GeoExplorer

Tag: legenda

Legenda o diable Borucie… (1)

by on Gru.12, 2014, under Legendy

Boruta w lochuŁęczyca, w pośród błot, nad rzeką Bzurą. Tu Boruta, to nazwa sławnego diabła, co dotąd siedzi pod gruzami łęczyckiego zamku.
Żyje on długo, bo już niemal sześć wieków. Teraz jednak już się zestarzał, gdyż wielce się ustatkował i mało o sobie daje wiadomości. Imię to było niegdyś bardzo znane i niejeden szlachcic łęczycki, Piskorzem, od tłustych i popularnych tu ryb nazywany, gdy chciał dogryźć sąsiadowi, przeklinał:
Żeby go Boruta zdusił, albo łeb ukręcił!
A diabeł, który chętnie takie złorzeczenia słuchał, dopełniał nieraz życzenia.
W pobliżu zamku łęczyckiego mieszkał szlachcic niewiadomego nazwiska i herbu. Był on nad wyraz rosły i silny. Nikt z nim nie mógł się mierzyć na szable, bo od razu przeciwnikom silnym zamachem wytrącał oręż z ręki. Nawet wielu atakujących nie dało rady rębaczowi, gdy się plecami on o dom oparł.
Ponieważ szlachcic był bardzo silny i miał w sobie wielką moc sądzono, że mu sam diabeł pomaga i nazywano go Borutą, a że nosił siwy płaszcz, dla odróżnienia od prawdziwego diabła dostał przydomek Siwego Boruty.
Od tej chwili, nikt go nie zaczepiał. Każdy mijał lub ustępował mu z drogi. Nawet w gospodzie pijana szlachta, kiedy szukała zaczepki, na sam głos Siwego-Boruty, wychodziła na zewnątrz karczmy by tam między sobą wyjaśniać i rozstrzygać spory.

Siwy Boruta był bardzo zadowolony, że tak go szanują, a był to raczej strach sąsiadów, co znali moc „żylastej prawicy” niż szacunek. Pewny swego i zuchwały w przechwałkach odgrażał się także, że jak złapie prawdziwego Borutę, to mu karku nadkręci, a skarby, których pilnuje zabierze. Słyszeć się wtedy zdawało, że w piecu lub za piecem ktoś jakby szydersko się podśmiewał.
Siwy Boruta kiedy pił, a pił nie mało, bo najtężsi bracia piskorze nie mogli go przepić, zawsze jednak  pierwszą szklankę wypijał za zdrowie diabła. A wtedy słyszano odgłos, jakby gruby i przeciągły:
Dziękuję!
Siwy Boruta miał dużo pieniędzy, ale jak to w łatwym życiu bywa szybko je w hulance roztrwonił. Postanowił zatem dostać się do legendarnych skarbów i wziąć z parę mieszków złota od „swego miłego pana brata,” jak nazywał diabła Borutę.

O samej północy, z rozświetloną latarnią, zuchwały szlachcic, ufając swojej sile i szabli, poszedł do lochów średniowiecznego gmachu. Trzymając w jednej ręce wyostrzoną turecką demeszkę, a w drugiej latarnię rozświetlał ciemności dookoła panujące. Ze dwie godziny chodził po krętych schodach i lochach łęczyckiego zamczyska. Nareszcie odnalazł w murze ukryte drzwi, gdy je wybił, jego oczom ukazały się niezliczone skarby, zaś w koncie w postaci sowy z iskrzącymi oczyma, na bryle złota, siedział sam Boruta.
Na ten widok zuchwały szlachcic zbladł i zadrżał, spocił się potężnie ze strachu. Po chwili, gdy zauważył, że nie dzieje się mu krzywda doszedł do siebie i tylko wyrzekł z cicha z ukłonem i pokorą:
Mnie wielce miłościwemu panu bratu kłaniam uniżenie!
Sowa kiwnęła tylko głową, co rozweseliło nieco Siwego-Borutę. Ukłoniwszy się raz jeszcze, zaczął wypełniać siwej kapoty kieszenie i mieszki, złotem i srebrem. Tak je obładował, że zaledwie mógł się obrócić.

