochrona konwoju padała ofiarą takiej zbrodniczej formy zabezpieczenia tajemnicy transportu. Przykładem jest informacja pochodząca z Leśnej, gdzie po wjechaniu konwoju ciężarówek do sztolni odstrzelono wjazd, zasypując wejście i jednocześnie grzebiąc zarówno ładunek na samochodach jak i konwojujących ją żołnierzy.

Jak wynika z tego ostatniego przykładu do odpowiednich prac zabezpieczających używano także materiałów wybuchowych. Miały na celu zamaskowanie wejść do podziemi, sztolni, kopalń bądź przykrycie schowka warstwą skał (przykład z wypowiedzi Klosego) albo innym materiałem – tu można podać przykład złożenia skrzyń w schowku (lochu), a następnie zawalenia fragmentu muru w zamku w Zagórzu Śląskim koło Wałbrzycha jak to opisuje w swoim liście von Schreck (lub Schreckt). Z tego ostatniego przykładu wysuwa się jeszcze jeden wątek.

Mianowicie niektóre schowki i depozyty zabezpieczone były minersko ładunkami wybuchowymi. Von Schreck podaje, że loch, w którym złożono skrzynie zabezpieczono został „przemyślnie zaminowany”, a w drugim przypadku niewielki depozyt złożony w podziemiach kościoła w trumnie zabezpieczony niewielkim ładunkiem wybuchowym. Jednak zabezpieczenia saperskiego należałoby się spodziewać w większości przypadków depozytów, zwłaszcza tych wartościowych, ukrywanych przy pomocy wojska. Nieumiejętna próba neutralizacji bądź obejścia zabezpieczenia miała spowodować detonację czyli odstraszenie ewentualnych chętnych na zagarnięcie depozytu. W taki sposób zakończyła się próba dostania do schowka zlokalizowanego przez Rosjan w Wałbrzychu – próba wejścia do sztolni zakończyła się detonacją ładunków i stratami w ludziach, co spowodowało, że Rosjanie odstąpili od dalszej penetracji i zasypali wejście do sztolni.monetyKto?
Po prześledzeniu tych wszystkich informacji można bardzo ogólnikowo odpowiedzieć, że ukrycia dokonywał każdy kto miał coś cennego, a chciał uchronić przed utratą.
Byli to zwykli mieszkańcy, pospolici obywatele, którzy nie mogli zabrać ze sobą całego mienia uciekając przed frontem i licząc na powrót do domu po ustaniu działań wojennych. Stąd ich skarbczyki zwykle nie zawierały drogocennych metali, dzieł sztuki, diamentów itd., a raczej przedmioty codziennego użytku.
Byli to również ludzie bogaci, którzy mieli świadomość, że zabranie ze sobą cennych przedmiotów w ryzykowną ucieczkę naraża na ich utratę więc lepszą alternatywą dla nich wydawało się ukrycie na miejscu, w specjalnie przygotowanych schowkach, ewentualne powierzenie opieki nad miejscem zaufanym ludziom.

Byli też przedstawiciele władz rozpadającej się Rzeszy, którzy ukrywali to co resort uważał za cenne i nie chciał by wpadło w ręce zwycięzców – obojętnie którego. Mogły to być maszyny i urządzenia, materiały strategiczne. Mogły to być archiwa, których zawartością były zainteresowane państwa zwycięskie, dokumentacja techniczna, zwłaszcza projektów broni, ale też dane wywiadowcze, listy agentów oraz wiele innych informacji. I oczywiście, to co rozpala wyobraźnię poszukiwaczy – kosztowności, bogactwa, metale szlachetne i dzieła sztuki czyli skarby!
Mam nadzieję, że chociaż w drobnej części zdołałem wzbudzić w czytelnikach zainteresowanie tematyką skarbową. Posiadam również świadomość, że niniejszy tekst nie wyczerpuje choćby w części tematu. O wielu aspektach ukrywania depozytów i organizowania schowków nie wspomniałem, a przykłady różnych form i miejsc można by mnożyć. To raczej zasygnalizowanie tematu, które mam nadzieję, uruchomi komentarze i dyskusję ze strony czytelników.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950” Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Uzupełnienie:

