GeoExplorer

Wielisławka. Ukryte skarby III Rzeszy (2)

przez , Mar.20, 2014, w Skarby

Złoty konwój. Ostatni raport

Pułkownik kontr­wy­wia­du Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa, Wła­dy­sław Ja­ro­min, wy­py­ty­wa­ny, za­wsze za­sła­niał się ta­jem­ni­cą służ­bo­wą. A mu­siał mieć wiele cen­nych informa­cji – prze­słu­chi­wał prze­cież m.in. do­mnie­ma­ne­go uczest­ni­ka akcji ukry­wa­nia tzw. złota Wro­cła­wia – Her­ber­ta Klo­se­go.

Za­brał ta­jem­ni­cę do grobu – mó­wio­no, gdy Ja­ro­min tra­gicz­nie od­szedł. Tym­cza­sem dawny przy­ja­ciel zmar­łe­go puł­kow­ni­ka po­sta­no­wił prze­rwać mil­cze­nie. Jest nim, znany już z łamów „Od­kryw­cy”, Edward Dzi­kow­ski.

W roku 1944 Pre­zy­dium Po­li­cji w Bre­slau wy­da­je ode­zwę skie­ro­wa­ną do lud­no­ści cy­wil­nej. Nakaz dru­ko­wa­ny w pra­sie zo­bo­wią­zu­je do de­po­no­wa­nia kosz­tow­no­ści oraz za­so­bów pie­nięż­nych we wro­cław­skich ban­kach. Niem­cy, przy­wy­kli do po­słu­szeń­stwa, ma­so­wo od­da­ją naj­cen­niej­sze rze­czy na prze­cho­wa­nie in­sty­tu­cjom finan­so­wym. Wie­rzą za­pew­ne, że ich wła­sność bę­dzie pod­czas walk bez­piecz­niej­sza w ban­ko­wym sej­fie, niż w pro­wi­zo­rycz­nej skryt­ce do­mo­wej bądź za­ko­pa­na w ogród­ku. Po­dob­no każda z tych osób, która zde­cy­do­wa­ła się na po­wie­rze­nie swego ma­jąt­ku ban­kom, otrzy­mu­je po­kwi­to­wa­nie, na mocy któ­re­go bę­dzie mogła odebrać swą wła­sność w bez­piecz­niej­szych cza­sach. Do zwro­tu dóbr nigdy jed­nak nie do­cho­dzi. De­po­zy­ty miesz­kań­ców wraz z wa­lo­ra­mi ban­ków wro­cław­skich w po­sta­ci sztab złota, za­so­ba­mi za­kła­dów ju­bi­ler­skich, nie ukry­ty­mi dotąd dzie­ła­mi sztu­ki oraz czę­ścią zbio­rów ar­chi­wal­nych… giną, a ra­czej zo­sta­ją per­fek­cyj­nie ukry­te. Bez­cen­ny trans­port wy­ru­sza po­dob­no z Wro­cła­wia, nie­dłu­go przed ob­lę­że­niem Fe­stung Bre­slau (Twier­dza Wro­cław) przez Armię Czer­wo­ną, a zatem pod ko­niec 1944 r. lub na po­cząt­ku stycz­nia 1945 r. Ślad do­mnie­ma­ne­go kon­wo­ju urywa się na tra­sie, pro­wa­dzą­cej w kie­run­ku Je­le­niej Góry.

Po­szu­ki­wa­cze od kil­ku­dzie­się­ciu lat łamią sobie głowy spe­ku­la­cja­mi, gdzie ukry­to jeden z naj­więk­szych skar­bów III Rze­szy. Co jakiś czas wy­bu­cha w Su­de­tach i oko­li­cach, „go­rącz­ka złota” za­kro­jo­na na wiel­ką lub mniej­szą skalę…

Kim je­steś ka­pi­ta­nie?

Je­dy­nym, zi­den­ty­fi­ko­wa­nym po woj­nie, uczest­ni­kiem akcji ukry­wa­nia skar­bów miał być Her­bert Klose, ka­pi­tan wro­cław­skiej po­li­cji. Gdyby nie on, ter­min „złoto Wro­cła­wia” nie za­ist­niał­by w po­wszech­nej świa­do­mo­ści. Wia­ry­god­ność ze­znań tego świad­ka wie­lo­krot­nie już jed­nak pod­wa­ża­no. Nie zwe­ry­fi­ko­wa­ne in­for­ma­cje, po­cho­dzą­ce od męż­czy­zny o za­gad­ko­wym ży­cio­ry­sie, nie prze­szko­dzi­ły jed­nak na­ro­dzi­nom le­gen­dy, bu­dzą­cej naj­wyż­sze emo­cje.

W ostat­nim cza­sie po­ja­wił się nowy głos w dys­ku­sji, to­czą­cej się wokół wro­cław­skie­go złota. Wspo­mnie­nia Edwar­da Dzi­kow­skie­go, eme­ry­to­wa­ne­go ofi­ce­ra kontrwy­wia­du, uwia­ry­gad­nia­ją ze­zna­nia Her­ber­ta Klo­se­go. W opo­wie­ści na­sze­go in­for­ma­to­ra zna­leźć można po­twier­dze­nie kie­run­ku, który miał, we­dług Klo­se­go, obrać kon­wój ze zło­tem, wy­my­ka­ją­cy się z za­gro­żo­ne­go mia­sta. Dzi­kow­ski ujaw­nia, że skarb mógł być ukry­ty znacz­nie bli­żej Wro­cła­wia, niż su­ge­ru­ją ofi­cjal­ne zezna­nia by­łe­go ka­pi­ta­na po­li­cji… Od­daj­my zatem głos na­sze­mu in­for­ma­to­ro­wi.

Agent cen­niej­szy niż złoto

– To, co po­wiem za chwi­lę, do­wie­dzia­łem się od płk. Wład­ka Ja­ro­mi­na, z któ­rym się przy­jaź­ni­łem – za­czy­na opo­wia­dać Edward Dzi­kow­ski, wy­wa­żo­nym, jak zwy­kle, gło­sem, sie­dząc przy sto­li­ku jed­nej z wro­cław­skich ka­wiar­ni. – Ja­ro­min prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim jesz­cze ten tra­fił do aresz­tu w 1953 r. In­for­ma­cja­mi po­dzie­lił się tylko ze mną. Przy­zna­ję, że nie za­pa­mię­ta­łem wszyst­kie­go, co mi po­wie­dział, bo nie in­te­re­so­wa­łem się wów­czas tymi spra­wa­mi. Mia­łem inne, bar­dzo po­waż­ne za­da­nia – tłu­ma­czy roz­mów­ca. – Jak się po­lu­je na grube ryby, to i pło­cie wpa­da­ją – uśmie­cha się. – Jedną z ta­kich „pło­tek” była wła­śnie opo­wieść o zło­cie Wro­cła­wia. Gdyby Ja­ro­min żył, opo­wie­dział­by dużo wię­cej, choć Klose nie prze­ka­zał mu naj­praw­do­po­dob­niej wszyst­kie­go. Myślę – Dzi­kow­ski odro­bi­nę ści­sza głos – że we wska­za­nym miej­scu muszą wciąż leżeć de­po­zy­ty. Ja­ro­min na pewno nie pró­bo­wał ich wy­do­by­wać. Nie zaj­mo­wał się po­szu­ki­wa­nia­mi. In­te­re­so­wa­ło go wy­łącz­nie tro­pie­nie agen­tów hi­tle­row­skie­go i RFN-owskie­go wy­wia­du. W la­tach 50. pro­pa­gan­da była tak silna, że lu­dzie wie­rzy­li, że każdy bę­dzie miał po­dług po­trzeb. I to dzię­ki pracy, nie eks­plo­ra­cji – pod­kre­śla Dzi­kow­ski.

