GeoExplorer

Tag: paleontologia

Ichtiozaur – historia odkrycia

by on Gru.14, 2017, under Historia

IchtiozaurCzy słusznie za protoplastę delfina uważany jest ichtiozaur? Gad nie ssak, który żył w okresie wczesnej jury, około 200 – 176 mln lat temu, na terenach współczesnej Europy, Azji i Ameryki Północnej.
Jego szczątki odnaleziono w Niemczech, Chinach, Kanadzie, USA i na Grenlandii.
Najbardziej znany przedstawiciel rzędu ichtiozaurów osiągał długość ciała około 2 metrów i ważył około 100 kilogramów.
Charakteryzował się wysoką płetwą grzbietową oraz płetwą ogonową w kształcie półksiężyca. Jego skóra była gruba i gładka.
Wyodrębnione obecnie gatunki to: Ichthyosaurus breviceps (Owen, 1881), Ichthyosaurus communis (Beche & Conybeare, 1821), Ichthyosaurus conybeari (Lydekker, 1888)

Niestety nie da się jednoznacznie stwierdzić, kto był odkrywcą pierwszego ichtiozaura i kiedy tego odkrycia dokonano.
Czarne łupki jurajskie w Szwabii, Frankonii i Anglii zawierają tak liczne szczątki tych prehistorycznych gadów, że byłby to po prostu cud, gdyby nie odkryto kości tych zwierząt już przed wiekami podczas prac w kamieniołomach.
Pierwsza wzmianka o ichtiozaurze pojawiła się w 1669 roku za sprawą antykwariusza Edwarda Lluyda z Walii, który w ilustrowanym dziele „Lithophylacii Britannici„, opisał takie pradawne zwierzę z dawnego morza liasowego. Lluyd uznał ichtiozaura za wielką skamieniałą rybę, rybę jakiegoś dziwnego, szczególnego gatunku. Co ciekawe sądził, iż ikra tej ryby podczas parowania wody morskiej dostała się do chmur i spadła wraz z deszczem na ląd, po czym miały się z niej w piasku rozwinąć nie żywe ryby, lecz skamieniałe.Ichtiozaur (1)40 lat później Scheuchzer i Baier toczyli spór o naturę kręgów ichtiozaura znalezionego w Altdorfie. W klasycznym dla tych gadów terenie, niedaleko Bad Boll (Szwabia) w 1749 roku odkryto pierwszy kompletny (!) szkielet. Odkrywcą okazu był licencjat i praktykujący lekarz Mohr z Göpingen. Swoje odkrycie potraktował jako szczątki rekina, co trzeba mu wybaczyć gdyż te gady były wtedy jeszcze zupełnie nieznane. „Rekin Mohra” spoczywał nie zauważany w zbiorach przyrodniczych gimnazjum w Stuttgarcie do 1824 roku, kiedy to stuttgarcki lekarz Georg Friedrich Jäger ujrzał go i poznał natychmiast, że znalezisko to nie jest rybą. Jäger należał do tych niezmordowanych geologów amatorów i kolekcjonerów skamieniałości, w które właśnie ziemia Wirtembergii była tak szczególnie bogata.

Niezwłocznie pojechał do Bad Boll i stwierdził na miejscu, że podobne stworzenia występują tam często w kamieniołomach łupków. Badając gruntownie znalezisko Mohra, przypomniał sobie, że podobne szkielety, kości i czaszki odkryto również na południowym wybrzeżu Anglii. Przez szereg następnych lat były one przedmiotem zażartej dyskusji największych autorytetów Anglii i Francji jako tak zwana „zagadka z Lyme Regis”. Geogr Jäger napisał nawet niewielką książkę zamieszczając w niej wizerunek szkieletu z Bad Boll, dodając przy tym, że nie trzeba jeździć aż do Anglii aby wpaść na ślad takich „zagadek”, ponieważ pełno ich jest w Jurze Szwabskiej.

Znaleziska z Lyme Regis mają również swoją bardzo prywatną i rodzinną historię. Niejaki Richard Anning otworzył w południowo-angielskim kąpielisku Lyme Regis sklep z pamiątkami dla turystów. Miłośnicy sportu oraz spragnieni świeżego powietrza Brytyjczycy odkrywali wtedy właśnie zbawienne działanie kąpielisk morskich. Małe i dotąd zaledwie dostrzegalne miejscowości na brzegiem morza zamieniały się nagle w ośrodki wypoczynkowe i kurorty. Anning zbierał i sprzedawał między innymi piękne skorupy małży, zasuszone rozgwiazdy i inne dary morskiej fauny, jakie jeszcze i dzisiaj można nabyć w każdym kiosku na wybrzeżu. Przy pozyskiwaniu okazów pomagała mu jego 12-letnia córka Mary. Wśród gości kąpieliska bawił w owych czasach niejeden miłośnik zbiorów przyrodniczych.Ichtiozaur (2)Spostrzegawczy Anning szybko zauważył, że skamieniałe małże budziły większe zainteresowanie i osiągały wyższe ceny niż normalne skorupy małży, a tym bardziej gdy jeszcze ozdobiło się je pięknym napisem „In memory of Lyme Regis”. Zatem mała Mary wyruszała w teren i wykopywała skamieniałe skorupy małży z warstw jurajskich na wybrzeżu.
Pewnego dnia w 1811 roku, Mary podczas kolejnego kopania, natrafiła na szkielet ichtiozaura. Oczywiście nie wiedziała, co to za stworzenie ale zorientowała się natychmiast, że jest to nie lada rzadkość. Przypadek sprawił, że właśnie w tym samym czasie w Lyme Regis przebywała wybitna osobistość interesująca się naukami przyrodniczymi osobistość – będący królewskim lekarzem przybocznym, profesor anatomii i chirurgii na Uniwersytecie Londyńskim, Sir Everard Home.

Sir Everard Home nabył okaz ichtiozaura. Podczas gdy Mary Anning nadal zajmowała się poszukiwaniem skamieniałości z jeszcze większym zapałem, czołowy chirurg Wielkiej Brytanii zastanawiał się czy pozyskał jakąś wielką nieznaną rybę, płaza, gada, czy też gatunek walenia. W 1819 roku Sir Everard Home podejmuje wyzwanie i decyduje się oznaczyć „zagadkę z Lyme Regis” jako płaza. Uznał, że forma ta może być spokrewniona z odmieńcem jaskiniowym, ślepym płazem ogoniastym ze słoweńskiego krasu właśnie wtedy opisanym w sposób naukowy. Odmieniec otrzymał naukową nazwę Proteus, dlatego też Sir Everard Home nadał zwierzęciu z Lyme Regis nazwę Proteosaurus (obecnie: Ichthyosaurus – „rybi jaszczur”, rodzina Ichthyosauridae).

Mary udało się wykopać jeszcze kilka innych okazów ichtiozaurów, z których kilka nabyło Muzeum Brytyjskie. Angielski geolog, William Daniel Conybeare, będący założycielem wielkich zbiorów skał w Cardiff, wystarał się również o jeden kompletny szkielet oraz zbadał stanowisko w Lyme Regis z którego pochodziły okazy ichtiozaurów. Mary Anning tymczasem kończy już 22 lata i stopniowo zaczyna zawodowo zajmować się handlem skamieniałościami, a przede wszystkim staje się wysokiej klasy ekspertką od kopalnych gadów.
Georg König, mineralog Muzeum Brytyjskiego, spotkał się z Conybeare’em i po wspólnych konsultacjach doszli do wniosku, że zwierzę z Lyne Regis jest pół rybą, a pół gadem. Ponieważ, sądząc po znaleziskach Mary Anning, była to dawniej dość pospolita forma, zatem König i Conybeare nadali jej nazwę Ichtiosaurus communis – rybojaszczur pospolity.IchtiozauryTymczasem również w Paryżu, Georges Cuvier* otrzymał kilka okazów z Lyme Regis. Przeczytał on rozprawę Conybeare’a o ichtiozaurach i wyjaśnił, że chodzi tu o:
„stworzenie z pyskiem delfina, zębami krokodyla, czaszką i klatką piersiową jaszczurki, płetwami waleni i kręgami jak u ryby”.
Wszystko razem wziąwszy, jak podkreślił Cuvier, był ten rybosmok gadem.
Niedługo potem radca Georg Jäger poinformował światową opinię publiczną o stuttgarckim okazie ichtiozaura oraz o stanowiskach w Jurze Szwabskiej.
Także w Szwabii znaleźli się ludzie, którzy zaczęli naśladować Mary Anning. Ich zawodowym zajęciem stało się poszukiwanie skamieniałości. Otwierali oni sklepy ze skamielinami i wysyłali okazy na zamówienie.