W załączeniu mapa i zestawienie nadesłane przez czytelnika (Gawanta) odkrytych przez niego depozytów . Dziękujemy.Mapa depozytówZestawienie ilościowe i procentowe przedmiotów stanowiących zawartość 256 odkrytych depozytów:

Narzędzia rzemieślnicze:                ilość 56,   udział procentowy 11,00
Sprzęt gospodarstwa domowego:  ilość 121,  udział procentowy  23,77
Maszyny i sprzęt rolniczy:              ilość 40,   udział procentowy 7,86
Odzież, pościel itp. :                      ilość 240,  udział procentowy 47,15
Żywność i napoje:                          ilość 4,     udział procentowy 0,79
Kosztowności:                                ilość 2,     udział procentowy 0,39
Dokumenty i zdjęcia:                     ilość 6,     udział procentowy 1,18
Broń:                                              ilość 8,     udział procentowy 1,57
Paliwa itp.:                                     ilość 32,   udział procentowy 6,29
Razem                                            ilość 509,  udział procentowy 100,00

Leave a Comment :, , , , , , , , więcej...

Skarby zakopane – nieznalezione. Kto i gdzie je ukrył? (1)

by on Wrz.05, 2014, under Skarby

imageZamiast konkretnej opowieści skarbowej, garść faktów, domysłów i spekulacji związanych z ukrywaniem i zabezpieczaniem różnego rodzaju majątku, zbiorów czy też prywatnego mienia. Żeby utrzymać się w „osi tematu” postanowiłem skorzystać z formuły kilku pytań, które pozwolą na pewne usystematyzowanie zagadnienia ukrywania skarbów. Na potrzeby tej dywagacji postaram się odpowiedzieć na następujące pytania: co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i na samym końcu – kto…?

Ze wszystkich wydarzeń historycznych, w których dochodziło do ukrywania skarbów – w szerokim rozumieniu tego słowa – najbardziej na wyobraźnię osób zajmujących się tą tematyką działa okres II wojny światowej. Przyczynia się do tego zapewne skala dokonywanych rabunków przez służby III Rzeszy, rozmiary konfliktu, a także mnogość relacji dotyczących ukrywania i deponowania różnego rodzaju cennych przedmiotów i wartościowych zbiorów np. archiwaliów, bibliotek, zbiorów sztuki. Ponieważ zainteresowanie czytelników ogranicza się najczęściej do terenów Polski, siłą rzeczy przy podawaniu ewentualnych przykładów postaram się ograniczyć do jej granic, chociaż oczywistym jest, że sposób postępowania mógł być podobny w całej Europie.

Pomijam całkowicie kwestię zagubionych przedmiotów, których utrata była najczęściej wynikiem pechowego zbiegu okoliczności dla posiadaczy, którzy nieświadomie bądź wbrew zamierzeniom tracili dany przedmiot – no cóż, pech. Jako definicję ukrycia (skarbu) przyjmijmy celowe działanie posiadacza zmierzające do przechowania (zabezpieczenia) depozytu w stanie nienaruszonym na nieokreślony okres czasu do momentu ponownego objęcia go w posiadanie i swobodnym dysponowaniem nim.

Co?
Ludzie ukrywali to co stanowiło dla nich jakąkolwiek wartość. Nie tylko złote monety, sztabki, biżuterię. Zdarzało się przecież i jest na to sporo dowodów, że ukrywano również przedmioty codziennego użytku lub wyposażenie gospodarstw domowych. Motocykle, rowery, maszyny do szycia, zastawę stołową i sztućce, obrusy, firanki czy ubrania – przedmioty takie mające wymierną wartość dla właścicieli, a których nie można było zabrać ze sobą albo należało je uchronić przed zrabowaniem, ukrywane były w przygotowanych uprzednio miejscach. Z takiego założenia wychodzili bodaj niemieccy mieszkańcy Dolnego Śląska opuszczający swoje rodzinne strony w ucieczce przed nadciągającym frontem w nadziei, że wrócą tu jeszcze w bardziej sprzyjających okolicznościach i odbiorą co swoje. Bądź też takie zabezpieczenie ich mienia pozwalało spokojniej patrzeć w przyszłość i dawało nadzieję na doczekanie spokojniejszych czasów, kiedy przybyli Polacy i Rosjanie się uspokoją lub wyniosą. Takie schowki zapewne zlokalizowane były w każdej miejscowości.