Gdy przy­sze­dłem do kontr­wy­wia­du – cią­gnie swą dalej opo­wieść – Ja­ro­min już tam był. Pra­co­wał w tym wy­dzia­le od pierw­sze­go mie­sią­ca po za­koń­cze­niu wojny. Wspo­mi­nał, że w cza­sie walk wy­wie­zio­ny był na ro­bo­ty przy­mu­so­we koło Dre­zna. Tam na­uczył się nie­miec­kie­go. W pierw­szych la­tach po wojnie UB wer­bo­wa­ło do pracy wła­śnie ta­kich ludzi jak on, z „czy­stą prze­szło­ścią”. Sto­su­nek Ja­ro­mi­na do Niem­ców nie był po­zy­tyw­ny. Dla­te­go też skie­ro­wa­no go do roz­pra­co­wy­wa­nia niemiec­kiej i hi­tle­row­skiej agen­tu­ry w Pol­sce. Wszyst­ko, co zwią­za­ne z jego pracą było ści­śle tajne. Do­ku­men­ty prze­cho­wy­wał w sza­fie pan­cer­nej, a współ­pra­cow­nik z po­ko­ju, nie wie­dział, co znaj­du­je się w tym sej­fie.

Ja­ro­min – kon­ty­nu­uje nasz roz­mów­ca – był świad­kiem wy­do­by­wa­nia skrzyń We­hr­wol­fu w Gó­rach Bial­skich w la­tach 50. Uczest­ni­czył w tej akcji wraz z kpt. Sas­sem, od­na­le­zio­nym przez ra­dziec­ki wy­wiad oraz sze­fem ów­cze­sne­go Wo­je­wódz­kie­go Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­ne­go (WUBP) we Wro­cła­wiu. Wy­py­ty­wa­łem go później, czy od­na­le­zio­no resz­tę skrzyń. Po­wie­dział, że nigdy wię­cej nie był w tym te­re­nie. (Na temat akcji, opi­sy­wa­nej w gru­dnio­wym „Od­kryw­cy”, Ja­ro­min wypowia­da się, choć bar­dzo oględ­nie, na pla­nie filmu pt. „Kim je­steś ka­pi­ta­nie” Adama Wie­lo­wiej­skie­go i Dio­ni­ze­go Si­dor­skie­go. Emi­sję do­ku­men­tu zre­ali­zo­wa­ne­go przez wro­cław­ski ośro­dek TVP na po­cząt­ku lat 70., wstrzy­ma­no.).

Zanim przej­dę do ze­znań nie­ży­ją­ce­go puł­kow­ni­ka, opo­wiem pewne wy­da­rze­nie, znane mi z au­top­sji. Łączy się ono ze spra­woz­da­niem Ja­ro­mi­na – na chwi­lę za­pa­da, pełne na­pię­cia, mil­cze­nie.

Skar­by an­ty­kwa­riu­sza

Szcze­pan Za­wi­sza, pod­czas wojny był sier­żan­tem w woj­sko­wej żan­dar­me­rii. Po skoń­czo­nych wal­kach prze­szedł do re­zer­wy – Dzi­kow­ski roz­po­czy­na nowy wątek w in­te­re­su­ją­cej nas spra­wie. – Zde­cy­do­wał się po­zo­stać na Zie­miach Za­chod­nich i prze­niósł się do Wro­cła­wia. Za­miesz­kał w blo­kach woj­sko­wych, do dzi­siaj sto­ją­cych przy ul. Ślęż­nej. Po­cząt­ko­wo pod­jął pracę kel­ne­ra w re­stau­ra­cji „Pod ko­niem” przy ul. Trau­gut­ta. W la­tach 50. prze­niósł się do „Mo­no­po­lu” przy pl. Wol­no­ści. W tym cza­sie na Zie­mie Od­zy­ska­ne przy­jeż­dżał znany an­ty­kwa­riusz war­szaw­ski, Ta­de­usz Wie­rzej­ski (w cza­sie wojny pro­wa­dził an­ty­kwa­riat w Kra­ko­wie). Zatrzymywał się w ho­te­lu „Mo­no­pol”, gdzie pra­co­wał Za­wi­sza. Wie­rzej­ski upa­trzył sobie kel­ne­ra, uzna­jąc go za by­stre­go i spryt­ne­go czło­wie­ka. Wła­śnie kogoś takie­go po­trze­bo­wał.

Za­pro­sił więc męż­czy­znę do roz­mo­wy, pod­czas któ­rej za­pro­po­no­wał wy­szu­ki­wa­nie dzieł sztu­ki, które prze­trwa­ły wojnę, na Dol­nym Ślą­sku. Za­wi­sza zgo­dził się. Prze­szedł szko­le­nie pod bacz­nym okiem mi­strza, jak od­róż­nić dzie­ło od kiczu. Za­czął jeź­dzić po wsiach, szyb­ko na­wią­zy­wał kon­tak­ty, pu­ka­jąc od cha­łu­py do cha­łu­py. Od­wie­dzał po­nie­miec­kie pa­ła­ce, za­glą­dał na stry­chy i do piw­nic. Oka­zał się do­sko­na­ły w swoim fachu, na Ślą­sku nie było lep­sze­go. Był je­dy­ny, bo do­pie­ro w po­ło­wie lat 60. inni za­czę­li krę­cić się wokół tego te­ma­tu.

Za­wi­sza zna­lazł w pa­ła­cu w Szcze­pa­no­wie, koło Środy Ślą­skiej orien­tal­ny go­be­lin o bar­dzo dużej war­to­ści hi­sto­rycz­nej i ma­te­rial­nej. W Stol­cu, koło Zię­bic, od­ku­pił od chło­pa szcze­ro­zło­ty ta­lerz, z któ­re­go ja­da­ły kury. Na stry­chu jed­ne­go z miesz­kań w Lu­bo­ra­dzu koło Ja­wo­ra, od­na­lazł pęk­nię­ty na pół obraz ma­lo­wa­ny na desce, fran­cu­skie­go im­pre­sjo­ni­sty – Co­ro­ta.

Wie­rzej­ski kazał szu­kać Za­wi­szy mi­śnień­skiej por­ce­la­ny. Po­moc­nik an­ty­kwa­riu­sza jeź­dził więc do Bro­dów, któ­rych przed­wo­jen­ni wła­ści­cie­le szczy­ci­li się posiadaniem naj­słyn­niej­sze­go ser­wi­su świa­ta – ła­bę­dzie­go. Za­wi­sza zna­lazł u ludzi na wsi ok. 40 cm. wy­so­ko­ści fi­gur­ki ze zna­kiem ma­nu­fak­tu­ry mi­śnień­skiej, przed­sta­wia­ją­ce szlach­tę pol­ską. Nie omiesz­kał też prze­pro­wa­dzić re­ko­ne­san­su pięk­ne­go pa­ła­cu, znisz­czo­ne­go przez Ro­sjan. Przed wojną, w ścia­nach re­zy­den­cji wy­ko­na­no wnęki, gdzie na pół­kach eks­po­no­wa­no naj­star­szą por­ce­la­nę, po­cząw­szy od XVIII-wiecz­nej. Gdy ru­nę­ły stro­py pa­ła­cu, ta część por­ce­la­ny za­cho­wa­ła się. Lu­dzie wła­śnie stam­tąd ją wy­cią­ga­li.