Szybko okazało się, Jura Szwabska była bardziej obfita w okazy niż jura południowej Anglii.
Tak opisywał kamieniołomy w Holzmaden jeden z ówczesnych paleontologów:
„Na powierzchni jednego pręta kwadratowego przeciętnie leżał jeden „zwierzak”, jak nazywali robotnicy te gady”.
Handlem skamieniałościami zajmowali się wówczas księża, chłopi, „chirurdzy” wiejscy, właściciele kamieniołomów, a nawet arystokraci. Często też dochodziło do zaciętych sporów między tymi sprzedawcami smoków, penetrowano potajemnie stanowiska konkurentów i dokonywano prób sprzątnięcia im najlepszych okazów sprzed nosa. Skończyło się to wyznaczeniem przez kolekcjonerów w Szwabii granic swoich rewirów.

Niektórzy posiadali agencje w rozmaitych miastach i miejscowościach, inni odwiedzali co pewien czas uniwersytety, muzea i wielkie zagraniczne zbiory jako komiwojażerowie od skamieniałości.
Potomek licencjata Mohra z Göpingen, który w 1749 roku odkrył pierwszego ichtiozaura w Jurze Szwabskiej, wpadł na genialny pomysł, aby otworzyć sklep ze skamieniałościami w USA. Dzięki eksportowi znalezisk do Stanów Zjednoczonych dorobił się on majątku.
Taki był początek badań nad skamieniałościami w Szwabii, które miały jeszcze później szczególną rolę w historii myśli i odkryć paleontologicznych.
Rybosmoki i inne wielkie gady ze „średniowiecza Ziemi” weszły także do literatury, sztuki i pieśni studenckich.Ichtiozaur (3)Tymczasem w Lyme Regis również nie próżnowano. Otóż niezmordowana i zaangażowana w swoją pasję życiową Mary Anning, w latach 1821 i 1823 odkryła pierwszego (!) plezjozaura, gada morskiego o niezwykle długiej szyi, którego później chętnie kojarzono z legendarnym wężem morskim oraz z tajemniczym potworem z Loch Ness.
Plezjozaury znajdowano później również w Jurze Szwabskiej i Frankońskiej, chociaż nie tak często jak ichtiozaury. Co ciekawe, w 1828 roku udało się wreszcie dzielnej angielskiej zbieraczce Mary wykopać nawet świetnie zachowanego jaszczura latającego, nazwanego przez Georga Cuviera – Pterodactylus („latający palec”).

Obecnie paleontologia klasyfikuje ichtiozaury (ichthyosauria z greckiego: ichtio = ryba + sauros = jaszczur, „rybojaszczur”) jako rząd gadów morskich, które pojawiły się we wczesnym triasie, osiągając największe zróżnicowanie od środkowego triasu do środkowej jury. We wczesnej kredzie ustępowały miejsca plezjozaurom, a od cenomanu mozazaurom. Ostatecznie wymarły w późnej kredzie (turon) około 25 mln lat temu, tuż przed wielkim wymieraniem kredowym.
Były powszechne wśród wyższych kręgowców morskich. W erze mezozoicznej wiele z nich zajmowało niszę ekologiczną – obecnie zajmują ją delfiny. Miały podobny do nich pociskowy kształt, przednie kończyny przekształcone w płetwy i ogon zakończony dużą pionową płetwą napędową w kształcie półksiężyca (jak tuńczyki i makrele).

Typowy jurajski ichtiozaur miał krótkie ciało, bocznie lekko spłaszczone, wrzecionowate, zakończone dobrze rozwiniętą płetwą ogonową kształtu księżyca, co pozwalało mu rozwijać znaczne prędkości. Prawdopodobnie mogły pływać nawet 70 km/h. Najwcześniejsze rekonstrukcje ichtiozaurów pomijały płetwę grzbietową, która nie nie była usztywniona elementami kostnymi. Dopiero odnalezienie świetnie zachowanych okazów w 1890 roku (Fossillagerstätte w Holzmaden, Niemcy) ujawniło ślady płetwy grzbietowej. Pas miednicowy nie miał połączenia z kręgosłupem i był słabiej rozwinięty od pasa barkowego. Żebra ciągnęły się aż po nasadę ogona wzdłuż całego tułowia. Ogonowy odcinek kręgosłupa był charakterystycznie zagięty ku dołowi.Ichtiozaur (4)Wiosłowate kończyny przednie miały zredukowaną długość, a kości ramieniowe były bardzo krótkie, palce wydłużone były przez wykształcenie licznych, dodatkowych segmentów palcowych (hiperfalangia). U niektórych form nastąpiło zwiększenie ilości palców (hiperdaktylia) lub zmniejszenie poniżej pięciu (hipodaktylia). Czaszka była zakończona długim dziobem, powstałym w wyniku przerostu kości międzyszczękowych i nosowych (kości szczękowe nie były duże). Skroń czaszki była mocno zredukowana, otwory nosowe mocno przesunięte ku tyłowi i usadowione tuż przed oczodołami. Oczy wielkości małej piłki (największe wśród kręgowców!), opatrzone w dobrze wykształconą twardówkę w postaci pierścienia drobnych kościstych płytek, zapewniały doskonałą widoczność w ciemnych, głębokich wodach, pozwalając polować nocą.

Błona bębenkowa zanikła w wyniku przystosowania do dużego ciśnienia wody – fale dźwiękowe odbierały elementami kostnymi jak wieloryby. Jednakowe, ostro zakończone zęby, rozmieszczone były wzdłuż brzegu szczęki w jednym szeregu, gdzie ich liczba w jednej szczęce mogła dochodzić do 200. Wydłużony pysk, uzbrojony w liczne szpiczaste zęby, wykazywał tendencję do ich zaniku, aż do wykształcenia całkowicie bezzębnych szczęk, służących jedynie do zgniatania pokarmu. Wszystkie ichtiozaury były drapieżnikami żywiąc się belemnitami, amonitami, małżami, ślimakami, skorupiakami i rybami, a większe mogły polować na duże kręgowce, gady morskie, nie wyłączając nawet kanibalizmu.

Przeprowadzone badania polegające na porównaniu składu izotopu tlenu w zębach z tymi występującymi u ryb sugerują, że ichtiozaury były w stanie utrzymywać wysoką i stałą temperaturę ciała w ekosystemach oceanicznych od tropików do wód chłodnych. Szacowana temperatura ciała, wynosząca 35-39°C, sugeruje wysokie tempo przemiany materii, wymagane do drapieżnictwa i szybkiego przemierzania dużych odległości
Największy okaz ichtiozaura, zaliczany do gatunku Shonisaurus sikanniensis/Shastasaurus sikanniensis, który osiągał 23 metry długości, został odnaleziony przez Elizabeth Nicholls w 1991 roku na terenie Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie.