Chyba jednak najbardziej wymownym przykładem czego dotyczył proces ukrywania dóbr świadczy działalność dolnośląskiego konserwatora zabytków Günthera Grundmanna. Początkowo, jak się wydaje, jego działalność zmierza do zabezpieczenia zgromadzonych dzieł sztuki i rozlokowania w bezpiecznych miejscach, a następnie rzeczywiście następuje ich ukrywanie. Jest tego bez liku – zbiory sztuki, rzemiosła, zasoby lokalnych muzeów, archiwalia i zbiory biblioteczne. Podobna działalność, ale już na własną rękę, prowadziła zapewne większość Niemców posiadających na Dolnym Śląsku posiadłości i majątki. Dla przykładu wspomnę jedynie właściciela zamku Czocha – Ernesta Gütschowa, który w specjalnym pancernym pokoju ukrył sporą ilość dóbr materialnych w postaci przedmiotów o wartości historycznej i materialnej, w tym cenne ikony prawosławne, którego zawartość opróżniono z zamiarem wywiezienia ich do amerykańskiej strefy okupacyjnej.

Dochodziło również do ukrywania prawdziwych skarbów – zasobów złota ze skarbców bankowych, depozyty ludności cywilnej w postaci biżuterii oraz walorów walutowych. O takim wątku opowiada historia niejakiego Herberta Klosego, oficera Policji, jak sam uparcie twierdził, który uczestniczył najpierw w typowaniu odpowiednich miejsc, a następnie w ochronie transportów do miejsc ukrycia. Ale najbardziej znanym miejscem ukrycia tych prawdziwych skarbów i na dodatek odnalezionym przez aliantów, jest bez wątpienia kopalnia Merkers, gdzie naziści złożyli pod ziemią ogromne ilości pieniędzy w różnych walutach, złoto i inne cenne metale w sztabkach, numizmaty oraz dzieła sztuki.prof Gunther GrundmannGdzie?
Chyba największym wzięciem cieszyła się metoda polegająca na ukryciu dóbr w ziemi czyli zakopaniu ich. Można przyjąć, że w ten sposób powstało mnóstwo przydomowych skarbczyków, w których właściciele deponowali swoje dobra.
Nieodmiennie, ludzie ukrywali swoje dobra również w miejscach swojego zamieszkania czyli w budynkach mieszkalnych i gospodarczych. Zwykle dokonywano zamurowań niewielkich skrytek w murach budynków, czasem ukrywano rzeczy pod podłogami. Innym razem w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania, w sobie znanym miejscu. Dla autochtonów wybór charakterystycznych miejsc nadających się na skrytkę, a jednocześnie dla obcych sprawiających wrażenie nieciekawych bądź przeciętnych nie jest był problemem. Ponadto wybór takiego miejsca zwykle wiązał się z możliwością stałego, a zarazem w miarę dyskretnego, nie wzbudzającego podejrzeń dostępu.