Za­wi­sza wszyst­kie od­na­le­zio­ne dzie­ła i przed­mio­ty prze­ka­zy­wał Wie­rzej­skie­mu za opła­tą. Nie wia­do­mo, jaki był dal­szy los za­byt­ków. An­ty­kwa­riusz han­dlo­wał na pewno z pra­cow­ni­ka­mi am­ba­sad. Zmarł w la­tach 80., prze­żyw­szy o kilka lat swego współ­pra­cow­ni­ka.

Z Za­wi­szą roz­ma­wia­łem wie­lo­krot­nie – przy­zna­je Edward Dzi­kow­ski. – Wy­szu­ki­wał broń do mojej ko­lek­cji. Ku­pi­łem od niego m.in. ha­kow­ni­cę wa­row­ną z zamku Czo­cha, którą sprze­da­łem póź­niej jed­ne­mu ko­lek­cjo­ne­ro­wi, ama­to­ro­wi z Kra­ko­wa.

W la­tach 80., daw­niej pełen werwy męż­czy­zna zmie­nił się w scho­ro­wa­ne­go, przy­gnę­bio­ne­go czło­wie­ka. Stra­cił cały ma­ją­tek, któ­re­go do­ro­bił się na an­ty­kach. W zielo­no­gór­skim pro­wa­dził re­stau­ra­cję, która zban­kru­to­wa­ła. Wró­cił do Wro­cła­wia, na Ślęż­ną, gdzie zmarł.

Pod ko­niec życia lubił wra­cać do bo­ga­tej prze­szło­ści. Opo­wia­dał, że w la­tach 40. prze­jeż­dża­jąc szosą bie­gną­cą w kie­run­ku Le­gni­cy, za­trzy­mał się w po­bli­żu Kątów Wro­cław­skich – wspo­mi­na Dzi­kow­ski. Cho­dząc po pasie trawy, roz­dzie­la­ją­cym dwie nitki au­to­stra­dy, zna­lazł złotą ob­rącz­kę. Wró­cił w to miej­sce po paru dniach. Od­krył jesz­cze kilka przed­mio­tów ze złota, roz­sia­nych na prze­strze­ni około 50 m, m.in. ze­gar­ki i pier­ścion­ki. Wra­cał w to miej­sce jesz­cze kil­ka­krot­nie, skru­pu­lat­nie je prze­szu­ku­jąc. Po­dej­rze­wam, że w tym miej­scu mu­siał zo­stać ostrze­la­ny pod ko­niec wojny sa­mo­chód wio­zą­cy ja­kieś kosz­tow­no­ści. Nie­wy­klu­czo­ne, że był to jeden z trans­por­tów tzw. złota Bre­slau. Przy­zna­ję, że nie pa­mię­tam jed­nak, czy Klose wspo­mi­nał Ja­ro­mi­no­wi o ostrza­le któ­re­goś z trans­por­tów. Za­wi­sza o zło­tym konwoju nic wów­czas jesz­cze nie wie­dział. Od­na­le­zio­ne pre­cjo­za sprze­dał.

Co na to źró­dła?

Warto zwe­ry­fi­ko­wać opo­wia­da­nie na­sze­go roz­mów­cy pod kątem zna­nych fak­tów. Jeśli przy­jąć za Dzi­kow­skim, że kosz­tow­no­ści wcho­dzi­ły w skład tzw. wrocławskie­go złota, na­su­wa się wnio­sek, iż na­le­ża­ły one do trans­por­tu wio­zą­ce­go de­po­zy­ty lud­no­ści cy­wil­nej Bre­slau. We­dług zna­nych pro­to­ko­łów prze­słu­chań Klo­se­go, kosz­tow­no­ści pry­wat­ne miały być ukry­te w innym miej­scu, niż wa­lo­ry ban­ko­we­go złota. We frag­men­tach prze­słu­chań po­cho­dzą­cych z dnia 7.02.1953 r. cy­to­wa­nych przez au­to­rów książ­ki „Tań­cząc na Wul­ka­nie”, Klose ze­zna­je: „Na na­stęp­ny dzień po­je­cha­li­śmy znowu oglą­dać miej­sca koło Wro­cła­wia. Mówił (pułkow­nik bądź major SS Egon Ol­len­hau­er, ps. Wolf, kie­ru­ją­cy we­dług Klo­se­go akcją pod kryp­to­ni­mem „złoto”), że trze­ba rów­nież szu­kać miejsc koło Wro­cła­wia, po­nie­waż bę­dzie ścią­ga­ne złoto od lud­no­ści cy­wil­nej oraz ze skle­pów ju­bi­ler­skich, które trze­ba rów­nież ukryć. Złoto to było fak­tycz­nie ścią­ga­ne, tak że za­bie­ra­no złoto i da­wa­no po­kwi­to­wa­nie” .

I dalej: (…) mówił mnie rów­nież, że te wszyst­kie drob­ne rze­czy za­bra­ne do prze­cho­wa­nia od lud­no­ści cy­wil­nej zo­sta­ły za­cho­wa­ne w in­nych miej­scach, on już tych rze­czy nie cho­wał, a cho­wał je kto inny. Będą one za­cho­wa­ne w tych miej­scach, które po­przed­nio po­da­wa­łem, jak Wil­len­berg (Wie­li­sław­ka), Spit­zberg (Ostrzy­ca), Gre­dys­berg (zamek w Grodź­cu) i w oko­li­cach Wro­cła­wia. Opo­wia­dał mi rów­nież, w jaki spo­sób było to wszyst­ko scho­wa­ne. Mia­no­wi­cie sa­pe­rzy wy­wier­ci­li dziu­ry w skale po­chy­łej, skrzy­nie tam zo­sta­ły za­ła­do­wa­ne i na­stęp­nie ka­wa­łek skały zo­stał ze­rwa­ny (…).

Ja­ro­min mówi

W re­kon­struk­cji tam­tych wy­da­rzeń po­mo­gą być może in­for­ma­cje, jakie uzy­skał płk. Wła­dy­sław Ja­ro­min, pod­czas prze­słu­cha­nia Klo­se­go (na temat tego przesłuchania brak jest, jak do­tych­czas, ja­kich­kol­wiek zna­nych do­ku­men­tów).

– Jak po­wie­dział mi kie­dyś Ja­ro­min, prze­słu­chi­wał Klo­se­go, zanim ten tra­fił do aresz­tu w WUBP we Wro­cła­wiu – re­la­cjo­nu­je Edward Dzi­kow­ski. – Klose ze­znał, że kon­wój je­chał au­to­stra­dą, w kie­run­ku na Le­gni­cę, a póź­niej skrę­cił na Zło­to­ry­ję. Minął to mia­sto i za­trzy­mał się po­mię­dzy nim a Je­le­nią Górą. Wtedy Klose wraz z in­ny­mi zo­stał ode­sła­ny. Akcja trwa­ła jed­nak dalej. De­po­zy­ty ukry­wa­no po­dob­no w jed­nej ze sztol­ni pod górą w oko­li­cach wsi Nowy Ko­ściół. Na­stęp­nie od­strze­lo­no wej­ście.

Ja w to wie­rzę – pod­su­mo­wu­je nasz in­for­ma­tor – mimo że nikt nie dys­po­nu­je wie­dzą na temat miejsc ukry­cia tego złota. Kon­wo­jen­ci za­pew­ne zo­sta­li roz­strze­la­ni, wyż­szych stop­niem funk­cjo­na­riu­szy wy­sła­no na pierw­szą linię fron­tu, po­zo­stał kie­row­nik kon­wo­ju – je­dy­ny, który wie­dział i dys­po­no­wał pla­nem. Praw­do­po­dob­ne, że już nie żyje. Czy zdą­żył prze­ka­zać in­for­ma­cję o schow­ku przed śmier­cią? – za­sta­na­wia się Edward Dzi­kow­ski.