* Georges Cuvier „Dawne teorie ewolucji”

Możliwość komentowania Ichtiozaur – historia odkrycia została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dawne teorie ewolucji (2)

by on Cze.01, 2016, under Historia

Ewolucja człowieka (1)W średniowieczu do najpotężniejszych i najbardziej szanowanych rodów w Pikardii zaliczali się baronowie Saint-Martin. Z czasem jednak rodzina ta podupadła, a kawaler Monet de Lamarck, należący do zubożałej linii bocznej rodu Saint-Martin, nie wiedział w jaki sposób wyżywić swoje liczne potomstwo. Synowie kawalera de Lamarck właściwie według tradycji rodzinnej powinni byli zostać oficerami, jednakże za edukację oficerską trzeba było słono płacić, a w wielodzietnej rodzinie kawalera w Bazentin nie było zbędnego grosza. Dlatego ojciec zmusił swoje jedenaste i najmłodsze dziecko, Jana Baptystę, do przywdziania szat duchownych.
Jan Baptysta uczęszczał do kolegium jezuitów, ale nie wykazywał skłonności do stanu duchownego. Po śmierci ojca zrzucił zatem pośpiesznie sutannę i już jako żołnierz wziął udział w wojnie siedmioletniej, uzyskując stopień podporucznika. Niestety zawód żołnierski również nie był właściwym rzemiosłem dla niego. W wieku 24 lat z przyczyn zdrowotnych musiał zmienić barwny oficerski mundur na ubranie cywilne.

Udaje się zatem do Paryża. Dla młodego człowieka, bez środków do utrzymania, który ponadto nie otrzymał żadnego odpowiedniego wykształcenia, był to bardzo odważny krok w życiu. Zamieszkał w Dzielnicy Łacińskiej zarabiając na życie jako pracownik biurowy w jednym z kantorów bankowych, ponadto uczęszczał dorywczo na wykłady literatury, muzyki, medycyny i historii naturalnej. Następnie został nauczycielem domowym. W wieku 34 lat napisał książkę „Flora Francji” i w tymże czasie zawarł znajomość z Rousseau, który zachęcił go do kontynuowania prac naukowych. Mimo to może pozostałby na zawsze nieznany, gdyby Buffon nie szukał dla swojego syna wychowawcy i towarzysza podróży. Lamarck zgłosił swoją kandydaturę i ze względu, że był autorem książki botanicznej, został przyjęty. W ten sposób zetknął się w domu hrabiego Buffona z fascynującym światem przyrodoznawstwa. Buffon zorientował się szybko, że ten biedaczyna z Pikardii był dobrym obserwatorem przyrody, obdarzonym niekiepskim talentem pisarskim.

Ponieważ hrabia-przyrodnik, jako zarządca zbiorów królewskich, ogrodów i menażerii, potrzebował stale solidnych współpracowników, poduczył stopniowo byłego duchownego, żołnierza i urzędnika bankowego na pomocnika. Lamarck najpierw musiał zająć się zielnikami w paryskim ogrodzie botanicznym, następnie skamieniałościami w gabinecie przyrodniczym, a wreszcie niższymi zwierzętami w zbiorach zoologicznych. Mógł też nareszcie się ożenić. Było to pierwsze z jego czterech małżeństw, którego owocem było pierwsze z jego siedmiorga dzieci.
Rok przed wybuchem wielkiej rewolucji francuskiej zmarł Buffon. Jego następcą w zarządzaniu ogrodami i zbiorami zostaje niezwykle sentymentalny pisarz-przyrodnik Bernardin de Saint-Pierre, którego powieść „Paweł i Wirginia” stała się bestsellerem ówczesnych czasów. Na swoim nowym stanowisku czuł się zupełnie bezradny wobec zadań administracyjnych i naukowych, które spadły na jego barki. Prawdopodobnie gdyby nie Lamarck, to w wirze wydarzeń rewolucyjnych wzburzony lud spustoszyłby dawne ogrody królewskie i splądrował lub zniszczył skarby w zbiorach.Jan Baptysta LamarckPodczas gdy Saint-Pierre trząsł się ze strachu, Lamarck pośpieszył odważnie do konwentu i przeforsował przejęcie oraz ochronę przez republikę domeny Buffona pod nową nazwą Jardin des Plantes. Wkrótce też został profesorem zoologii przy Narodowym Muzeum Historii Naturalnej – tak oficjalnie nazywano teraz Ogród. W biuletynie tegoż muzeum z 1794 roku zamieszczono następującą wzmiankę:
„Lamarck – lat pięćdziesiąt, ożeniony po raz drugi, żona brzemienna, profesor zoologii w dziale owadów, robaków i mikroorganizmów”.
W wieku, w którym większość mężczyzn osiąga szczyt swojej kariery zawodowej, Lamarck znajdował się praktycznie dopiero u jej progu. Ożenił się po raz trzeci. Wydawało się, że jego kilkakrotne związki małżeńskie oraz kilkoro dzieci jakby przeszkadzały mu w dokonaniu czegoś nowego i nadzwyczajnego na polu naukowym.

Kiedy Akademia Nauk ze względów oszczędnościowych zabrała mu miesięczny, specjalny zasiłek, w petycji do rządu republiki pisał pełen rozgoryczenia, że:
„Wskutek utraty tego wynagrodzenia i niezmiernego wzrostu cen artykułów żywnościowych wpadłem wraz z liczną rodziną w taką nędzę, że nie mogę znaleźć ani potrzebnego czasu, ani nieodzownej niezależności wewnętrznej do wypełniania z pożytkiem moich zadań naukowych”.
Takich petycji wystosował więcej. Nie wystarczała mu jego profesorska pensja, co za sprawą spadku wartości pieniądza nie było niczym niezwykłym. Nie mniej jednak kilkakrotnie udało mu się otrzymać zapomogę z funduszu specjalnego republiki, który docelowo był przeznaczony dla wybitnych artystów i poetów. Dzięki tej pomocy finansowej mógł przez pewien czas utrzymywać się na powierzchni. Niestety w okresie dyrektoriatu i bonapartyzmu dokuczały mu kłopoty finansowe mimo, że otrzymywał normalne wynagrodzenie jako pracownik szkoły wyższej – nie umiał gospodarować finansami, a dzieci miał stanowczo za dużo.

Pomimo tych chudych lat, wśród ogólnie panującego rozgardiaszu, udało mu się napisać obszerną historię naturalna zwierząt bezkręgowych. Dzięki temu dziełu stał się jednym z przodujących zoologów Francji. W trakcie badań budowy zwierząt bezkręgowych, siłą rzeczy zrodziła się u niego myśl o ewolucji.
„Wydaje się, że bezkręgowce wznoszą się coraz wyżej, jakby na szczeblach drabiny, od polipów poprzez robaki aż do mięczaków. Na ostatnich szczeblach tej drabiny stoją najdoskonalsze istoty – kręgowce”.
Lamarck mając 57 lat odrzucił po raz pierwszy wiarę w niezmienność gatunku. Pisząc małą rozprawę „Badania nad ciałami żywymi”, próbował w niej podobnie jak Buffon, wyprowadzić wszystkie formy zwierzęce z jednej praformy:
„Przypuszczalnie, niemal ogólnie przyjęte, że organizmy tworzą gatunki stale odznaczające się niezmiennymi cechami, ustaliło się w czasach, gdy nie rozporządzano wystarczającymi obserwacjami i gdy nauki przyrodnicze niemal nie istniały. Im dalej rozwija się nasza wiedza, tym większy sprawia kłopot określenie tego, co należy uznać za gatunek. W miarę jak gromadzimy dzieła przyrody, staje się oczywiste, że niemal wszystkie luki zapełniają się, a zacierają się nasze linie podziałów”.Ewolucja człowieka (2)Jeśli jednak gatunki nie były niezmienne, wówczas współczesna fauna (jak to już podkreślał Buffon) musiała się rozwinąć z tych form, które obecnie znajdują się w ziemi jako skamieniałości. Lamarck stał się w Jardin des Plantes świetnym znawcą skamieniałości. W swoich wykładach przedstawiał obraz stale zmieniającej się Ziemi, której organizmy z epoki na epokę podlegały nieustannym zmianom:
„Każdy wykształcony człowiek wie, że nic na powierzchni kuli ziemskiej nie pozostaje stale w tym samym stanie. Z upływem czasu wszystko podlega rozmaitym przemianom, dzięki kolejnemu działaniu słońca, wody, a także z innych przyczyn. Te zmieniające się warunki zmieniają potrzeby, przyzwyczajenia i tryb życia zwierząt i dlatego i organizmy muszą się nieznacznie zmieniać, jakkolwiek zmiany te dadzą się dostrzec dopiero po dłuższym okresie czasu. Wśród szczątków kopalnych znajduje się wiele zwierząt, które nie mają swych odpowiedników wśród form żyjących obecnie. Dlaczego zresztą miałby one wyginąć, skoro człowiek nie mógł dokonać ich zniszczenia? Czy, przeciwnie, nie jest możliwe, że osobniki kopalne są przodkami gatunków żyjących do dzisiaj, które się jednak zmieniły od tego czasu?”.