Niekiedy właściciele depozytów pozostawiali zaufanym instrukcje pozwalające zlokalizować schowek. W takich przypadkach, aby zapewnić sobie możliwość odnalezienia ukrytych dóbr, nieodzownym jest korzystanie ze znaków terenowych w postaci charakterystycznych skał, głazów, drzew, innych obiektów jak choćby kapliczki, które usytuowane były w danych miejscach od bardzo dawna, czasem „od zawsze” i oczywiście istniała bardzo mała szansa, że w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Położenie skrytki lokalizowano zwykle na zasadzie: „20 kroków od skały w kształcie grzyba w stronę potoku, wzniesienia, młyna…” itd. W taki sposób między innymi podawano lokalizację schowka na słynnej już Wyspie Kokosowej, do której prowadzi „ścieżka” wiodąca przez kilka charakterystycznych punktów orientacyjnych w terenie. Jednak była ona (i jest) na tyle nieścisła z różnych powodów, że do dzisiaj nie odnaleziono zgromadzonych tam skarbów.

A z „naszego” podwórka, w ten sposób najprawdopodobniej był zlokalizowany schowek w miejscowości Wetyn, poszukiwany przez Rosjan dysponujących planem, na którym punktem orientacyjnym mogła być lipa, wcześniej wycięta przez polskich osadników, o czym zresztą nie śmieli poinformować sowieckich żołnierzy.
Dość ciekawą informacją, można powiedzieć – pomysłową jeśli chodzi o wykonanie, a jednocześnie prostą i skuteczną, jest informacja o sporządzeniu zbiorowego schowka przez mieszkańców przed opuszczeniem miejscowości Lasocice w 1945 roku – mianowicie, chcąc zabezpieczyć swoje mienie, którego zabrać nie mogli, wykopali dół na drodze, odpowiednio go zabezpieczając, a po złożeniu depozytu, schowek zamknięto, na wierzchu zaś układając bruk i przywracając stan poprzedni drogi. Prawda, że pomysłowe?

I jeszcze kolejny przykład – jako ciekawostkę można podać przykład ukrywania mienia w specjalnych ziemiankach zbudowanych (podobno mnóstwo) w lasach wokół miejscowości Poręba koło Bolkowa. Schowki takie miały dać zabezpieczenie na kilka tygodni,  dobrze zamaskowane bez odrobiny szczęścia, były nie do namierzenia. Informacje te wiążą się z celowymi wysiłkami przedstawicieli pewnych urzędów Rzeszy wobec braku możliwości wywiezienia  mienia w bezpieczniejsze rejony w ostatnim okresie II wojny światowej.
Na podobnej zasadzie ale lepiej zabezpieczone przed wpływem czynników zewnętrznych są przykłady wybudowania specjalnych bunkrów. Pierwszy przykład to sporych rozmiarów bunkier wybudowany pod nadzorem SS w miejscowości Przesieka niedaleko Jeleniej Góry, którego lokalizację wskazała pewna Niemka Polakowi w rewanżu za przekazanie dla niej i jej dzieci żywności. Bunkier ten od czasów wojny prawdopodobnie nie naruszony, spoczywa pod niewielką warstwą ziemi do dziś.

Drugi przykład pochodzi z terenów położonych niedaleko miejscowości Stegna przy Mierzei Wiślanej. Tam z kolei, więźniowie najprawdopodobniej z pobliskiego obozu Stutthof, pod nadzorem SS wybudowali w zalesionym terenie kilka niewielkich bunkrów ulokowanych w rozkopanych pagórkach, które po złożeniu zawartości w postaci skrzyń zamykano a następnie zasypywano ziemią i maskowano poprzez obsadzenie roślinnością i krzewami. I jeszcze pozostając przy tematyce bunkrów można wspomnieć o bunkrze o dużej kubaturze zlokalizowanym pod Stadionem Olimpijskim we Wrocławiu, którego poszukiwania nie dały efektu.
Podobną do ukrywania w ziemi jest metoda wykorzystywania kopalnianych wyrobisk, szybów górniczych, niekoniecznie starych i opuszczonych oraz sztolni i jaskiń. Dolny Śląsk posiadający liczne sztolnie i wyrobiska górnicze, zgodnie z licznymi przekazami, był obszarem, gdzie ten sposób ukrycia stosowany był bardzo często.