Po­twier­dze­nie

W roku 1944, Klose wraz z mjr Ol­len­hau­rem mieli ty­po­wać miej­sca do ukry­cia dóbr nie­miec­kich i de­po­zy­tów ban­ko­wych wokół Wro­cła­wia i w re­jo­nie Su­de­tów. Jed­nym z nich był wła­śnie Nowy Ko­ściół, wieś po­ło­żo­na nie­da­le­ko góry Spit­zberg. Mjr Sta­ni­sław Sio­rek, nie­ży­ją­cy już ofi­cer wro­cław­skiej de­le­ga­tu­ry Służ­by Bezpieczeń­stwa, jeden z naj­go­ręt­szych pro­pa­ga­to­rów ta­jem­nic Dol­ne­go Ślą­ska, na­pi­sał w ana­li­zie (ma­te­riał nie­pu­bli­ko­wa­ny, ar­chi­wum sym­pa­ty­ka „Od­kryw­cy”) z dnia 12.10 1988 r.: „Na po­cząt­ku (Klose – przyp.red) wspól­nie z Wol­fem i ka­pi­ta­nem Se­ifer­tem, też po­li­cjan­tem (?) wi­zy­to­wa­li wiele miejsc (Ślęża, Wie­li­sław­ka, Nowy Ko­ściół, Cie­pli­ce, Śnież­ka) szu­ka­jąc sto­sow­ne­go miej­sca na ukry­cie skar­bu (…).

W po­wyż­szą hi­sto­rię można wie­rzyć lub nie. Obec­ny stan wie­dzy nie po­zwa­la na jej po­twier­dze­nie lub wy­klu­cze­nie. Opo­wia­da­nie Edwar­da Dzi­kow­skie­go przywołuje at­mos­fe­rę po­wo­jen­nych cza­sów, kiedy oprócz walki o byt i ko­niecz­no­ści usto­sun­ko­wa­nia się do no­we­go re­żi­mu po­li­tycz­ne­go, zda­rza­ły się rze­czy niezwykle, jak cho­ciaż­by moż­li­wość zna­le­zie­nia „im­pre­sjo­ni­sty” na stry­chu, czy złota na au­to­stra­dzie.

Su­ge­stia na­sze­go in­for­ma­to­ra do­ty­czą­ca schow­ka w Nowym Ko­ście­le, wy­da­je się praw­do­po­dob­na, szcze­gól­nie iż po­kry­wa się z miej­sca­mi ty­po­wa­ny­mi wcze­śniej przez od­po­wie­dzial­nych za akcję (pod wa­run­kiem, że zaufa się Klo­se­mu). Wielu za­in­te­re­so­wa­nych przy­zna­je też, że Śnież­ka, o któ­rej mówi naj­bar­dziej po­pu­lar­na wer­sja do­ty­czą­ca „7 ton za­gi­nio­ne­go złota”, była po pro­stu za da­le­ko od Bre­slau, by trans­port mógł tam bez­piecz­nie do­trzeć w mo­men­cie, gdy wokół mia­sta za­my­kał się pier­ścień ob­lę­że­nia…

Gdzie ukry­to tzw. Złoto Wro­cła­wia?

Wszyst­kie pierw­szych sześć wy­mie­nio­nych po­ni­żej miejsc po­ja­wia się w ze­zna­niach Klo­se­go.

1. Rejon Kar­pa­cza, oko­li­ce Góry Śnież­ki – mówi naj­po­pu­lar­niej­sza wer­sja, opar­ta na bazie ze­znań Klo­se­go. Ka­pi­tan nigdy nie wspo­mniał o daw­nych ko­pal­niach srebra i oło­wiu „Gu­staw” i „He­in­rich”, w re­jo­nie Bia­łe­go Jaru. Po­szu­ki­wa­cze jed­nak wła­śnie te szyby ty­pu­ją na schow­ki, do któ­rych, z róż­nych wzglę­dów, nie potrafią do­trzeć.

2. Cie­pli­ce Ślą­skie (Warm­brunn), obec­nie dziel­ni­ca Je­le­niej Góry. Jedno z miejsc od­wie­dzo­nych przez Klo­se­go i Ol­len­hau­era w 1944 r. Nie­któ­rzy ty­pu­ją na schowek dawny pałac Schaf­fgot­schów. Ant­ko­wiak w książ­ce „Nie od­kry­te skar­by” su­ge­ru­je oko­li­ce domku my­śliw­skie­go w cie­plic­kich po­sia­dło­ściach arystokratyczne­go rodu.

3. Góra Wie­li­sław­ka w Sę­dzi­szo­wej. Klose oraz Ol­len­hau­er mieli w 1944 r. od­wie­dzić re­stau­ra­cję na szczy­cie góry oraz sztol­nię u jej pod­nó­ża.

Z ma­te­ria­łów UOP (za „Tań­cząc na wul­ka­nie”): „We­dług opo­wia­dań lud­no­ści au­to­chto­nicz­nej za­miesz­ka­łej na te­re­nie Sę­dzi­szo­wa, to Niem­cy w okre­sie przed ­kapitu­la­cyj­nym wo­zi­li na górę „Wil­len­berg” znaj­du­ją­cy się w Sę­dzi­szo­wie róż­no­rod­ny sprzęt i za­ko­py­wa­li go we wspo­mnia­nej górze. Nikt z lud­no­ści nie wi­dział jakie przed­mio­ty za­ko­py­wa­no, po­nie­waż teren góry był ob­sta­wio­ny woj­ska­mi i za­bro­nio­no lud­no­ści cy­wil­nej zbli­ża­nia się do tej góry.”

4. Ostrzy­ca na Po­gó­rzu Ka­czaw­skim dawny sto­żek wul­ka­nicz­ny, zwany Ślą­ską Fu­ji­ja­mą. W świa­do­mo­ści po­szu­ki­wa­czy i miesz­kań­ców, bar­dziej zwią­za­ny z mitycznym skar­bem Czar­ne­go Janka, niż ze „zło­tem Wro­cła­wia”.

5. Góra Ślęża (ok. 30 km na po­łu­dnie od Wro­cła­wia).

W okre­sie kiedy ty­po­wa­no po­ten­cjal­ne miej­sca na ukry­cie de­po­zy­tów, wierz­cho­łek góry był już ob­sa­dzo­ny przez nie­miec­kie woj­sko. To unie­moż­li­wi­ło do­kład­ny ogląd miej­sca pod kątem ukry­cia skar­bów – ze­zna­wał Klose.

6. Zamek Gro­dziec, nie­opo­dal wsi Za­grod­no. Gro­dziec (daw­niej Grödit­zberg), zamek zbu­do­wa­ny w XIV w. na ba­zal­to­wej skale. Po­czy­na­jąc od XVIII w. sta­no­wi już wy­łącz­nie ruinę. U jego pod­nó­ża w wieku XVIII zbu­do­wa­no ba­ro­ko­wy pałac.

7. Pod­zie­mia Twier­dzy Kłodz­kiej. Paweł Li­sie­wicz w ar­ty­ku­le pt. „Ta­jem­ni­ce sied­miu ton złota” pisze:

„I nagle przy­cho­dzi re­we­la­cyj­na wia­do­mość. Prze­słu­chi­wa­ny prze­ze mnie b. nie­miec­ki szo­fer We­hr­mach­tu ze­znał, że wraz z ko­lum­ną sa­mo­cho­dów przy­wiózł z Wro­cła­wia do twier­dzy de­po­zyt złota wro­cław­skie­go Re­ichs­Ban­ku. Złoto było w szta­bach.”