Już świtać zaczęło, a szlachcic nie przestawał garściami ściągać złota. Na koniec, gdy już brakło mu wszystkich kieszeni, nie mając go gdzie włożyć, zaczął w gębę sypać, a że miał niemałą, nasypał dosyć. Ponownie ukłonił się stróżowi i wyszedł z lochu.
Zaledwie stanął na progu, kiedy drzwi się same zatrzasnęły i przycięły mu całą piętę. Nawet nie krzyknął, gdyż złotem wypchane miał usta.
Kulejąc, krwią znacząc ślady kroków swoich, przeładowany skarbami, dobywając ostatki sił, ledwo doszedł do domostwa.
Upuścił na podłogę złoto i srebro, wypluł z napchanej gęby, a sam padł wysilony i słaby. Odtąd miał dużo pieniędzy, ale siłę stracił i zdrowie. Przestękał całą resztę życia. Tak z mocarza, stał się słabym człowiekiem. Tak chciwość, wyrywność i zbytnia wiara w swoją moc okazała się zgubą dla niego samego. Pewnego smutnego dnia, gdy w kłótni o miedzę wyzwał sąsiada, ten, którego dawniej jednym palcem obalał Siwy-Boruta, pokonał bogacza i zabił.
Domostwo jego pustkami zostało. Nikt tam zamieszkać nie chciał, bo sam diabeł Boruta często przesiadywał w starej wierzbie, co na podwórzu rosła. Odwiedzał izby i alkierz, pozostałe skarby przenosząc na powrót do zamku w Łęczycy.

(na podstawie „Klechd, Starożytnych podań i powieści ludu polskiego i Rusi” Kazimierza Władysława Wóycickiego, Warszawa 1837)

Leave a Comment :, , , , , , , , więcej...

Legendy z Sichowa…

by on Paź.10, 2014, under Legendy

O tym, jak biedny rybak został panem na Sichowie…

Nieopodal Sichowa żył niegdyś biedny rybak. Woda i las dostarczały mu jednak wszystkiego, czego potrzebował do życia, a syn jego był dla niego źródłem dumy i radości. Siły młodzieńca i jego dzielność w walce z dzikim zwierzem i złymi ludźmi sprawiały, że nie było nikogo, kto by chciał mu wejść w drogę. Sława ta dotarła do uszu samego pana w Sichowie, który nie miał syna. Wezwał młodzieńca i poprosił go, by stanął do walki z rycerzem Prusic, gdyż sam, z powodu starego wieku nie poradzi sobie w walce z przeciwnikiem, który wyrządził mu krzywdę. Syn rybaka zgodził się stanąć do boju z panem Prusic. Po długiej i zaciętej walce biedny młodzieniec zwyciężył i w nagrodę osiadł na starodawnym sichowskim zamku.

O głazach na Diablej Górze…

W dawnych czasach rządzili w tych stronach diabli, których władca Kusy miał swą siedzibę na Diablej Górze, pomiędzy Sichowem a Stanisławowem. Gdy wybudowano kościół, Kusy zawrzał strasznym gniewem i postanowił go za wszelką cenę zniszczyć. Zerwała się silna burza z piorunami, a niebo pociemniało. Kusy wprzęgnął do roboty całą swoją diabelską kompanię. Diabły rzucały z Diablej Góry kamienie i głazy na kościół w Słupie, ale nie miały dość mocy, gdyż żaden kamień nie doleciał do kościoła. Wszystkie padały na okoliczne doliny i wzgórza. Dlatego też cała okolica Słupa zasiana jest kamieniami. Kusy widząc bezowocność wysiłków, zapędził całą gromadę diabłów do podziemi Diablej Góry i przywalił wejście kamieniami. Odtąd okolicznym mieszkańcom diabły nie dokuczały, jednak wszyscy wolą omijać zwały kamieni na Diablej Górze, bo nigdy nie wiadomo, czy któremuś z diabłów nie przyjdzie ochota wyjrzeć.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , więcej...