Chyba najbardziej znana akcja, a jednocześnie największe znalezisko łączy się ze wspomnianą wcześniej kopalnią Merkers. To tam Alianci znaleźli głęboko pod ziemią ogromne zasoby waluty, kruszcu, kosztowności i dzieł sztuki, ukrytych w wielkim pośpiechu przez służby upadającej III Rzeszy. I chyba właśnie pośpiechem należy wytłumaczyć, iż do kopalni trafiły takie dzieła sztuki jak obrazy, którym mikroklimat tam występujący zdecydowanie nie mógł służyć i narażał je na uszkodzenie. Taką nonszalancją w podejściu do zabezpieczenia mienia w kopalniach i sztolniach we wcześniejszym etapie władze niemieckie nie wykazywały się. Zdecydowanie uwzględniały okoliczności mające wpływ na właściwe zabezpieczenie ukrywanego mienia i nie upychały łatwo mogących ulec uszkodzeniu przedmiotów w miejscach, w których mogło by to je spotkać. Wręcz dbano nawet o odpowiednie rozproszenie zbiorów na wypadek częściowego ich zniszczenia. Natomiast to na co warunki fizyczne miały niewielki wpływ bez pardonu mogło być spokojnie zakopane w ziemi. O takim podejściu wspomina również osławiony Klose, który podawał: „Mianowicie saperzy wywiercili dziury w pochyłej skale, zostały tam załadowane skrzynie i następnie kawałek ściany został zerwany”.

Jednak najwięcej przekazów i informacji pochodzi o ukryciach w pałacach i zamkach, zwłaszcza na Dolnym Śląsku. Kultowym zagadnieniem jest tu akcja ukrywania zabytków i zbiorów dokonana przez konserwatora prowincji dolnośląskiej dr Grundmanna. Odszyfrowana lista składnic jest dobrze znana, jak również w większości przypadków los złożonych tam depozytów. Chociaż wykluczyć nie można, że w kilku przypadkach raz złożone tam przedmioty zostały ponownie przeniesione w inne miejsca i ukryte, bo przecież komisja rewindykacyjna stwierdziła opustoszenie części składnic, czego nie da się zrzucić w całości na karb rabunków Armii Czerwonej. Poza tym, przypuszcza się, że lista Grundmanna jest niepełna, a dokładniej lista zawiera jedynie część  miejsc, w których zlokalizowano składnice. Bo są na niej miejsca wytypowane przez konserwatora zabytków do lata 1944 roku, a przecież Grundmann działał nadal niemal do nadejścia wojsk radzieckich.

Wspominałem już o zamku Czocha i jego ukrytym pokoju ze skarbami. To kolejny ujawniony i niestety rozgrabiony skarb, którego losów nie udało się w pełni wyjaśnić. Jeśli chodzi o zamki to nie wypada wspomnieć o zamku Książ z jego rozbudowanymi podziemiami, w których pod koniec wojny coś ukryto, a jak twierdzą kategorycznie świadkowie, układ korytarzy i hal nie zgadza się z tym co zapamiętali – stwierdzali brak pewnych pomieszczeń.
Zresztą można przyjąć, że w większości zamków i pałaców Dolnego Śląska właściciele i zarządcy podejmowali podobne akcje zmierzające do ukrycia określonych dóbr, czasem w piwnicach i podziemiach, czasem w parkach, a czasem, jak w Warmątowicach w przypałacowej fosie, gdzie zatopiono bogatą kolekcję monet i medali, z której resztki odzyskano po wojnie spuszczając z niej wodę.