Kim był Her­bert Klose?

Jedni uwa­ża­ją, że wy­pro­wa­dził w pole kontr­wy­wiad, inni, że opo­wie­ścia­mi o zło­cie ra­to­wał wła­sną skórę. Fak­tem jest, co się nie­mal­że nie zda­rza­ło, że po kilkumiesięcz­nym po­by­cie w aresz­cie przy WUBP we Wro­cła­wiu, zo­stał wy­pusz­czo­ny na wol­ność.

Nie wia­do­mo do­kład­nie dla­cze­go zo­stał aresz­to­wa­ny. Mówi się, że pod pre­tek­stem dzia­łal­no­ści w or­ga­ni­za­cji dy­wer­syj­nej We­hr­wol­fu, choć rok 1953 był już jed­nym z ostat­nich lat dzia­łal­no­ści nie­miec­kich or­ga­ni­za­cji pod­ziem­nych w Pol­sce. W trak­cie śledz­twa pró­bo­wa­no roz­szy­fro­wać ży­cio­rys Klo­se­go. Au­to­rzy „Tań­cząc na wulka­nie” (niestety beznadziejni i nigdy nie będący w miejscach przez siebie opisywanych) cy­tu­ją ma­te­ria­ły udo­stęp­nio­ne przez Urząd Ochro­ny Pań­stwa:

(…) w okre­sie wojny słu­żył w SS Schützpo­li­zei na te­re­nie Fran­cji, Bel­gii, a póź­niej w re­jo­nie Ka­to­wic. Na­stęp­nie z Ka­to­wic prze­niósł się do Wro­cła­wia, gdzie do końca wojny pra­co­wał w stop­niu ka­pi­ta­na w Pre­zy­dium Po­li­cji.

(…) Mimo pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa prze­szłość (Klo­se­go – przyp.red.) nie zo­sta­ła do końca wy­ja­śnio­na. Pewne ma­te­ria­ły su­ge­ru­ją, że zo­stał mia­no­wa­ny przez Abwehrę, pod­le­ga­ją­cą w tym cza­sie SS, sze­fem grupy dy­wer­syj­no – sa­bo­ta­żo­wej na po­wiat Zło­to­ry­ja (…) Być może, że w tym celu pod ko­niec wojny osie­dlił się we wsi, gdzie po­sia­dał zna­jo­mą, obec­ną swoją żonę, z którą za­warł zwią­zek mał­żeń­ski.

(…) w mo­men­cie aresz­to­wa­nia po­sia­dał fo­to­ko­pię do­ku­men­tu upraw­nia­ją­ce­go go do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du we­te­ry­na­rza, i w śledz­twie stwier­dził, że przy pre­zy­dium po­li­cji we Wro­cła­wiu słu­żył w stop­niu ka­pi­ta­na we­te­ry­na­rii. Ocena tego do­ku­men­tu wy­ka­zu­je, że był to fo­to­mon­taż wy­ko­na­ny w celu od­wró­ce­nia po­dej­rzeń od osoby (…). W grud­niu 1944r. zo­stał przy­dzie­lo­ny do grupy spe­cjal­nej SS, któ­rej celem było ukry­cie za­so­bów ar­chi­wal­nych i ban­ko­wych zgro­ma­dzo­nych we Wrocławiu (…)”.

Ste­fan Ku­czyń­ski, czło­nek wro­cław­skiej Po­lo­nii, prze­żył ob­lę­że­nie mia­sta w 1945 r. Apo­ka­lip­tycz­ną at­mos­fe­rę szy­ku­ją­ce­go się do walki Wro­cła­wia oddał w książ­ce pt. „Fe­stung Bre­slau”, wy­da­nej w 1960 r. Oto naj­czę­ściej cy­to­wa­ny frag­ment dzie­ła, trak­to­wa­ny jako po­twier­dze­nie go­rącz­ko­wej akcji ukry­wa­nia de­po­zy­tów, dzieł sztu­ki i ar­chi­wów (cyt. za „Mil­czą­ce Ślady”):

„Wi­dzie­li­śmy – w takim Wro­cła­wiu rzecz nie­by­wa­ła – całe stada bydła pę­dzo­ne do rzeź­ni miej­skiej, spo­ty­ka­li­śmy ko­lum­ny po­jaz­dów cię­ża­ro­wych z ta­jem­ni­czym ła­dun­kiem, szczel­nie przy­kry­tych bre­zen­tem. (…) No­ca­mi wy­wo­żo­no z gma­chów urzę­dów i ban­ków akta, z więk­szych skle­pów cen­niej­sze to­wa­ry, z mu­ze­ów, domów pry­wat­nych, ko­ścio­łów dzie­ła sztu­ki, kosz­tow­no­ści. Usu­wa­no po­mni­ki: Bi­smarc­ka z placu 1 Maja, Blu­eche­ra z placu Sol­ne­go, Fry­de­ry­ka II i III z Rynku. Wy­wo­żo­no je za mia­sto i za­ko­py­wa­no w ziemi…”

Czy hauptman Klose zdradził kamratów ?

Podobnie jak wiele innych osób ja też zastanawiałem się dlaczego Klose nie „wyjechał” (uciekł) tak jak wielu innych jego kamratów z Gestapo? Na co liczył? Na co mógł liczyć w styczniu 1945 roku tak doświadczony oficer śledczy powinien wiedzieć że dla Gestapo nie ma taryfy ulgowej. On jednak pozostał. Pozostał w 1945 i nie skorzystał z szansy wyjazdu w latach późniejszych. Ożenił się z Polką, do końca swoich dni mieszkał w Polsce w PRL-u albo jak on to mówił „na ziemiach czasowo będących pod administracją polską”.
Tutaj, na tych ziemiach został pochowany. Jego granitowy nagrobek nie wyróżnia się od wielu innych na tym cmentarzu (widziałem go).
Z opowiadań, z opisów znamy temat zaciekłości i bezwzględności z jaką UB, NKWD, MO później SB ścigała, tropiła działaczy polskiego podziemia. Po odtajnieniu archiwów dowiedzieliśmy się jakie były metody, co się działo za murami więzień więziennych murów i drutami obozów. Po 1945 roku Łambinowice, Potulice, Toszek, Świętochłowice, Jaworzno Szczakowa, Barczewo i wielu innych miejscach. Rodziny niektórych „zatrzymanych” do dzisiaj poszukują miejsca pochówku swoich bliskich.
UB dość szybko „namierzyła„ Klosego. Był przesłuchiwany, może nawet torturowany ale nie skończył tak jak inni jemu podobni.
Widocznie był, były ku temu jakieś powody. Klose był specjalistą i to bardzo dobrym specjalistą. Ze względu na charakter i miejsce swojej „pracy” nie wiele miał wspólnego ze zwalczaniem polskiej czy sowieckiej partyzantki, ruchu oporu a GG. Nawet osobniki tak prymitywne jak oficerowie UB i ich żydowscy pomocnicy wiedzieli iż tego mu nie udowodnią. Jedynym poważnym zarzutem była służba w gestapo.
Dla wielu to wystarczało żeby trafić do więzienia albo do …grobu np. na dziedzińcu więzienia w Legnicy.
On nie tylko wyszedł „cało”, ale pozwolono mu nawet na ślub z Polką i osiedlenie się na tej ziemi.
Zawarł wiele znajomości i „przyjaźni” ludzie napływowi cenili jego znajomość koni. Leczył je pomagał, oni nie znali jego przeszłości. To dziwne ale był raczej szanowanym obywatelem i gdyby chciał a UB, później SB zezwoliła to zapewne zaszedł by bardzo wysoko.
Dlaczego nie chciał?
Może obawiał się zemsty kamratów? Sfinksa?
Jego żona na początku najprawdopodobniej nie znała przeszłości męża ale później kiedy już się o prawie wszystkim dowiedziała została zwerbowana (zmuszona) do współpracy z UB. Najzwyczajniej na świecie donosiła na niego. On o tym wiedział więc czasem celowo podsuwał jakieś „nowe” tropy to pozwalało przeczekać przetrwać trudne chwile. Niektórzy bystrzejsi, byli i tacy!, oficerowie SB przejrzeli grę hauptmana ale właśnie ze względu na iloraz inteligencji nie reagowali, obawiali się utraty intratnej i ciepłej posady, przeniesienia np. do departamentu IV albo i gorzej. Pisali raporty, sami wymyślali to czego nie wymyślił Klose.
Teczki pęczniały, przybywało papierowej roboty, potrzebne były nowe analizy, nowe dane „zmuszały” śledczych do licznych wyjazdów w teren, dodajmy bardzo piękny. Przy okazji naprawdę można było coś dorobić na boku bo te skarby w odróżnieniu od ich raportów były prawdziwe.
W latach 80 XX wieku rozmawiałem z kilkoma z nich, być może miałem zostać zwerbowany ?
Interesowałem się ta sprawa i dość głośno rozmawiałem na te tematy w pracy. Ciekawi mnie ona do dzisiaj.
Uważam że teraz jest dobry czas na ujawnienie niektórych faktów z działalności Sfinksa .
Za kilka lat może już nie będzie czego ujawniać .
Ostatecznie bez mojej wiedzy, skierowany zostałem na bocznicę. Wówczas nawet tego nie zauważyłem, nie, nie żałuje tego bo „nowe zainteresowania” są bardzo ciekawe, nadmiar podrzuconego, tak podrzuconego mi materiału uniemożliwiał zajmowanie się tamta sprawą. Później sam zrezygnowałem bo nowe było ciekawsze.
Gdyby wówczas oficjalnie zakazano mi, zabroniono zajmowania się ta sprawą to szczerze powiem że nie tylko bym tego nie zrobił ale może nawet zwiększyłbym swoje wysiłki w działaniu. Może na ziemi postawiono by kolejny krzyż (?) mój .
Teraz powrót do tamtych spraw nie jest już możliwy. Cieszę się że znalazłem inne zajęcie.