Później w swojej „Filozofii zoologi” Jan Baptysta Lamarck wyraził się jeszcze jaśniej i bardziej zdecydowanie, że gatunki przechodzą jedne w drugie, od prostych wymoczków aż do człowieka. Kopalne formy życia organicznego są rzeczywistymi, prawdziwymi poprzednikami naszych dzisiejszych organizmów. Lamarck nie zadowolił się tym przypuszczeniem. Szukał on również przekonującego wyjaśnienia mechanizmu powodującego coraz wyższy rozwój. Sądził, że nowe warunki wzbudzają u zwierząt i roślin nowe potrzeby i przyzwyczajenia, które to wymagają znowu nowych narządów i nowych czynności. Na podstawie takich rozważań sformułował pierwszą z dwóch podstawowych zasad swojej teorii ewolucji:
„U każdego zwierzęcia, które nie przekroczyło granicy swego rozwoju, częste i stałe używanie jakiegoś narządu wzmacnia stopniowo, rozwija, powiększa ten narząd i daje mu siłę proporcjonalną do długości czasu używania go, podczas gdy stałe nie używanie takiego narządu nieznacznie go osłabia, uwstecznia, zmniejsza stopniowo jego zdolności i w końcu powoduje jego zanik”.

Istoty żywe są więc wytworem warunków, w jakich się znajdują. Pomimo tego zdawał sobie sprawę, że teoria ta, oparta na wpływach warunków zewnętrznych, może zostać przyjęta tylko wtedy, jeżeli równocześnie przyjmie się dziedziczenie cech nabytych. Niezbędne były bowiem niezliczone i następujące po sobie pokolenia, aby z mnogości drobnych sumujących się zmian poprzez coraz lepsze przystosowanie do potrzeb, wywołanych warunkami zewnętrznymi, mógł powstać z jednego gatunku inny. Te myśl wyraził w drugiej zasadzie:
„To wszystko, co przyroda kazała osobnikom nabyć lub utracić pod wpływem okoliczności, które działają na ich rasę od długiego czasu, a w związku z tym pod wpływem dominującego używania jakiegoś narządu lub stałego nieużywania jakiejś części ciała, wszystko to przyroda zachowuje dzięki rozrodowi dla nowych, pochodzących od innych osobników, byleby tylko nabyte zmiany były wspólne obu płciom, czyli osobnikom, które wydały owe nowe osobniki”.Ewolucja homo-Lamarck próbował wyjaśnić swoim studentom istotę tych myśli w sposób poglądowy na typowych przykładach. Opowiadał im, że przodkowie żyraf mieli krótkie szyje, które wskutek stałego wyciągania przy skubaniu liści drzew stawały się coraz dłuższe z pokolenia na pokolenie. Ptaki brodzące, które polowały na ryby na brzegach rzek lub na plażach morskich, były zmuszone wydłużać swoje nogi, aby się nie zamoczyć. W ten sposób ich kończyny stawały się coraz bardziej podobne do szczudeł. Gęsi musiały szukać pokarmu w mule stawów i przy tym wyciągały swoje szyje. W ten oto sposób w ciągu wielu pokoleń wytworzyły się u nich długie i giętkie szyje. Kret, odmieniec jaskiniowy i inne zwierzęta żyjące w ciemnościach nie mają żadnej sposobności używania oczu, dlatego też ich oczy stawały się małe, a nawet zwierzęta te zupełnie ślepły. Lamarck wyciągnął z tego wniosek, że zwierzęta można zmieniać sztucznie przez określone wpływy środowiska lub stałe powtarzanie pewnych zabiegów.

Jeżeli ślepe odmieńce jaskiniowe podda się przez kilka pokoleń działaniu światła, wówczas ich potomkowie na powrót kiedyś zaczną widzieć. Jeżeli będzie się obcinać ogony kilku generacjom myszy, to w końcu z potomków tych amputowanych zwierząt powstaną myszy bez ogonów.
Ku przerażeniu swoich słuchaczy twierdził również, że całkiem jest możliwe, by stworzyć ludzi o jednym oku – należałoby tylko wykłuwać dzieciom lewe oko, następnie kojarzyć wśród nich małżeństwa, a u ich potomków powtarzać ciągle ten okrutny eksperyment – wówczas wreszcie urodziłoby się dziecko posiadające tylko prawe oko. Na szczęście Lamarck nie myślał poważnie o dokonywaniu eksperymentów na ludziach, był bowiem bardzo humanitarnym i subtelnym człowiekiem. Być może wybrał ten przykład tylko dlatego ponieważ cierpiał na chorobę oczu i nie bez podstaw ciągle obawiał się, aby nie oślepnąć. Wierząc mocno w swoją teorię bał się, że jego dzieci mogły odziedziczyć jego dolegliwość, dlatego by temu zapobiec zmuszał siebie i swoją rodzinę do stałego ćwiczenia oczu.

Bez jakiegokolwiek wahania włączył również człowieka do swojej teorii ewolucji:
„Gdyby jakakolwiek rasa czterorękich (zaliczał do nich wszystkie małpiatki i małpy, a dla człowieka stworzył w obrębie ssaków rodzinę „dwurękich”) zmuszona okolicznościami utraciła zwyczaj wspinania się na drzewa i gdyby osobniki tej rasy przez szereg pokoleń musiały posługiwać się nogami tylko do chodzenia i przestały używać rąk jako nóg, nie ma wątpliwości, że wówczas te czterorękie przekształciłyby się w końcu w dwurękie”.
Należy tutaj zaznaczyć, że chociaż Lamarck zaliczył w swojej systematyce człowieka do ssaków i podkreślał jego związki ze światem zwierzęcym, to wywody swoje zakończył stwierdzeniem „innego pochodzenia” człowieka niż pochodzenie zwierząt. To ostatnie stwierdzenie traktuje się jednak w literaturze naukowej jako jego ustępstwo na rzecz panujących wówczas poglądów.Georges Buffon i Georges CuvierNowa postawa doprowadziłaby do wyższego rozwoju zmysłów, do udoskonalenia mózgu i wykształcenia mowy.
„Ta rasa o bardziej udoskonalonych właściwościach, uzyskawszy dzięki temu możność zapanowania nad innymi, zawładnęłaby wszystkimi okolicami na powierzchni naszego globu, które jej odpowiadają. Udałoby się jej wytworzyć między sobą, a najdoskonalszymi zwierzętami różnicę i utrzymać pewnego rodzaju znaczny dystans”.
W czasach Lamarcka nie znano, poza zaprzepaszczonymi okazami proboszcza Espera, żadnych kopalnych szczątków ludzkich lub form przedludzkich. Jak dzisiaj wiemy teoria Lamarcka opierała się i bez tego na bardzo kruchych podstawach. Jego idea ewolucji w większym stopniu była filozofią niż biologią i nie mogła udowodnić ani wpływu środowiska na postać istot żywych, ani dziedziczenia cech nabytych.