Legenda o rozbójnikach z Kruczych Skał…

by on Sie.29, 2014, under Legendy

Krucze SkałyNa jednej ze stromych ścian skalnych rysują się wyraźnie dwie pionowe kolumny, z których jedna zakończona jest twarzą mężczyzny. Z tą właśnie kamienną postacią związana jest legenda.

Na szczycie skały stał kiedyś zamek rycerza-rozbójnika, którego brat Kuno, również rozbójnik, miał swą siedzibę w zamku na Wilczej Górze koło Złotoryi. Legenda mówi o ich ostatnim i najstraszliwszym przestępstwie, o zbrodni, za którą zapłacili życiem. Do rozbójników dotarła wieść, że doliną Kaczawy przejeżdżać będzie możny rycerz z nowo zaślubioną małżonką i że w bagażach podróżujących znajduje się bogate wiano ślubne w złocie i kosztownościach. Zbójcy napadli orszak rycerski na drodze między Złotoryją a Jerzmanicami, a spętanych zawlekli do swego zamczyska na skale. Rycerz został zamordowany, a jego żona, zakuta w kajdany i wtrącona do lochu, umarła z głodu. Kiedy zabójcy sięgnęli do sakw podróżnych, by podzielić zagrabione bogactwa, znaleźli ku swemu przerażeniu pismo, z którego wynikało, że zamęczona głodem kobieta jest ich rodzoną siostrą. Straszną i bezsenną noc spędzili mordercy i ich pomocnicy w zamczysku, oczekując wyroku sprawiedliwości.

O świcie postanowili opuścić straszne zamczysko i wraz z całym orszakiem pomocników zbójeckiego rzemiosła przenieść się na Wilczą Górę. Ale kiedy otworzyli drzwi zamierzając opuścić komnatę, przeraźliwie brzmiący głos przykuł ich do miejsc, a przed nimi pojawiła się odrażająca postać karła. Wyśmiawszy ich tchórzostwo zaproponował przymierze, które miało im przywrócić spokój i radość życia. Znów nadludzki, donośny nie wiadomo skąd pochodzący głos przestraszył dogłębnie zbójców. Wyliczywszy ich łotrostwa, zapowiedział rychłą karę i wezwał obu braci do wejścia na szczyt wieży zamkowej. Ze szczytu wieży zobaczyli ponurą, czarną chmurę stojącą nad zamczyskiem na Wilczej Górze. Wśród nieustannych grzmotów i błyskawic wydawało się, że na zamczysko spadła lawina ognia. Nagle z ogromnym hukiem otwarła się Wilcza Góra i cały zamek z jego mieszkańcami zapadł się pod ziemię.

Po chwili z niewyobrażalnym hukiem góra się zamknęła i głucha cisza zapanowała wokoło. Przestraszeni bracia zbiegali po schodach zamkowej wieży. Zamek był jak wymarły, a służba już dawno uciekła. Kiedy zabójcy chcieli uciec drogę zagrodził im duch zamęczonej siostry, a zamek zatrząsł się w posadach. Osuwające się mury zawaliły wszystkie przejścia i ganki. Nie pomogły rozpaczliwe prośby i błagania – droga ucieczki była zamknięta. Jedynie loch do piwnicy, w której zgromadzone były zrabowane skarby stał jeszcze otworem i tam w popłochu uciekli. Tu wśród błyszczącego złota i iskrzących się drogocennych kamieni ujrzeli zjawę. Grobowym głosem odezwały się słowa czarodziejskiego zaklęcia i bracia zamienili się w dwa głazy.