Przedstawione powyżej przykłady na pewno nie wyczerpują tematu możliwych lokalizacji schowków. Możliwości takie ograniczała zapewne tylko pomysłowość organizatorów. Nie wspomniałem o wielu innych znanych, czy wręcz osławionych miejscach. Wykorzystywano niemal wszystko co dawało rękojmię skutecznego ukrycia. Organizowano schowki w grobowcach i na cmentarzach, wykorzystywano kapliczki albo – jak się wydaje na przykładzie Cieplic koło Jeleniej Góry oraz Łańska, przy oznaczaniu lokalizacji schowka prawdopodobnie skorzystano z obsadzenia charakterystycznymi drzewami, nie występujących naturalnie na danym terenie.

tekst: Zibi (ZB), Wielka Brytania

(opracowano przy wykorzystaniu: „Niezwykłe tajemnice zaginionych skarbów” Reinhold Ostler; „Skarby Śląska” Robert Primek, Maciej Szczerepa, Wojciech Szczerepa; „Tajemnice ukrytych skarbów” Joanna Lamparska; „Skarby, poszukiwania i poszukiwacze”, „Leksykon skarbów polskich”, „Poszukiwania skarbów ukrytych w Polsce” Włodzimierz Antkowiak; „Nie odkryte skarby na terenie Polski” Lech Zatorowski; „Milczące ślady” Leszek Adamczewski; „Tańcząc na wulkanie” Anna Sukmanowska, Stanisław Stolarczyk; „Ukryte skarby – niezwykłe losy dzieł sztuki na Dolnym Śląsku w latach 1942-1950” Bogusław Wróbel; „Poręba – schowek pod drogą” Marek Chromicz, Nowiny Jeleniogórskie nr 46 z 13-19.11.2001 r.)

Leave a Comment :, , , , , , , więcej...

Z pamiętnika eksploratora…

by on Kwi.05, 2014, under Galimatias

Płyta z otworemO odnalezionych podziemiach cysterskich…

Historia z podziemiami cysterskimi w okolicach miejscowości Słup rozpoczyna się w 1810 roku, kiedy to w wyniku sekularyzacji zakonu grupka mnichów nie godząc się na zarekwirowanie dóbr i kosztowności zgromadzonych w lubiąskim klasztorze, buntuje się i ucieka z ich częścią w kierunku Krzeszowa, gdzie mieści się kolejne opactwo. Docierają do Winnicy, gdzie umiejscowiona była ich grangia, a dalej w kierunku Słupa i góry Górzec.

Jedna z legend dotycząca terenu gminy Męcinka mówi o podziemnym przejściu z kościoła w Słupie do kaplicy we wsi Żarek, która obecnie nie istnieje – pozostaje zalana pod wodami zbiornika Słup. Owa kaplica była niegdyś częścią klasztoru należącego do zakonnic, o surowej regule zakazującej pokazywania się wśród ludzi, zatem do słupskiego kościoła chodziły tym podziemnym korytarzem.

Krnąbrni mnisi wraz z przywłaszczonymi dobrami kierują się na Górzec. Masyw jest im dobrze znany z racji tego, iż od połowy XIII w. góra ta jak i obszar Mniszego Lasu należał do cystersów z Lubiąża, a w 1740 r. wytyczyli oni na niej tzw. Drogę Kalwaryjską, wzdłuż której ustawiono 14 piaskowcowych kapliczek. Ponadto znajduje się on mniej więcej w połowie drogi z Lubiąża do Krzeszowa. W 1810 roku u podnóża Górzca powstaje pustelnia, w której to zamieszkał jeden z mnichów, jak domniemywano „strażnik” cysterskich dóbr, ukrytych gdzieś w okolicy. O losach pozostałych jego kompanów nic nie wiadomo. Sam teren masywu Górzca obfituje w różnego rodzaju pozostałości po średniowiecznych pracach górniczych, takich jak sztolnie, szyby, pingi, itp., co niewątpliwie sprzyja możliwości ukrycia dóbr. Na szczycie zaś znajdował się XIII-wieczny zamek wzniesiony przez Henryka Brodatego, który mógł posiadać podziemia.