Dopiero prawie w 100 lat później rozgorzał spór właśnie na temat tych zagadnień między lamarkistami i darwinistami, między zwolennikami działania warunków środowiska na organizmy i reprezentantami teorii doboru naturalnego.
Koncepcja Lamarcka podjęta w drugiej połowie XIX wieku dała początek nowym kierunkom, jako neolamarkizm i psycholamarkizm. Później zapanowała teoria dominująca w biologii, tak zwany „syntetyczny ewolucjonizm” oparty na teorii Darwina i na nowych zdobyczach poszczególnych dyscyplin biologicznych.
Jan Baptysta Lamarck poniósł porażkę nie tylko z powodu słabych punktów swojej teorii. Do klęski przyczyniła się ta część teorii, która jak się później okazało, była zupełnie słuszna – mianowicie, iż wśród organizmów kopalnych znajdują się przodkowie dzisiejszych istot żywych.
Kariera naukowa Lamarcka skończyła się w chwili, gdy wypowiedział mu walkę największy zoolog i paleontolog tego niespokojnego czasu, młodszy od niego o 25 lat, Georg Cuvier.

Możliwość komentowania Dawne teorie ewolucji (2) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Dawne teorie ewolucji (1)

by on Maj.01, 2016, under Historia

Ewolucja człowiekaPierwsze próby przedstawienia teorii ewolucji brzmiały jak cudowne opowieści, legendy lub bajki, tak bowiem rozbrajająco naiwna jest ich treść. Autorami tych teorii zgoła nie byli przyrodnicy, a przewijali się wśród nich filozofowie, poeci, a nawet politycy czy bohaterzy wojenni. W związku z tym nie dziwi fakt, że uczeni specjaliści nie traktowali ich poważnie.
W starożytnej Grecji filozofowie przyrody z okresu przed Sokratesem prawie wszyscy wierzyli w rozwój życia. Jak jednak wyobrażali wyobrażali oni sobie ten rozwój, dowiadujemy się o tym niestety tylko z fragmentarycznych i najczęściej bardzo niejasnych relacji pochodzących z drugiej lub trzeciej ręki.
Anaksymander i inni filozofowie (z okresu przed Sokratesem) sądzili, że całe życie pochodzi z wody. Empedokles zbudował nawet coś w rodzaju pierwszego zarysu teorii doboru, jednak autorytet Arystotelesa zagłuszył skutecznie myśl o rozwoju bowiem uznanie zdobył dogmat o niezmienności gatunków.

Wszystkie istoty żywe jak odtąd głoszono, powstały w swojej dzisiejszej formie w jednym akcie stworzenia. Nie istnieją żadne przejścia między gatunkami lub między niższymi i wyższymi organizmami. Podobnie jak wiara w biblijny potop, tak samo wiara w niezmienność gatunków wiązała się ściśle z ówczesnymi wyobrażeniami przyrodniczymi kościoła. Kto próbował ją podważać, ten łatwo mógł popaść w konflikt z tą instytucją, toteż tylko nieliczni zwolennicy teorii ewolucji, ci, którzy wypowiadali swoje myśli we wczesnym okresie badań przyrodniczych, starali się lękliwie pogodzić swoje hipotezy z biblijnymi opowieściami.
W centrum tych usiłowań musiała znaleźć swój wątek legenda o arce Noego. Za tym jak podawała Biblia, Noe z boskiego polecenia uratował przed potopem jedną parę każdego gatunku zwierząt. Jeśli ktoś wątpił w stałość gatunków, to musiał na wszelki wypadek unikać wątpliwości na temat arki Noego i jego pływającego ogrodu zoologicznego.

Dlatego kilku mądrych ludzi wpadło na myśl, że właśnie legenda o Noem można się posłużyć jako przekonującym dowodem słuszności teorii ewolucji.
Zadano więc sobie pytanie – jak wielka w ogóle musiała być arka Noego? Wynikałoby zatem, że okręt musiał być niezwykłej wielkości, jeśli Noemu udało się ulokować w nim po jednej parze z każdego gatunku fauny. Czy było w ogóle możliwe zbudowanie takiego okrętu?
Pierwszym człowiekiem, który w to zwątpił był doświadczony żeglarz Sir Walter Raleigh – wielki admirał brytyjski i podróżnik-odkrywca. Raleigh gdy popadł w niełaskę królowej Elżbiety I, został osadzony w więzieniu Tower, w którym to lata 1603 – 1616 spędził na pisaniu pięciotomowej historii świata. Wyraził w niej przypuszczenie, że tylko zwierzęta Starego Świata mogły znaleźć miejsce w arce i tylko te Noe mógł uratować. Natomiast zwierzęta Nowego Świata rozwinęły się później z gatunków Starego Świata.Arka NoegoNastępnie w 1685 roku zwierzętami z arki Noego zajął się lord Matthew Hale, będący naczelnym sędzią w Anglii. Mianowicie uważał on, że nawet gatunki Starego Świata były zbyt liczne, by znalazło się dla nich wszystkich miejsce w arce. Jeżeli już, to Noe mógł uratować tylko niewielką ich część – pradawne formy dzisiejszych zwierząt. W dziele Hale’a o stworzeniu człowieka miejsce znalazły zdumiewające myśli, które stawiają go w rzędzie prekursorów Lamarcka i Darwina:
„Nie powinniśmy bynajmniej wyobrażać sobie, że wszystkie gatunki tak zostały stworzone, jak my je dziś widzimy. Dotyczy to tylko tych gatunków, które moglibyśmy nazwać formami wyjściowymi dla wszystkich pozostałych. Liczne gatunki zwierzęce, które teraz oglądamy, nie maja już takiej samej postaci, w jakiej zostały stworzone, lecz zmieniły się różnorodnie pod wpływem rozmaitych okoliczności”.

O krok dalej posunął się Robert Hooke, znakomity znawca skał i skamieniałości. W swoim dziele z 1705 roku, o powstaniu i oddziaływaniu trzęsień ziemi, napisał:
„… niektóre gatunki zostały zupełnie zniszczone i wymarły, podczas gdy inne przekształcały się i zmieniały. Musiało się zdarzać, że z jednego gatunku powstawały różne nowe odmiany wskutek zmiany klimatu, podłoża i pokarmu…”.
Była to zatem już pierwsza jaskółka teorii ewolucji przyjmującej wpływ środowiska. Podobnie brzmiały uwagi Leibniza w 1700 roku:
„Ongiś gdy ocean pokrywał wszystko, zwierzęta zamieszkujące dziś lądy były formami wodnymi. Następnie, wraz z cofaniem się tego żywiołu, stawały się one stopniowo płazami, aż wreszcie ich potomkowie odzwyczaili się od swej pierwotnej ojczyzny”.
Jednak Leibnitz nie był buntownikiem naukowym, wolał nie zadzierać z teologami i natychmiast rejterował, dodając: „Ale stoi to w sprzeczności z Pismem Świętym, a odstępstwo takie jest grzechem”.

Najbardziej interesującą na owe czasy teorię wysnuł francuski urzędnik państwowy i autor książek podróżniczych – Benoit de Maillet. Ten „uniwersalnie wykształcony” człowiek rozwijał swoją działalność jako dyplomata w Egipcie, Abisynii i we Włoszech. W 1715 roku napisał książkę, która usiłowała zerwać pęta biblijnej chronologii i w swojej treści nawiązywała do filozofów przyrody starożytnej Grecji.
Według de Mailleta zarodki pierwszych istot żywych przybyły z kosmosu i rozwinęły się w ziemskim praoceanie pierwotnie w stworzenia morskie. Niektóre z tych morskich zwierząt i roślin wydostały się na ląd i nie mogąc już powrócić do wilgotnego środowiska, przystosowały się stopniowo do życia na stałym lądzie. Jak ryby mogły stopniowo przemieniać się w ptaki, Benoit de Maillet przedstawił w następujący sposób:
„Potem pod wpływem powietrza płetwy się rozszczepiły, promienie podpierające płetwy przekształciły się w dutki, a wysychające łuski w pióra. Skóra pokryła się puchem, płetwy brzuszne zmieniły się w kończyny, całe ciało przyjęło inny kształt. Szyja i dziób wydłużyły się i wreszcie ryba przeistoczyła się w ptaka. W całości jednak zachowała się zgodność z pierwotna formą, która da się zawsze łatwo rozpoznać”.Benoit de MailletNiektórzy uczeni i teologowie, wierzący w najdziwniejsze teorie stworzenia, potopu i katastrof, pokpiwali sobie zdrowo z Benoita de Mailleta, który to czarodziejskim trikiem chciał przemienić ryby w ptaki. Jednakże jego krytycy zataili, że autor tej teorii ewolucyjnej wyobrażał sobie ową przemianę na przestrzeni niezmiernie długiego okresu czasu. De Maillet nie twierdził bynajmniej, że ryba przemieniła się w ptaka w ciągu kilku dni lub tygodni – w tej teorii, dla niego, podobnie jak to utrzymuje Biblia, tysiące lat były jednym dniem.
Aby ustrzec swoje dzieło przed trudnościami i prześladowaniami, de Maillet zastosował pewien środek ostrożności, wybieg, a mianowicie odwrócił pisownię swojego nazwiska, przez co powstał anagram – Telliamed. Ponadto swoją teorię ewolucji włożył w usta hinduskiego filozofa, który miał rzekomo rozmawiać z francuskim misjonarzem.
Przede wszystkim jednak postarał się o to, aby książkę wydrukowano dopiero w 11 lat po jego śmierci. Za jego życia kursował zapewne w paryskich salonach rękopis w wielu kopiach. Jego treść wywarła silny wpływ na Buffona i być może właśnie Telliamed zachęcił go do snucia własnych myśli na temat rozwoju.