Jako ostatnią łaskę przyrzekł im duch możliwość wybawienia. Corocznie w noc wigilijną o północy, kamienne wrota miały się otwierać na 15 minut. W tym czasie każdy mógł wejść do komnaty i wybawić skamieniałych pod warunkiem zadania im trzech pytań, rozbicia kamiennej powłoki i zabrania ze sobą tyle złota, ile tylko można unieść. 400 lat później cnotliwy rycerz, który w grudniu przybył z daleka do Złotoryi w towarzystwie snycerza, mieszkańca Złotoryi, udał się w noc wigilijną na to miejsce. Gdy wybiła północ ujrzeli przez otwarte wrota dwóch skamieniałych rycerzy i siedzące na stole żywe dziecko. Kwadrans po północy, z kamiennych lochów wyskoczyła kobieta zgięta pod ciężarem wyładowanego kosztownościami worka. Kamienne drzwi zamknęły się z trzaskiem.

Kobieta, która wyskoczyła z kamiennych lochów, była biedną mieszkanką Złotoryi, matką sześciorga dzieci. Słyszała ona o ukrytych skarbach i w ten sposób zamierzała pomóc swej pogrążonej w biedzie rodzinie. Kobieta załamała ręce z rozpaczy  gdyż w pośpiechu zapomniała o dziecku pozostawionym w lochu, a teraz wszystkie próby otwarcia kamiennych wrót  nic nie pomogły. Prócz tego worek ze skarbami, zdobyty z takim trudem, zniknął nagle bez śladu. Odważny rycerz wraz ze swym pomocnikiem postanowił za rok spróbować ponownie wejść do skarbca. Kiedy w następną noc wigilijną otwarły się wrota, ze zdumieniem zobaczyli żywe dziecko bawiące się sztukami złota. Rycerz szybko oddał dziecko stojącemu na zewnątrz snycerzowi, który otulił je płaszczem, a sam podszedł do skamieniałych postaci. Zadał im trzy pytania, na które usłyszał odpowiedź, siekierą uderzył w skamieniałych i wtedy dwaj rozbójnicy żywi stanęli przed nim.

Gorąco podziękowawszy mu za wybawienie prosili, by zabrał tyle kosztowności, ile tylko potrafi i by za to pomagał biednym ludziom, po czym zniknęli. Rycerz załadował worek złotem i na czas opuścił komnatę. Skarbem podzielił się sprawiedliwie ze snycerzem. Obaj fundowali później schroniska dla biednych i wiele rodzin uchronili od nędzy. W drodze powrotnej do Złotoryi spotkali nieszczęśliwą matkę dziecka, która widząc je żywe i uśmiechnięte, ze łzami dziękowała im za pomoc. Legenda mówi, że we wnętrzu skały zostało jeszcze dużo złota i że w każdą noc wigilijną o północy kamienne wrota stoją otworem dla ludzi sprawiedliwych i odważnych. Zaś jako ostrzeżenie dla przestępców, przypominając po wieczne czasy karę jaką wymierzono rozbójnikom, skała z poważną męską twarzą zamyślona spogląda na Kaczawę.

opis Kruczych Skał: http://geoexplorer.blog.pl/2014/05/10/krucze-skaly-w-jerzmanicach/

Leave a Comment :, , , , , , , , więcej...

Legenda o czarownicy z Lewina Kłodzkiego…

by on Lip.25, 2014, under Legendy

Czarownica BródkaW Lewinie Kłodzkim w powiecie kłodzkim niedaleko Kudowy Zdroju, około 1345 roku żył sobie pewien garncarz imieniem Duchacz. Był spokojnym i pracowitym człowiekiem, ale jego żona imieniem Bródka słynęła w całej okolicy jako czarownica, która się z samym diabłem kumała. Gdy doszło to do uszu miejscowego proboszcza, ten postanowił odprawić nad nią egzorcyzmy. Bródka unikała wprawdzie spotkania, ale w końcu ksiądz natknął się na nią i rozpoczął swoje modły. Na drugi dzień Bródka zmarła. Jako czarownicę pogrzebano ją nie na cmentarzu, lecz na rozstajnych drogach, jak to było w zwyczaju. Ale dopiero po śmierci zaczęły się dziać straszne rzeczy.