Gdzie mnisi ukryli przywłaszczone dobra? Czy na terenie grangi, kościoła w Słupie, w masywie Górzca, czy może w podziemiach? Do dziś pozostaje to tajemnicą. Podziemi nigdy nie zlokalizowano…Widok przez otwórI w tym momencie pojawia się nowy wątek, ślad. Otóż dowiadujemy się od znajomego, że kiedyś członek jego rodziny, w latach 70-tych XX w. pracował jako robotnik fizyczny przy prowadzonych pracach ziemnych między Winnicą a Słupem i opowiadał mu pewną historię. W trakcie prowadzonych prac ziemnych w znajdującym się tam lasku natrafili przypadkiem na jakiegoś typu „kamienny właz i komorę”. Prosimy znajomego by w miarę możliwości dopytał o szczegóły i lokalizację tego „znaleziska”. Po kilku dniach otrzymujemy odpowiedź ze szczątkowymi informacjami o tym odkryciu. Miała to być, porośnięta już runem, kamienna płyta z metalowymi uchwytami, po środku której znajdował się okrągły otwór „jakby do cyrkulacji powietrza wewnątrz-wywietrznik…”. Robotnicy uznali, że jest to pewnie jakiś stary grobowiec. Jednak gdy zajrzeli do wnętrza przez otwór, nie było w komorze trumien, a w jedną i druga stronę widoczne były łukowate, zamurowane cegłą wejścia.

Po tej informacji, mając jako takie namiary na ten „lasek” i umiejscowienie w nim płyty, nie pozostało nic innego jak zweryfikować ją w terenie. Jest grudzień 2013 roku. Zaopatrzeni w metalowe pręty do sondowania podłoża udajemy się do Winnicy i wskazanego lasku. Na miejscu bez problemu odnajdujemy go, po czym „przeczesujemy” dokładnie wzrokiem jego runo. Niestety nic charakterystycznego nie zauważamy. Postanawiamy zatem wykorzystać metalowe pręty i mniej więcej co 1 m sondujemy podłoże w nadziei natrafienia na „coś” twardego. Ponieważ jest przełom jesieni i zimy, a co za tym idzie dzień krótki, jesteśmy zmuszeni nasze poszukiwania rozbić na kilka dni po około 2 godziny dziennie. Teren nie jest mały, a dodatkową trudność nastręcza gęste poszycie runa leśnego, plątanina różnego rodzaju roślin. Często natrafiamy na duże kamienie zalegające tuż pod powierzchnią, dające nam fałszywą nadzieję, że to już to.Podziemia (1)W końcu po kilku dniach sondowania podłoża natrafiamy na coś twardego i o większych gabarytach, ukryte pod warstwą ściółki i porastającego ją bluszczu. Zaczynamy nerwowo rozgrzebywać bluszcz, a naszym oczom ukazuje się… kamienna płyta! Nareszcie! Pozbawiamy ja maskującej okrywy roślinnej, pojawiają się metalowe uchwyty i na jej środku otwór wielkości piłki do koszykówki. Płyta ma grubość 12 cm, wymiary 1,5×1,5 m. Oświetlamy przez otwór wnętrze. Komora jest pusta, w całości wykonana z cegły, głębokości około 2-2,5 m, wymiarach około 2×2 m, do której sprowadza kilka stopni również wykonanych z cegły. Podłoże jest wilgotne. Ściana naprzeciw stopni jest jednolita, natomiast w jedną jak i w drugą stronę widoczne są łukowate chodniki zamurowane cegłą. Na tą chwilę nie jesteśmy w stanie „ruszyć” płyty i odsłonić na tyle, aby dostać się do wnętrza. Na koniec robimy zdjęcia wnętrza opuszczając aparat przez otwór na tyle, na ile pozwala nam długość ramion oraz samej płyty. Informacja przekazana przez znajomego okazuje się w 100% prawdziwa. Zadowoleni z wyników poszukiwań odpuszczamy sobie na razie dalszą eksplorację odkrytej komory. Na powrót maskujemy ją roślinnością nie pozostawiając po sobie żadnych śladów naszej bytności i prac. Miejsce jest jak nie naruszone. Co kryje się w