W jednym ze swoich listów Buffon (intendent ogrodów królewskich) wspomina, że osoba cenzora stoi mu ciągle przed oczyma „jak zjawa”. Stąd też poglądy na temat ewolucji przedstawia w swoich dziełach dość mgliście. W jego „Teorii Ziemi” miejsce znalazło takie oto twierdzenie:
„Można przyjąć, że wszystkie zwierzęta pochodzą od jednej istoty żywej, która z biegiem czasu na drodze doskonalenia i degeneracji wytworzyła wszystkie inne formy zwierzęce”.
Buffon wpadł na tę myśl, gdyż dopatrywał się wszędzie w przyrodzie „pierwotnego, powszechnego planu budowy”.
Również wielki przeciwnik Buffona, Karol Linneusz, ojciec systematyki, pod koniec swojego życia zbliżył się do hipotez ewolucyjnych. Jego dzieło „Systema naturae” zawierało jeszcze kategoryczne stwierdzenie: „Istnieje tyle gatunków, ile zostało na początku stworzonych”. Natomiast w książce „Metamorfoza roślin”, która ukazała się 15 lat później, pisał tak: „Gatunki zwierząt i roślin, a także rodzaje są dziełem czasu. Jedynie naturalne rzędy są dziełem Stwórcy”.

Wreszcie Linneusz ogłosił podobna teorię jak Buffon:
„W zaraniu życia istniał tylko malutki punkt, z którego wszystko wzięło swój początek i stopniowo się rozszerzało”.
W tym okresie półtora wieku, który dzielił Buffona od Raleigha, myśl ewolucyjna zrobiła więc zdumiewający postęp. Początkowe domysły na temat tonażu arki Noego, przekształciły się w punkt wyjściowy dla teorii ewolucji w sensie Lamarcka lub Darwina. Również i filozofom myśl ta wydawała się co najmniej warta dyskusji. Immanuel Kant w 1790 roku w swojej „Krytyce władzy sądzenia” napisał: „Ta analogia form, …wzmacnia domniemanie ich rzeczywistego pokrewieństwa w pochodzeniu od wspólnej pramacierzy” – i podkreślił, że paleontologom przypadło teraz w udziale wielkie zadanie odkrycia wśród skamieniałości przodków dzisiejszych istot żywych i odcyfrowania z warstw ziemi przebiegu rozwoju życia.

Dla Kanta było zupełnie jasne, że paleontologowie będą wykopywać początkowo „stworzenia o mniej celowej formie”, następnie w młodszych warstwach ziemi coraz doskonalsze istoty i coraz bardziej różnorodnej natury, wszystkie wywodzące się z jednego „macierzyńskiego łona ziemi”.
Właściwie więc panowała już atmosfera sprzyjająca pojawieniu się geniusza, znawcy zarówno skamieniałości, jak i organizmów współczesnych, który byłby zdolny z tych wzmianek, hipotez i teorii stworzyć nowy, dynamiczny obraz świata. Człowiek ten rzeczywiście już wkrótce się zjawił. Zdumiewające jest jednak, że pomimo tak sprzyjających okoliczności nie zdobył uznania.
Może właśnie Kant przewidywał przyczynę tego fiaska. Określił on myśli ewolucyjne jako tak „niesłychane, że rozsądek wzdraga się przed nimi”. Można się zajmować takimi teoriami, ale gdy stają się one poważne, nie należy wówczas porywać się na to „awanturnicze ryzyko rozumu”, jak pisał. Etap ewolucyjnych systemów filozoficznych poprzedzał pojawienie się i upadek Jana Baptysty Lamarcka.

Możliwość komentowania Dawne teorie ewolucji (1) została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Historia zaklęta w bursztynie

by on Gru.15, 2015, under Flora i Fauna

Mucha w bursztynieŻywica dolnotrzeciorzędowej sosny bursztynowej w historii ludzkości stała się jedną z najważniejszych skamieniałości dla ludzi, niewychodzącą z mody nawet na wskutek zwiększonego zastosowania obecnie sztucznych żywic, z kolei paleontologom dostarcza naocznych dowodów istnienia małych zwierząt przed 50 – 55 milionami lat.
Owady i inne niewielkie zwierzęta posiadają nietrwały organizm i w związku z tym bardzo rzadko znajdowane są one w stanie kopalnym. Otoczone bursztynową żywicą ginęły, mogąc tym samym przetrwać w prawie niezmienionej w formie, w tej specyficznej złocistej komorze grobowej, zachowując wygląd jakby dopiero niedawno przestały żyć.
Nawet w starożytnej Grecji i Rzymie wiedziano, że w bursztynie można odnaleźć uwięzione komary, mrówki oraz inne owady i takie kawałki bursztynu były od dawna szczególnie cenione i poszukiwane. Na tym tle dochodziło także do wielu fałszerstw.

Około 1500 roku rękodzielnicy wynaleźli sposób zatapiania w wydrążeniach kawałków bursztynu mały jaszczurek, żab lub ryb. Powstałą przy tym dziurkę wypełniano olejem lnianym po czym zaklejano ją drugim fragmentem bursztynu. Kolekcjonerzy dobrze płacili fałszerzom za tego typu „osobliwości”, a nawet taki znawca przyrody jak Atanazy Kircher dał się niejednokrotnie nabrać na tego rodzaju falsyfikaty. Z praktycznego punktu widzenia nie było możliwości, by rybę lub żabę mogła zaskoczyć spływająca żywica sosny bursztynowej pogrążając ją na wieki. Nie mniej jednak zdarzył się przypadek znalezienia w kawałku bursztynu młodej jaszczurki. Najczęstszymi ofiarami żywicy były owady, których śmierć spowodowały „krwawiące drzewa” – spadająca kropla ogarniała ich ciała.
Z zawartości bursztynu wynika, że w paleocenie lasy sosnowe zamieszkiwała fauna tropikalna i subtropikalna. Wśród najczęstszych ofiar żywicy znajdowano termity, mrówki budujące gniazda z liści, modliszki, cykady, chrząszcze i drapieżne pluskwiaki.Pająk w bursztynieW odróżnieniu od wszystkich innych skamieniałości największą ich wartość stanowi fakt, że zostały one zaskoczone przez śmierć w żywicy we wszelkich możliwych sytuacjach życiowych. Bursztyn przekazuje nam w ten sposób nie tylko doskonały i dokładny obraz drobnej fauny starych lasów sosnowych, lecz także informuje o życiu i współżyciu tych drobnych zwierząt. Stanowi on wspaniałe i bogate archiwum minionej epoki. Przedstawia nam na przykład komary w locie godowym i w czasie kopulacji, owady drapieżne przy nawiercaniu i wysysaniu swej zdobyczy, samice szarańczaków w trakcie składania pokładełkiem jaj, mrówki na wędrownych szlakach, motyle wylęgające się z poczwarek, pająki w sieci, w którą wpadały muchy, zaleszczotki kurczowo obejmujące nogami gąsieniczniki aby odbyć powietrzną podróż – wszystkie te sceny zostały „sfotografowane” w bursztynie. Można również zaobserwować, że niektóre z tych zwierząt broniły się do ostatniego tchu przed śmiercią. Komary straciły w trakcie tej bezcelowej walki kilka nóg, a chrząszcze poruszające usilnie skrzydłami próbujące z niezwykłą energią uwolnić się od lepkiej cieczy potworzyły głębokie bruzdy, które jeszcze dziś można zauważyć i rozpoznać w bursztynie.