Kim był Klose dla Niemców? Dlaczego pozwolili mu pozostać? Tak pozwolili bo wielu takich jak on sami likwidowali kiedy ci nie chcieli się „ewakuować”. Robili to także i po wojnie. Na tamtejszych cmentarzach było wiele mogił w których pochowano zmarłych w tajemniczych okolicznościach, miejscach. Nie wszystko da się przypisać UB. Nawet jeżeli ktoś będzie bardzo dociekliwy.
Klose był łącznikiem!?
UB a później SB zrobiła z niego przynętę. Dawni kamraci szybko się zorientowali w sytuacji. Nie zlikwidowali go bo był lojalny wobec nich. Czasem był jedynym świadkiem ukrycia skarbów i składów broni. Musieli o niego dbać. To za ich zgoda co jakiś czas podsuwał tym którzy go inwigilowali „nowe cudowne tropy”. Odkrywano wówczas składy, składnice, skarby wszystko jednak w taki sposób żeby jak najmniej tego trafiło w łapy Ubeckich bossów. Tak naprawdę to było ratowanie dzieł sztuki poprzez ujawnienie miejsca ich przechowywania. Gdyby Klose tego nie zrobił to skarby mogłyby zostać zniszczone przez warunki atmosferyczne czy upływający czas , z braku należytej konserwacji.

Jedni i drudzy osiągali swoje cele, wszyscy byli zadowoleni.
Później zaczął się szantaż. Tak! To był szantaż. Wystarczy prześledzić kilka przypadków przerwania poszukiwań, cudownych ocaleń a czasem… braku jakiegokolwiek działania ze strony Polskiej i Radzieckiej.
Dlaczego zaraz po wojnie nie przystąpiono do dokładnego spenetrowania podziemi Kompleksu Riese? Podziemi zamku Książ? dlaczego zakazano prac poszukiwawczych Lubiążu ? i wielu innych miejscach.
Decyzje zapadały na najwyższych szczeblach władzy i resortów.
Skarb Średzki itp.
Proszę sobie przypomnieć koniec lat 80 we Wrocławiu. W lokalnej prasie pojawiały się ogłoszenia o możliwości zatrucia wody dla miasta. Ktoś domagał się wielkiej kwoty pieniędzy za odstąpienie od swojego zbrodniczego zamiaru. Natychmiast wszczęto poszukiwania w Lubiążu i Brzegu Dolnym. Przypadek?
Później równie szybko je przerwano i ogłoszono ze szaleńca znaleziono. Był nim jak podano jakiś psychicznie chory uciekinier z zakładu dla obłąkanych.
A może to była prowokacja której celem było …no właśnie, rozpoczęcie poszukiwań w Lubiążu.
SB miała sporo materiałów na temat tego obiektu.
Kto i co ich powstrzymywało? Należy przyjąć że to skażenie wody to nie żaden blef, taka sytuacja może zaistnieć naprawdę.
Niemiecka grupa wypadowa której rzekomym celem było zniszczenie zapasów broni chemicznej niczego nie wywiozła. Na miejscu nie było warunków do zniszczenia chemikaliów zwłaszcza jeżeli to by były trujące chemikalia. Natychmiast po „odbiciu” fabryki przez Rosjan obiekt został obsadzony załogą wojskową, nie zanotowano zachorowań czy śmierci spowodowanej środkami trującymi.
Nie zanotowano takich przypadków także i po wojnie. Czy to możliwe że tam coś zostało zniszczone, spalone?
Nie wszystkie środki trujące są łatwopalne, czy w ogóle palne. Nie ma śladu po ofiarach wśród tych którzy je niszczyli. To nie była zwykła przeprowadzana w normalnych warunkach akcja. To była wojna, Niemcy działali na głębokich tyłach wroga.
Może oni mieli zniszczyć tylko dojście do miejsca składowania chemikaliów? Zaminować wejścia, sztolnie, zamaskować szyby wentylacyjne. Takie zadanie było możliwe do wykonania w tamtych warunkach.
Może coś wynieśli, może to ten straszak, może to właśnie był trzeci Joker w talii Klosego?
Sfinks, takim kryptonimem wywiad Galena określił grupę mającą odszukać wszystkich „strażników” śpiochów mających czekać na sygnał. Sfinks jest wielki, tajemniczy, mimo że obito mu nos wciąż stoi na straży pustyni Nikt nie zna jego tożsamości, wieku ani …płci. Wciąż wzbudza zachwyt i podziw nawet teraz kiedy już nie wiadomo dlaczego tam go pozostawiono na pastwę promieni słonecznych i …gapiów.
Jest sam, tylko on jeden przeciwko wieczności. Jego bystre kocie oczy zwrócone są w stronę z której oczekiwano nadejścia wroga.