Zmarła ukazywała się pasterzom pod postacią ogniem zionącej krowy, strasząc ich nocami i rozpędzając bydło. Z czasem zaczęła się też ukazywać w ludzkiej postaci, przybierając swoje własne oblicze lub oblicze innych ludzi. Odwiedzała mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi, rozmawiała z nimi, straszyła ich, a nawet przyprawiała o utratę życia. Chcąc temu zaradzić okoliczni chłopi wezwali doświadczonego człowieka, który wykopał zwłoki. Okazało się, że były nie uszkodzone, a czepiec, który zmarła miała na głowie, tkwi na wpół zżarty w jej ustach.

Ciało przebito na wylot dębowy kołkiem, a wypłynęło tyle krwi co z żywego człowieka i zagrzebano z powrotem. Ale i po tym upiór nie przestał się ukazywać, strasząc i zabijając ludzi w okolicy. Gdy ktoś przerażony padał na ziemię, zjawa deptała po nim, wyciskając zeń ostatni dech. Wówczas wykopano zwłoki po raz drugi. I tym razem stwierdzono dziwna rzecz – zmarła trzymała w rękach wyciągnięty z ciała kołek. Spalono zatem ciało czarownicy a popioły zmieszano z ziemią i zagrzebano. Wtedy dopiero straszne zjawiska przestały się ukazywać i tylko w wyciu zrywającej się niekiedy wichury słyszeli mieszkańcy tych stron jakieś upiorne głosy.

Leave a Comment :, , , , , , , , więcej...

Legenda o zatopionym zamku nad Baryczą…

by on Cze.07, 2014, under Legendy

DolinaBaryczyDzikie i nieprzebyte były lasy i bagna w dolinie Baryczy, w powiecie milickim. Wiele też czasu upłynęło, zanim okolice te zaczęły się zaludniać. Jednym z pierwszych panów w tych stronach był ponoć możny książę Sapieha. Wzniósł on tutaj potężne zamczysko, a granice swych włości kazał oznaczyć i zabezpieczyć przed wylewami rzeki szeregiem zasadzonych dębów. Drzewa te, potężne i rosłe, po wielu jeszcze stuleciach pokazywali przybyszom okoliczni chłopi. W Cieszkowie, w krypcie miejscowego kościoła p.w. Wniebowstąpienia NMP, pokazywano też zasuszone zwłoki niewiasty przybrane w szczątki starego, wspaniałego stroju.

Miała to być właśnie księżna Sapieżyna, fundatorka kościoła w 1753 roku, dawna pani tych ziem. Żadne dokumenty nie przechowały wiadomości, gdzie stał ów stary zamek Sapiehów. Tylko starzy ludzie opowiadali, że zamek ten stał niedaleko Kraśnic, na miejscu, gdzie rozciąga się jeden z licznych stawów doliny Baryczy zwany Przystanią. I rzeczywiście na okolicznych polach znajdowało się  wiele kamieni, jakby ze zburzonych murów, a nie opodal rosło kilka potężnych dębów o obwodzie 30 stóp. Kiedy i w jaki sposób zamek uległ zagładzie, nie wiadomo.

Wody stawu kryją jego tajemnicę. Tylko czasami ukazuje się tam widmo dziewczyny w białych szatach, może ukochanej lub żony księcia. Ze smutkiem spogląda ona po okolicy, jakby wspominając czasy, gdy miejsce to tętniło życiem i gwarem, gdy w jasno oświetlonych salach zamku ucztowano wesoło, a na dziedzińcu zamkowym dzielni rycerze stawali w szranki podczas turniejów i zabaw. Niekiedy pojawia się tez postać młodego myśliwego i obie zjawy skąpane w księżycowej poświacie przechadzają się z wolna nad stawem, który kryje ich tajemnicę.

Leave a Comment :, , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...