Adolf von Bachofen-Echt z Wiednia, który zajmował się badaniem fauny uwięzionej w bursztynie tak napisał o tym procesie:
„Na wszystkie te zwierzęta śmierć spadła tak znienacka, że wydają nam się żywe. Samce i samice nie mogły się już rozdzielić, mrówki porzucić larw, które dźwigały… Niszczycielska śmierć utrwaliła tu z niezwykłą wiernością obraz prężnego i bujnego życia, często w najbardziej ożywionym, gwałtownym ruchu lub w walce z innymi istotami, żywy obraz, który nagle zesztywniał”.
To specyficzne bursztynowe archiwum utrwaliło i przechowało również ślady życia roślinnego jakie panowało wówczas w lasach sosny bursztynowej bogatych w żywicę – pyłek kwiatowy, liście, igliwie, paczki, a nawet całe kwiaty, części liści palmowych i małe kawałki odłamanej kory drzew.Fragment jaszczurki w bursztyniePtaki, które usilnie próbowały wydziobać mocno przyklejone owady traciły przy tym tu i ówdzie jakieś piórko. Ptasie pióra odnajdywane w bursztynie wykazują, że wówczas w tych lasach gnieździły się sikory, kowaliki, drozdy i dzięcioły oraz piłodzioby, które obecnie pod nazwą Momotidae znane są jeszcze tylko z południowoamerykańskich lasów tropikalnych.
Małe ssaki przy zetknięciu się z żywicą zostawiały w niej swoją sierść czasami nawet grube jej pęczki. W większości takich przypadków była to sierść na przykład popielicy i innych nadrzewnych gryzoni zaś odciski w żywicy małych czteropalczastych stóp zaopatrzonych w pazury, pozwalają przypuszczać, że występowały tu i zwierzęta drapieżne.
Entomolog Alfons Dampf odkrył wśród licznych okazów uwięzionych w bursztynie wspaniale zachowaną pchłę. Okazał się nim gatunek pchły blisko spokrewniony z pchłami pasożytującymi dziś na południowoazjatyckich tupajach, których formy kopalne są prawdopodobnie przejściowymi między owadożernymi, a małpiatkami. Pchła w bursztynie wydaje się zatem zaświadczać, że te ważne pod kątem filogenetycznym zwierzęta żyły także w dolnym trzeciorzędzie rejonów nadbałtyckich.Skorpion w bursztynieW bursztynie odnajduje się również dowody potwierdzające występowanie dużych ssaków w ówczesnych lasach sosnowych, gdyż znaleziono różne duże muchówki takie jak okazy bąków bydlęcych, zatem tych kłujących, samic żywiących się wysysaną krwią dużych ssaków i czyniły to bez wątpienia także w okresie gdy tworzył się bursztyn. Uwięzione okazy niestety nie zdradzą do jakiego gatunku należały ich ofiary.
Postawiona niegdyś teoria mówiąca, że wyginięcie lasów bursztynowych było spowodowane ich chorobami i niezwykle silnym wydzielaniem żywicy, nie została do końca udowodniona. W nowozelandzkich lasach występuje krewniak araukarii (Dammara australis) wydzielający białą żywicę w tak ogromnych ilościach, że konary i gałęzie drzew wyglądają jakby były pokryte soplami lodu. Inne gatunki rodzaju Dammara również produkują tak duże ilości żywicy, że znalazła ona swoje zastosowanie w przemyśle. Czy niegdyś tak samo produktywna była sosna bursztynowa? Tego nie wiadomo.
Sosna bursztynowa, która pozostawiła nam takie obszerne archiwum z pradawnych czasów, wymarła w eocenie zostawiając po sobie trochę igieł, nasion i kawałków kory, a przede wszystkim sfosylizowaną, błyszczącą różnymi kolorami żywicę.

Możliwość komentowania Historia zaklęta w bursztynie została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Odkrycie ludzkich szczątków w Jaskini Gailenreuth

by on Cze.01, 2015, under Pod ziemią

Czaszka ludzkaDo XIX wieku potop był jedyną dopuszczalną przez kościół teorią tłumaczącą przemiany, jakim ulegała Ziemia oraz odkrywane skamieniałości dawnych organizmów. Pomimo, że zaczynały się już wielkie dni geologii i paleontologii, okres w którym te nauki wyszły z wieku dojrzewania i przeszły wręcz burzliwy rozwój, wielu badaczy nie mogło się zdobyć na zrezygnowanie z biblijnego opisu stworzenia jako źródła poznania.
Teza o potopie wywoływała wielki rozkwit kolekcjonerstwa, przyczyniając się tym samym do powstania wielu znakomitych dzieł. Równolegle jednak stawała się stopniowo coraz skuteczniejszym hamulcem dla dalszych badań. Nim jednak inne teorie i metody zastąpiły hipotezę o wielkiej powodzi, udało się pewnemu teologowi odkryć obok innych przedpotopowych istot także pierwszego prawdziwego człowieka z pradawnych czasów.
Wśród kolekcjonerów i badaczy jaskiń tamtych czasów znajdowało się wielu teologów, których musiała w szczególny sposób nęcić możliwość poznania wyglądu świadków potopu oraz przekonania się, w jakim stopniu potwierdzają oni biblijną Księgę Rodzaju.

Nawet później, gdy pogląd dyluwialistów został już dawno obalony, księża pozostali wierni badaniom paleontologicznym – teraz nie chodziło im już o powódź ze Starego Testamentu, lecz o „źródło” pochodzenia człowieka. Wielu badaczy, takich jak między innymi Bourgeois, Teilhard de Chardin, Hugo Obermaier czy Henry Breuil, zapisało się na zawsze w historii paleontologii i prehistorii.
Jeden z wczesnych poprzedników tych „badaczy w sutannach”, którzy entuzjazmowali się paleontologią, podjął się w 1774 roku eksploracji jaskini w pobliżu Gailenreuth (frankońska Szwajcaria) i zbierania w niej kopalnej kości słoniowej. Nie wiadomo do jakiego stopnia proboszcz Johann Friedrich Esper (1732 – 1781) był wiernym zwolennikiem teorii potopu, stwierdzono tylko, że gdy natknął się w jaskini na rozmaite kości, nie uznał ich od razu za szczątki zatopionych w czasie potopu zwierząt, lecz zastanawiał się nad nimi w sposób jak najbardziej racjonalistyczny. Czyżby to zwierzęta drapieżne zagrzebywały tu swoją zdobycz? A może ludzie wykorzystywali jaskinie jako miejsce gromadzenia padliny?Johann Friedrich EsperJak na duchownego były to aż nadto wystarczająco heretyckie rozważania. Ksiądz J.F. Esper od swych współczesnych różnił się ponadto jeszcze tym, że w sposób dramatyczny, ale bardzo dokładny opisywał swoje eskapady do jaskiń. Umiał wczuć się w swoistą i niepowtarzalną atmosferę podziemi jaskiń i oddać bardzo obrazowo uczucia ogarniające go, jako samotnego badacza:
Jeszcze nie dojdzie się do końca tych grobowców, a już powietrze staje się bardzo duszne. Jeśli spędzi się tu kilka godzin, nikt nie jest w stanie, mając nawet najlepszy materiał palny, rozniecić ognia. Nie wiem też, co to za szczególna woń unosi się z odzieży… Jeśli się nagle odłamie i rozbije jakąś kość, to często się zdarza, że nieprzyjemny i odurzający zapach uderza w nozdrza… Mimo to nikt, kto choć trochę jest ciekawy, nie zawraca, zanim nie dojdzie do końca„.
Esper czołgał się na brzuchu przez najwęższe przejścia w jaskiniach, wybierając wszędzie z mulistego gruntu (namuliska) kości i ich małe fragmenty.