W tym czasie hauptman przebywał na terenach jeszcze do 1945 roku, do maja, zajętych przez Niemców. Był jednym z ważniejszych filarów przygotowujących ukrywających skarby i nie tylko kosztowności.
Tutaj należałoby przypomnieć kategoryczny rozkaz Hitlera nakazujący stosowanie taktyki spalonej ziemi na terenach należących do Rzeszy. Wycofujące się oddziały miały niszczyć cały przemysł i wszystko to co mogło się przydać zwycięzcom.
Jak wiemy jego głównodowodzący byli nieco innego zdania. Oni wiedzieli ze zniszczenie wszystkiego doprowadzi do zniszczenia pozostawionej tam ludności niemieckiej. zakazali niszczenia zakładów mających produkować żywność i materiały potrzebne dla życia ludności cywilnej, oni wiedzieli iż zwycięzcy tez będą tego potrzebowali bo sami nie maja nawet na własne potrzeby i nie dadzą tego Niemieckim cywilom.
Teren Dolnego Śląska był jednak szczególny. Sprzedawczyki i Szubrawcy z gminnej izby zasiali w umysłach niemieckich zbrodniarzy ziarnko nadziei. Zachodnia granica Polski na Odrze i Nysie. Proszę spojrzeć na mapę.
Oprócz Łużyckiej jest jeszcze inna Nysa. W Jałcie nie ustalono na której!!! Angielskie nieuki już raz wywinęli numer z granicami Polski wytyczając tak zwana Linię Curzona. Zapewne to była krzywa po której poruszał się lord wracający z burdelu. Dobrze ja sobie zapamiętał zwłaszcza jego poobijana o latarnie głowa i taka samą namazał na podsuniętej mu mapie. Teraz Polska i Polacy ponownie zostali zdani na łaskę, a właściwie na prymitywna wiedzę ich lordowskich mości, ich, angielskich. Może oni znają się na nawigacji czy locji w basenach londyńskich agencji dla starszych panów ale o geografii europy raczej nie maja większego pojęcia.
Tak samo teraz gdyby nie Stalin i zdecydowana postawa delegacji radzieckiej Polska ponownie zostałaby okrojona.
Ale w 1945 roku Niemcy jeszcze się łudzili, że to nie o TĄ Nysę chodzi. Na wszelki wypadek postanowili się przygotować do następnego ruchu. Wiedzieli że talia jest znaczona, co prawda oni także znali symbole jakimi ponumerowano karty ale dla pewności postanowili wprowadzić do gry… Sfinksa, trzeciego Jokera który był zaznaczony w ten sposób ze nie miał… żadnych znaków szczególnych mimo wszystko mógł pomóc przelicytować każdego króla i asa.
Ostatnie większe ruchy i zdobycze terytorialne wojsk radzieckich na tym terenie zanotowano 16 lutego 1945 i później na początku marca tegoż roku ale to był raczej wynik „skracania” linii frontu „niż jakiejś akcji ofensywnej”. Przez cały ten czas jaki pozostał Niemcom do dnia kapitulacji na zajętych przez nich terenach trwały masowe prace… górnicze i budowlane. Pamiętajmy, że ostatnie wylewki betonu w sztolniach Książa wykonano na kilka dni przed zajęciem tych terenów przez Rosjan. Jeszcze do dzisiaj możemy „podziwiać” góry worków cementu w na niedokończonych budowach w Górach Sowich.
Czy tak się zachowuje ktoś kto wie ze za kilka tygodni za dwa trzy miesiące będzie musiał opuścić te tereny?
Z Czeskich fabryk wciąż napływały transporty sprzętu i amunicji. Na lotnisku pod Pragą w pełnej gotowości czekał specjalnie przygotowany He 177, to z pokładu tej maszyny miała być zrzucona niemiecka bomba atomowa. Prac adaptacyjnych nie przerwała nawet katastrofalna sytuacja na frontach.
Śmiało można stwierdzić że prace były już na ukończeniu. Można też za amerykanami stwierdzić że jedna z trzech eksplozji jądrowych jakie miały miejsce w 1945 roku to była bomba złożona z materiałów które wyprodukowali Niemcy. Sami Amerykanie potwierdzili że wywieźli z Niemiec sporo potrzebnych materiałów inne zabrali z pokładu zatrzymanego na Atlantyku U 234. Brytyjczycy wysłali nawet pościg za ich okrętami.

Sugeruję że wycofujący się Niemcy pozostawili na ziemiach polskich kukułcze jajo i to sporych rozmiarów.
Zbocza Śnieżki zwłaszcza od strony północnej idealnie nadają się na gniazdo. To właśnie tego gniazda szukali.
Tak zwani turyści w marcu 1968 roku. To na nich zrzucono tą lawinę. Ktoś kolejny raz wykorzystał Jokera z twarzą Sfinksa. Dziwne jest to, że po tak wielkiej tragedii nie wszczęto żadnego śledztwa. Nie zrobiono nic oprócz zmiany trasy szlaku. Widocznie poprzednia zbyła zbyt blisko tego czegoś.
Tego poszukiwanego jaja. Szlak był zamknięty i to dość długo. Służby specjalne i to nie tylko z polski dokładnie penetrowały i przeszukiwały miejsce tragedii. Znalezione tam przedmioty tez dawały i nadal dają sporo do myślenia. Ich lista została utajniona, dlaczego? Przecież wiadomo że to nie byli zwykli turyści lecz agenci. Tylko po co nawet „zwykłem” agentowi w polskich górach Licznik ……
Proszę porównać zbieżność dat trzech ważnych dla Polski i świata wydarzeń 1968 roku.

„Transport dotarł do celu. Niewolnicy i nadzorujący ich kapo zaczęli wnosić ciężkie pojemniki i skrzynie do sztolni. Droga była dość długa i uciążliwa nawet dla eskorty która nie musiała nosić nic więcej oprócz karabinów. Więźniowie zauważyli ze niektórzy ze strażników mieli długie gumowe płaszcze a przecież nic nie padało. Niektóre z pojemników były bardzo ciężkie, nosiły je 4 osoby. Było ciemno ale strażnicy nie zezwalali na używanie jakichkolwiek świateł. To było ważne ponieważ skrzynie musiały być układane w odpowiedniej kolejności. Napisy w dwóch językach !!! były bardzo małe, na dodatek te zrozumiałe dla tragarzy zrobiono wapnem, nawet nie kreda tylko wapnem które łatwo się ścierało. Do groty były dwa wejścia. Rozładunek trwał prawie 4 godziny. Skrzynie po zdjęciu z samochodów były przenoszone dalej w góry w miejsce w którym nie było żadnej drogi . Co kilka metrów stał uzbrojony strażnik a do tego za każdym tragarzem za każdą skrzynka szedł SS-man. Kierowcy kompanii samochodowej pokonywali ta samą trasę jeszcze trzy razy. Później wyjazdy wstrzymano bo podczas powrotu trafili na korki wzdłuż drogi i nie zdążyli wrócić przed świtem. Kolumna została zaatakowana przez lotnictwo. Część tragarzy rozbiegła się po okolicy, część zginęła w samochodach jednak bardzo wielu zginęło od kul eskorty .Uciekinierzy nie mieli zbyt wielu szans na przeżycie.
Po zakończeniu prac ocalałe ciężarówki wraz z ludźmi wróciły do Jeleniej Góry.

Kiedy opowiadającego zapytano jak długo trwała jazda w jedna stronę ten odpowiedział że zawsze jeździli innymi drogami ale nie do samego końca, przed ostatnim postojem na którym rozładowywano samochody zawsze wjeżdżali na ta sama obstawiona wojskiem drogę.

Takich i wiele podobnych relacji w archiwach UB a później SB jest bardzo wiele.