zamurowanych cegłą chodnikach? Dokąd prowadzą? Czy są drożne? Tą tajemnicę zostawiamy sobie na cieplejsze dni, gdy będą dłuższe, a roślinność bujna, by nie przykuwać uwagi osób postronnych… Jedno wiemy na pewno – nie jest to grobowiec, ani jakakolwiek konstrukcja drenująca. Nie w tym miejscu…Podziemia (3)W marcu 2014 roku powracamy do tematu odnalezionej komory. Zaopatrzeni w sprzęt niezbędny do odsłonięcia kamiennej płyty na tyle, aby móc wejść do wnętrza, ponownie udajemy się w kierunku Winnicy. Dochodzimy do „naszego” miejsca – jest w stanie takim, w jakim je pozostawiliśmy. Oczyszczamy płytę. Po kilku próbach nareszcie udaje się nam ją odsłonić na szerokość pozwalającą wejść do środka. Wnętrze jest czyste, jakby nieużytkowane. Cegły trochę zmurszałe na powierzchni, ale w dobrym stanie. Ostukujemy ściany. Ściana na wprost schodków wydaje dźwięk „pełnej”, natomiast boczne, o łukowatych sklepieniach „głuchych”. Postanawiamy rozkuć warstwę muru zabezpieczającego przestrzeń za. Po godzinie pracy wykonujemy otwór przez który możemy przecisnąć się dalej. Kierunek Słup… Chodnik jest wąski , nie przekracza metra szerokości i wysoki na 160 cm, w całości obudowany cegłą, podłoże wilgotne. Po około 100 m napotykamy na niewielki zawał z prawej strony, napór ziemi i czasu wypchnął dość spory fragment cegieł. Po niewielkim rozkopaniu go brniemy dalej. Napotykamy na pozostałości jakichś desek, wiklinowego kosza i porozrzucanych fragmentów porcelany, najwyraźniej z potłuczonego naczynia. Trochę dalej na kawałki szkła, fragmenty materiału, drzewiec niedopalonej pochodni.Podziemia (4)Korytarz cały czas biegnie lekkim łukiem w lewo. Po następnych 100 m napotykamy na kolejny, tym razem już sporych rozmiarów zawał ze stropu, odcinający dostęp do dalszych partii. Wracamy i dokładnie przyglądamy się ścianom, stropowi. Nic na nich nie ma. Żadnych napisów, żadnych rytów. Żadnych szczegółów, czysta cegła. Wychodzimy z komory, powtórnie nasuwamy płytę, maskujemy ją, zacieramy ślady naszej obecności w tym miejscu. W tym momencie nie mamy już więcej czasu by podjąć się próby przekopania zawału oraz wykucia otworu w drugiej ścianie. Przeszliśmy około 200 m. Ile jeszcze czeka przed nami? Ile czeka w drugim kierunku? Tę zagadkę zostawiamy sobie na kolejną wizytę… Kolejne co wiemy na pewno – są to podziemia.

Napotkany zawał nie daje spokoju… Wracamy po kilku dniach, nastawieni na przekopanie go. Początek eksploracji podobny do poprzedniego. Docieramy do zawału. Kopiemy… 1 godzina… 2 godzina… Udaje się! Zawał został przekopany,a za nim (!) widnieje ściana z cegieł! Kujemy. Cegły są wilgotne i zmurszałe, szybko ustępują naszym przecinakom, łomom i młotkom. Zaglądamy przez otwór oświetlając wnętrze. Pierwsze co rzuca nam się w oczy to następna ściana z cegieł oddalona o około 5 metrów. Ha! Specjalnie utworzona komora, oddzielona ścianami z cegieł, grodziami! Widzimy w niej ceglane schody biegnące ku stropowi, a przecież nad nimi nie ma żadnej budowli? (…) Chodnik biegnący od „komory wejściowej” w kierunku Słupa okazał się być zakończony opisaną komorą. Komorą, grobowcem, ossarium, schowkiem, depozytem. Dalej, za ścianą komory nie było już nic (obudowanego cegłą korytarza/tunelu), jedynie zwykła ziemia. Pozostaje eksploracja zamurowanego chodnika od „komory wejściowej” w kierunku Winnicy…

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...