W swej żywej fantazji wyobrażał sobie, w jaki sposób zginęły w jaskiniach te stworzenia, których szczątki odnajdywał:
Czy te gromady stworzeń żyły tu w pobliżu? Czy zginęły one w tym miejscu jedynie przez przypadek? A może to jakiś cudowny zbieg okoliczności spowodował nagromadzenie się ich szczątków we wspólnej mogile? Wyobrażałem sobie ich ostatnie chwile, myślałem o tych westchnieniach i wrzaskach, wśród których zmęczone i zbolałe oddały swe ostatnie tchnienie… Ze zgrozą myślałem o szalonym oporze tych potężnych kości przeciw temu zbiegowi okoliczności, który pozbawił je życia… Teraz na nich wszystkich ciąży ogromne milczenie„.
Im dokładniej Esper badał Jaskinię Gailenreuth, tym silniej dręczyły go stawiane samemu sobie pytania. Mówił o przypadku, o katastrofach, roztrząsał jeszcze inne różne przypuszczenia i hipotezy związane z pochodzeniem starych pokładów kości.
Początkowo sądził, że są to kości ludzkie, uważając Jaskinię Gailenreuth za starą jaskinię zbójecką, w której to zbójnicy mordowali i grzebali swoje ofiary.Czaszka pokryta polewą kalcytowąNastępnie badając dokładniej w późniejszym czasie odnajdywane kości, doszedł do wniosku i stwierdził, że ludzi o głowach i zębach tego typu nigdy nie spotykano na ziemi, zatem musiały to być (jak przez jakiś czas sądził) kości drapieżników takich jak wilki i hieny.
Czyżby jednak wilki i hieny wykorzystywały tę jaskinię jako wspólny grób? To wydawało mu się niemożliwe.
W końcu Esper stwierdził, że większość szczątków zwierzęcych w Jaskini Gailenreuth wykazuje uderzające podobieństwo do kości niedźwiedzia. Wprawdzie określił je jako szczątki niedźwiedzia brunatnego (Ursus arctos) żyjącego do dziś, podczas gdy w rzeczywistości należały one do niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus), który zamieszkiwał tereny Europy w okresie plejstocenu około 300 tysięcy lat temu, wymierając pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 28 tysięcy lat temu. Nie pomniejsza to jednak wcale jego zasługi dla tego odkrycia, gdyż do czasów Espera szczątki niedźwiedzi jaskiniowych powszechnie uważano za resztki smoków lub innych potworów.Kości niedźwiedzia jaskiniowego (Ursus spelaeus)Z genialną przenikliwością jednak ten frankoński duchowny, który w dziedzinie anatomii i zoologii był zupełnym laikiem, wydał o tych pozornych „smoczych kościach” opinię, która już była tylko o włos od prawdy.
Człowiek, który miał odwagę stawiać pytania i rozważać możliwość powstania skamieniałości dzięki jeszcze innym zjawiskom oprócz biblijnego potopu, naturalnie nie był zaskoczony, gdy wreszcie natrafił na niewątpliwe, autentyczne szczątki ludzkie (!).
Esper odkrył najpierw w namulisku Jaskini Gailenreuth żuchwę ludzką, a później ludzką łopatkę. Po długich poszukiwaniach wykopał w końcu z mieszanym uczuciem radości i przerażenia nawet dobrze zachowaną ludzką czaszkę.
Zwolennicy szkoły Scheuchzera bez wahania przedstawiliby te znaleziska jako szczątki człowieka z czasów potopu. Esper jednak zastanawiał się. Szczątki człowieka bowiem leżały wspólnie z kośćmi zwierząt, których nie był w stanie zidentyfikować.
Leży tam być może chłop i jego zwierzę, może szlachcic i jego rumak, może jakiś człowiek dyluwialny, może kapłan celtycki lub chrześcijanin… Jak długo już spoczywacie, synowie ziemi ukołysani nicością? Wydaje się, że sam Stwórca użyczył wam pokoju…

Wielką zasługą Espera jest to, że zastanawiał się i nie przyjmował bezkrytycznie panujących wówczas poglądów. W końcu jednak akceptował teorię o potopie. Z jego rąk ujrzała światło dzienne odważna publikacja pt: „Wyczerpująca wiadomość o nowo odkrytych zoolitach”, w której na wielu tablicach zamieścił dokładne ilustracje znalezisk z Jaskini Gailenreuth, pisząc w niej tak o odnalezionych kościach:
Było was zapewne wielu. Nawet legiony, które podbijały obce kraje, nie pozostawiły po sobie nigdy tylu śladów swego pobytu. Ale kimże jesteście? Wydaje się, że fale, które unosiły arkę, nasunęły na was te kamienie grobowe…
Wydaje się… – zawsze jeszcze w formie pytania, przypuszczenia, gdyż Esper był wyznawcą i kierował się prastarą mądrością, według której powątpiewanie jest źródłem poznania.
Nie wiadomo, jakie formy ludzkie udało się Esperowi wykopać, gdyż „kości z Gailenreuth” zaginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Być może były to szczątki człowieka z neolitu lub kromaniończyka z młodszego paleolitu lub nawet neandertalczyka.Szczątki zwierząt pokryte polewa kalcytowaJohann Friedrich Esper ewidentnie wskazał drogę antropologom i historykom pisząc:
Jeśli w namulisku jaskini pogrzebane są kości przedpotopowych zwierząt wraz z ludzkimi, to człowiek ten musiał żyć w tym samym czasie, co i te zwierzęta„.
Tymczasem „człowieka dyluwialnego” Scheuchzera przestaje się traktować poważnie za sprawą  powiewu nowych wiatrów w dziedzinach naukowych.
We Francji między innymi, w środowisku naukowym, zaczyna toczyć się dyskusja nad genezą różnych rodzajów skał, a Ziemię zaczyna się porównywać do innych ciał niebieskich. Zaczynają również nabierać rozgłosu pierwsze teorie ewolucyjne. Pogląd biskupa Ushera, według którego Ziemia została stworzona około 4.000 lat temu, był od dawna przestarzały. W Paryżu zaś hrabia Buffon próbował na drodze eksperymentalnej wykazać, że wiek Ziemi wynosi około 75.000 lat.
W klimacie tak gwałtownego postępu nie interesowano się specjalnie przedpotopowym człowiekiem.

W związku z powyższym książka proboszcza J.F. Espera pozostała nie zauważona. Wprawdzie w 1804 roku anatom Johann Christian Rosenmüller ponownie przeprowadził badania w Jaskini Gailenreuth zwracając uwagę fachowców na odkrycia Espera, jednak w opinii uczonych proboszcz-badacz jaskiń był jedynie dla nich dyletantem.
Przypuszczano, że odnalezione przez niego kości ludzkie obsunęły się podczas nieprofesjonalnie prowadzonych prac wykopaliskowych do jego „niedźwiedziej jaskini” z jakiegoś starszego cmentarzyska. Tym samym sprawę odkrytych kości w Jaskini Gailenreuth uznano za zakończona dla nauki.
Teoria potopu ustąpiła teraz miejsca walce dwóch szkół naukowych, z których każda na swym sztandarze wypisała imię antycznego boga.
W centrum zainteresowania znalazł się prastary problem: który żywioł – woda czy ogień – były praprzyczyną wszystkiego, co istnieje na Ziemi.

(PZP)
GeoExplorer

Możliwość komentowania Odkrycie ludzkich szczątków w Jaskini Gailenreuth została wyłączona :, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...