W 1989 roku miałem możliwość rozmawiać z jedną z osób zajmującą się ta sprawą.
To on zaproponował spotkanie. Zaaranżowały je moje znajome z Berlina. Powiedziały mi o tym.
W tym czasie w tamtych kręgach już wiedziano o mich kontaktach z S. Ja nigdy temu nie zaprzeczałem chociaż wiedziałem ze to tylko zwykłe rozmowy, nic nie znaczące dialogi. Ja wypytywałem S głównie o tematy dotyczące mojej sprawy, wszyscy wiedzieli ze Pan Stanisław był prawdziwym fachowcem. Lubiłem słuchać jego opowieści. Wiedziałem ze niektóre z nich sam wymyślił. Fakty i daty jednak były prawdziwe, zmyślał nazwiska. Może nawet nie sam lecz powtarzał błędy innych agentów.
Niektóre z rozmów nagrywałem, on wiedział i wtedy gadki były bardziej kwieciste ale nie zawierały konkretów.

Podczas jednej z takich pogawędek chyba nie przypadkowo zorganizowanej w Świerzawie dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. To było latem, rozmówca widział i wiedział że nie będzie nagrywania.
Zapytał wprost co jest grane, kto o tym spotkaniu wie. Odpowiedziałem zgodnie z prawda że ja nie chwaliłem się nikomu. Teraz wiem dlaczego były te pytania, dziwie się że S. wcześniej nie wiedział bo wynikało ze nie wiedział. W tamtych czasach znana była jeszcze jedna osoba która ma takie samo nazwisko jak moje.
Tak się składa że ten ktoś zajmował się podobnymi sprawami co S. Ale to tylko przypadkowa zbieżność nazwisk, nie jesteśmy nawet daleka rodziną. O istnieniu tamtej osoby dowiedziałem się w czasie kiedy pokazano mi teczkę z donosami na mnie. Niektóre były na tamtego. Szkoda ze nigdy się nie spotkaliśmy.
Mężczyzna zmarł w 1993 roku, miał 67 lat, podobno wylew.

W latach 60 izraelskie służby specjalne nasiliły działania mające na celu demaskowanie hitlerowskich zbrodniarzy wojennych. Wielu z nich korzystało z ochrony służb specjalnych innych krajów. To żadna tajemnica ze zbrodniarzy i to tych największych chronili Anglicy, Niemcy, Amerykanie, Rosjanie…
Teraz jednak nie mogli być pewni, wiedzieli że izraelskie służby specjalne są wszędzie, korzystają z informacji osób które maja ich chronić. Panem K. zainteresowali się ludzie w Izraelu.
Hauptmann nie brał udziału w eksterminacji Polaków czy Rosjan ale z Żydami walczył od 1938. Oni mogli mu postawić zarzuty, mogli porwać, zamordować albo przewieźć do Izraela.
Najprawdopodobniej został odnaleziony przez ich służby. Doszło do rozmowy, nawet przesłuchania. Klose był obserwowany przez cały czas, dzień i noc, nie tylko przez żonę. Służby kontrwywiadowcze PRL już od dawna obserwowały ruchy izraelskich agentów na terenie PRL. W tym czasie na poligonach Dolnego Śląska szkolono syryjskich, egipskich, jordańskich czołgistów. Tutaj masowo handlowano „kaczkami” (potoczna nazwa czołgu T–34), promowano nowsze „cudeńka” T-55 i T-54. Tutaj przeprowadzano ostatnie szkolenia doskonalące pilotów i artylerzystów. W zamian za te ustrojstwa polskie tankowce dowoziły „słodka ropę”.
Bardzo często dochodziło do współpracy wywiadów izraelskiego i czechosłowackiego. Polskie fabryki zbrojeniowe były konkurencja dla przemysłu Czechosłowacji. To właśnie tutaj odegrano preludium wojny 6-Dniowej. Zapewne jak zwykle sprzedający przechwalił towar i efekty były takie jakie widzieliśmy na pustyniach Egiptu, Syrii i ulicach Jerozolimy.
Rodacy ludzi z izraelskich służb specjalnych byli tragarzami dźwigającymi skrzynie do jaskiń jaskiń grot. Teraz być może i oni chcieli wejść na scenę ale interesowała ich tylko i wyłącznie jedna rola – dyrygenta. Nuty już mieli, tancerzy upatrzyli sobie przez te ostatnie lata. Jest pewne że sporo informacji uzyskali od swoich ziomków pracujących w Polsce. To oni i tylko oni mogli znać materiały obciążające Klosego i to co ukrywał.

Przypuszcza się, że Niemcy w ostatnich dniach II wojny światowej ukryli oprócz dóbr kultury i depozytów ludności także swoje zapasy broni chemicznej. Nie było tego aż taaaak dużo jak to się wypisuje na okoliczność różnych tajemniczych i „sensacyjnych odkryć”. Największym straszakiem jest jednak to czego nie wiemy, no właśnie ile tego naprawdę jest. Jaką bronią dysponujemy, możemy zabić dzika czy tylko bażanta a może całe stado.
Spójrzmy na ukształtowanie terenu i cieki wodne.
Północne stoki Masywu Śnieżki, Czarny Staw, źródła rzek, potoków zasilających Odrę.
Ale nie wszystkie trucizny roznoszone są przez wodę. Wysokość Śnieżki – 1602 m n.p.m.
Najwyższy szczyt w regionie. Przy sprzyjającym wietrze gazy bojowe, środki trujące rozpylone nad szczytem, pod szczytem są stanie skazić ogromny teren Kotliny Jeleniogórskiej i dalej. Nie SA potrzebne nosiciele, rakiety czy samoloty. Ładunki można odpalić z bezpiecznej odległości lub ustawiając mechanizm czasowy Ukształtowanie terenu Kotliny powoduje że niżej ruchy powietrza SA znacznie słabsze przez co środki trujące mogą się utrzymywać znacznie dłużej zgodnie z zamiarem ludzi szukających niespodziankę miała ona być wykorzystana w okresie letnim podczas upałów. Być może planowali lato 1945 roku? Kiedy wszystko już zostało przygotowane zleceniodawcy zaczęli pozbywać się świadków. Ginęli tragarze i ich eskorta. Klose miał powody żeby obawiać się o swoje życie. On i wielu takich jak on. Jednak hauptman miał pewną przewagę nad innymi. Sporo wiedział i sporo z tej wiedzy spisał. W 1945 roku był jednym z nielicznych którzy znali pełną Listę Grundmann. Większość z nich sam wybierał. Być może część ukrytego majątku postanowili spisać na straty, wiadomo na wojnie straty muszą być. Co ujawniono w pierwszej kolejności? Oczywiście to co wtedy było najbardziej poszukiwane, nie złoto, kosztowności ale składy broni amunicji, a nawet ukrywający się oficerowie co do których nie było wątpliwości iż nie wygadają niczego ważnego. Chodziło o to żeby zdobyć zaufanie oficerów prowadzących. Na strażników wyznaczano doświadczonych ludzi. Powojenni śledczy to zazwyczaj banda głodnych zemsty Żydów lub ich uczniów. Łatwo ich było zwieźć. Klose był fachowcem. S przypuszcza że Mosadowi wydał go jeden z takich obrzezanych młokosów którego kapitan ośmieszył przed podwładnymi.
Otóż po rozmowie wychowawczej, groźbach porwania czy śmierci kapitan zapewne ujawnił część swojej wiedzy. Obiecał dostarczyć dowodów. Być może to go uratowało. O całej sprawie dowiedzieli się jego opiekunowie i to na wschodzie i ci na zachodzie. Tam też o nim nie zapomniano.
Obie strony postanowiły działać. Strona Czechosłowacka także miała się czego obawiać. Pogoda zmienną bywa, w naszych stronach częściej wieje z południa lub zachodu ale wiatry z innych kierunków też bywają…

:, , , , , , , , ,

Leave a Reply

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...